Gitary ujadają, Alicja idzie dalej – Alice In Chains: The Devil Put Dinosaurs Here, 2013

Grunge wpuścił mnóstwo świeżego powietrza do muzyki. Zrobił potężny przeciąg, otwierając drzwi do lat 70. i powodując, że mnóstwo ogłupiającego plastiku z przedostatniej dekady poprzedniego stulecia zostało raz na zawsze zmiecione z powierzchni talerzy gramofonów i szufladek CD. Jednak, jak to zwykle bywa, sito zatrzymało to i owo. Jako osobnik pozbawiony jakichkolwiek sentymentów wobec syntezatorów lat 80. z niechęcią przyglądam się renesansowi tamtych elektronicznych brzmień. Ale – sza! Bez nazw i nazwisk.

[more]

Grunge to przecież także

pojemne pudło,

w którym znaleźli się wykonawcy może podobni, ale nie tacy sami. I miara ich dokonań też jest bardzo różna. Pearl Jam i Nirvana dystansują resztę o parę długości. Następne w kolejce Soundgarden i Alice In Chains de facto nie mają w swym dorobku ani jednej od początku do końca świetnej płyty (może akustyczne Jar of Flies tych drugich?), ale jednocześnie stanowią bardzo istotne elementy grunge’owej układanki.

Obie te kapele wróciły. Soundgarden dopiero co, AIC wcześniej, ale też, za sprawą uzależnienia narkotykowego i w jego następstwie śmierci w 2002 roku wokalisty Layne’a Staleya, szybciej zawieszała działalność. The Devil Put Dinosaurs Here to

druga płyta Cantrella i spółki z DuVallem

jako frontmanem. Życzyłbym sobie, by nawiązywała do najlepszych momentów starego zespołu, ale te utwory, te fragmenty trzeba niestety łowić.

Album jest stanowczo za długi (ponad sześćdziesiąt siedem minut). Z pewnością zyskałby, gdyby utworów na nim znalazło się nie dwanaście, a – powiedzmy, osiem – dziewięć i by kończyły się jakąś minutę wcześniej. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest źle – jest poprawnie, ale to stanowczo za mało, by zapamiętać krążek na dłużej. Widać, że potencjału twórczego już nie staje, skoro po czterech latach przerwy kwartet stać na tylko tyle.

Szkoda, bo

singlowy Hollow

otwierający płytę jest całkiem niezły i obiecywał znacznie więcej. Lubię to charakterystyczne brzmienie gitar AIC, lubię ich chórki. Lecz całość jest zbyt liniowa, wręcz monotonna, a przez to nużąca. Na kawałek porównywalny do mojego ukochanego Roostera przyjdzie więc czekać przynajmniej do następnego albumu. Obawiam się jednak, że grono zagorzałych fanów zespołu skurczyło się po tegorocznej produkcji.

Pozostają więc koncerty. Oby dłuższe i z większą parą niż ten zaledwie pięciokwadransowy w 2006 roku w Spodku.


 

Dodaj komentarz