Nie wybieram się na festiwal Tauron Nowa Muzyka, nie bywam na ulicy Mariackiej, w towarzyskim salonie Katowic, a jednak gdy dowiedziałam się o koncercie Pink Freud „before” TNM, sobotni wieczór postanowiłam spędzić właśnie tam.
[more]
Koncert rozpoczął się z niemałym opóźnieniem, ale w ogóle nam, siedzącym w ogródkach przed licznymi lokalami
w ten sierpniowy, ciepły wieczór,
to nie przeszkadzało.
Wreszcie panowie wyszli na podest (jak on wytrzymał tę aktywność ruchową Wojtka Mazolewskiego?!): perkusja, trąbka, saksofon barytonowy i bas – tylko ten ostatni podłączony do prądu, reszta akustyczna. Ale czy przez to – jak zapowiadali organizatorzy – zabrzmiała delikatniej? Nie, nie pozwalało na to miejsce koncertu – imprezująca (w większości nie w rytm jazzu) i rozgadana ulica. Jeśli miałabym znaleźć jakieś słabe strony tego występu, to kiepskie nagłośnienie (nikt nad tym nie czuwał, człowiek przy konsoli chyba tylko jej pilnował). Należało tu i ówdzie podkręcić, by muzyka zabrzmiała tak, jak na to zasługuje. Cóż, darmowe koncerty, a już zwłaszcza te na deptaku, obłożone są takim ryzykiem.
Pink Freud widziałam przed rokiem z okładem w Rialcie, bardzo mi się wtedy podobali. Teraz również zagrali kawałki z ostatniej płyty Horse & Power, a poza tym na przykład klasyk Dylana All Along The Watchtower, za punkt wyjścia mający opracowanie Hendriksa.
Tyle energii, tyle radości grania,
tego, co zawsze ujmuje publiczność – widzieć, że występ nawet w takich, dalekich od komfortowych warunkach, sprawia muzykom frajdę.
Choć koncert nie należał do najdłuższych (godzina z okładem i bisem), mógł się podobać. Szkoda tylko, że słabo było słychać konferansjerkę frontmena – a ta również należy do mocnych punktów programu…
Pierwsza płyta. To było w kwietniu 1977 roku, mój pierwszy i ostatni zakup jako mieszkańca Tychów – Live Livin’ Blues. Miałem niespełna piętnaście lat i kiepskie pojęcie o muzyce. I zaliczone kilka lat przerwy w muzycznej edukacji wskutek zbyt długo czekającego na naprawę magnetofonu, co spowodowało, że moi starsi bracia z mniejszą niż wcześniej uwagą śledzili Trójkową ramówkę oraz płytowe nowości. A ja – przy nich – tak samo.
[more]
Dopadały mnie więc różne dziwne „pomysły”. Najwspanialszym był ten, kiedy stwierdziłem, że
Abba jest najlepszym zespołem
na świecie. Musiało to nieźle ubawić paru bardziej zaawansowanych w penetrowaniu muzyki szkolnych kolegów. Dziś, z perspektywy lat, z pobłażaniem przyglądam się sobie, ale jednocześnie utwierdzam w przekonaniu, że szwedzki kwartet był na rynku pop music zespołem wyjątkowym. To naprawdę sporo muzyki. Dużo talentu, kultury muzycznej i łatwości wymyślania ładnych piosenek. No i – znacznie powyżej przeciętnej – doznania estetyczne. Dwie bardzo niebrzydkie kobiety i dwóch sympatycznych facetów. Ale nie o Abbie miało być.
Kupując swą pierwszą płytę nie wiedziałem nawet, że jest to
grupa holenderska.
Coś mi dzwoniło, nazwa gdzieś obiła się o uszy, ale nic ponadto. Strzał był jednak celny. Livin’ Blues, w tamtych czasach dobrzy znajomi Budki Suflera, częstego gościa w kraju tulipanów, byli współtwórcami tego, co w holenderskim rocku najlepsze – należeli do grona kapel nieustępujących poziomem grupom anglosaskim. Focus, Ekseption były dobrze znane słuchaczom Trójki. LB byli bardziej mainstreamowi, bluesowo-rockowi, ale było to również bardzo porządne granie, które – jak dziś widać – dobrze sobie radzi z upływem czasu. Wokal, gitara (Ted Oberg, lider grupy), bas i perkusja – czterech facetów, którzy mieli należyte pojęcie o tym, jak powinien wyglądać rokendrol obficie czerpiący z bluesa.
Live to była polska, późniejsza o dwa lata reedycja holenderskiego wydania. Siedem świetnie zagranych numerów, w tym klasyk Williego Dixona Hoochie Coochie Man i chwytliwy Crazy Joe.
Parę tygodni później, w czerwcu lub lipcu 1977 roku, wraz z jednym z braci wybraliśmy się na
koncert
Livin’ Blues, który odbył się w bardzo dziwnym na owe czasy miejscu – na stadionie GKS-u Tychy. Scena z prowizoryczną garderobą ustawione na bieżni, kilka jako tako wypełnionych widzami sektorów. W roli supportu miał wystąpić raczkujący dopiero Exodus, ale ostatecznie pierwsza zagrała Budka Suflera, jeszcze z Cugowskim. Lublinianie wyjeżdżali wtedy wielokrotnie do Holandii i tam zaprzyjaźnili się z członkami LB. Trasa tych ostatnich po Polsce chyba nie została jakoś szczególnie zapamiętana, choć – powtarzam – był to kawał muzycznego mięcha.
Najweselsza sytuacja miała miejsce jeszcze przed występami, kiedy John Fredriksz, wokalista, podpuszczony najwyraźniej przez Suflerów, założył
fioletowe dzwony
(spodnie z mocno rozszerzonymi poniżej kolan nogawkami). Fiolet był wtedy bardzo modnym kolorem wśród mieszkańców hoteli robotniczych, zwanych na Śląsku pogardliwie wulc-hausami – pracowników kopalń, hut i innych zakładów produkcyjnych. Śmiech, jaki wzbudził swym przejściem niczym męski model po wybiegu, był pewnie spodziewaną reakcją. Oczywiście, frontman zaraz zmienił dolną część ubrania.
Dwa lata później, znów z dwudziestoczteromiesięcznym poślizgiem, Polskie Nagrania wydały kolejny krążek grupy –
Blue Breeze.
Bardziej stonowany, ale wciąż soczyście gitarowy i znamionujący w dalszym ciągu bardzo dobrą formę zespołu. Szczególną uwagę zwracały Shylina i Back Stage oraz otwierający drugą stronę utwór tytułowy.
To był 1979 rok. Po sierpniu 1980 wszystko się zmieniło, nastąpiła eksplozja rodzimego grania. Po kolejnych kilkunastu miesiącach i wprowadzeniu w grudniu 1981 stanu wojennego życie zamarło. Słuch o holenderskim zespole zaginął, z Wikipedii wiadomo tylko tyle, że Ted Oberg próbuje co jakiś czas wskrzeszać kapelę. Z jakim artystycznym skutkiem – chyba mało kto w Polsce wie.
Tylko krowa nie zmienia poglądów. Kto wie, czy – gdy cała nowa płyta Stinga będzie równie dobra jak pilotujący ją utwór, nie polubię tego pana ponownie. Nie zmienia to jednak faktu, że przed pięciu laty, wraz z kumplami ze starego zespołu, podpadł mi na Stadionie Śląskim do tego stopnia, że przestałem słuchać jego płyt*. A trochę ich w domu mam, w końcu w latach 80. należał do grona szczególnie przeze mnie ulubionych artystów.
[more]
Regatta de Blanc (1979) to jeden z najwcześniejszych moich kompaktowych zakupów. Przypominam sobie pierwsze wrzucenie do szufladki – i zdziwienie: czyżbym nie znał każdej nuty na tej płycie? Po chwili zorientowałem się, że w pudełku z okładką Police, na płycie także w ten sposób opisanej znalazły się piosenki… Barry’ego White’a. Dzień później dokonałem wymiany na inny, właściwy już egzemplarz.
Album, którego słucham właśnie po długiej przerwie, brzmi świetnie. I swego rodzaju chirurgicznym zabiegiem jest wyłuskiwanie z niego jednego utworu. Wśród wielu znakomitości wskazuję ten, który powalił mnie wtedy, w 1991 roku, w wersji kompaktowej, szczególnie i trzyma do dziś.
Sting, Copeland i Summers potężnie narozrabiali w muzyce końca lat 70. i początku 80. Stary rock niedomagał coraz bardziej, niektórzy analitycy zjawiska zwanego punkiem też dzielą go na prawdziwie artystyczny początek i późniejsze odcinanie kuponów. A ci trzej faceci stworzyli odrębną jakość. Biegłość instrumentalistów, surowe brzmienie, piękne melodie, reggae i zadziwiająca barwa głosu Gordona Matthew Sumnera – to wszystko na krążku z 1979 roku broni się znakomicie.
Bring On The Night stał się też tytułowym utworem pierwszego wydawnictwa koncertowego Stinga – z 1986 roku.
Być może jest to objaw postępującego zwapnienia szarych komórek, ale moja muzyczna pasja poznawcza wciąż bardziej i bardziej przesuwa się w stronę przeszłości. Wiem już od paru dobrych lat, że nie ogarnę tego, co dzieje się dziś w muzyce, że czasu, sił i ochoty starcza na tylko trochę. Już samo wyłapywanie nazw i nazwisk pojawiających się w kolejnych programach Trójkowych redaktorów przyprawić może o zawrót głowy, a to przecież zaledwie cząstka wielkiej całości.
[more]
Spoglądanie w przeszłość w moim przypadku to najczęściej bardzo
spóźnione odrabianie lekcji.
Zdecydowanie obowiązkowych, jeśli chce się przynajmniej na własny użytek dociec, skąd „to wszystko” się wzięło. Raczej nie ma mowy o penetrowaniu tego, co nazwać by można drugim i trzecim rzędem na tej samej półce (jak to bywa w przepastnych bibliotekach), a po prostu o docieraniu zaledwie do kanonu. Do którego dostęp kiedyś był – bez pieniędzy lub rodziny na Zachodzie – bardzo utrudniony, na który byłem jako bardzo młody człowiek zbyt odporny. Dziś – po upływie paru dziesiątków lat – osobisty kanon z jednej strony zdecydowanie poszerzył swe granice, a z drugiej – stał się bardziej kanoniczny: pewniejszy, bo uświęcony czasem.
Od kilku lat
ceny płyt
zdecydowanie wspomagają mnie w tym powrocie do przeszłości. Od rarytasów za dwadzieścia parę, za kilkanaście złotych wprost uginają się półki (wreszcie, chciałoby się zakrzyknąć). W ten sposób moją własnością stają się klasyczne pozycje z dyskografii tego czy innego wykonawcy albo po prostu obszerne, często dwupłytowe, zremasterowane zestawy najważniejszych piosenek w całym dorobku albo, jeśli wykonawca znaczniejszy, w pewnym okresie jego twórczości.
Żona kręci głową, a ja przynoszę do domu zestawy pieśni Elvisa Presleya, Johnny’ego Casha czy Arethy Franklin. Nie mam aż tyle pasji i potrzeby w sobie, by uczyć się ich chronologii, mając nieuchronną świadomość, że własnego czasu wciąż mi ubywa. W pełni satysfakcjonuje mnie możliwość spokojnego smakowania tej muzyki, przymykam oko na niedostatki realizacyjne nagrań sprzed lat i doceniam ich fantastyczną stronę wykonawczą.
*
Nigdy dotąd nie sporządziłem takiego zestawienia, nie zrobiłem listy, a raczej dwóch list swych ulubionych wykonawców: amerykańskich i brytyjskich. Nigdy dotąd nie zastanawiałem się, która byłaby dłuższa i przez to, być może, bliższa sercu.
Natomiast od czasu powrotu porządnego mainstreamowego łojenia (mam na myśli grunge) coraz wyraźniej uświadamiam sobie różnice między graniem
z jednej i drugiej strony Atlantyku.
Ze trzy lata temu Wojciech Mann westchnął w swoim programie, przy okazji prezentacji nagrań wyspiarskiego Union, że dzięki takim składom ciągle wierzy, iż w Wielkiej Brytanii rokendrol nie umarł.
Tu wracam do wymienionych wyżej ostatnich nabytków. Bo jeśli damy sobie spokój z nudną ortodoksją, to nie sposób nie docenić i nie zachwycić się jedynym w swoim rodzaju przenikaniem się zjawisk w muzyce amerykańskiej. Miesza się wszystko ze wszystkim, muzyka czarnych z muzyką białych, muzyka wsi z muzyką miast, brzmienia Południa z patentami Północy, blues z jazzem, country z rockiem. I z tego pomieszania wychodziły i wciąż wychodzą na świat rzeczy niezwykłe, zadziwiające, szokujące, piękne. Amerykanie z wielką swobodą i nonszalancją łączą wciąż te przyprawy, a jednocześnie za nic mają muzyczny czas i znacznie bezczelniej poruszają się w klimatach, zdawać by się mogło, dawno minionych. Wyssali to z mlekiem swoich matek, dla nich splątanie wszelkich kultur i nacji jest pewnie tak oczywiste, że nie przystoi wciąż o tym mówić.
*
Nikomu – przede wszystkim sobie i swoim uszom – nie śmiałbym odbierać przyjemności mocnych wrażeń przy słuchaniu dopiero co powstałej muzyki. Jednak nie mam wątpliwości, że po przynajmniej polizaniu Presleya, Berry’ego, Beatlesów, Stonesów, Reddinga, Casha, Dylana, Franklin, Doors, Hendriksa czy Creamów – niejedna z pozoru świeża potrawa może sporo utracić ze swego smaku.
Grunge wpuścił mnóstwo świeżego powietrza do muzyki. Zrobił potężny przeciąg, otwierając drzwi do lat 70. i powodując, że mnóstwo ogłupiającego plastiku z przedostatniej dekady poprzedniego stulecia zostało raz na zawsze zmiecione z powierzchni talerzy gramofonów i szufladek CD. Jednak, jak to zwykle bywa, sito zatrzymało to i owo. Jako osobnik pozbawiony jakichkolwiek sentymentów wobec syntezatorów lat 80. z niechęcią przyglądam się renesansowi tamtych elektronicznych brzmień. Ale – sza! Bez nazw i nazwisk.
[more]
Grunge to przecież także
pojemne pudło,
w którym znaleźli się wykonawcy może podobni, ale nie tacy sami. I miara ich dokonań też jest bardzo różna. Pearl Jam i Nirvana dystansują resztę o parę długości. Następne w kolejce Soundgarden i Alice In Chains de facto nie mają w swym dorobku ani jednej od początku do końca świetnej płyty (może akustyczne Jar of Flies tych drugich?), ale jednocześnie stanowią bardzo istotne elementy grunge’owej układanki.
Obie te kapele wróciły. Soundgarden dopiero co, AIC wcześniej, ale też, za sprawą uzależnienia narkotykowego i w jego następstwie śmierci w 2002 roku wokalisty Layne’a Staleya, szybciej zawieszała działalność. TheDevil Put Dinosaurs Here to
druga płyta Cantrella i spółki z DuVallem
jako frontmanem. Życzyłbym sobie, by nawiązywała do najlepszych momentów starego zespołu, ale te utwory, te fragmenty trzeba niestety łowić.
Album jest stanowczo za długi (ponad sześćdziesiąt siedem minut). Z pewnością zyskałby, gdyby utworów na nim znalazło się nie dwanaście, a – powiedzmy, osiem – dziewięć i by kończyły się jakąś minutę wcześniej. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest źle – jest poprawnie, ale to stanowczo za mało, by zapamiętać krążek na dłużej. Widać, że potencjału twórczego już nie staje, skoro po czterech latach przerwy kwartet stać na tylko tyle.
Szkoda, bo
singlowy Hollow
otwierający płytę jest całkiem niezły i obiecywał znacznie więcej. Lubię to charakterystyczne brzmienie gitar AIC, lubię ich chórki. Lecz całość jest zbyt liniowa, wręcz monotonna, a przez to nużąca. Na kawałek porównywalny do mojego ukochanego Roostera przyjdzie więc czekać przynajmniej do następnego albumu. Obawiam się jednak, że grono zagorzałych fanów zespołu skurczyło się po tegorocznej produkcji.
Pozostają więc koncerty. Oby dłuższe i z większą parą niż ten zaledwie pięciokwadransowy w 2006 roku w Spodku.
Ilu artystów doczekało się (za życia, dodajmy) wystaw muzealnych inspirowanych ich twórczością? Ba, jedną tylko piosenką – i cóż z tego, że wystawy kameralnej, może przez to jeszcze piękniejszej, ilustrowanej fotografiami w sepii i przedmiotami, które już dawno wyszły z użycia.
[more]
Jak się wzruszać piosenką Těšínská i tym, co było „před sto lety”, to tylko w Cieszynie, gdzie w tamtejszym muzeum otworzono wystawę pod tytułem
„Gdybym się urodził przed stu laty – Kdybych se narodil před sto lety”.
Gdy koncert w ramach Letniego Ogrodu Teatralnego otworzyła właśnie ta melodia, poczułam, że warto było odstać swoje w bardzo długiej, ale, przyznaję, niezwykle kulturalnej kolejce, drżąc z niepewności: „wejdę-nie wejdę”. Warto było, zwłaszcza że artysta niebylejaki, sam Jaromir Nohavica wpisał się do programu tej imprezy.
Pojawił się na scenie w odświętnej, niedzielnej białej koszuli (wzorem, jak wspomniał, swoich wiejskich przodków), wraz z muzykiem, który brał udział w nagraniu jego ostatniej płyty, Robertem Kuśmierskim. I był to znakomity wybór. W stronę wypełnionej do granic możliwości widowni popłynęły dźwięki gitary, akordeonów, klawiszy… (W tym miejscu podziękowania dla organizatorów – panowali nad sytuacją do końca, uspokajali co bardziej zdenerwowanych perspektywą odejścia z kwitkiem, upychali wzorcowo zagorzałych fanów – nigdy nie widziałam w podcieniach katowickiego Centrum Kultury takich tłumów).
widziałem kometę chciałem jej zaśpiewać
To był nasz trzeci koncert JN – i od razu zdobył pierwsze miejsce w moim rankingu. Artysta był w świetnej formie wokalnej, muzycznej, a przede wszystkim życiowej. Mimo że zastrzegł, iż szkoda mu czasu na mówienie – tyle chciałby zaśpiewać katowickiej publiczności – raz po raz zagadywał, a czynił to z wdziękiem i humorem, jeszcze raz przekonując, że wiele nas, Czechów i Polaków, łączy.
Miejsce było niecodzienne – schody gmachu pamiętającego czasy partyjnych kacyków, a mimo to wyczuwało się dobre fluidy wokół. Publiczność przyjmowała go jak dawno niewidzianego, bardzo dobrego znajomego, a on zmieniał nastroje, tak jak muzyk zmienia instrumenty.
o zdradzie miłości o świecie o ludziach żyjących na naszej planecie
Było i nostalgicznie, i dowcipnie, a nawet trochę rubasznie. Jak to u Czechów bywa, gdzie spotyka się refleksja (nieśmiertelna Kometa, przepięknie zaaranżowany Mikymauz) z biesiadą (Pijte vodu), miłość (Sarajevo) z samotnością (Pane prezidente), przeszłość (goszcząca wiele tygodni na trójkowej liście przebojów Minulost) ze współczesnością (nowa Aksamitna marynarka – Sako ze sametu o rozczarowaniu rzeczywistością postkomunistyczną), folklor (Ostravo) z nowymi technologiami (http://www.idnes).
Nohavica dostosowuje język utworów do ich bogatej tematyki (mimo bariery językowej wiele można zrozumieć) – pisze poetycko o miłości (zabrakło mojego ulubionego Zatímco se koupeš), naśladuje mowę potoczną, żargon, nie stroni od wulgaryzmów.
Tylko raz zapanowała cisza pełna konsternacji – gdy przed „futbolową” piosenką o drużynie Banika z Ostrawy zapytał, ile punktów ma nasza GieKSa po dwóch kolejkach… Nie ten target. Całe szczęście, ktoś wiedział…
Sporą część koncertu zajęły utwory z płyty „Tak mě tu máš”. Wiele było jego evergreenów, kilka piosenek nowych bądź mniej znanych. Jest w czym wybierać, bo
dokąd się śpiewa – jeszcze się żyje i trwa.
Muzyka (a można to zdanie z dużym prawdopodobieństwem rozszerzyć na inne dziedziny sztuki) jest sposobem na przetrwanie człowieka, który nie ma co nie ma jak dlaczego ani dokąd, nie ma z kim nie ma o czym i jest sam ze sobą*. Na zdziwienie, zachwyt, a czasem rozczarowanie światem. Na zderzenie tego, co wysokie, wzniosłe i szlachetne, z tym, co małe, poślednie i czasem podłe.
Panie Jaromirze, niech Pan nam śpiewa jak najdłużej.
Grupa, wraz z Krzakiem, Kombi (cóż, nie da się ukryć tego faktu) oraz Kasą Chorych stanowiła pierwsze pokolenie nurtu określanego pod koniec lat 70. muzyką młodej generacji. Była jeśli nie jedynym (bo mówiło się nieco później jeszcze o Zjednoczonych Siłach Natury Mech czy Ogrodzie Wyobraźni), to najważniejszym przedstawicielem art rocka w tym gronie.
[more]
Byliśmy tak
spragnieni rockowej muzyki,
tak bardzo mający dość estradowej popeliny spod znaku Opola i Sopotu, że wybaczaliśmy wiele tym wykonawcom – niedostatki warsztatowe albo nie najwyższej jakości nagrania radiowe bądź płytowe, w czym ich winy akurat trudno się dopatrywać. Wybaczaliśmy wiele, ale im bardziej plaga mocnego grania rozlewała się po kraju, tym bardziej – nie wszystko.
Exodus powstał w 1976 roku, publicznie zagrał pierwszy raz rok później – i sami członkowie chyba właśnie datą 1977 posługiwali się wtedy jako początkiem, bo w 1982 roku obchodzili w Spodku pięciolecie, kończąc swym występem jeden z wielu ówczesnych spędów MMG. I to był jedyny raz, gdy widziałem kapelę na żywo. Miało to się zdarzyć już w 1977 roku, mieli otwierać tyski koncert holenderskiego Livin’ Blues, jednak ostatecznie zagrała wtedy na stadionie GKS-u Budka Suflera.
Płyta
The Most Beautiful Day,
wydana w 1980 roku, rozczarowywała. Zawierała całkiem nowy materiał, nieznany z wcześniej wydawanych singli, ale…
Właśnie, termin „epigoni” pasuje tu jak ulał. Ze świata importowano nam Marrilion czy kwartet o nazwie Asia, ale były to żałosne popłuczyny po najlepszych nagraniach symforockowych. Exodus, choć z bardzo solidnym warsztatem (wspomniany występ w Spodku zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie, pamiętam – aż się dziwiłem, że tak dobre), artystycznie był spóźniony o dobrych parę lat.
W sumie może dobrze się stało, że historia grupy niebawem została zakończona, bowiem drugi album – Supernova z 1982 roku – też, delikatnie mówiąc, nie rzucał na kolana.
W dodatku zabrakło na nim najpiękniejszej kompozycji w dorobku grupy –
Ponurego pejzażu.
Pamięć już zawodzi, ale czy nie chodziło tu o cenzurę? Ponury pejzaż to bardzo adekwatne określenie polskiej rzeczywistości A.D. 1982, czasu stanu wojennego przecież.
Dziś sobie myślę, że skoro typuję ten utwór na pozycję numer jeden w dorobku, wyrastający wyraźnie ponad wszystkie inne, to nie wystawiam tym samym Exodusowi najlepszej oceny. Cóż, niestety – po latach tak to właśnie wygląda. Czas bezlitośnie obchodzi się w tymi niezbyt świeżymi już w chwili powstawania pomysłami. W wywołanej do tablicy piosence – może właśnie dlatego, że piosence, o w sumie dość prostej fakturze, ale równocześnie pięknej, walcującej melodii – jest zdecydowanie lepiej. I słychać jakieś echa niedawno przeze mnie wspominanej Rendezvous 6.02 United Kingdom.
Wziąść? Wziąś? A może – wziełem? Weznę? Nie. Nie – tylko „wziąć”, „wezmę” i „weźmiemy” mają słownikowe wzięcie. Wzięcie, a nie wziącie.
[more]
Mimo iż moja matematyczka w podstawówce stwierdziła, że zupełnie nie rozumie, skąd wzięły się tysięczne, skoro jest tysiąc. W ten sposób przez cztery lata, między piątą a ósmą klasą, miałem do czynienia z tysiącznymi. Cóż, tego typu dyskusja z historią, także historią języka, daje opłakane rezultaty. Ciekawe, ile miesiącznie za to brała.
Może również dlatego nigdy orłem z matmy nie byłem?
Ta płyta to bardzo dobry powód, by uświadomić kolejny raz – przede wszystkim sobie, ale i Wam, że na co dzień zajmuję się innymi sprawami, że muzyka to „tylko” pasja. A co za tym idzie, nie mam poczucia, że muszę co najmniej nieźle orientować się we wszystkich, najlepiej, gatunkach muzyki pop. Otóż nie orientuję się i nie chcę orientować. Nie mam potrzeby bezustannego trzymania ręki na pulsie, obserwowania wszelkich zjawisk muzycznych.
[more]
Natomiast nie ukrywam, że wiele neofickiej radości sprawia mi zarówno poznawanie nowej muzyki, jak i wciąganie na listę obserwowanych tych wykonawców, którzy wcześniej mnie nie interesowali – szczególnie albo wcale. I oto, za sprawą jakiejś płyty, niekoniecznie nowej, stwierdzam, że moje ucho przyswaja zawarte na niej dźwięki bez szczególnej trudności, a wręcz z dużą radością.
Niech mi więc wybaczą ci, którzy są wielbicielami talentu Cave’a od lat. Nie będąc w stanie wypowiadać się na temat wcześniejszych jego dokonań, świeżą i – powtórzę – neoficką głową wyrażę swój
zachwyt nadtegorocznym albumem
i rzucę parę skojarzeń.
Pozostanę wpierw na Antypodach: Michael Hutchence, nieżyjący już pierwszy frontman INXS. Coś podobnego słyszę w obu głosach. Gdy natomiast chodzi o nastrój, myślę o Peterze Gabrielu: tak samo niespieszne nuty, wyciszenie, smutek i nostalgia. I zaraz van Morrison: niby piosenki, a przecież smaku i klasy w nich tak wiele.
Robię skok przez Atlantyk, by śpiewanie Cave’a, momentami bliskie melorecytacji, przyrównać do tego, co robi Lou Reed. I by wreszcie dojść do sedna, czyli
Jima Morrisona i The Doors.
Tu już klimat muzyki i barwa głosu budzą ewidentne skojarzenia. Można sobie nawet bez większego trudu wyobrazić, że – tak samo jak van Morrison – Jim, gdyby żył, mógłby przejść podobną drogę: od buntu, gwałtowności rokendrola, krzyku i hałasu gitar do goryczy wyśpiewywanej i zagranej przy użyciu, pozornie, minimum środków. Pozornie, bo w tej oszczędności kryje się wielki kunszt i wyrafinowanie.
Z biegiem lat rock zdaje się zagarniać coraz więcej zupełnie nie-rollowej przestrzeni. Już Beatlesi uświadomili światu, że formuła tej muzyki będzie znacznie szersza, niż się początkowo zdawało, i wcale nie taka powstająca w oderwaniu od wielowiekowej tradycji muzyki tzw. poważnej, a jeszcze bardziej
piosenki.
I właśnie przy okazji tej ostatniej niniejsza refleksja: kto z niemłodych fanów szarpidructwa wychowanych na wzmacniaczach mocy, kto z tych, co toczyli codzienne boje z pokoleniami rodziców i dziadków o wartość rokendrola – przy stole, przy uchylonych drzwiach do swego pokoju i już samym tylko spojrzeniu na przykład ojca mówiącym: „Czego ty, u licha, słuchasz? Przycisz to!”, więc kto z nas dziś niemłodych pomyślał przed laty, że mistrzowie rocka nagrywać będą takie płyty – jak van Morrison właśnie, jak McCartney w ubiegłym czy Clapton w tym roku? I że, o zgrozo!, będziemy je kupować, słuchać ich, wieloma z nich się zachwycać? Że takie granie pozostanie w obszarze zainteresowań miłośników rokendrola zdecydowanie bardziej niż wyznawców piosenki francuskiej czy wloskiego belcanta? I że Nick Cave jeśli pojawi się w Polsce na festiwalu, będzie to nie Sopot, lecz gdyński Open’er.
Push The Sky Away to dziewięć niezwykłej urody pieśni. Powtórzę: niespiesznych, wyciszonych, subtelnie zaaranżowanych, pięknie zagranych i zaśpiewanych. Któryż to już raz w ostatnim czasie doceniam czterdziestoparominutowy
rozmiar M płyty!
Łatwiej to ogarnąć, docenić, że z sesji nagraniowej pozostał tylko crème de la crème. Płyta się kończy, a ja, zasłuchany i oczarowany, mam ochotę znów wcisnąć „play”.
Nad poszczególnymi numerami zatrzymywać się nie będę. Z jednym wyjątkiem – czwartego na płycie Jubilee Street. To on, w sposób szczególny, kojarzy mi się z TheEnd Doorsów, jest taką jakby późniejszą jego wersją – łagodniejszą, stonowaną. Ten właśnie utwór uruchomił we mnie szukanie tropów. One są, ale pośród tych najlepszych. Bo nowy album Nicka Cave’a też do najlepszych – i kto wie, czy tylko w tym roku – zaliczyć należy.
Są tacy muzycy, kompozytorzy, którzy nie odnieśli szczególnego komercyjnego sukcesu, natomiast cieszą się wielkim poważaniem kolegów po fachu. Często tych, którym udało się zyskać wielki rozgłos i trwałą pozycję w branży. Kimś takim od lat jest JJ Cale. Jest i pewnie będzie przynajmniej tak długo, jak żyć będą ci, dla których stanowił inspirację, którzy rozsławili napisane przez niego piosenki, którzy wciąż je grają na swoich koncertach. Jest i będzie, choć od 26 lipca o nim samym mówimy w czasie przeszłym.
[more]
Amerykański gitarzysta, kompozytor i autor tekstów John Weldon Cale urodził się 5 grudnia 1938 roku. Grał właściwie wszystko: rocka, bluesa, a nawet jazz. Nagrywał i występował z największymi. Przede wszystkim z Erikiem Claptonem, który rozsławił jego <em style="font-family: Verdana; text-align: Cocaine i AfterMidnight. Z Neilem Youngiem, który nazwał go najwspanialszym, obok Hendriksa, gitarzystą rockowym. Do inspiracji jego grą i twórczością przyznawali się tak różni twórcy, jak Mark Knopfler, Brian Ferry czy Carlos Santana.
Mimo że jego debiutancki singiel ukazał się w 1958 roku, dopiero czternaście lat później, w 1972 roku, światło dzienne ujrzał pierwszy album artysty. Otwierał go Call Me The Breeze, który wkrótce potem stał się jednym ze sztandarowych numerów Lynyrd Skynyrd. Łącznie Cale wydał nie za dużo, bo czternaście studyjnych płyt. I zaledwie jedną koncertową – w 2001 roku. Za nagrane wspólnie z Claptonem dzieło – The Road ToEscondido (2006) – otrzymał dwa lata później Grammy za najlepszy album bluesowy. Na płycie Mr. Erika, Old Sock, zagrał po raz ostatni – we własnym utworze Angel.
To, że Clapton stał się Slowhandem, dokonało się z pewnością pod niemałym wpływem Cale’a. Prostota, zredukowanie artystycznych środków wyrazu tylko do tych absolutnie niezbędnych – to coś, co stało się bardzo bliskie Markowi Knopflerowi, zwłaszcza w okresie po rozwiązaniu Dire Straits.
Ludzie odchodzą, muzyka zostaje. Czasem, w dobrym wyborze na płycie, do kupienia za niewielkie pieniądze. Bo chodzi nie tylko o te najsłynniejsze, ale też na przykład o takie kawałki, jak Magnolia, Crazy Mama, Hey Baby czy Change Your Mind. Uroda tych i wielu innych piosenek warta jest znacznie, znacznie więcej…