1980: koniec SBB i rocka progresywnego

W środę, 19 listopada 1980 roku, w ‘Muzycznej poczcie UKF’ (od 17.05, po wiadomościach, do 17.40) Piotr Kaczkowski podał wiadomość o takiej mniej więcej treści: „Dziś na Okęciu wylądowała grupa SBB, powracająca z kolejnej trasy koncertowej w Europie Zachodniej. Muzycy oświadczyli, że są zmęczeni, mają dość tak intensywnego życia zawodowego – i grupa przestaje istnieć”. Jakby ktoś wbił nóż w moje osiemnastoletnie serce. Jak to, dlaczego, jak można, teraz – gdy wreszcie płyty brzmią fenomenalnie, gdy grupa jest u szczytu swych możliwości twórczych i wykonawczych?!

[more]

Z perspektywy lat widać w tym znak czasu, chichot muzycznej historii. Tak naprawdę żadna znacząca symforockowa grupa nie przetrwała do lat 80. King Crimson dali sobie spokój w 1974 (ich genialny powrót w 1980 to była zupełnie nowa jakość muzyczna), Emerson, Lake & Palmer rozpadli się w 1978 roku (powrócili co prawda w 1985, ale nigdy nie odzyskali dawnej pozycji). Yes zmieniali wielokrotnie skład. Drama z 1980 roku nagrana została bez Andersona, a 90125 to było już coś zupełnie innego, popowego. Podobnie Genesis, którzy weszli na popową drogę w 1978 roku. U.K. – ostatni wielcy – okazali się efemerydą i przestali istnieć w 1979 roku. Pink Floyd po nagraniu The Wall nigdy już nie byli tą grupą – ani gdy chodzi o skład, ani jakość proponowanej muzyki – okropne, nadęte i operowe The Final Cut definitywnie zakończyło czas Watersa. Asia była artystyczną porażką, zresztą też zdecydowanie popową, Marillion, jako kalka starego Genesis, nigdy mnie nie zainteresowali i nie rozumiem, skąd ten (polski) szum wokół nich przez tyle lat.

Śmiem twierdzić, że to, co Skrzek robił z kolegami, sytuowało ich pośród najwybitniejszych wykonawców tego nurtu w owym czasie. Arcydzieło, jakim dla mnie jest Welcome, z genialnym Walking Around The Stormy Bay jako intro, oraz, już „pośmiertnie” wydane, znakomite Memento z banalnym tryptykiem z fenomenalnym  finałem tytułowego utworu, chyba najlepszą gitarową solówką – Lakisa – w dziejach polskiego rocka, dowodziły ogromnego talentu kompozytorskiego Skrzeka oraz mistrzowskiego aparatu wykonawczego całej grupy. Nawet pozostawiający wiele do życzenia głos lidera, jego śląski akcent i słaba angielszczyzna, nie są w stanie obniżyć oceny całości. Trzymany w ryzach przez Conny’ego Planka przy nagrywaniu Welcome – wokal Skrzeka wypada bardzo, bardzo przyzwoicie, a w Last Man At The Station – wręcz bardzo dobrze (Dariusz Michalski słusznie dopatrzył się tutaj i w Rainbow Man chrypy a la Paul McCartney).

Tak więc SBB też nie przetrwali 1980 roku, podobnie jak słynne zachodnie kapele tego nurtu. Nie przetrwali, by – wraz z pierwszym wybuchem wolności w Polsce – zrobić miejsce nieco młodszym od siebie, zrobić miejsce dla gitarowego rocka, który eksplodował wtedy w naszym kraju. Wydaje mi się wielką niesprawiedliwością, że zarówno  radio, jak i świadomość większości słuchaczy, wciąż sięga (jak najbardziej zasłużenie) pierwszych nagrań  Perfectu, Maanamu, Republiki, a zupełnie zostało wyparte z pamięci to, co powstało w latach 70. Było tego serdecznie mało – i tym bardziej trudno zrozumieć, że nie pamięta się o tak znakomitej kapeli jak SBB. A przecież nie wszystkie jej utwory są zbyt długie w odniesieniu do dzisiejszych wymagań stacji radiowych.

Po latach, w nieco innym składzie, zespół wznowił działalność. Sporo koncertuje, wydaje płyty. Płyty całkiem niezłe, zawodowo zagrane i nagrane, z przyzwoitym materiałem muzycznym. Ale dziś, po latach, są to już obrzeża rynku muzycznego, bez szans na zaistnienie w świadomości przeciętnego zjadacza muzyki. Ale też nie o to już chodzi. Starych fanów ciągle jeszcze jest całkiem sporo.

6.01.2012

Minął czas moich lektur obowiązkowych

Przed wielu laty, bodaj w 1986 roku, podczas seminarium magisterskiego u wielkiego mistrza, jakim był – nieżyjący już niestety – profesor Ireneusz Opacki, jeden z kolegów zadał mu nieśmiało pytanie:
– Panie profesorze, jeśli można postawić Panu coś w rodzaju zarzutu – dlaczego Pan tak mało pisze?

[more]

Opacki, ze złamaną nogą, podejmujący nas – ponad trzydziestu ludzi – w swoim domu, w pasiastej piżamie, z taborecikiem przy łóżku wyposażonym w paczkę marlboro, zapalniczkę i popielniczkę, zaśmiał się serdecznie.

– Wiecie Państwo, nie wszystko, co człowiekowi przyjdzie do głowy, warte jest od razu zapisania.

Powiedział to wybitny naukowiec, twórca polonistyki w Uniwersytecie Śląskim, świetny organizator, wspaniały nauczyciel, doskonały mówca i gawędziarz.

Cztery lata wcześniej, podczas jednego z niezliczonych turniejów jednego wiersza, juror, poeta Ernest Bryll powiedział do początkujących wierszokletów mniej więcej coś takiego:

– Chwytanie za pióro po Homerze, Dantem, Mickiewiczu i Słowackim jest oznaką wielkiej bezczelności. Mimo to ludzie pisali, piszą i będą pisać.

Wspominam te dwa epizody, ponieważ równie dobrze ilustrują one dzieje wszelkiej twórczej działalności ludzkiej. Komponowanie po Bachu, Beethovenie, granie rocka po Beatlesach i Zeppelinach jest wielce ryzykowne, ale to przecież nie powstrzymuje kolejnych pokoleń od sięgania po instrumenty. Co natomiast tyczy się opisywania muzyki – jest wielu lepszych ode mnie, z większą znajomością tematu, ze znakomitą znajomością języka angielskiego, z dostępem – w odróżnieniu ode mnie – do tysięcy płyt. A jednak nie powstrzymuje mnie to od klepania w klawiaturę.

Bo lubię. Bo czas lektur obowiązkowych – literackich, muzycznych, filmowych itp. – minął, bo mogę czytać tylko to i słuchać tylko tego, co sprawia mi przyjemność. I czasem zapisywać mniej lub  bardziej warte tego wrażenia.

Bo muzyka – jako sztuka niewerbalna – to wyzwalanie uczuć, nastrojów. To przede wszystkim emocje.

GENESIS KLASSIK – Ray Wilson and The Berlin Symphony Ensemble, Dąbrowa Górnicza, 26 maja

Australian Pink Floyd, The Musical Box, Żuki, The Beatles Revival Band. Życie po życiu, na wielką I małą skalę – utwory mistrzów grane przez innych wykonawców. Choć w tym przypadku nie do końca jest to prawda, ponieważ Wilson był członkiem zespołu Genesis pod koniec XX wieku. Od pewnego czasu objeżdża nasz kraj, grając kawałki z płyt tej kapeli, z solowych krążków Collinsa, a nawet Gabriela i Rutherforda, uzupełniając zestaw kilkoma własnymi piosenkami.

[more]

Mam kłopot z określeniem artystycznej miary tego typu pomysłów. Ale też, powiedzmy uczciwie – nie ma w tym absolutnie chałtury. Podejście do tematu zawodowe, poziom wykonawczy – co najmniej dobry. Więc czego się czepiać, jeśli do uszu dociera muzyka znakomicie znana co najmniej dwóm pokoleniom odbiorców muzyki? Mogę sam kręcić głową, bo Genesis po 1977 to już zupełnie inny zespół, popowy zaledwie, ale – trzeba jednak przyznać – jest to pop na tyle szlachetny, że po upływie dwudziestu-trzydziestu lat wciąż słucha się go bez zażenowania i poczucia, że jesteśmy w starym kinie. W dodatku – głos Wilsona, matowy, podobny nieco do Gabriela, wciąż brzmi bardzo dobrze. Tak samo, jak w 1998 roku w Spodku.

Zaczęło się od Congo, utworu z jedynej wspólnej płyty Wilsona z Genesis, i już wiadomo było, że zespół brzmi bardzo dobrze (osiem osób: bębny, bas, dwie gitary, klawisze, dwie skrzypaczki oraz wokal i, czasem, gitara akustyczna frontmana). Potem Jesus He Knows Me i jeden z kilku własnych utworów, ostatni przebój American Beauty – i tak przez blisko dwie godziny, przy coraz gorętszej reakcji widowni. Usłyszeliśmy m.in. Follow You Follow Me, Mama, potężnie brzmiące Calling All Stations. Moje serce zgreda zabiło mocniej, gdy lider zapowiedział Ripples pochodzący z A Trick of The Tail (1975). Nie zabrzmiało to jednak tak pięknie jak w oryginale – obniżona w refrenie tonacja (Wilson nie wyciąga takich wysokich rejestrów jak młody wtedy Collins) i uproszczone bębny nie przeniosły mnie w najukochańsze klimaty Genesis.

Z solowych nagrań członków grupy usłyszeliśmy In The Air Tonight, Another Day In Paradise Collinsa oraz Another Cup of Coffee i All I Need Is A Miracle Mike And The Mechanics zaśpiewany przez Steve’a Wilsona. Na koniec Land of Confusion i znakomicie, rokendrolowo zaaranżowany I Can’t Dance.

Nie trzeba było muzyków długo zachęcać do bisu. Zagrali porywające Solsbury Hill Gabriela, co dla mnie stało się kolejnym dowodem na artystyczne zwycięstwo Pana Petera nad byłymi kolegami. Uważam po prostu, że Gabriel solo zrobił rzeczy o wiele bardziej wartościowe niż Genesis jako trio. Na zakończenie porywająco, monumentalnie i gitarowo brzmiący Inside z repertuaru macierzystej formacji Wilsona, StiltskinI jak najbardziej zasłużone, długie oklaski.

Pink Freud, Kinoteatr „Rialto” Katowice, 20 kwietnia

Wiele lat temu jeden z moich studenckich kolegów, ku memu zdziwieniu przymierzający się do kariery naukowej, powiedział, że jak przeczytasz trzysta książek, to sprawiasz wrażenie, że przeczytałeś ich trzy tysiące. No właśnie, tylko że prawdziwe uprawianie – nie tylko nauki – polega nie na sprawianiu wrażenia, ale na rzetelnej wiedzy i, najlepiej, darze przekazywania jej innym.

[more]

Więc ze wstydem przyznaję, że z Pink Freud nie miałem dotąd bliższego kontaktu. Dopiero teraz nadarzyła się okazja usłyszeć ich muzykę. I nie żałuję, i to bardzo nie! Jazz, bez dwóch zdań, o czym świadczy skład: bębny, gitara basowa, saksofon barytonowy (my by tu na Górnym Śląsku pedzieli, że trzimanie tygo żelostwa i dmuchanie w ta ruła to jak fedrowanie na grubie, szychta na przodku) oraz trąbka wspomagana od czasu do czasu klawiaturą. Skład nieuchronnie sugerujący, że będzie głośno. I ostro. Bez fortepianu, z gitarą basową zamiast kontrabasu, z perkusją obsługiwaną w zdecydowanie rokendrolowy sposób. W ogóle – dynamika i energia, zachowanie – zwłaszcza lidera – na scenie – były w swych korzeniach zdecydowanie rockowe.

Koncert bardzo udany, z wieloma znakomitymi fragmentami, zarówno melodycznymi, jak i gdy chodzi o solowe popisy członków zespołu. Jakie to widowiskowe, gdy saksofonista odgrywa swoje solo, a reszta nie znika ze sceny, tylko siada na niej lub wręcz, jak Wojciech Mazolewski, kładzie się na deskach. Urocza, pełna męskiego wdzięku konferansjerka lidera nie pozostawiła chyba żadnej niewiasty na widowni obojętną. Ale tym, co wystawia najlepsze świadectwo zespołowi, jest gołym okiem widoczny fakt, że to zespół właśnie. Tych czterech ludzi wciąż uśmiecha się do siebie, uśmiecha do publiczności, wciąż słucha nawzajem siebie grających. To najlepszy z możliwych przekazów dla słuchaczy: że tym facetom na scenie bardzo się chce, że cieszy ich to, co robią, że gorąca reakcja widowni dodaje im energii. Jak bardzo niedługo trzeba było ich zachęcać do bisów!

Z pewnością to nie jest muzyka dla każdego, nie dla każdego do słuchania w domowym zaciszu, bo kojących dźwięków jest w niej znacznie mniej niż tych w oszalałym tempie pędzących gdzieś do przodu. Ale na koncercie czuło się w powietrzu dużo wspaniałych fluidów. Tak jak w kinie siedzisz, by oglądać film, a nie przerwy na reklamy – na koncercie jesteś tylko po to, by słuchać, chłonąć muzykę całym sobą, nie rozpraszać się czymś innym, niepotrzebnym. To bardzo oczyszczające. Zwłaszcza w połączeniu z kawałem naprawdę dobrego grania. Albo inaczej: tylko dobry koncert, dobry film jest w stanie zawładnąć nami, naszymi zmysłami, myślami. Mazolewskiemu i spółce (każdy pan z innej bajki!) z pewnością ta sztuka się udała.

28 kwietnia 2012

JAZZART Festival w Katowicach (Lars Danielsson Quartet, Courtney Pine, Maciej Obara International Quartet)

Po raz pierwszy, przygotowany w pośpiechu, przy okazji wkładający kij w jazzowe mrowisko w stolicy Śląska. Trzy dni (28-30.04.2012), kilkanaście koncertów. Ostatecznie zdecydowałem się na trzy. Wiek już nie ten, coraz gorzej znoszę maratony muzyczne, a dla doznań estetycznych też lepiej, gdy jest ich mniej, nie nakładają się na siebie wzajem.

[more]

Sobota, Rialto. Courtney Pine z projektem „Europa”. Na co dzień saksofonista, tym razem zagrał na klarnecie basowym. Obok niego perkusja, bas i piano (niezwykłej urody pani, o włosach opadających prawie za krzesełko, na którym siedziała). Mieszanka niesamowita, przekładaniec wolnych i dynamicznych kawałków, które raz po raz przeistaczały się w ekstatyczną improwizację wszystkich muzyków. Afro-karaibskie korzenie lidera mieszały się z rytmami zasłyszanymi gdzieś podczas, jak rozumiem, tras koncertowych po starym kontynencie. Inspiracje skandynawskie, greckie i inne mieszały się ze sobą nieustannie. Do tego urocza, niegwiazdorska konferansjerka. Kawał muzyki, interesująco spędzony wieczór.

W poniedziałek wybór padł znów na Rialto, na Maciej Obara International Quartet. Obara na saksofonie, Dominik Wania na fortepianie i sekcja z Norwegii – Ole Morten Vagan na basie i Gard Nilssen na perkusji. Poznali się w Kent na festiwalu jazzowym, Obara stwierdził, że dobrze byłoby zrobić coś w tym składzie.

Odjechane to było momentami zupełnie, totalna improwizacja. Ale ci młodzi przecież ludzie potrafią już bardzo wiele, więc trudno się dziwić gorącej reakcji publiczności. Obara w sumie dzielił się dźwiękami swojego instrumentu oszczędnie, stąd na plan pierwszy wysunął się wspaniały kontrabasista. Vagan grał porywająco, raz po raz łamiąc harmonie smyczkami bądź odwrotnym ułożeniem dłoni na gryfie. Brawura i poczucie humoru jednocześnie. Kolejna porcja dobrej energii ze sceny – muzyki na poziomie, kontaktu muzyków ze sobą i z publicznością. Jazz ma się dobrze, podobnie jak przyjaźń skandynawsko-polska urzeczywistniana na scenie w nie wiadomo którym już pokoleniu.

Na deser zostawiłem sobie koncert niedzielny. Katedra ewangelicko-augsburska przy ulicy Warszawskiej, Lars Danielsson Quartet. Wielka postać europejskiego jazzu, u nas najlepiej znana ze współpracy z Leszkiem Możdżerem i Zoharem Fresco.

Przez siedemdziesiąt minut Bóg istniał na pewno i był Skandynawem. Do uszu zgromadzonych docierały aksamitne, pastelowe dźwięki prosto z nieba. Ukojenie, spokój, harmonia doskonała. Anioły unoszące się pod sklepieniem. Bas lidera, piano, bębny i delikatna gitara elektryczna. Jazz? Może po prostu Muzyka, cudnej urody melodie rozpisane na jazzowe instrumentarium, zagrane z wielkim znawstwem przedmiotu i wirtuozerią. Asceza wnętrza świątyni, jej świetna akustyka – tylko potęgowały efekt.

Państwo wybaczą, czy po takiej uczcie można iść na kolejne przyjęcie? Przecież z takimi dźwiękami trzeba pokornie wrócić do domu, unosząc się nieco w powietrzu, ułożyć się do snu. I zostać z nimi przynajmniej do rana.

3 maja 2012

Emir Kusturica i No Smoking Orchestra, Katowice, 9 maja

Dni Województwa Śląskiego, dzień pierwszy. Na początek Sokół Orkestar z gościnnym udziałem Renaty Przemyk. Było naprawdę dobrze. Popelinowy Golec uOrkiestra doprowadza mnie do białej gorączki, do Brathanków, choć grających z większą kulturą muzyczną, z Jackiem Królikiem na gitarze, też trudno było nie mieć zastrzeżeń.

[more]

Nie wiem, jak powiedzie się Przemysławowi Sokołowi z kolegami, zwłaszcza że grają bardziej instrumentalnie niż z wokalem. Ciężko więc będzie o zawojowanie skromniutkiego rodzimego rynku, o zaistnienie na nim. Na żywo było jednak bardzo szlachetnie. Zawsze mnie będzie ciągnąć w stronę rock’n’rolla, toteż serce żywiej reaguje, gdy inspiracja folklorem słowiańskim podprawiona jest solidną sekcją rytmiczną i bardzo przyzwoitą gitarą. Do tego trzy dęciaki i akordeon. Było bardzo energetycznie. Gdy pojawiła się Pani Renata (bardzo stylowo ubrana, w białej bluzce i czarnej, szerokiej spódnicy) i mocnym głosem zaśpiewała pod oknami wojewody śląskiego „kochaj, kochaj!”, temperatura na Placu Sejmu Śląskiego wyraźnie wzrosła. Była to znakomita rozgrzewka przed występem gwiazdy wieczoru.

Zrobiło się już ciemno, gdy Emir Kusturica ze swoją No Smoking Orchestra  wyszli na scenę. No i zaczęła się jazda!

Członkowie zespołu niczego nie muszą udowadniać, folklor bałkański mają we krwi, więc podchodzą do niego ze znacznie większą nonszalancją niż Sokół z kumplami. Fascynacja rock’n’rollem oczywista, ci panowie, wszyscy, metrykalnie mieścili się gdzieś w przedziale 55-60 lat. I nic świętego. „We gonna play unza-unza music for you” – powiedział lider przed drugim kawałkiem, a trochę później zagrali jeszcze Mozarta w konwencji Friedrichstadtpalast. Mieszanka gatunkowa: metalowe, fantastyczne zagrywki gitarzysty, brawurowe skrzypce, takiż saksofon i akordeon (świetnie nagłośniony!), rewelacyjna i dyskretna jak u Stonesów sekcja rytmiczna i trzech szalonych wokalistów, nic to, że z angielszczyzną nie najwyższej próby. Na taką anarchię stylistyczną, jazdę bez trzymanki z pogranicza rocka, jazzu, rytmów bałkańskich, musicalu, Waitsowej knajpy i, rany boskie, czego tam jeszcze – mało kto może sobie pozwolić. W wielu momentach słuchacz odnosił wrażenie, że wszystko rozjeżdża się w cztery strony świata, że każdy gra co innego – i zaraz potem dźwięki instrumentów cudownie układały się w  kunsztownie sklejony utwór. Granie o absolutnie hybrydowym napędzie, dziki, bałkański patchwork tworzący rozsadzaną energią całość. To wielka przyjemność – patrzeć, jak niemłodzi już, naznaczeni hektolitrami niekoniecznie dobrze strawionej śliwowicy faceci, znakomicie zabawiając siebie nawzajem – zabawiają publiczność. Niewymuszoną, porywającą muzyką.

Rewelacyjny koncert za zupełną darmochę. Kto został w domu, niech żałuje.

Na marginesie Fryderyków 2012

Podchodzę do Fryderyków trochę jak do list przebojów. Ponieważ są tylko raz w roku – nadstawiam ucha, co też tam, panie, w branży piszczy. List przebojów nie słucham już od dawna, nudzi mnie i męczy słuchanie wielu niepotrzebnych rzeczy, by natrafić wreszcie na coś, na czym warto zeprzeć ucho.

[more]

Chyba po raz pierwszy nie podobała mi się Grażyna Torbicka. Wielka klasa, kobiecość, wdzięk, naturalność. I wiedza. Olbrzymia kinowa, chyba niezła książkowa (bardzo ją lubię jako prowadzącą finały Nike), ale tu jakoś nie bardzo na miejscu. Przygotowane wcześniej dialogi zabrzmiały sztucznie – mój ulubiony Piotr Metz sam chyba poprowadziłby tę imprezę lepiej. Nie na miejscu wydały mi się też osobiste sympatie pary konferansjerskiej, bo to trochę jak „moje jest mojsze niż twojsze”. Jedynie wciąż powtarzany apel o uczciwe korzystanie z muzyki (płacenie za płyty lub ściągane pliki) był bardzo a propos.

Nakłady płyt, jak wiadomo, są od lat przerażająco niskie, „złota płyta” za piętnaście tysięcy sprzedanego nakładu to śmiech na sali (niestety, śmiech przez łzy). Kategorii, w których przyznawane są nagrody – mnóstwo, choć nie chcę przez to powiedzieć, że za wiele. To, że po latach tułaczki rozdanie nagród powróciło do publicznej telewizji, jest sukcesem i krokiem we właściwym kierunku. Twórczość należy wspierać – jeśli taki program zachęci niektórych do zakupu jednej czy drugiej płyty, do zapoznania się z dorobkiem tego lub innego artysty – to dobrze. Jeśli o czymś/kimś przypomni – spełnia swoje zadanie.

Tak na marginesie: kupuję nowe płyty, także te polskie, choć od paru lat robię to mniej chętnie. Wychodzę z założenia, że czas nieraz bezwzględnie weryfikuje pierwsze oceny. Tak całkiem na świeżo nie zawsze jest to proste. Gdy kupuję płytę wydaną trzydzieści-czterdzieści lat temu, bo chcę ją – wreszcie – mieć w swojej kolekcji, to wiem, że będzie ona chciana przeze mnie także za dziesięć  lat. Co w przypadku nowych płyt nie jest takie oczywiste.

Mimo wszystko jednak  – w miarę posiadania wolnych środków płatniczych – nie strońmy zupełnie od kupowania polskich nowości płytowych, nie dopuśćmy do tego, by utalentowani muzycznie ludzie odchodzili do innych zajęć, aby mieć za co żyć. By zakopali swoje talenty.

28 kwietnia 2012

Myslovitz bez Rojka

Z obozu Myslovitz już dawno dobiegały niepokojące wieści. Dla mnie, miłośnika muzyki ze Śląska, tym bardziej przykre. Wciąż mam w pamięci przypadek SBB, kiedy po rozwiązaniu zespołu nastąpił wieloletni regres.

[more]

Lakis gdzieś przepadł, Piotrowski, o zgrozo, pojawił się w Kombi – na szczęście zaraz potem w najlepszym składzie Dudka, a następnie w Dżemie. Skrzek co prawda szybko wydał kilka płyt: „Ojca chrzestnego Dominika” (choć to realizacja równoległa do „Mementa z banalnym tryptykiem”), „Józefinę”, „Ambitus Extended” razem z Tomaszem Szukalskim – i do tego momentu było całkiem nieźle. Ale zaraz potem koszmarna, nudna „Podróż w krainę wyobraźni” (już sam tytuł kiczowaty). W świadomości, nawet radiowego, „trójkowego” konsumenta muzyki, czyli takiego, który o nowościach płytowych dowiaduje się raczej z radia niż z internetu, przestali właściwie istnieć.

To samo z Krzakiem. Już rozstanie Windera z Błędowskim było artystycznym nieszczęściem, potem pozostało tylko plątanie się po klubach typu ‘Leśniczówka’ w Chorzowie.

I – dla przeciwwagi – Dżem. Zespół, którego życie potraktowało najdotkliwiej. Najpierw śmierć Ryszarda Riedla, charyzmatycznego wokalisty, po jedenastu latach wypadek samochodowy i odejście Pawła Bergera. Dwa momenty zwrotne, w których kariera grupy mogła się załamać.

Pojawienie się Jacka Dewódzkiego dla ortodoksów było nie do przyjęcia. Jeśli Dżem, to tylko z Riedlem. Odmawianie innym ludziom prawa do robienia w życiu tego, co potrafią najlepiej, czyli do grania, choćby w  innym składzie. A ja jestem przekonany, że ani bracia Otrębowie, mimo iż Beno dostarcza na kolejne płyty najwięcej kompozycji, ani tym bardziej Jerzy Styczyński, nie mówiąc o reszcie, nie poradziliby sobie w odmiennych konfiguracjach personalnych. Siła tkwi w tym, że są razem, że każdy coś od siebie dorzuca. Dla mnie to jest magia – wirtuozeria instrumentalistów i mnóstwo znakomitych utworów. Tę magię czułem np. na koncercie w Bielsku Białej pod szpitalem, bodaj w 1998 roku, kiedy po raz pierwszy na Dżemie byłem ze swoimi, wówczas siedmioletnimi, synami bliźniakami, tę magię czuję do dziś. Tym bardziej, że zmiana Dewódzkiego na Balcara była, z całą sympatią dla tego pierwszego – potężnym jakościowo krokiem naprzód. Balcar zawsze jawił mi się jako stylowy wokalista (pamiętam, jak znakomicie zaśpiewał przed laty w Opolu „‘Dziwny jest ten świat”), do tego bardzo świadomy, gdy chodzi o materiał, na którym pracuje, czyli język – bardzo dobra dykcja, która nigdy nie pozwoliła mu zaśpiewać „włanczam silnik”, co zdarzało się Riedlowi. Nigdy nie użył też ze sceny przekleństwa (Sebastianowi Riedlowi, w którym wielu upatrywało następcę Ryszarda, to się zdarza, występ na piętnastolecie Cree zaczął nawet od słów: „Wzmacniacz nam się spier…”).

Bałem się, że Myslovitz się rozpadnie, a w zamian nie dostaniemy nic choćby zbliżonego poziomem do dokonań grupy. Myślałem sobie: „Wadzą się, nie lubią? Cóż, niech nie niszczą instytucji, jaką stał się zespół”. No i grali. Nagrali przecież w ubiegłym roku bardzo dobrą płytę. „I tak trzymać!”.

Ostatecznie jednak stało się inaczej. Ale też, na szczęście (wierzę w to mocno, że na szczęście!) inaczej, niż myśleliśmy. Zespół pozostał, odszedł Artur Rojek. Ufam, że siły artystycznej w braciach Kuderskich, Powadze i Myszorze jest dostatecznie wiele, by sobie poradzić (przykład Heya po odejściu pierwszego lidera, Piotra Banacha, jest bardzo budujący). Nowy wokalista, Michał Kowalonek, na ile jestem w stanie to na gorąco ocenić, ma sporo z barwy Rojka, a jednocześnie, po prostu, znacznie mocniejszy i do tego lekko chropowaty głos. Powinno być więc – od strony brzmieniowej – bardzo dobrze. Kompozytorsko – czas pokaże. Wierzę w to, że chłopakom się uda.

A co do Artura Rojka – też mam nadzieję, że będzie się realizował nie tylko jako dyrektor OFF Festivalu, ale dostaniemy czasem od niego, jego nowych kolegów, także porcję wielkiej muzyki. Takiej jak Lenny Valentino.

I wtedy naprawdę będzie pięknie. Bo chodzi przecież o muzykę, o nowe nagrania. O koncerty. O dawanie wzruszeń słuchaczom.

A ortodoksów nie lubię, bo są nieprzejednani w swych poglądach. I uparci, czasami głupio uparci. A wtedy – niebezpieczni. Pink Floyd bez Barretta, Rolling Stones bez Jonesa – to chyba dwa najlepsze przykłady.

3 maja 2012

Peter Gabriel, Live Festival, Oświęcim, 13 maja 2012

Wreszcie spełniło się jedno z moich ostatnich możliwych do spełnienia muzycznych marzeń – zobaczyć Pana Piotrusia na żywo (do Poznania parę lat temu się nie wybrałem). Z pokolenia debiutujących w latach 60. zostało ich niewielu: Paul McCartney (ściślej – debiutował w poprzedniej dekadzie, nigdy nie był w Polsce), Eric Clapton (byłem w 1979 roku w „Spodku”, kiedy nie wyszedł na scenę) i Dawid Gilmour (do Gdańska nie pojechałem, podobnie jak na Claptona). I on.

[more]

Bałem się. Pomysł z orkiestrą nie jest tym, co lubię najbardziej. Zachwycałem się tylko raz, jako szczeniak jeszcze, Purplami. Później te koncepty budziły raczej moją nieufność – karykaturalna Metallica, mocno średni Dżem w operze. Ale przecież to Gabriel, a okazja zobaczenia go może się już nie powtórzyć.

No właśnie – Gabriel. Przed laty przeciął pępowinę Genesis, by nigdy nie wrócić (poza dograniem wokalu do nowej wersji „Carpet Crawlers”) do tych utworów. Zbliżył się do granicy popu, zaczął pisać piosenki. Ale jakie! Zawsze była to połamana faktura harmoniczna, staranne instrumentacje, zawsze, nawet w tych najbardziej powłóczystych utworach, czaił się jakiś niepokój – za sprawą niesamowitego głosu i budowanego nastroju. Więc – nie powinno być źle.

Kiepska była pogoda. Po upalnym początku maja nastały bardzo zimne i deszczowe dni. Ale niedziela na szczęście oszczędziła wody z nieba, w czasie koncertu popadało tylko trochę, nawet nie dziesięć minut. Archanioł Gabriel czuwał nad miastem.

Dwie panie śpiewające w chórkach  (zawsze przez mistrza ceremonii dobieranych bardzo starannie) i kilkudziesięcioosobowa New Blood Orchestra. To nie było żadne tam „pociągniecie trochę po smykach i jakoś będzie”, usłyszeliśmy kawał niezwykle  pieczołowicie zaaranżowanej muzyki. Nie powaliły decybele (nie o to przecież szło), nie było rockowej dynamiki, ale był rozmach i przestrzeń, jaką może dać duża orkiestra. Może wolałbym więcej instrumentów dętych, aby czasem zapanowały nad całością – ale i tak  było pięknie.

„Witam was!” – powiedział po pierwszym utworze, a ściślej – przeczytał z kartki. I zaraz: „Nastepna piosenka ma tytul…”. Bardzo szybko zorientowaliśmy się, że na scenie, choć ukryty przed naszymi oczami, jest jeszcze jeden Pan Piotr – Kaczkowski, który  tłumaczył nieco dłuższe wypowiedzi frontmana. Dla starych ‘trójkowiczów’ było to kolejne tego wieczoru wzruszenie.

Niespieszne w większości kompozycje Gabriela zyskały jeszcze bardziej monumentalny, filharmoniczny wymiar, lecz chyba nikt nie miał prawa czuć się znużonym. Te dźwięki były zbyt szlachetne, by dało się przejść obok nich niewzruszonym.

Dowiedzieliśmy się, że dwa tygodnie wcześniej ojciec Mr. Petera obchodził  setne urodziny, co wzbudziło aplauz widowni, która ze słowiańską dezynwolturą odśpiewała „Dwieście lat”. Na filmie towarzyszącym utworowi zobaczyliśmy, jak ojciec i syn spacerują po ogromnej posesji objęci  ramionami, starszy pan bez laski i w świetnej formie. To nadzieja, że Gabriel, choć jest późnym dzieckiem, pochodzi z długowiecznej rodziny i ma wiele lat artystycznej kariery przed sobą. Że odwiedzi jeszcze Polskę.

Usłyszeliśmy m.in. ‘Secret World’ , ‘Digging In the Dirt’, a pod koniec ‘Red Rain’,‘In Your Eyes’ i – ku mej ogromnej radości – ‘Biko”. Po krótkiej przerwie, już  na bis, wspólny występ z Kroke oraz ‘Don’t Give Up’. Mistrz zszedł ze sceny, mówiąc, że jest  późno i pora wracać do domu. Na koniec orkiestra odegrała  temat z ‘Ptaśka’ i to był, po blisko dwóch godzinach, definitywny koniec koncertu.

Czułem się usatysfakcjonowany – i nie ja jedyny. To naprawdę był niezwykły koncert. Bardzo szczególnego, wyjątkowego artysty w dziejach rocka. Kogoś, kto zawsze szedł własną drogą i wyznaczał nowe trendy. Dla festiwalu, odbywającego się już trzeci raz, i miasta Oświęcimia było to artystyczne wydarzenie bez precedensu.

Po takich koncertach, wsiadając do samochodu, nigdy nie włączam radia. To byłoby świętokradztwo. Takie dźwięki, rozbrzmiewające wciąż w uszach, należy zabrać ze sobą do domu. I z nimi położyć się spać.

Nie lubię oceniać płyt na gorąco

Nie lubię oceniać płyt na gorąco. Co prawda z racji tylko amatorskiego zajmowania się muzyką moje opinie nikomu chwały nie przysporzą ani krzywdy nie zrobią, ale na swój własny użytek przekonałem się, że płyta musi się uleżeć w głowie. Począwszy od truizmu, że bardzo źle dla krążka, jeśli dobry wydaje się przy pierwszym słuchaniu, przy drugim znacznie mniej, trzecie powoduje niesmak, a czwartego razu już po prostu nie ma. Świetne płyty mało kiedy wpadają w ucho od pierwszego słuchania. Ich zaletą jest, że podobają się za każdym razem bardziej, aż gdzieś przy siódmym – dziesiątym stwierdzamy: „To jest kawał muzyki!”. I tak już zostaje.

[more]

Przed laty, jako młody chłopak, „kupowałem” płyty w całości, nie umiałem odróżnić utworów znakomitych – w moim odczuciu – od tylko dobrych. Ale w końcu się tego nauczyłem, a raczej – po prostu przyszło samo. Bezustanny trening (bez muzyki nie wyobrażam sobie życia)  robi swoje.

Wracając do pierwszej myśli – nie rozumiem ludzi, którzy wydają autorytatywne sądy po jednorazowym przesłuchaniu materiału. Piszę to, mając świadomość, że o pewnych wykonawcach mówić po prostu nie warto – tutaj chciałbym się zajmować  przynajmniej przyzwoitą półką muzyczną (do definicji tego terminu mam nadzieję kiedyś dojść).

Owo uleżenie się płyty w moich uszach powoduje, że już od lat mam swoje typy choćby w dorobku ukochanego Dżemu. Nawet na słabszych płytach, tych z Jackiem Dewódzkim, zawsze pojawiały się dwa – trzy takie numery, dla których warto sięgać po te krążki (i bardzo żałuję, że nigdy nie mieściły się one w repertuarze koncertowym zespołu).

Potrzebą dni, w których przyszło nam żyć, jest informowanie o nowościach. Rynek ma swoje prawa. Dziennikarze słuchają więc, czytają książki, oglądają filmy. Recenzują na gorąco, ferując pierwsze wyroki. Wielce ryzykowne to zajęcie, bo czas bezlitośnie odsiewa ziarna od plew, z biegiem lat pozostawiając na powierzchni coraz mniejszą liczbę dzieł. I to, jak pokornie uczy historia, niekoniecznie tych, które wydawały się znakomite w chwili ukazania się.