Jeszcze nie pochyliłem się, by skrobnąć coś o spóźnionym zakupie najnowszej płyty Black Country Communion, a tu dochodzi do mnie wieść, że Joe B. postanowił opuścić szeregi zespołu, zaś parę dni później pozostałych trzech panów oświadcza, że pragnie kontynuować współpracę i dokooptować nowego gitarzystę (Panie Mateuszu, pozdrowienia!). A wszystko już pod nowym szyldem.

[more]
Trochę żal, bo trudno sobie wyobrazić godnego następcę Bonamassy. Ten jednak jest człowiekiem tak zajętym, tak często nagrywającym i koncertującym, że trudno się dziwić, iż nie nadąża z obsługą wszystkich projektów.
I właśnie nie wiem, czy
aktywność muzyka, zupełnie niedzisiejsza,
jest jego zaletą, czy wadą. Czy tych płyt z jego nazwiskiem nie otrzymujemy za wiele i za często, czy jesteśmy w stanie je dostatecznie dobrze przetrawić, nie mówiąc już o stęsknieniu się za kolejną porcją nagrań.
Joe porusza się po dawno już odkrytych traktach, jest białym gitarzystą – wirtuozem zapatrzonym w bluesa. I w swych mistrzów: Claptona, Page’a, Hendriksa. Gra dla starych wychowanych na tych dźwiękach i młodych, których nie skusiły nowoczesne brzmienia, lecz finezyjne bluesrockowe swingowanie.
3 lipca 2012 roku został w wiedeńskiej operze zarejestrowany akustyczny występ J. B., dwa dni potem grał w Zabrzu. Byłem, widziałem. Dwupłytowy album, dwadzieścia jeden utworów, to miód na skołataną duszę i piękne przypomnienie wrażeń wyniesionych z koncertu na Śląsku.
Unplugged to wielkie wyzwanie,
któremu potrafili i potrafią sprostać tylko wybitni instrumentaliści. Gitara elektryczna pokryje jeszcze te czy inne niedostatki warsztatowe, instrument akustyczny obnaży je bezlitośnie. Dlatego ci, co grają na sześciu strunach jak przy ognisku (np. taki bardzo popularny i poważany zespół, na którego czele stoi jeszcze bardziej poważany artysta urodzony w marcu 1963 roku) w ogóle nie powinni brać się do tej roboty. Bo to wtedy nie tylko nie swinguje, ale wręcz rani uszy chyba każdego choć trochę osłuchanego ze starym rockiem słuchacza.
Bonamassa nie musi się tego obawiać.
Jest wybornym stylistą,
niezłym wokalistą, obok siebie ma czterech bardzo, bardzo solidnych muzyków. I to stanowi pełną gwarancję, że – jeśli ktoś kocha te klimaty Zeppelinowskie, Clapto-nowe, a zwłaszcza stare, te wszystkie patenty bluesowe zastosowane przez najwybitniejszych wykonawców z przełomu lat 60. i 70. – wyjdzie z koncertu Bonamassy w pełni zadowolony. Albo będzie zastanawiał się, czy wyjmować jego nowy album z szufladki. W parę dni po zakupie, w moim przypadku, tylko po to, by disc 1 zamienić na disc 2 albo – co za zbieg okoliczności – na nowego Claptona.
