Szperanie wśród starych nazw, nazwisk i płyt od dawna powoduje we mnie szczególny rodzaj emocji. Bo to muzyka z lat, gdy większość Polaków mogła jedynie marzyć o posiadaniu oryginalnej płyty, a już samo jej trzymanie w dłoniach – jeśli zdarzyło się, że ktoś ze znajomych był akurat szczęśliwym właścicielem – powodowało szybsze bicie serca.
[more]
Dziś czas wielu dawnym wydawnictwom sprzyja szczególnie. W większości są zremasterowane, oczyszczone i kosztują niewielkie pieniądze. Tak niewielkie, jak rzeczony album (24,99 zł w MM), że można by nakłaść ich do koszyka za kilkaset, a może po prostu kilka tysięcy złotych. I powtarzać ten ceremoniał jeśli nie codziennie, to choć raz na tydzień. Niestety, nie stać mnie na takie zakupy, ale może dzięki temu mam chwilę, by podelektować się każdym kolejnym nabytkiem.
Chyba równo dwadzieścia lat temu kupiłem inny składak Fleetwood Mac z nagraniami z okresu, gdy dowodził zespołem Peter Green (The Hits of…). Wciąż jednak chodziły za mną dwa znakomite numery, których zabrakło na tamtej płycie. Tutaj już są i w dodatku w otoczeniu wielu innych smakowitości w dawce blisko osiemdziesięciominutowej.
Kapela powstała w 1967 roku, utworzyli ją
współpracownicy Johna Mayalla
– perkusista Mick Fleetwood oraz bodaj pierwszy i najwspanialszy liryczny gitarzysta rockowy w historii, Peter Green, wkrótce w składzie znalazł się jeszcze trzeci członek Bluesbreakers, basista John McVie. Od nazwisk pierwszego i ostatniego z wymienionych wzięła się nazwa zespołu, nie trzeba chyba dodawać, że bluesowego. I tak było do roku 1970, kiedy odszedł Green. Potem w składzie pojawiły się panie, zrobiło się bardziej popowo, niemniej w 1977 roku, w zupełnie już innej stylistyce, zespół nagrał znakomity Rumours.
Wróćmy jednak do pierwszego, najlepszego okresu w historii. Omawiany album, szczególnie wartościowy w obliczu poważnych trudności z nabyciem wydawnictw katalogowych, serwuje nam wszystko to, co w Greenowskim FM najlepsze.
A więc
te dwa numery
– The Green Manalishi (znów riff, przy którym buty spadają z nóg) i dwuczęściowy Oh Well, najpierw gwałtowny, rockowy, choć z kapitalną gitarą akustyczną na pierwszym planie, a potem akustyczny, trochę filharmoniczny w klimacie, mający coś z Vivaldiego, Rodriga, ale też Beatlesów i King Crimson. Znaczenia obecności tych dwóch utworów w zestawie przydaje fakt, iż w swoim czasie pojawiły się one tylko na singlach i dopiero to kompaktowe wydawnictwo z 2002 roku przypomniało je po latach.
A prócz nich mamy takie perełki, jak znakomity Man of The World czy Albatross, stylowe bluesy Merry Go Round, Worried Dream albo Need Your Love So Bad oraz dynamiczne My Heart Beat Like A Hammer, Looking For Somebody czy Shake Your Moneymaker.
Znakomity to wybór,
esencja tamtego grania.
I okazja, by przypomnieć sobie lub zaznajomić się z jeszcze jednym wirtuozem gitary, czasem bardzo lirycznym (czyż to nie on był patronem niektórych dokonań Snowy’ego White’a albo Gary’ego Moore’a?), a czasem zdrowo łojącym. Dziś, zdaje się, zapomnianym, a to przecież jeden z tych, którzy tworzyli kanon rockowej gry na gitarze elektrycznej. Gorąco polecam.

















