O rany, czy to pora, by wyciągać najcięższe działa? A może po prostu zawsze jest czas, by po raz enty pochylić się nad arcydziełami? Hey Jude, Stairway To Heaven i Cygańska rapsodia – moja trójca przenajświętsza. Utwory, w których jest wszystko, co stanowi istotę rocka.
[more]
Dwa pierwsze zostawiam sobie na inną okazję. Ten trzeci, najpóźniejszy z nich (1975 rok, pochodzący z albumu A Night At The Opera) – to fortepianowo-gitarowy wyciskacz łez, pojedynek na obłędne głosy, chóry i chórki, wreszcie fenomenalny, rokendrolowy łomot oraz końcowe, liryczne wyciszenie. Niecałe sześć minut, w których mamy wycyzelowaną, kunsztownie wyszlifowaną niczym najpiękniejszy diament minisuitę rockową. Rockoperę w pigułce – czy co tam jeszcze chcecie.
Był czas, koniec lat 70., gdy byłem wielkim fanem Królowej. Potem, kiedy – jak na moje ucho – w nadmiarze pojawiły się instrumenty klawiszowe, komputery, przeszło mi raz na zawsze. I może tym bardziej, dojrzalej, doceniłem i nadal doceniam niektóre pozycje w dorobku tej kapeli.
Nieraz już zdarzyło się – zwłaszcza za sprawą tzw. talent shows – że trudną fakturę utworu z całą ostrością uświadamialiśmy sobie, dopiero gdy brali się za niego inni, niekoniecznie amatorzy. Tak było też podczas Tribute to Freddie Mercury w kwietniu 1992 roku, kiedy z piosenkami Queen poradził sobie właściwie tylko George Michael. Co dla niejednego, także dla mnie, było sporym zaskoczeniem.
O wielu wokalistach mówi się, że są jedyni i niepowtarzalni. Mercury jednak, jak żaden inny wychodzący raz po raz z ogromną łatwością poza zdefiniowaną, zdawałoby się, estetykę rockowego przekazu, był i pozostanie kimś wyjątkowym. Homo, narcyz, glamowate uosobienie kiczu z cekinami i obnażonym torsem. Niezwykle utalentowany kompozytor, genialny śpiewak, wulkan energii na scenie. A w Bohemian Rhapsody ponadto – rewelacyjnie wspierany przez kumpli, zwłaszcza najznakomitszego jakiego znamy Briana Maya na gitarze.

Weather Report
Dziś koncert Dżemu w Chorzowie. Dawno, wyjątkowo dawno nie widziałem tej kapeli na żywo.