Potęga smaku – Gov’t Mule

Weganie czy wegetarianie nie mają tu nic do roboty. Na stół wjeżdża jedenaście pełnokrwistych dań i w dodatku każde w dwóch wariantach do wyboru – z wokalem macierzystym na pierwszej płycie albo gościnnym na drugiej.

[more]

Wszystko już było,

ale – do jasnej gitary – co z tego?! Cały ten rockowy zgiełk to od lat bezustanne mieszanie określonej ilości puzzli, o czymś zupełnie nowym w tej formule już chyba nigdy nie będzie mowy. I dobrze, na zdrowie. Dawno doszedłem do tego, że w powieściach czy filmach o wiele bardziej od poszukiwań formalnych interesuje mnie opowiadana historia, a ta powinna mieć początek, rozwinięcie i zakończenie. A metody prowadzące do celu mogą być różne: precyzyjnie odważone zdania w stylu Coetzeego czy Munro albo mięsiste akapity w rodzaju Konwickiego czy Pilcha.

Blogując od ponad roku, coraz rzadziej odczuwam dyskomfort, że całym sercem lgnę do starej muzyki. Albo do nowej zrobionej na dawną modłę. Jeśli są tacy, co wciąż pragną tak grać, to dlaczego ja mam się wstydzić, że moje uszy właśnie takie nuty kochają najbardziej?

Warren Haynes,

od dwóch dekad lider Government Mule, to moje pokolenie. Facet, który ma w CV lata grania w Allman Brothers Band i paru innych projektach, jako gitarzysta i kompozytor porusza się w szczególnie mi bliskich klimatach – rokendrola o zdecydowanie bluesowych korzeniach. Jest więc gitarowo, ale nie gwałtownie, a wielokrotnie wręcz znajdujemy się w okolicach ballady. Takim wspaniałym fragmentem jest na przykład blisko dziewięciominutowy Captured, w którym zaskakująco wyraźnie pobrzmiewają floydowskie Shine On You Crazy Diamond pomieszane z Any Colour You Like, z końcową solówką, która od Gilmoura prowadzi gdzieś w pobliże Santany.

Pięknie brzmi też smakowicie zbudowana na reggae’owym rytmie Scared to Live. Echa Led Zeppelin słychać w Forsaken Savoir i Done Got Wise. W tym drugim jest też coś z klimatu nagrań Joe Bonamassy (wokal, wokal) – ale tu od razu „metrykalne” pytanie: kto kogo przypomina? W drugiej części Stoop So Low mamy wyraźny ukłon w stronę klasyka Everybody Needs Somebody To Love.

Tę zabawę w który fragment co przypomina można by ciągnąć dalej – skończę więc mrugnięciem oka: w przepięknym bluesie When The World Gets Small (znów trochę Santany i Bonamassy) wstęp jest taki, że podejrzewamy, że zaraz wejdzie Andrzej Krzywy ze słowami: „Kochać to nie znaczy”. Świetne jest też ostatnie jedenaście minut – nomen omen – Bring On The Music.

Płyty są dwie. Na drugiej dostajemy takie „the other kind of”. Te same numery zaśpiewane przez

znakomitych gości.

Są wśród nich Dave Matthews, Elvis Costello, Steve Winwood, Dr. John, Glenn Hughes i Ben Harper. Niby to samo, ale trochę inaczej.

Wszystko skądś znamy, wszystko już gdzieś kiedyś zostało zagrane. A jednak na stół dostajemy potrawę jak najbardziej świeżą, a nie jakieś  mrożonki z mikrofali. Warsztat czterech muzyków jest powalający – gitara, klawisze, bas i perkusja cudownie swingują. Żadnego zadęcia, taniego efekciarstwa, liczy się tylko muzyka – luz i radość grania. Ot, potęga smaku.

Czy rozmawiam z Mariuszem Grygierczyk?

„Dzień dobry! – słyszę tę charakterystycznie wznoszącą się, entuzjastyczną intonację i już wiem, co mnie czeka. – Czy rozmawiam z panem Mariuszem Grygierczyk?

[more]

A! I tu cię mam! – myślę sobie. Wziąłem sobie do serca podpowiedź Michała Rusinka, sekretarza Wisławy Szymborskiej, i już nieraz zastosowałem jego metodę:

– Tak, proszę pani. Ale ja się deklinuję.

Doświadczyć tego, co dzieje się po drugiej stronie słuchawki – zapewniam Was – bezcenne. Raz była to pełna konsternacji cisza. Czułem, jak mojej rozmówczyni grzeją się i przepalają zwoje mózgowe. Wreszcie, po stanowczo zbyt długiej ciszy, jaka zaległa w eterze, słyszę:

– To ja zadzwonię kiedy indziej.

I z głowy. Już, bez tłumaczenia, dlaczego nie chcę nawet słuchać o tym, co ten ktoś chce mi sprzedać i jest zdziwiony albo oburzony, że nie czuję nieprzepartej potrzeby, by natychmiast kupić.

Innym razem słyszę obrażone: „Nie rozumiem!”. A to już nie moja wina, proszę pani. Kiedyś podpowiedziałem młodemu męskiemu głosowi: „To proszę sprawdzić w słowniku”, ale wątpię, czy to zrobił.

Ileż razy słyszałem wypowiedziane ze stuprocentową pewnością:

– Wiem, że nazwiska w polszczyźnie się odmienia, ale moje jest nieodmienne.

Jasne, że nie. Więc mamy dyplomy dla Buzicz Jarosława albo Wyrweć Bogdana. (Powinno mimo wszystko być: dla Buzicza i Wyrwcia, nawet jeśli niektórym wydaje się to dziwne). Podobnie jak – wezwanie dla Mścisława Mocnowryta. I teraz, idąc tym tokiem rozumowania, pytanie: czy ten pan nazywa się Mścisław Mocnowryt, czy Mścisław Mocnowryta?

Zwykle odmiana nazwisk nie przedstawia większej trudności, a w razie czego są do dyspozycji słowniki – analogowe lub elektroniczne. A samego zainteresowanego powinniśmy zapytać chyba tylko wtedy (innego przykładu nie pamiętam), gdy jego nazwisko kończy się na -er lub -el. Mianowicie, czy życzy sobie być na przykład Merklem czy Merkelem, Sendrem czy Senderem. Zainteresowana pani natomiast zawsze będzie panią Merkel lub Sender.

*

Nieodległą, choć o innych korzeniach, jest sprawa zwracania się ludzi do siebie.

Dzwoni do mnie panienka, której na oczy nie widziałem i nie zobaczę, z którą rozmawiam pierwszy i ostatni raz. I jeśli udaje jej się przebrnąć przez „Grygierczyk Mariusza”, w kolejnym zdaniu zwraca się do mnie: „Panie Mariuszu”.

Ano nie. Savoir vivre już dawno przestał być zajebisty. A właściwie nigdy taki nie był. Tyle że kiedyś większość wiedziała, o co chodzi. Dziś natomiast mało kto zaprząta sobie głowę znaczeniem jakichś tam dwóch francuskich słówek.



Emerson, Lake & Palmer: Lucky Man

Po rozpadzie The Nice Keith Emerson przymierzał się do sformowania nowej kapeli, ani chybi – supergrupy. Akces do niej zgłosił sam Jimi Hendrix, ale Emerson odmówił, twierdząc, że nie chce zatrudniać gitarzysty.

[more]

Może rzeczywiście tak myślał w tamtym momencie, a może przestraszył się, że nie będzie władcą absolutnym? Ostatecznie w składzie tria znalazł się przecież Greg Lake. Gitarzysta innej miary niż Hendrix, choć jego partie gitary akustycznej do dziś robią wrażenie, przede wszystkim jednak świetny wokalista, jakim objawił się na pierwszej płycie King Crimson – In The Court Of The Crimson King (1969). Za bębnami usiadł Carl Palmer, dotychczasowy członek Atomic Rooster. I…

W 1970 roku EL&P wydali swój pierwszy album. Znakomity, jeden z najlepszych nie tylko w ich dorobku, ale w całym nurcie rocka symfonicznego. Krążek, który wieńczy przepiękny Lucky Man. Utwór otwierający jednocześnie pokaźny zestaw ballad autorstwa Lake’a, z odlotową partią syntezatora na koniec.

Jeden z moich najwspanialszych smaków dzieciństwa, którego termin przydatności do spożycia nie minie nigdy.

Powrót marnotrawnego – Sting, The Last Ship, 2013

Jak po odwołanym koncercie Erika Claptona w Spodku (bagatela, 1979 rok) długo miałem uraz do tego artysty, tak to, co zrobił Sting z kolegami Policjantami w 2008 roku na Stadionie Śląskim wbiło, zdawało mi się, ostatni gwóźdź do trumny fana.

[more]

Mój ukochany muzyk lat 80.,

autor wspaniałych pierwszych solowych płyt, w ostatnich latach dość rozpaczliwymi metodami walczył o utrzymanie popularności i regularne wpływy na konto. Zastanawiałem się, jak można tak nisko upaść. Na przykład grać za kasę dla dyktatora. Albo mieć za nic wielotysięczną publiczność i schodzić ze sceny po sześćdziesięciu pięciu minutach, a wszystko to wskutek niechęci do starych kumpli z zespołu, która mimo upływu wielu lat tak łatwo uaktywniła się w czasie zaledwie paru tygodni światowego tournee.

Pora chyba jednak zrewidować opinię, przynajmniej w kwestii najbardziej merytorycznej: muzyki. Sting po słabych i słabszych latach złapał wyraźnie

drugi oddech.

Świeży i zdecydowanie przypominający, że jest artystą z najwyższej półki.

W 1997 roku Paul Simon wydał płytę Songs From The Capeman z piosenkami skomponowanymi do broadwayowskiego musicalu. Była to kompletna klapa – tak dla propozycji scenicznej, jak dla albumu i samego Simona. Jest to dla mnie zupełnie niepojęte – płytę mam i wciąż słucham jej z ogromną przyjemnością.

Nie wiem, jaki los spotka musicalową odsłonę The Last Ship (premiera przewidziana jest na przyszły rok). I niespecjalnie mnie to zajmuje. Musical jest mi formą zdecydowanie obcą – liczy się tylko materiał muzyczny, a ten albo się broni, albo nie.

Nowa płyta jest po prostu bardzo udana. Sting napisał jedenaście dobrych, bardzo dobrych i znakomitych piosenek, z których kilka pewnie znajdzie miejsce pośród najpiękniejszych i najlepszych w jego karierze. Które dokładnie, chyba za wcześnie mówić. W tej chwili, na gorąco, poza dobrze już znanymi tytułową i Practical Arrangement, moją uwagę zwracają August Winds, Language Of Birds czy I Love Her But She Loves Someone Else. Ale całość to czterdzieści pięć minut

kojących dźwięków

nadających się na początek lub zakończenie dnia, na każdą inną porę, by móc się wyciszyć. Nie przeszkadzają mi zastosowane tu i ówdzie musicalowe patenty, natomiast irlandzkie rytmy w What Have We Got? dodają tylko urody albumowi.

Głos Stingowi z biegiem lat się zmienił. Z wysokich rejestrów niewiele dziś zostało. Barwa zmatowiała, ale mocy nie utraciła. Dzięki tej szorstkości klkakrotnie znajdujemy się jeszcze bliżej wybranego przez artystę tematu – upadku stoczni w Newcastle.

Jako zdradzony fan już pewnie nigdy nie dam się bez reszty pochłonąć muzyce Gordona Matthew Sumnera. Ale, ledwie od paru dni smakując jego nowe piosenki, chciałbym, by utrzymał ten poziom w następnych latach.

Marnotrawny przez około dekadę artysta wraca do wielkiej formy. Marnotrawny fan znów melduje się w gronie sympatyków.

Nowe sytuacje: Ocean of Noise

Ocean of Noise to twór wymyślony w 2007 roku przez Rafała Konopkę. Nazwa zespołu wzięła się od tytułu utworu Arcade Fire. To w pewnym sensie projekt rodzinny – Rafał odpowiada za stronę muzyczną, a jego żona – graficzną całości.

[more]

Dwa lata później miał miejsce

debiut fonograficzny

– utwór Noises From The Well ukazał się na składance portalu We Are From Poland, razem z propozycjami Dagadany, Kamp! czy Lollypops.

W 2011 roku Konopka otrzymał stypendium prezydenta Białegostoku dla młodych twórców z przeznaczeniem na wydanie płyty. Tak zaczął się czas pracy nad materiałem muzycznym oraz pozyskaniem muzyków, z którymi miałby zostać nagrany.

Krążek miał swoją premierę 2 sierpnia bieżącego roku

na OFF Festivalu.

Stało się to dzięki Wytwórni Światowej, z przedstawicielami której Konopka poznał się rok wcześniej i zostawił im płytkę demo.

– Następnego dnia rano dostałem od nich esemesa: „Zajebiste, chcemy to wydać” – opowiada lider.

Do nagrania płyty udało mu się pozyskać ciekawych ludzi. Powstawała w białostockim Hertz Studio pod okiem Sławomira i Wojciecha Wiesławskich, którzy wcześniej nagrywali m.in. Behemotha czy Vadera. Śpiewają Magdalena Noweta (Break Horses i Oh Ohio), Marta Trusewicz oraz największa gwiazda w tym zestawie,

wokalista Much – Michał Wiraszko:

– Kiedy Rafał podszedł do nas dwa lata temu z tą płytą, potraktowałem to jako jedną z wielu płyt – bo tak się zdarza, że ludzie do nas podchodzą i najczęściej, niestety – mówię to z bólem i bez żadnej satysfakcji – są to bardzo przeciętne rzeczy. Pomyślałem, że tutaj będzie to samo. Po miesiącu Rafał się odezwał, a ja – zgodnie z prawdą – odparłem, że zgubiłem tę płytę. Powiedział, że nie ma sprawy, i podesłał mi linki do tych kawałków. Posłuchałem i pomyślałem: ”O kurde, ten chłopak naprawdę słyszy i wie, o co chodzi!”. No i czekamy, co się wydarzy z tą płytą. Chciałbym, aby jak najwięcej, obiecałem Rafałowi pomoc i tej obietnicy dotrzymam.

– Czuję satysfakcję,

że udało mi się to wszystko – mówi pomysłodawca. – Wymagało to dużego wysiłku, ale jestem zadowolony, że tak wyszło. Do kogo adresuję tę muzykę? Do wszystkich. Do wszystkich – każdy ma prawo tego słuchać – śmieje się Konopka.

Mimo że wymyślił sobie coś, co stanowi dodatkową trudność – zamiast stałego składu, wspólnego dla nagrań i koncertów, udział gości. A ci, co oczywiste, nie zawsze mają czas. A jednak Rafał Konopka dziś, w kilka tygodni po wydaniu płyty, z nadzieją spogląda przed siebie. Mówi, że płyta sprzedaje się całkiem dobrze, zbiera pochlebne recenzje. Na moje pytanie o plany na bliższą i dalszą przyszłość odpowiada, że chce grać koncerty. A następna płyta? Na razie jeszcze za wcześnie o tym mówić, ale chciałby, aby – podobnie jak debiut – powstała z udziałem zaproszonych muzyków. Wierzy, że za drugim razem będzie już łatwiej.

Oby. Te dźwięki nie pozostawiają mnie obojętnym. I jestem przekonany, że takich jak ja może być znacznie więcej.

Okropnie, czyli pięknie

Rok temu jesienią mieliśmy szczególny wysyp klasyki. Teraz może nie jest to tak zmasowany atak, ale nestorzy reprezentujący co najmniej dwa pokolenia znów dają o sobie znać. Buddy Guy, Paul McCartney, Elton John, Sting, Sammy Hagar, Gov’t Mule, Pearl Jam. Do tego Kings of Leon, Manic Street Preachers, Arctic Monkeys. Nad Wisłą kobiety: Edyta Bartosiewicz, Anita Lipnicka, Ania Rusowicz. Strach brać się za taką wyliczankę.

[more]

Z paru powodów. Po pierwsze, bo zawsze się kogoś pominie. Po drugie, bo trzeba się trzymać za kieszeń. Jeśli moje polowanie na dawniej wydane płyty skupiam przede wszystkim na tych, które są do zdobycia za niewielkie pieniądze (a jest ich całe morze, więc i tak portki można stracić), o tyle w przypadku nowości o okazjach raczej nie ma mowy. Może tylko szybkie porównanie MM i Amazona.

Nie ma litości – znikąd. Rynek i sieci sklepowe chcą mnie wycisnąć jak cytrynę. Artyści co prawda powiadają, że nagrywają rzadko, ale przecież jest ich tak wielu. O żonie i o własnym poczuciu przyzwoitości nie wspomnę. A jeść i płacić rachunki trzeba.

Tyle muzyki, tyle nowej muzyki. Jeszcze nie wiem, dopiero sprawdzam, nad czym tak naprawdę warto się pochylić. Na którą płytę wydać złotówki z przeświadczeniem, że będzie ochota, by wracać do niej wielokrotnie i przez długie lata. Bo inaczej, moim zdaniem, nie warto. I jak tu sobie poradzić? Po prostu okropność.

Mam wreszcie to, o czym jako młody człowiek marzyłem. Jest pięknie.

Nie kasandrycznie, a pięknie – Cassandra Wilson, You Don’t Know What Love Is

W niedzielę literacką nagrodę Nike wręczono Joannie Bator. W ten sposób nie tylko ja otrzymałem kolejny dowód na to, że uroda i talent – doceniony! – nie muszą się wykluczać. Rozstrzyganie kwestii, czy z utalentownym pięknem dobrze żyje się na co dzień, nie do mnie już należy.

[more]

Pozostawię też w spokoju rozważania na temat: „Przemija uroda w nas”. Powiem tylko tyle, że spectrum kobiecego piękna dla faceta w średnim wieku jest nieporównanie większe niż dla dwudziestolatka.

Dość tego. Miało być o niekoniecznie kasandrycznych przepowiedniach. Przed laty Telewizja Polska parokrotnie zaprezentowała fragmenty bodaj wrocławskiego występu Wilson. Jadłem uchem i okiem.

Cassandra Wilson jest raz trochę bardziej, raz trochę mniej jazzowa, zawsze jednak serwuje bardzo szlachetne nuty. Jest w czym wybierać, bo dorobek ma niemały, choć pierwszą płytę wydała dopiero w wieku trzydziestu jeden lat. Blue Light ’til Dawn to album z 1993 roku, zawierający sporo klasyków – w tym ten właśnie, otwierający album. W jej wykonaniu – absolutne cacko.

Wciąż łyżkami jeść – Dżem, Chorzowskie Centrum Kultury, 3 października 2013

Dżem nigdy nie grał słabych koncertów. Powiem więcej: nigdy nie grał niezłych koncertów. Pierwszy raz usłyszałem ten zespół na żywo chyba trzydzieści lat temu, grali dobrze. Potem działo się tak, że byłem świadkiem ich występów co najmniej raz w roku. Widziałem, jak z dobrej kapeli stają się bardzo dobrą. Świetną.

[more]

I fantastyczne jest to, że lata lecą, skład – także w następstwie najsmutniejszych faktów – parokrotnie się zmieniał, a zespół pozostaje

osobnym rozdziałem w muzyce

nie tylko polskiej, ale, co powiedział już dawno temu Jan Chojnacki, także europejskiej. To formacja rodem z Południa Stanów.

Wzruszył mnie wczoraj Beno Otręba. Czwarty członek ZZ Top, który za sprawą amerykańskich służb przerzucony został na Śląsk, by graniem bluesa czynić znośniejszym komunizm. Był wyjątkowo ożywiony (Beno, nie komunizm), uśmiechał się raz po raz, podśpiewywał sobie momentami, co przywodziło na myśl lata 80., gdy wielokrotnie podchodził do tego samego mikrofonu co Riedel. Jak zawsze – mistrzowsko napędzał bas, raz po raz zabawiając się z młodszym bratem w stylu Status Quo.

Właśnie. Od dawna już przywykliśmy do tego, że gdy pora na gitarową solówkę, to – jak zauważył mój syn – spoglądaliśmy na prawo, w stronę Jerzego Styczyńskiego. Tymczasem wczoraj jeszcze jedno przypominało mi

Dżem sprzed trzydziestu – dwudziestu pięciu lat:

praktycznie równy podział solówek między Styczyńskiego i Adama Otrębę. Ten ostatni nie jest może tak efektowny, ale to także fachman z tych (Tych) nie tak znowu licznych stylowych w Polsce. Jak dobrze, że o sobie przypomniał.

Trochę żałowaliśmy, że koncert był takim Dżemem dla wszystkich, że odegrano chyba w komplecie wszystkie „naj”, a z ostatnich dwóch płyt tylko pięć kawałków – Diabelski żart i Do kołyski z 2004 oraz Do przodu, Nie patrz tak na mnie i Partyzanta z Muzy.

Ale – co tam! Wszystkie atuty zespołu, jakie znamy od dawna, wciąż pozostają atutami: radość grania, fantastyczny warsztat i szacunek dla publiczności. Choć część główna skończyła się po półtorej godzinie, wraz z dwoma pokaźnymi bisami zespół przebywał na scenie blisko sto pięćdziesiąt minut.

Co było

mniej oczywiste,

to początek – pięknie brzmiący Wiem na pewno wiem – nie kocham cię, następnie Boże daj dom (moje uszy chętnie usłyszałyby tu skrzypce) oraz – jeszcze jedno westchnienie za dawnymi latami, kiedy ten utwór był żelaznym punktem każdego występu – Nieudany skok.

Publiczność, zdecydowanie – średnio rzecz biorąc – starsza niż na przykład na festiwalu Ku przestrodze, była jednak wyraźnie zadowolona z tego swoistego „debestofu”. Podniosła się z miejsc przy Harleyu, pozostała tak przy Wehikule czasu, uszczęśliwiona była Cegłą oraz zwieńczeniem koncertu w postaci Whisky.

Ten whiskaczowy scenariusz powtarza się już chyba od kilkunastu lat: zaczyna Styczyński na gitarze akustycznej, a po paru minutach pojawia się właściwy temat i reszta instrumentów. Konstrukcja utworu – wypisz, wymaluj Cockerowskie

With A Little Help From My Friends,

czyli ekstatyczne never ending story. W pięknym wnętrzu odnowionego parę lat temu ChaCeKu, mieszczącego około czterysta osób, ze sceną na wyciągnięcie ręki, widać było, ile węgla przerzucił wczoraj Zbigniew Szczerbiński. Oj, nie oszczędzał się bębniarz Dżemu nic a nic. Gra w starym stylu – gęsto – jak Baker, Bonham, Nebeski czy Hajdasz.

Jerzy Styczyński robił swoje, tak samo Janusz Borzucki, zdecydowanie lepiej nagłaśniany w tej gitarowej przecież kapeli niż dawno temu Paweł Berger (to pewnie sprawa większych dziś możliwości technicznych). Maciej Balcar jest dla mnie, pisałem już o tym, właściwym facetem na właściwym miejscu. Nie wyobrażam sobie nikogo, kto równie pięknie wniknąłby w ducha tej kapeli.

Nie był to z pewnością jakiś szczególny koncert. Jeden z wielu tak dla zespołu, jak i starych fanów. I może właśnie dlatego z tym większą radością konstatuję, że poza mniejszą ilością i bielszym kolorem włosów większości członków zespołu, w Dżemie bez zmian. Czyli wciąż znakomicie.

Queen, Bohemian Rhapsody – dziś prawdziwych rapsodii już nie ma

O rany, czy to pora, by wyciągać najcięższe działa? A może po prostu zawsze jest czas, by po raz enty pochylić się nad arcydziełami? Hey Jude, Stairway To HeavenCygańska rapsodia – moja trójca przenajświętsza. Utwory, w których jest wszystko, co stanowi istotę rocka.

[more]

Dwa pierwsze zostawiam sobie na inną okazję. Ten trzeci, najpóźniejszy z nich (1975 rok, pochodzący z albumu A Night At The Opera) – to fortepianowo-gitarowy wyciskacz łez, pojedynek na obłędne głosy, chóry i chórki, wreszcie fenomenalny, rokendrolowy łomot oraz końcowe, liryczne wyciszenie. Niecałe sześć minut, w których mamy wycyzelowaną, kunsztownie wyszlifowaną niczym najpiękniejszy diament minisuitę rockową. Rockoperę w pigułce – czy co tam jeszcze chcecie.

Był czas, koniec lat 70., gdy byłem wielkim fanem Królowej. Potem, kiedy – jak na moje ucho – w nadmiarze pojawiły się instrumenty klawiszowe, komputery, przeszło mi raz na zawsze. I może tym bardziej, dojrzalej, doceniłem i nadal doceniam niektóre pozycje w dorobku tej kapeli.

Nieraz już zdarzyło się – zwłaszcza za sprawą tzw. talent shows – że trudną fakturę utworu z całą ostrością uświadamialiśmy sobie, dopiero gdy brali się za niego inni, niekoniecznie amatorzy. Tak było też podczas Tribute to Freddie Mercury w kwietniu 1992 roku, kiedy z piosenkami Queen poradził sobie właściwie tylko George Michael. Co dla niejednego, także dla mnie, było sporym zaskoczeniem.

O wielu wokalistach mówi się, że są jedyni i niepowtarzalni. Mercury jednak, jak żaden inny wychodzący raz po raz z ogromną łatwością poza zdefiniowaną, zdawałoby się, estetykę rockowego przekazu, był i pozostanie kimś wyjątkowym. Homo, narcyz, glamowate uosobienie kiczu z cekinami i obnażonym torsem. Niezwykle utalentowany kompozytor, genialny śpiewak, wulkan energii na scenie. A w Bohemian Rhapsody ponadto – rewelacyjnie wspierany przez kumpli, zwłaszcza najznakomitszego jakiego znamy Briana Maya na gitarze.

 

Weather Report

Dziś koncert Dżemu w Chorzowie. Dawno, wyjątkowo dawno nie widziałem tej kapeli na żywo.

Black Sabbath: Sabbath Bloody Sabbath, 1973

Rok 1973 jest jednym ze szczególnie znaczących w historii rocka. Wśród albumów, które należą do najważniejszych w tamtych dwunastu miesiącach, znajduje się bez wątpienia Sabbath Bloody Sabbath. I tak jak nie budzi we mnie entuzjazmu najnowsze wydawnictwo grupy, mimo że pierwsze od lat, znów z Ozzym Osbourne’em, tak niezmiennie ten krążek cieszy moje uszy.

[more]

Tam gdzie rock gubi swoje wspaniałe bluesowe korzenie, gdzie pokazuje światu wielki, ciężki

metalowy korpus,

gładkie, wypolerowane i zimne oblicze – tracę grunt pod stopami, wchodzę w ciemny las, w którym jedno drzewo wydaje mi się zbyt podobne do drugiego. Robi się nieprzyjaźnie i, zbyt często, strasznie (czasami strashnie). Epatowanie mocą, tonami gitar, szybkością nigdy nie zastąpi mi korzennego, swingującego rokendrola. Przepraszam wszystkich, którzy myślą inaczej, dla których klasycy gatunku, a więc i Black Sabbath, są świętością. W tamtą stronę zapuszczam się z rzadka i, z wiekiem, coraz bardziej niechętnie. Tym niechętniej, że uświadamiam sobie, jak wiele jest do odkrycia starej i nowej muzyki po tej stronie gitarowego grania, które upodobałem sobie szczególnie.

Sabbath Bloody Sabbath pozostaje jednak dowodem na to, że ruch w odwrotnym kierunku,

od metalu do mainstreamu,

jest nie tylko możliwy, ale potrafi przynieść wspaniałe efekty. Muzyka kwartetu na piątej płycie zelżała, przyspieszyła, odeszła od rozciągniętych, dołujących nut. Została nawet obficie zmiękczona brzmieniem instrumentów klawiszowych, które – no właśnie – obsługiwał jeden z ówczesnych największych mistrzów rockowej klawiatury, Rick Wakeman. Utwory nabrały lekkości i tempa, w najlepszy z możliwych sposobów zbliżając się do klasyków gatunku – Led Zeppelin, Cream (końcówka Looking For Today to wręcz cytat z White Room) czy Hendriksa. Imponują rozmachem, pomysłami aranżacyjnymi i maestrią wykonawczą.

Dla mnie jest to album wyjątkowy, jedyny taki w dyskografii grupy. Parę lat później, gdy frontmanem BS został Ronnie James Dio, próbowano chyba – mniej lub bardziej świadomie – przywołać klimat nagrań z 1973 roku (a może to po prostu nieuchronne echa Rainbow?), ale o różnorodności pomysłów, wielorakich smaczkach aranżacyjnych na podobną skalę nie było już mowy.

Na omawianym albumie jest tak od początku. Tytułowy numer niby zaczyna się

atakiem artyleryjskim,

ale w refrenie pojawia się łagodność gitary akustycznej i przestrzeń instrumentów klawiszowych. W drugiej części utworu otrzymujemy jeszcze dwa inne rozwiązania melodyczne. Gorszy zespół albo zespół w gorszej formie wycisnąłby z tego cztery odrębne kawałki. Scenariusz powtarza się w doskonałym A National Acrobat. Utwór skrzy się od pomysłów, jeden wspaniały czasem po pół minucie ustępuje miejsca kolejnemu.

Fluff z dzisiejszej perspektywy może wydać się banalny – takie chwilowe, akustyczne wyciszenie w zgiełku gitar, które zastosowano w setkach metalowych płyt. W 1973 roku nie było to jednak takie oczywiste, a wyraźny ukłon Iommiego w stronę Petera Greena i Albatrossa dowodzi szacunku dla klasyki. Potem mamy numer Sabbra Cadabbra – posiadający te same atuty, co dwa pierwsze kawałki na płycie.

Z piątą płytą BS jest chyba trochę jak z czwartą Led Zeppelin. Po znakomitej stronie pierwszej mamy – aż się boję to napisać – nieco słabszą drugą. Ale tak jak warto czekać na potężne When The Levee Breaks, tak tutaj album wieńczy porywający Spiral Architect.

Czterdzieści dwie i pół minuty, muzyka sprzed czterdziestu już lat. Fragmenty tego krążka gdzieś tam na szpuli nagrane mieli moi bracia. Gdy wrzucam go dziś do szufladki, odnajduję w sobie jedenastoletniego chłopca, którym byłem, kiedy pierwszy raz usłyszałem te dźwięki. Krew wciąż żywiej podryguje w żyłach.