Zielony Piotruś, czyli zapomniany mistrz gitary – The Best of Peter Green’s Fleetwood Mac, 2002

Szperanie wśród starych nazw, nazwisk i płyt od dawna powoduje we mnie szczególny rodzaj emocji. Bo to muzyka z lat, gdy większość Polaków mogła jedynie marzyć o posiadaniu oryginalnej płyty, a już samo jej trzymanie w dłoniach – jeśli zdarzyło się, że ktoś ze znajomych był akurat szczęśliwym właścicielem – powodowało szybsze bicie serca.

[more]

Dziś czas wielu dawnym wydawnictwom sprzyja szczególnie. W większości są zremasterowane, oczyszczone i kosztują niewielkie pieniądze. Tak niewielkie, jak rzeczony album (24,99 zł w MM), że można by nakłaść ich do koszyka za kilkaset, a może po prostu kilka tysięcy złotych. I powtarzać ten ceremoniał jeśli nie codziennie, to choć raz na tydzień. Niestety, nie stać mnie na takie zakupy, ale może dzięki temu mam chwilę, by podelektować się każdym kolejnym nabytkiem.

Chyba równo dwadzieścia lat temu kupiłem inny składak Fleetwood Mac z nagraniami z okresu, gdy dowodził zespołem Peter Green (The Hits of…). Wciąż jednak chodziły za mną dwa znakomite numery, których zabrakło na tamtej płycie. Tutaj już są i w dodatku w otoczeniu wielu innych smakowitości w dawce blisko osiemdziesięciominutowej.

Kapela powstała w 1967 roku, utworzyli ją

współpracownicy Johna Mayalla

– perkusista Mick Fleetwood oraz bodaj pierwszy i najwspanialszy liryczny gitarzysta rockowy w historii, Peter Green, wkrótce w składzie znalazł się jeszcze trzeci członek Bluesbreakers, basista John McVie. Od nazwisk pierwszego i ostatniego z wymienionych wzięła się nazwa zespołu, nie trzeba chyba dodawać, że bluesowego. I tak było do roku 1970, kiedy odszedł Green. Potem w składzie pojawiły się panie, zrobiło się bardziej popowo, niemniej w 1977 roku, w zupełnie już innej stylistyce, zespół nagrał znakomity Rumours.

Wróćmy jednak do pierwszego, najlepszego okresu w historii. Omawiany album, szczególnie wartościowy w obliczu poważnych trudności z nabyciem wydawnictw katalogowych, serwuje nam wszystko to, co w Greenowskim FM najlepsze.

A więc

te dwa numery

The Green Manalishi (znów riff, przy którym buty spadają z nóg) i dwuczęściowy Oh Well, najpierw gwałtowny, rockowy, choć z kapitalną gitarą akustyczną na pierwszym planie, a potem akustyczny, trochę filharmoniczny w klimacie, mający coś z Vivaldiego, Rodriga, ale też Beatlesów i King Crimson. Znaczenia obecności tych dwóch utworów w zestawie przydaje fakt, iż w swoim czasie pojawiły się one tylko na singlach i dopiero to kompaktowe wydawnictwo z 2002 roku przypomniało je po latach.

A prócz nich mamy takie perełki, jak znakomity Man of The World czy Albatross, stylowe bluesy Merry Go Round, Worried Dream albo Need Your Love So Bad oraz dynamiczne My Heart Beat Like A Hammer, Looking For Somebody czy Shake Your Moneymaker.

Znakomity to wybór,

esencja tamtego grania.

I okazja, by przypomnieć sobie lub zaznajomić się z jeszcze jednym wirtuozem gitary, czasem bardzo lirycznym (czyż to nie on był patronem niektórych dokonań Snowy’ego White’a albo Gary’ego Moore’a?), a czasem zdrowo łojącym. Dziś, zdaje się, zapomnianym, a to przecież jeden z tych, którzy tworzyli kanon rockowej gry na gitarze elektrycznej. Gorąco polecam.

Wyrwane z kontekstu: Lynyrd Skynyrd, Sweet Home Alabama

Ian Gillan wspominał, że gdy dowiedział się, iż supportem Deep Purple podczas trasy po Stanach ma być Lynyrd Skynyrd, był ciężko zdziwiony. Skąd ich wytrzasnęli, co to w ogóle za kapela?! Przestał się dziwić, gdy zobaczył wypełnioną po brzegi widownię, wiwatujący tłum, podczas gdy z głośników dobiegały stylowe, rokendrolowe dźwięki.

[more]

O LS mówiło się, że anarchiści, rebelianci. Śpiewali o Południu, które zawsze miało i ma kompleksy wobec bogatej Północy. Ciężko było ich okiełznać, zachowywali się jak grupa rozrabiaków w szkole. Zresztą sama nazwa zespołu wzięła się ze zniekształcenia nazwiska znienawidzonego nauczyciela. Nagrywanie płyt zespołu wymagało anielskiej cierpliwości. Bo ci faceci lubili grać, ale na żywo. Mozolna praca w studiu była ponad ich cierpliwość, ciągle ktoś znikał, spowalniając lub zatrzymując proces powstawania nowego materiału.

Jakby tego wszystkiego było mało, w 1977 roku w katastrofie samolotowej zginęli, nie dożywszy nawet trzydziestki, wokalista Ronnie van Zant i gitarzysta Steve Gaines. Zespół odrodził się dziesięć lat później, a frontmanem został Johnny van Zant, brat Ronniego (gdyby po śmierci Ryszarda Riedla wokalistą Dżemu został jego syn, Sebastian, podobieństw tyskiego zespołu do LS mielibyśmy jeszcze więcej).

Lynyrd Skynyrd wypracował własny, łatwo rozpoznawalny styl łączący bluesa, rocka i boogie, ma w dorobku wiele wspaniałych kawałków. Ten jednak, otwierający album Second Helping z 1974, jest ponad wszystkie inne. To jak Satisfaction w dorobku Stonesów albo You Really Got Me Kinksów.

   Sweet home Alabama 

   where the skies are so blue 

   sweet home Alabama 

   Lord I’m coming home to you. 

Tak krawiec kraje, jak mu materii staje – The Rolling Stones, It’s Only Rock’n’roll, 1974

W 1977 roku znalazłem się we Francji i stamtąd przywiozłem ten krążek. Bracia ubolewali co prawda, że mój wybór nie padł na coś starszego, ale jeśli wtedy miałem jakieś pojęcie o muzyce, to było ono dość blade. I gra mi teraz w tle ten sam egzemplarz – gdy się dba o płyty, powiem nieskromnie, to i po wielu latach da się ich bez zgrzytania zębami słuchać. To w ogóle jedna z pierwszych płyt w moim zbiorze, przeszła ze mną praktycznie całą muzyczną drogę, w ciągu kilku lat, może poza tytułowym utworem, całkowicie przesuwając punkty ciężkości.

[more]

To ostatni album Stonesów, na którym gra

Mick Taylor.

Odszedł sam, doprowadzając swoją decyzją do wściekłości i Jaggera, i Richardsa. Jedna z wersji powiada, że musiał się ratować, bo podjął współpracę z zespołem jako wegetarianin, a kończył jako narkoman.

Jako wielki wyznawca tej kapeli, ze wzruszeniem wspominający pierwsze z nią spotkania w swoich czasach jeszcze przedszkolnych, jak i z czułością pochylający się nad ostatnimi dwiema nowymi piosenkami, sądzę, że z gitarzystów trzech: Jonesa, Taylora i Wooda – Mick był zdecydowanie najlepszy.

Świetny technik, bluesman o wirtuozowskich zapędach.

To chyba nie przypadek, że nagrania z jego udziałem brzmią do dziś najlepiej. Że, oczywiście, są to utwory z najwspanialszego okresu zespołu, ale też nagrane przez najlepszy skład Stonesów.

Dziesięć kawałków, z których najpierw – jako piętnastolatkowi – podobały mi się te najostrzejsze, ale po roku, może dwóch latach zaczarowały ostatnie utwory na obu stronach longplaya – najpierw Fingerprint File, a potem Time Waits For No One. Dwa szlachetne, ponadsześciominutowe dzieła. Oba w średnim tempie, kojarzące się, zwłaszcza ten drugi, z arcydziełami na Let It Bleed. To najjaśniej świecące gwiazdy w tym zbiorze.

Dorzucić należy jeszcze piosenkę tytułową, pierwotnie pisaną przez Jaggera dla Davida Bowiego (zupełnie nie rozumiem, dlaczego na ostatnich składakach TRS skróconą o dobrą minutę, to barbarzyństwo). No i osobliwe stonesowskie reggae, Luxury.

Ten album, przez lata się utarło, uznawany jest za jeden ze słabszych w dorobku grupy. O rany, nie! Nie podzielam tej opinii, potem nie raz było gorzej. I – powtórzę, co już parę razy pisałem w innych miejscach –

tzw. słaby album wielkiej grupy

i tak będzie lepszy od dobrej płyty niezłego zespołu. Ronnie Wood ze swoją gębą co prawda pięknie wkomponował się w skład, ale gdzie mu tam do Taylora. Toczące się Kamienie pozostały wspaniałą, jedyną w swoim rodzaju kapelą rokendrolową, ale ich korzenie bluesowe wyraźnie straciły na głębokości wraz z odejściem Micka Krawca.

Jak się czyta wspomnienia muzyków zespołu, ich bezustanne zmaganie się z używkami, kobietami, prawem i policją, aż trudno uwierzyć, że w takich warunkach można było nagrywać kolejne płyty i jeździć w kolejne trasy koncertowe. Przecież, gdyby byli wypoczęci, wolni od nałogów, nie okupowali – jak Richards z Jaggerem – pierwszych miejsc na liście rockowych gwiazd-kandydatów do przeniesienia się w stanie odurzenio-upojenia w zaświaty, mogliby pracować o wiele wydajniej.

Ale czy na pewno?


Co można znaleźć w starej skarpecie? – Eric Clapton, Old Sock, 2013

Jakby ktoś czterdzieści parę lat temu, a nawet znacznie później, powiedział, że rockowi wymiatacze nagrywać będą takie płyty, stukalibyśmy się w czoło. Muzyka, która jak żadna wcześniej, gwałtownie, prądem i decybelami, protestowała przeciw zastanemu porządkowi, sama sklasyczniała. Tak jak jej najsłynniejsi przedstawiciele, którzy nie tylko nie boją się Boga, ale i fanów. Bo wiedzą, że na nowych już specjalnie liczyć nie mogą (i chyba im szczególnie na tym nie zależy), a dawni starzeją się tak samo jak ich idole. I tak samo, w większości, łagodnieją z wiekiem.

[more]

I trudno nie zauważyć przy okazji tego krążka pewnej prawidłowości, wpisywania się w pewne szersze zjawisko – Clapton zrobił płytę bardzo podobną m. in. do tej McCartneya sprzed roku. Tam zresztą zagrał staremu kumplowi-Beatlesowi w dwóch kawałkach, teraz doszło, co prawda w jednym tylko numerze, do rewanżu. Obaj panowie sięgnęli po

piosenki sprzed wielu dziesiątków lat,

także tych z czasów przedrokendrolowych. U Mr. Erika sąsiadują ze sobą Gershwin, Tosh i J.J. Cale. Ten ostatni pojawia się teź osobiście, śpiewając i grając na gitarze we własnej kompozycji z 1981 roku, Angel. Od nazwisk może zakręcić się w głowie: Chaka Khan, Steve Winwood, Steve Gadd, Chris Stainton, Jim Keltner, Taj Mahal i wielu innych.

Niechętnych i obojętnych wobec Slowhanda ten album nie przekona, starzy fani powinni być zadowoleni. Ja sam, przyznam, do gorących wyznawców Claptona nie należę. Bluesbreakers, Cream, Blind Faith, Derek and The Dominos – owszem, ale potem zrobiło się – w moim odczuciu – mniej interesująco, choć pojawiały się też takie cudeńka, jak Unplugged.

Clapton właściwie zaniechał komponowania,

klejąc swoje kolejne płyty z materiału pisanego przez innych. Cokolwiek jednak mówić, jest artystą tej miary, że zawsze odciskał na tych utworach bardzo wyraźne i charakterystyczne, rozpoznawalne natychmiast piętno.

Nie inaczej jest w przypadku Old Sock, na której podpisany jest tylko pod jedną piosenką, a resztę wziął skądinąd. Jest to jednak granie bardzo wytrawne. Stonowane, oszczędne w stosowaniu środków artystycznego wyrazu – dlatego podobają mi się nawet kawałki reggae, których jest parę na tym albumie, a za gatunkiem tym szczególnie nie przepadam. Bardzo pięknie brzmi też Claptonowska wersja Still Got The Blues Garry’ego Moore’a, wydobywająca z zajechanego dość numeru subtelność i, po prostu, piękno.

Album bez zaskoczeń,

granie raczej dla starych. Bo oni (znaczy tacy jak ja) bardziej skłonni są używać muzyki nie tylko do ładowania akumulatorów, ale i wyciszenia. Jest jednak w tej płycie – nie pierwszej i nie ostatniej nagrywanej przez rockmanów pozornie od niechcenia, przy okazji – wyraźnie odczuwalna wielka maestria. Trzeba naprawdę bardzo dobrze władać instrumentami, by efekt końcowy był właśnie taki. To granie tych, którzy niczego już udowadniać nie muszą, bez jakiejkolwiek napinki, a ich kunszt objawia się jakby mimochodem.

Wyrwane z kontekstu: Martyna Jakubowicz, Jeśli chcesz z kogoś kpić

Mieliśmy wcześniej Adrianę Rusowicz, Mirę Kubasińską, Halinę Frąckowiak, ale nie było między Tatrami a Bałtykiem tak stylowej wokalistki bluesowej. Wszystko do dyspozycji – niezły wokal, dobra dykcja, świetne teksty jej pierwszego męża, Andrzeja Jakubowicza i żadnych problemów, by skupić wokół siebie najlepszych w kraju muzyków. Trudno się dziwić, bo to wykonawczyni wyjątkowa. I choć Pani Martyna trochę na własne życzenie znalazła się na obrzeżach rynku muzycznego, to – powiem zdecydowanie – nie wolno nam o niej zapomnieć. A kolejnym mocnym argumentem na „tak” jest jej ostatnia płyta, z 2010 roku – Okruchy życia.

[more]

Chciałbym jednak zatrzymać się przy kawałku nieoczywistym, pochodzącym z 1995 roku, z krążka Dziewczynka z pozytywką Edwarda. Mojego albumu Jakubowicz – obok debiutanckiego – ukochanego.

Ilekroć słyszałem, że drogi wokalistki schodzą się z Wojciechem Waglewskim, zastygałem w oczekiwaniu. Jest między nimi fantastyczna muzyczna chemia, a WuWu jako producent dopieszczający każdy, najmniejszy fragment, sprawdza się znakomicie.

Utwór niby schematyczny, jakich wiele, z ciągnącym się finałem. Ale jak to jest zrobione! Dziś takich solówek Jerzego Styczyńskiego znamy już więcej, wtedy była to bodaj pierwsza taka w kawałku studyjnym. Znakomite chórki z Katarzyną Szczot (które wychodzą Kayah lepiej niż kariera solowa). Bardzo to wszystko smaczne. Przypominające oczywiście Cockerowską wersję With A Little Help From My Friends, ale cytat to, jak przystało na mistrzów, świadomy. I tak myślę, czy przypadkiem nie jest to zalążek koncertowej wersji Whisky?

Wśród hodowców najlepszych pieczarek – Leaf Hound, Growers of Mushroom, 1971

Może gdybym był szalonym poszukiwaczem, trafiałbym na takie wynalazki częściej. Może nie dość pasji we mnie, może zbyt wiele oporu wewnętrznego, by szperać w internecie. Jeśli tego brak, co pozostaje innego, jak zdać się na przypadek – słuchanie, zwykle nie w całości, pewnych Trójkowych audycji?

[more]

Chyba już kilkanaście tygodni temu, dzięki Wojciechowi Mannowi, natknąłem się na Leaf Hound. Fenomenalną kapelę z przełomu lat 60. i 70., która nagrała

jedną, jedyną płytę

i przepadła bez wieści na całe dziesięciolecia. To, co zagrał Pan Wojciech, dotknęło najczulszych muzycznych miejsc we mnie. Jeszcze w trakcie audycji poszperałem trochę – i wrzuciłem żonie, lepiej obeznanej z elektronicznymi mediami, zadanie domowe na bliżej nieokreśloną przyszłość: zakupić album na Amazonie. I oto wielkanocny zając przykicał pod nasz dach, niosąc m.in. „nowego” Hendriksa  (serdeczne pozdrowienia dla Pań i Panów z działu muzycznego katowickiego MM – za uśmiech i życzliwość) oraz właśnie LH.

Zaczynali jako Black Cat Bones w 1969 roku, z Paulem Kossoffem i Simonem Kirke’em, którzy szybko się zwinęli, by utworzyć Free. I jeśli mamy szukać porównań, to chodzi właśnie

o Free, o Cream i Led Zeppelin.

Słucham tego materiału i kręcę głową: jak taka kapela mogła się nie przebić, rozpaść nagle? Peter French, świetny wokalista, odszedł do Atomic Rooster, by jeszcze w tym samym 1971 roku nagrać z nimi płytę, a zaraz potem trafił do Cactusa. O reszcie słuch zaginął, może z wyjątkiem kuzyna Frencha, Micka Hallsa, który do dziś jest uznanym muzykiem sesyjnym. Reaktywacja – w innym składzie – nastąpiła w 2006 roku, w 2007 ukazał się album Unleashed, ale o nim może przy innej okazji.

Zdaję sobie sprawę, że ciągle skręcam w stronę grania, które ma już czterdzieści i więcej lat. Nie jest to muzyka mojej młodości, byłem wtedy za smarkaty. Ale nuty posiane w mojej głowie przez starszych braci, gdy wystawałem ledwie nad stół, wydały owoc stokrotny. I co poradzę na to, że właśnie wtedy w rocku działo się najwięcej, że wspaniałych wykonawców było tak wielu, że na niektórych świat się nie poznał, że niektórym zabrakło cierpliwości, szczęścia, łaski krytyków i słuchaczy?

W przypadku Leaf Hound

zapomnienie to bardzo niezasłużone.

Trafnie napisał na swoim blogu Gregor – że ten krążek nie zawiera utworów szczególnie wybijających się ponad inne, ale wszystkie prezentują poziom, który składa się na znakomity wynik dziesięcioboisty. List nie cierpię, klasyfikacji, kto przed, a kto za – i kim. Ale LH to bez wątpienia czołówka. Mocne, stylowe łojenie. Coś, co kocham najbardziej.

Ten album ma dziś – poza wieloma innymi – walor szczególnie nie do pogardzenia: to stara, znakomita muzyka, której nie tylko nie zdążyliśmy nauczyć się na pamięć, ale nawet polizać. Tym większa więc radość słuchania.

I na koniec jeszcze jedna refleksja. W momentach bardzo nieodległych od White Room czy Crossroads Creamów albo Thank You czy What Is And What Should Never Be LedZep, w chwilach gdy frazowanie frontmana jednoznacznie kojarzy się z wokalem Planta, moja myśl wraca do pewnego passusu zawartego w haśle Budgie w Rock Encyklopedii Wiesława Weissa (skądinąd znakomitym wydawnictwie): „Zyskała opinię epigońskiej grupy hardrockowej, zachłannie i bez skrupułów korzystającej z osiągnięć takich zespołów, jak Black Sabbath i Led Zeppelin”.

Leaf Hound tak samo czerpali, ale z pojęciem epigoństwa w odniesieniu do materiału powstającego pól roku, rok, a nawet trzy lata po utworach, z którymi kojarzy nam się to, co słyszymy – byłbym dziś bardzo ostrożny. Zmiana perspektywy, jaka dokonuje się wraz z upływem lat, przewartościowuje, nieraz wielokrotnie, dokonania w sztuce. Także – w rocku.

Alchemia dźwięku

Chyba najbardziej błyskotliwa, a już z pewnością najkrótsza korespondencja między artystą (konkretnie: Wolterem) a wydawcą dokonała się parę stuleci temu i wyglądała tak:

Wolter do wydawcy: „?”.

Wydawca do Woltera: „!”.

[more]

Anegdotę tę przytacza w swej pięknej książce

„Alchemia słowa”

Jan Parandowski. Zajmuje się w niej procesem twórczym, metodami, jakie prowadziły do powstawania dzieł wybitnych. Dwa przeciwstawne bieguny są następujące. Autor całymi latami milczy, czekając na wenę, na przypływ sił twórczych, na pomysł, co sprowokuje go do tego, by przysiąść fałdów i zacząć pracę nad nową książką.

Druga – autor codziennie nastawia budzik na szóstą rano, dokonuje albo i nie porannych ablucji, ubiera się lub pozostaje w szlafroku, robi sobie kawę/herbatę i zamyka na wiele godzin w swoim gabinecie – i pisze. Zdanie, akapit, stronę, kilka stron. Codziennie, mozolnie wydobywając z siebie kolejne słowa.

Obie metody są równoprawne, jedna i druga wielokrotnie prowadziły na sam szczyt, do powstania arcydzieł. Było też tak, że ci, co czekali latami na łaskę pisania, żałowali potem straconych lat, tych przeżytych z dala od papieru i pióra.

II

Ostatnio, przy okazji nowego wydawnictwa Bonamassy, wpakowałem się

na linię ognia

na pewnym bluesowym forum. Co gorsza, niczym Leszek z „Daleko od szosy”, prosty chłopak ze wsi podpuszczony przez studentów, zacząłem wyjaśniać, kto to Joe B.

Szybko dałem sobie spokój. Muzyki lepiej słuchać, niż wdawać się w niekończące się dyskusje na nierozwiązywalne tematy. Muzyka nie jest matematyką. Nawet ta bluesowa, najprostsza z pozoru, nie poddaje się konkretnemu opisowi i jasnej ocenie. Muzyka to – posłużę się banałem – emocje. Na każdego działa w trochę inny sposób. Jednym podoba się to, drugim tamto.

Jan Parandowski zajmował się w przywołanej książce nazwiskami największymi. Sprowadzając wywód do działki mniejszej, skromniejszej – muzyki rockowej, twierdzę (nie ja jeden, czego są zresztą wyraźne dowody), że o robocie Bonamassy rozmawiać warto. Jedni odsądzają go od czci i wiary, że wydaje za dużo, za często, że gdyby nieco zwolnił, odbyłoby się to z pożytkiem dla artystycznej miary kolejnych wydawnictw.

Inni są zdania, że jeśli z każdej nowej jego płyty da się wyłowić dwa, trzy, cztery świetne numery, to już naprawdę jest coś. Coś, nad czym warto się pochylić.

Jeszcze inni powiadają, że co to za artysta (to już nie o JB), który każe czekać na swoją nową płytę osiem – dziesięć lat.

III

Nikt o zdrowych zmysłach nie zaprzecza dziś, że

rock’n’roll

jest niesłychanie ważnym zjawiskiem kulturowym i muzycznym drugiej połowy XX i początku XXI wieku. I że, tak jak w innych dziedzinach sztuki, młyn tu miele bezustannie. Nikt nikomu nie zabrania (zwykle) dokonywać takich czy innych ocen. Tych dotyczących wydawnictw sprzed lat, jak i jeszcze ciepłych.

Pamiętajmy jednak o tym, że czas w tym przypadku – tak samo, jak w każdym innym – bezlitośnie obejdzie się z większością wydawanych płyt i napisanych utworów. Nasze obecne typy, te tworzone na gorąco, można przypuszczać, nie okażą się tymi, których słuszność potwierdzi historia. Choć dla pasjonatów rocka niemałą przyjemność stanowi fakt, iż zjawisko to jest już dostatecznie stare i nobliwe, by o latach 50. czy 60. dało się mówić z większą dozą prawdopodobieństwa co do ocen trwałych, pewnych, że perspektywa czasowa pozwala już patrzeć na wykonawców z tamtych lat ze sporym – choć wciąż nie wiadomo, czy wystarczającym – dystansem.

IV

Jedna z moich koleżanek z pracy, gdy zgadaliśmy się kiedyś żartobliwie na tematy damsko-męskie, powiedziała:

– Czytałam, że faceci mają tego – tu się zawahała – nie wiem, nie pamiętam już,

dwa albo trzy wiadra.

Roześmiałem się i odparłem:

– Dobrze się zastanów, bo to zasadnicza różnica…

Jeśli powyższe odniesiemy do talentu, ile jego wiader może mieć artysta – nie potępiałbym Bonamassy. Nie wiem, czy przejdzie do historii muzyki rockowej. Ale nie wiem też, czy spowalniając dziś tempo pracy, ocali swoje siły twórcze na dłużej. Może tak, może nie. Tego nie wie nikt, nawet on sam.

Historia sztuk wszelakich to, w przytłaczającej większości – historia tworów niearcydzielnych. Musi tego dużo powstać, wielu ludzi musi próbować mierzyć się z tą czy inną artystyczną materią, by świat co pewien czas ujrzał dzieło ponadprzeciętne, wybitne.

No i miejmy w pamięci przypadek Norwida, niechcianego przez jemu współczesnych, ale łudzącego się, mającego nadzieję, że syn może jeszcze nie, ale wnuk na jego dziele się pozna. Nadzieję, jak wiemy, niepłonną. A także Maksa Broda, który nie wypełnił ostatniej woli Kafki i nie spalił jego dzieł.

Wystarczy. Jeśli ktoś doczytał do tego miejsca, bardzo mu dziękuję. W tle gra mi „nowy” Hendrix, Jest sobotnie popołudnie, idę coś poczytać. Wam proponuję to samo – i włączcie sobie jakąś dobrą muzykę.

 

 

Wyrwane z kontekstu: The Guess Who, American Woman

Każdy ma swojego sąsiada. A z tym najbliższym, jak wiadomo, jest najtrudniej. Już my, Polacy, wciśnięci między Rosjan i Niemców, coś o tym wiemy. Kanadyjczycy chyba do dziś żyją trochę w cieniu wielkiego brata, ale od dawna już nie dziwimy się informacjom, że tam też grają rocka. Ba, zaczęli tylko trochę później niż Amerykanie.

[more]

Guess Who to formacja powstała w 1959 roku. Jak niemal każda działająca przez długie lata, wielokrotnie zmieniała skład. Jeden z jej założycieli, Randy Bachman, odszedł w 1970 roku, by współtworzyć grupę Bachman – Turner Overdrive. Od połowy lat 60. Guess Who stali się zespołem rythm’n’bluesowym, podobnie jak The Who rozwalającym swe instrumenty na koniec występu. Zdobyli pewien rozgłos w USA, ale w Europie było już gorzej. Nie podlega jednak dyskusji, że na przełomie lat 60. i 70. byli  najpopularniejszym bandem rodem z Kanady.

Z nielicznych przebojów ostał się właściwie ten jeden, już niemal standard (jakiś czas temu przypomniał go Lenny Kravitz). Znów rok 1970, świetny numer ze świetnym gitarowym riffem. Dla mnie – jeszcze jedno pocztówkowe wspomnienie.

Cała masa pięknych dźwięków – Joe Bonamassa, An Acoustic Evening At The Vienna Opera House, 2013

Jeszcze nie pochyliłem się, by skrobnąć coś o spóźnionym zakupie najnowszej płyty Black Country Communion, a tu dochodzi do mnie wieść, że Joe B. postanowił opuścić szeregi zespołu, zaś parę dni później pozostałych trzech panów oświadcza, że pragnie kontynuować współpracę i dokooptować nowego gitarzystę (Panie Mateuszu, pozdrowienia!). A wszystko już pod nowym szyldem.

[more]

Trochę żal, bo trudno sobie wyobrazić godnego następcę Bonamassy. Ten jednak jest człowiekiem tak zajętym, tak często nagrywającym i koncertującym, że trudno się dziwić, iż nie nadąża z obsługą wszystkich projektów.

I właśnie nie wiem, czy

aktywność muzyka, zupełnie niedzisiejsza,

jest jego zaletą, czy wadą. Czy tych płyt z jego nazwiskiem nie otrzymujemy za wiele i za często, czy jesteśmy w stanie je dostatecznie dobrze przetrawić, nie mówiąc już o stęsknieniu się za kolejną porcją nagrań.

Joe porusza się po dawno już odkrytych traktach, jest białym gitarzystą – wirtuozem zapatrzonym w bluesa. I w swych mistrzów: Claptona, Page’a, Hendriksa. Gra dla starych wychowanych na tych dźwiękach i młodych, których nie skusiły nowoczesne brzmienia, lecz finezyjne bluesrockowe swingowanie.

3 lipca 2012 roku został w wiedeńskiej operze zarejestrowany akustyczny występ J. B., dwa dni potem grał w Zabrzu. Byłem, widziałem. Dwupłytowy album, dwadzieścia jeden utworów, to miód na skołataną duszę i piękne przypomnienie wrażeń wyniesionych z koncertu na Śląsku.

Unplugged to wielkie wyzwanie,

któremu potrafili i potrafią sprostać tylko wybitni instrumentaliści. Gitara elektryczna pokryje jeszcze te czy inne niedostatki warsztatowe, instrument akustyczny obnaży je bezlitośnie. Dlatego ci, co grają na sześciu strunach jak przy ognisku (np. taki bardzo popularny i poważany zespół, na którego czele stoi jeszcze bardziej poważany artysta urodzony w marcu 1963 roku) w ogóle nie powinni brać się do tej roboty. Bo to wtedy nie tylko nie swinguje, ale wręcz rani uszy chyba każdego choć trochę osłuchanego ze starym rockiem słuchacza.

Bonamassa nie musi się tego obawiać.

Jest wybornym stylistą,

niezłym wokalistą, obok siebie ma czterech bardzo, bardzo solidnych muzyków. I to stanowi pełną gwarancję, że – jeśli ktoś kocha te klimaty Zeppelinowskie, Clapto-nowe, a zwłaszcza stare, te wszystkie patenty bluesowe zastosowane przez najwybitniejszych wykonawców z przełomu lat 60. i 70. – wyjdzie z koncertu Bonamassy w pełni zadowolony. Albo będzie zastanawiał się, czy wyjmować jego nowy album z szufladki. W parę dni po zakupie, w moim przypadku, tylko po to, by disc 1 zamienić na disc 2 albo – co za zbieg okoliczności – na nowego Claptona.

Wyrwane z kontekstu: Maria Sadowska, Dzień kobiet

Dzisiaj będę bardzo wyrywał. Nie będzie o filmie Sadowskiej pod tym samym tytułem, który przeszedł bez echa w Gdyni i wygrał w Cottbus. Nie będzie też o całej ścieżce muzycznej do filmu, a o jednym, tytułowym kawałku. Który, sygnalizuję, sprowokował mnie do sięgnięcia (o czym gdzieś w kolejnych „wyrwanych”) po różnych polskich wykonawców, którzy zwykle albo od bardzo dawna już tego nie robią, a którym zdarzyło się naprawdę dobrze przyłoić.

[more]

Marii Sadowskiej też. Nie sądzę, by utwór sygnalizował stylistyczną woltę w twórczości wokalistki i kompozytorki. Nie sądzę także, by zapisał się jakoś szczególnie w historii polskiego rocka czy ruchu feministek. Marysia S. zdecydowanie nie ma rockowej barwy, choć ładnie dociska chrypą w finale. Natomiast piosenka ma wszelkie znamiona przeboju, ma chwytliwy refren. I to coś, co w gitarowym graniu zawsze mi się podobało: bardzo solidny warsztat muzyków, co sprawia, że otrzymujemy trzy i pół minuty soczystego brzmienia. We wszechogarniającej popelinie, z jaką mamy na co dzień do czynienia, to zawsze miła odmiana.