Dużo dobrej energii – Maria Sadowska, Regiofun 2012, Katowice, Rialto, 26 października

Koncert Marysi Sadowskiej odbył się w ramach Międzynarodowego Festiwalu Producentów Filmowych REGIOFUN 2012. Trudno wyobrazić sobie kogoś bardziej a propos – bo to absolwentka łódzkiej filmówki, reżyserka (8 marca do kin wejdzie jej „Dzień kobiet”), a przede wszystkim wokalistka, autorka tekstów i kompozytorka

[more]

mająca w swoim dorobku płytę

Tribute To Komeda

wydaną  w 2006 roku. I to ten właśnie krążek był głównym pretekstem pojawienia artystki na scenie Rialta, choć materiał na nim zawarty stanowił tylko część programu koncertu.

Sadowska podeszła do spuścizny mistrza – tej stworzonej na potrzeby filmu – swobodnie, ale jednocześnie z dużą kulturą, w czym zasługa oczywiście jej samej, jak i zespołu. Kolejny raz dopada mnie refleksja tyleż mało odkrywcza, co przykra: że na polskim rynku muzycznym zdecydowanie większa jest podaż niż popyt. Pal licho, gdy dotyczy to marnych propozycji – tak od strony kompozycji, jak i wykonawstwa. Jeśli jednak mówimy o poziomie co najmniej zachowującym przyzwoitość, robi się smutno. Marny, maleńki rynek, na którym wystarczy sprzedać piętnaście tysięcy egzemplarzy płyty, by ta stała się złotą, a jednocześnie ani taki nakład, ani obecność w mediach, ani trasy koncertowe dla większości ludzi w tej branży nie stanowią podstaw do spokojnego patrzenia w przyszłość.

Generalnie Pani  Marysia uprawia taki kawałek muzycznej gleby, który zajmuje mnie nieszczególnie: to

mieszanka jazzu, funky, reggae i popu,

w dodatku odwołująca się raczej do brzmień sprzed mniej więcej trzydziestu lat. Trudno mi wyobrazić sobie, bym odsłuchiwał jej płyty w domowym zaciszu. Na żywo jednak robi to bardzo porządne wrażenie – klawisze, saksofon, gitara, bas, perkusja i dwa żeńskie głosy – wszystko znacznie powyżej średniej krajowej. W połączeniu z dobrymi fluidami między ludźmi na scenie, pełną wdzięku frontmenką, która bezustannie, a jednocześnie nienachalnie, namawiała publiczność do wspólnej zabawy – dało to bardzo przyjemny dla ucha efekt. Bo też

sporo dobrej energii

jest w tym bardzo pulsującym graniu. Nawiązującym do klasyki jazzu (kołysanka z Rosemary’s Baby, melodia z Noża w wodzie), ale też bardzo często do czarnego popu czy funky sprzed wielu lat. Nietrudno także dopatrzeć się wpływów The Police (to szczególne współbrzmienie gitary i basu) w reggae’owych fragmentach.

Jeśli dwa tygodnie wcześniej oglądana w tym samym miejscu Maja Kleszcz – mimo znacznie bliższych memu sercu klimatów – położyła koncert od strony wykonawczej, wyraźnie sygnalizując, że ma jakiś osobowościowy problem, o tyle Marysia Sadowska potrafiła stworzyć przez blisko dwie godziny taką atmosferę, w której wszyscy, na widowni i na scenie, czuli się świetnie.

W sztuce tylko znikomy procent stanowią te dokonania, które popychają daną dziedzinę naprzód, większość tworzona jest ku rozrywce. I to był właśnie taki miło spędzony wieczór z porcją porządnie zaśpiewanej i zagranej muzyki. Artystka pożegnała się z publicznością słowami: „Niech dobra muzyka będzie z wami”. Święte słowa. I ich się trzymajmy, nawet jeśli dla każdego z nas znaczą nie całkiem to samo. A właściwie – na szczęście nie to samo. Bo świat byłby wtedy nudny i nie do zniesienia.


Historia jednego koncertu – Eric Clapton, Katowice, Spodek, 18 października 1979

W latach siedemdziesiątych, choć już nie tak gnuśnych jak poprzednia dekada, władza wciąż dbała o to, by przyszłość narodu, czyli młodzież – nie przesiąkała zbyt mocno kulturą zgniłego Zachodu, by nie miała z nią zbyt częstego bezpośredniego kontaktu. Występy gwiazd muzyki popularnej należały między Odrą a Bugiem do rzadkości, a już koncerty artystów z najwyższej półki były czymś absolutnie wyjątkowym, co zdarzało się raz na wiele lat.

[more]

Przeszukując w czerwcu stare piwniczne kartony, natknąłem się niespodziewanie na półtorastronicowy maszynopis, o którego istnieniu zupełnie zapomniałem. Z niewielkimi korektami, jako znak czasu, pozwalam go sobie w tym miejscu zamieścić.

*

Dziwna to była historia. Jest nas, braci G., trzech. Andrzej, całe życie zawodowe będący dziennikarzem sportowym, odpuścił sobie 17 października 1979 roku mecz Holandia – Polska w Amsterdamie w ramach eliminacji do mistrzostw Europy  (było 1-1). Cwańsi od niego, stwierdziliśmy z Grzegorzem, że w środę obejrzymy mecz, a w czwartek pójdziemy na koncert.

* * *

Po powrocie ze szkoły do domu szybko zjadam obiad i – w drogę. Na koncert jedyny w swoim rodzaju, ostatni już występ w Polsce Erika Claptona!

Pośpiech, choć ponad półtorej godziny do rozpoczęcia koncertu. Nic dziwnego, lekkie podniecenie. Dlatego też niepotrzebnie denerwuję się, gdy autobus ucieka mi sprzed nosa. Kupuję jeszcze gumy do żucia w pobliskim sklepie i po dziesięciu minutach jadę już do centrum Katowic. W Brynowie przesiadka do tramwaju, który zawiezie mnie pod sam Spodek.

Po kilkunastu minutach jestem pod halą. Jest prawie szósta, jeszcze godzina. Spokojnie idę pod sam obiekt. Z bratem umówiony jestem na dwadzieścia minut przed rozpoczęciem koncertu, krążę więc po balkonie od bramy do bramy. Jest dość zimno, zaczyna padać deszcz.

Spotykam trzech kolegów ze szkoły, którzy chcą kupić bilety lub w mniej legalny sposób dostać się do środka. Mówię im, że będą dwa do sprzedania (mieliśmy z bratem w sumie cztery wejściówki). Każę czekać, a sam ponownie ruszam w poszukiwaniu brata. Tłok spory, boję się, że możemy się rozminąć. Ale nie – w końcu jest. Mówię mu, że są chętni do zakupu i idziemy do kolegów.

Został jeden, bez pieniędzy, i prosi, abyśmy poczekali – on ich poszuka. Po pięciu minutach zjawiają się. Jakiś facet, widząc bilety w naszych rękach, podchodzi i pyta, czy nie mamy wolnego.

– Niestety, już nie.

– Cholera, swój spaliłem w piecu!

Pechowiec…

Szybko o nim zapominamy. Bramy już otwarte, do siódmej został kwadrans. Wchodzimy więc do środka i po małych perypetiach dostajemy się na właściwy sektor. Widoczność znakomita, niemalże na wprost estrady, na której kręci się jeszcze ekipa techniczna. Zwracamy uwagę na sprzęt nagrywający, ustawiony w pobliżu nas, brat mówi, że można by porobić świetne zdjęcia. Rozmawiamy trochę o aktorach spektaklu, który już lada chwila powinien się zacząć.

Powyżej nas pani z obsługi rozmawia – co wynika z wymiany zdań – ze swoją córką. Mówi o wspaniałej atmosferze, jaka panowała na występie Claptona dzień wcześniej. Pan Eric nie chciał na sali widzieć służby porządkowej i tak też się stało.

Brat jest coraz bardziej podniecony, ja siedzę spokojnie. Wreszcie głos z megafonów:

– Za chwilę przedstawię państwu muzyków towarzyszących Erikowi Claptonowi.

Niecierpliwimy się – już przecież kilka minut po siódmej. Ekipa techniczna ciągle coś jeszcze robi na scenie. Sporo gwizdów.

Bardzo państwa przepraszamy, ale koncert nie odbędzie się.

Spoglądamy z bratem na siebie i bierzemy to za dobry (?) żart. Jednak publiczność w większości zdecydowanie rusza z miejsc. Żadnego sprostowania! Wreszcie pojmujemy, że to nie kawał, a obsługa techniczna cały czas po prostu demontuje sprzęt. Ogarnia nas – i chyba wszystkich – bezsilna wściekłość.

Bardzo państwa przepraszamy, ale koncert nie odbędzie się z powodu wypadku Erika Claptona. Sytuacja ta zaistniała naprawdę nie z naszej winy.

Cały czas przeraźliwe gwizdy, ale to przecież nie pomoże. Plujemy sobie w brodę.

Spiker podaje, że zwrot pieniędzy od jutra w kasach. Najbardziej z pyszna mają się ci, którzy przepłacili – zapłacili konikom 500-600 złotych zamiast 100, a może nabyli nawet bezpłatną wejściówkę (były takie dla ówczesnych VIP-ów).

Najkrótszy koncert świata i temu podobne hasła padają wśród zawiedzionej i wściekłej publiczności opuszczającej Spodek. I sporo nieśmiesznych żartów. Taka okazja już się raczej nie powtórzy…

Tak więc wróciliśmy do domu nie pełni wspaniałych wrażeń, lecz przedwcześnie i w minorowych nastrojach.

Ponoć przyczyną odwołania koncertu – jak donosiła nazajutrz prasa – była „depresja” gitarzysty spowodowana nagłym, w pełnym blasku reflektorów, wtargnięciem służby porządkowej w połowie pierwszego katowickiego koncertu – w celu uspokojenia części, rozwydrzonej, widowni demolującej krzesła. Być może.

Eric Clapton miał zakontraktowane w Polsce cztery występy: 15 i 16 października w Warszawie, 17 i 18 października 1979 roku w Katowicach. Odbyły się tylko trzy…

 (październik 1979)


Muzyczne harakiri – Maja Kleszcz & The IncarNations, Katowice, Rialto, 12 października 2012

Maja Kleszcz i Wojciech Krzak wywodzą się z Kapeli Ze Wsi Warszawa. To oznacza parę już lat na scenie, uznanie publiczności i krytyków, w tym Fryderyki, Machinery, nagroda Radia BBC oraz Grand Prix Europejskiej Unii Radiowej. Do tego dwie płyty sygnowane własnym nazwiskiem, spory szum medialny i, wreszcie, popularność. Spodziewałem się więc co najmniej dobrego koncertu.

[more]

Najpierw wyszli

instrumentaliści.

I zrobiło się bardzo stylowo – ze szczególnym pochyleniem w stronę bluesa: gitara, kontrabas i perkusja. Naprawdę fantastyczna sekcja – nie tak często się zdarza, by – w iście Stonesowskim stylu – wykonywać bardzo, bardzo porządnie swoją robotę i właściwie ani razu (poza krótkim perkusyjnym solem w ostatnim utworze) nie wyrwać się do przodu.

Po chwili na scenie pojawiła się

gwiazda wieczoru.

Kleszcz ma kiepską dykcję, ale obdarzona jest mocnym głosem o barwie kojarzącej się z klasykiem gatunku – Elżbietą Mielczarek, co znaliśmy już z płyt. Skuliła się przed nisko ustawionym mikrofonem, złączyła na całej długości nogi, lewą rękę uniosła do ucha, prawą nienaturalnie wykręciła do tyłu i – pozostała tak aż do końca występu.

Zwykle zupełnie mnie nie zajmują takie kwestie. Na koncert nie idę dla oprawy wizualnej, pirotechniki. Nieszczególnie istotne są dla mnie stroje, w jakich pojawiają się muzycy. Wiek i uroda wokalistek też nie jest elementem pierwszoplanowym, choć zawsze miło jest wesprzeć oko na młodej i ładnej kobiecie. Te elementy zaczynam wychwytywać, gdy to, co najistotniejsze – a więc muzyka albo wykonanie – wzbudza wątpliwości.

Zespół,

jak napisałem, zagrał bardzo solidnie. Choć gdyby gitarzysta więcej grał palcami, może zmienił raz czy drugi gitarę, może zagrał na akustyku, wyrwałby nas, słuchaczy, ze znużenia i monotonii. A nawet chęci wyjścia z sali, bo coś takiego mnie dopadło. Przypuszczam, że Elżbieta Zapendowska, gdyby usłyszała Maję Kleszcz, powiedziałaby mniej więcej coś takiego: „Na litość boską, dziewczyno – zaśpiewaj choć jedną piosenkę normalnie!”.

Kleszcz jest

zblazowana i zmanierowana.

Dysponując mocnym głosem, używa go w sposób okropny, w dawce trochę ponadgodzinnej trudny do zniesienia. Śpiewając po polsku, na przykład teksty najlepszego między Odrą a Bugiem bluesowego poety Bogdana Loebla, robi to do tego stopnia źle, że nie sposób zrozumieć niektóre słowa. Zjada pierwsze głoski albo całe sylaby, od początku do końca, każdą piosenkę i każdy wers pozbawiając naturalnej płynności frazy – w stylu O-o mój ro-oz-ma-a-ry-nie-e. Po kwadransie miałem już dość, po godzinie z niewielkim okładem z ulgą – po jednym bisie – przyjąłem definitywne zejście zespołu ze sceny.

Przykra to niespodzianka,

bo materiał z obu płyt – Radio Retro i Odeon – bez wątpienia należy do wyróżniających się na rodzimym rynku. Zarówno ten oryginalny, jak i interpretujący pozycje klasyczne: Niemenowski Mów do mnie jeszcze, świetna w studyjnej wersji Rebeka czy zyskujący nowe życie knajpiany szlagier Daj mi tę noc.

Gdy rozbłysły światła, spojrzeliśmy grupką znajomych po sobie – i stwierdziliśmy, że wszyscy mamy takie właśnie jak opisane wyżej odczucia. Oto przypadek dowodzący, że mając wszystko: świetny warsztat, dobrych muzyków za sobą, kulturę muzyczną (wyniesioną jeszcze z domu – ojcem Mai jest jeden z redaktorów radiowej Trójki, specjalista od world music, Włodzimierz Kleszcz), można przestać siebie słyszeć, można – przypuszczam – przestać słuchać rad innych, zapętlić się w chyba nazbyt narcystycznym podejściu do własnej osoby.

Wierzę, że to jest

proces odwracalny.

Że to otrzeźwienie musi przyjść. Bez lekcji dykcji i śpiewu ani rusz, ale potem powinno być już normalnie i dobrze. A może nawet świetnie. Tylko, do cholery, ilu słuchaczy do tego momentu Pani Maja zdąży zrazić do siebie? I czy oni (w tej grupie też i ja) będą potrafili jej jeszcze raz uwierzyć i zaufać?

Rawa Blues Festival 2012: Robert Cray Band, Eric Sardinas & Big Motor i inni. Spodek, Katowice, 6 października 2012

Ponad dwie dekady mijają, odkąd ostatni raz byłem na Rawie Blues. Z różnych powodów: najpierw za sprawą powiększenia się mojej rodziny, a potem dlatego, że – co tu dużo kryć – mój stosunek do bluesa w czystej postaci nie był już tak nabożny jak dawniej. Jednak nazwisko Roberta Craya, należącego od lat do ekstraklasy wykonawców tego gatunku, było bardzo mocnym argumentem, by znów zasiąść na festiwalowej widowni.

[more]

Roomful of Blues

Weszliśmy z żoną na widownię, właśnie gdy zaczynali grać. Ośmioosobowy band białasów z czterdziestopięcioletnim stażem, o którym Count Basie powiedział, że jest najgorętszym zespołem bluesowym, jaki kiedykolwiek słyszał. Ich muzyka to z pewnością nie jest to, co lubię najbardziej, ale na żywo ma wielką siłę. Połączenie bluesa, soulu, rock’n’rolla i swingu – pełne zawodowstwo wykonawcze, duża energia niemłodych już muzyków – to wszystko sprawiło, że temperatura w Spodku na pewno się podniosła.

Irek Dudek Big Band

Dudek – niestety – od lat jest bardziej dyrektorem festiwalu niż aktywnym muzykiem. Krótki wczorajszy set złożony był z dobrze znanego materiału i chyba niewiele pomogła tu reklama, że dęciaki dowodzone przez Bronisława Dużego będą grały bez wspomagania w postaci zapisu nutowego. Niby wszystko O.K., z przyjemnością wysłuchałem ukochanego Something Must Have Changed, który otwiera znakomity album No. 1 z 1986 roku, ale w Dudkowym graniu od dawna nie dzieje się nic nowego.

Na koniec – jak się okazało – występu  miała miejsce przyjemna chwila. W lutym tego roku Ireneusz Dudek odebrał w Memphis statuetkę Keeping The Blues Alive 2012 – nagrodę dla najbardziej zasłużonych osób i organizacji propagujących bluesa na świecie w kategorii festiwal międzynarodowy. Na scenie Spodka mieliśmy wczoraj swoistą powtórkę tego wydarzenia.

Szkoda, że po tej celebrze big band zszedł ze sceny. Trochę niespodziewanie – dla słuchaczy, a i pewnie dla samych muzyków. Ale, jak rozumiem, organizatorów gonił czas.

Robert Cray Band

Po półgodzinnej przerwie na scenie pojawiła się największa gwiazda imprezy – Robert Cray z zespołem. Znakomity gitarzysta i wokalista jest pięciokrotnym laureatem nagrody Grammy. Po kilku latach przerwy właśnie ukazał się jego nowy, bardzo wysoko oceniany przez fachową prasę album Nothing But Love.

Mistrz dostarczył nam prawie stuminutowej porcji muzyki w najczystszej postaci. Bez zbędnych fajerwerków – statyczne zachowanie na scenie, żadnych efektów ponad skromną scenografię festiwalu dobrze znaną od lat. To zupełnie niepotrzebne, gdy na scenie staje czterech ludzi, którzy doskonale wiedzą, co jest istotą bluesa.

To wszystko, co można usłyszeć na płytach Craya, znalazło potwierdzenie na koncercie. Kunsztowna, ale niezwykle oszczędna gra lidera, gustowne tło sekcji i rewelacyjne klawisze. Bo to dzięki instrumentom klawiszowym ta prosta i  chropowata – jak to zwykle w przypadku bluesa – muzyka zyskuje zamierzoną pełnię: subtelność, delikatność, melodyjność – szlachetność dowodzącą wielkiej maestrii kompozytorskiej, aranżacyjnej i wykonawczej. Niezwykle smakowity w wydaniu Craya blues nie bombarduje słuchacza ani ilością decybeli, ani tempem grania.  Zespół unosi widownię w powietrze niepostrzeżenie, cyzelując nutę po nucie. Ale to estetyzowanie w najlepszym rozumieniu tego słowa. Wielka, wspaniała muzyczna uczta.

Po tym stonowaniu i wyciszeniu szybko jednak przyszło słuchaczom zmienić nastrój.

Eric Sardinas &  Big Motor

Mr. Music. Kowboj urodzony na scenie. Facet, dla którego gitara nie przedstawia absolutnie żadnych tajemnic. Słuchając go, zastanawiałem się, czy ręce nie nadążają za głową, czy głowa za rękami. Gdyby dało się grać jednocześnie dwa utwory albo obsługiwać dwie gitary – Eric Sardinas by to zrobił.

Ta nieprawdopodobna biegłość obu rąk rodzi podejrzenia. Po paru minutach pojawiły się w mojej głowie skojarzenia z koncertem Gary’ego Moore’a w 2002 roku (świeć, Panie, nad jego duszą), którego pierwsza solówka wbiła mnie w fotel, druga się podobała, a od czwartej zbierało się już tylko na wymioty. Akademickie, na zimno wykoncypowane wirtuozowskie granie (to samo tyczy Satrianiego czy Vaia), narcystyczne epatowanie słuchacza biegłością palców – to nie dla mnie. Sardinas jest jednak zupełnie inny. To typowy rokendrolowy anarchista, który kocha to, co robi, a serce ma gorące, bluesowe. Zaś obok siebie równie szalonego basistę i porządnego bębniarza.

Gęba się śmieje do takiego grania, do tego, jak ten facet wciąż między utworami mówi, że to wspaniały festiwal, cudowne miejsce i że jest szczęśliwy, że znów – po trzech latach – może tu być. Niewiele mniejszym gadułą okazał się basista, przedstawiony przez lidera jako „my brother – from another mother”.

Wszystko już było. W graniu Sardinasa nie ma absolutnie nic nowego, nic, co wniosłoby jakieś nieznane dotąd wartości. A jednak jest urzekające i kipiące energią. Cytaty muzyczne są ewidentne: Chuck Berry, Robert Johnson, Jimi Hendrix, Stevie Ray Vaughan, AC/DC, ZZ Top i, najczęściej, Led Zeppelin.

Sardinas, gdyby pozwalały na to ramy imprezy, grałby jeszcze drugie półtorej godziny. I, jestem przekonany, nikogo by nie zmęczył, nie znudził. W rock’n’rollu coraz trudniej o jakieś nowe wątki, to wiemy od dawna. Ale dzięki takim wykonawcom wszystko, co w tej muzyce najlepsze, wciąż tchnie świeżością i pulsuje pełnią życia.

*

Organizatorom należą się słowa uznania. Sprawny, bez poślizgów czasowych przebieg imprezy to bardzo cenna sprawa dla słuchaczy.

Gorzej natomiast wyglądało to od strony realizacji telewizyjnej – okrągły telebim albo nie działał wcale, albo na pół gwizdka. Dudek przepraszał, mówił, że wynika to ze zbyt małej ilości mocy, którą miano do dyspozycji. Czy tego nie da się zawczasu  policzyć?

Zapowiadający koncerty Jan Chojnacki dziękował ośrodkowi TVP w Katowicach, że mimo niedoboru środków podjęła się rejestracji festiwalu. Czy jednak ów brak pieniędzy tłumaczy fatalną realizację przekazu na wspomnianym telebimie? Czy naprawdę trzeba pokazywać tylko liderów, najczęściej z jednego tylko ujęcia, nawet gdy solówkę odgrywa ktoś zupełnie inny?

No i na koniec sam obiekt. Tylko jedno: wizyta w toalecie. Zamek w drzwiach działa, brawo. Deski nie ma, tylko jakaś pokrywa. Na ścianach kabiny – ani śladu po  pojemniku na papier, o samym papierze nie wspominając. Jak dobrze, że robiłem tylko siusiu, a do wytarcia rąk po umyciu miałem własne chusteczki higieniczne. Jednym słowem, XXI wiek.


Urodziny Miasta – Kocham Katowice, 6-9 września 2012 (The Saintbox, Kari Amirian)

Moja pierwsza, osobista żona od paru lat przed koncertami rozgląda się po widowni. Czasem – tak też było wczoraj – mówi z wielkim niepokojem: Jesteśmy tu najstarsi… Mnie to nigdy szczególnie nie przerażało. Mogę oczywiście zazdrościć innym młodości, ale mam też pewną przewagę – moja perspektywa muzyczna jest zupełnie inna niż u dwudziestolatków. A małżonce odpowiedziałem: W razie czego powiedz, że jesteś tutaj z ojcem.

[more]

The Saintbox

Pychota, palce lizać. The Saintbox to projekt Macieja Szupicy (Dick4Dick, Gypsy Pill), do którego zaprosił jazzowego kontrabasistę Ola Walickiego (m. in. Łoskot) oraz Gabę Kulkę, chyba najlepszą polską wokalistkę ostatnich lat.
Stary rock progresywny umarł. Te wszystkie Marilliony i Pendragony to dla mnie nieporozumienie, gonienie własnego, albo – co znacznie gorsze – cudzego ogona. Ale termin rock progresywny w nieco innym znaczeniu pojawił się w mojej głowie, gdy w 1997 roku posłuchałem O.K. Computer Radiohead. Takie rozwiązania harmoniczne nie odeszły, jak widać, do lamusa, mogą wręcz lśnić pełnym blaskiem. Pod warunkiem jednak, że podejdzie się do nich w zupełnie inny, a nie zgrany do imentu przed laty sposób.
Na scenie mieliśmy czworo ludzi, sporo różnych instrumentów, a wszystko zbudowane wokół fenomenalnego głosu Kulki i basu Walickiego. Cała gama kolorów: melancholia, liryzm, delikatność na jednym końcu, totalny jazzrockowy odjazd spod znaku King Crimson i SBB z drugiej. Gdzieś tam pobrzmiewały mi też klimaty Możdżerowo-Danielssonowo-Frescowe. Jakie to wszystko świeże, dopiero co przyrządzone, a mamy przecież rok 2012! Ta godzina wczoraj to kolejne moje wspaniałe zdziwienie słuchacza, że w Polsce mamy tak znakomitych muzyków i utalentowanych kompozytorów. W ten sposób doświadczyłem jeszcze jednego muzycznego odlotu, dźwięków dla moich uszu z gatunku tych najwspanialszych, najukochańszych.
Tym piękniejszych, że zupełnie nieoczekiwanych. Bo, wstyd przyznać, o Saintbox nic wcześniej nie wiedziałem, a płytę wydaną 19 marca tego roku nabyłem drogą kupna dopiero wczoraj. Ale natychmiast po koncercie, bo była taka możliwość.

Kari Amirian

Młoda wokalistka miała tego wieczoru bardzo trudne zadanie. Przynajmniej dorównać poprzednikom na scenie w hali starego dworca kolejowego w Katowicach oraz udowodnić, że materiał z bardzo dobrej płyty broni się także na żywo.
Bardzo trudne. Stary dworzec w stolicy Śląska to jedna z secesyjnych pereł architektonicznych. Pozostający ciągle w rękach PKP obiekt przedstawia jednak coraz bardziej żałosny widok, gdyż czułej ręki konserwatora i budowlańca  dotąd nie doświadczył. Kubatura w środku, jak na potrzeby koncertów rockowych, dość spora – hala jest wysoka, w dodatku na podłodze, zamiast najbardziej wskazanego parkietu, położone są ciągle, skądinąd bardzo niebrzydkie, płyty. Pogłos więc spory, ciężka robota dla akustyka. The Saintbox poradzili sobie z tym bardzo dobrze, zespół Kari trochę gorzej.
Materiał zabrzmiał znacznie dynamiczniej niż na CD. Sporo bębnów i gitary basowej, momentami nieco to, niestety, dudniło. Muzycznie – w tych dynamicznych fragmentach – znacznie bliżej było do Petera Gabriela niż klimatów skandynawskich. Ale to absolutnie nie zarzut – trochę bardziej popowo, ale w dalszym ciągu szlachetnie.
Głos urodziwej frontmenki bez zarzutu – czysty, mocny, pozostała piątka muzyków na scenie też powyżej średniej krajowej. Muzyka zdecydowanie się broni, jestem przekonany, że w lepszej sali może zabrzmieć równie urzekająco jak na krążku. Bez ochów i achów, lecz była to godzinna porcja bardzo porządnego grania, w starej szkolnej skali od 2 do 5 – na czwórkę. 

*

Na koniec jeszcze uwaga nieco szerszej natury. Jak dobrze, że przygotowywanie imprez muzycznych oddano w ręce ludzi, którzy mają pojęcie o tym, co dzieje się w tej branży. Jeszcze dwa lata temu po kasę rękę wyciągała np. Kate Ryan, „flamandzka artystka muzyki pop and dance” czy, z całym szacunkiem, Maryla Rodowicz.
Promowanie  rodzimej muzyki w wydaniu niekoniecznie festiwalowym ma w moim odczuciu znacznie więcej sensu. Ze starych wyjadaczy – Armia, Kobranocka, Róże Europy, z grona młodszych – Mika Urbaniak, Mitch & Mitch, Sofa, Pinnawela. Dla miłośników czerpania z folkloru –  Żywiołak.
Ale i tak znajdą się niezadowoleni, którzy woleliby pogibać się przy piosenkach artysty Rynkowskiego,  celebrytki Kukulskiej albo autorki nowej aranżacji hymnu narodowego Górniak.


Urodziny Miasta – Kocham Katowice,  6-9 września 2012 (très.b, Ballady i Romanse)

Zawsze wkurzali mnie ludzie mówiący, że nie ma na co pójść (do kina, na koncert itp.). Siedzą na swoich czterech literach, do gazety nie zajrzą, bo żadnej nie kupują, do internetu też nie – i narzekają. A ja od lat mam problem polegający na braku forsy albo czasu, lub też jednego i drugiego, by zobaczyć wszystko, na co miałbym ochotę. Pozdrawiam ich w tym miejscu i opowiem krótko o tym, co zobaczyłem i usłyszałem w podcieniach Centrum Kultury Katowice wieczorem, 7 września, czyli wczoraj. Za darmo.

[more]

très.b

Łatwo mnie podejść. Dajcie trochę gitar, a prawdopodobnie przestanę kręcić nosem. Nieskomplikowany umysł najlepiej reaguje na nieskomplikowane, od lat rozpoznawalne dźwięki.

Bardzo to była przyjemna niespodzianka. Międzynarodowe trio z Polką, Misią Furtak na basie i wokalu. Jedno i drugie, o dziwo, na bardzo przyzwoitym poziomie. Śliczna, w kształcie motyla gitara nie sprawiała szczególnych trudności, a wręcz momentami widać było całkiem sporą biegłość w posługiwaniu się instrumentem. Głos może nie wielki, może nieco zbyt histeryczny w wysokich rejestrach, ale tych frontmenka nie nadużywała, a poza tym…

Niby nic nowego, proste, gitarowe granie, jakiego teraz pełno i jakie najczęściej wrzucane jest do worka z napisem „indie rock”, jakieś inspiracje sięgające lat 80. – wszystkiego tu po trochu: The Smiths, Sonic Youth itd. Ale robi to bardzo porządne wrażenie. Kilka porywających kawałków, jak na przykład kończący występ Ola, świadczy o sporym potencjale grupy. Chyba raczej słabo znanej, mimo iż mającej na swym koncie Fryderyka – w ubiegłym roku za debiut fonograficzny (album The Other Hand). Ciekawe, że wybrali na stałe miejsce pobytu nie Danię (gdzie poznali się w szkole muzycznej), nie Holandię, gdzie sporo koncertowali, a Polskę. Oby z dobrym skutkiem, czego z serca  très.b życzę.

Ballady i Romanse

Będę cytował żonę, której uwagi są tym razem wyjątkowo celne. Będę się czepiał, bo niespecjalnie mi się podobało. Zacznijmy od nazwy zespołu. Ta, choć wpisująca się w obowiązujący ostatnio w tej kwestii trend, powinna zobowiązywać. Ballad jednak nie usłyszeliśmy wcale (to jeszcze pal licho), ale konferansjerka nie miała nic wspólnego z romansowaniem z publicznością. Krótkie, wręcz brutalnie między oczy posyłane w naszą stronę komentarze do kolejnych utworów, nie miały nic wspólnego z subtelnością i dowcipem.

Wokale sióstr Wrońskich na poziomie dziewczęcego zespołu Filipinki sprzed półwiecza, kiepskie zwłaszcza w dolnych rejestrach i chórkach jak z akademii szkolnej. Fatalnie ogólnemu wrażeniu zrobiła też nieobecność perkusisty. Do spółki z najjaśniejszą postacią na scenie – gitarzystą basowym Radosławem Łukasiewiczem, który od czasu do czasu mógł sobie pograć i wtedy od razu muzyka nabierała jakiegoś życia – być może uratowałby całość. A tak – mieliśmy obrzydliwą perkusję elektroniczną, która do reszty mnie dobiła.

Cóż, teksty chyba nie najgorsze, ale moje ucho jakoś nie umiało się do nich przedostać, wyłowić z pełnego oglądu. Zawsze ważniejsza dla mnie była muzyka. Zawsze będę wolał w niej to, co – mówiąc po męsku – ma jaja, czyli świeżość, bezkompromisowość. W muzyce niekoniecznie chodzi o intelektualny przekaz, choć dobrze, jeśli wspiera on warstwę instrumentalną. Wokal musi mieć to „coś” – zupełnie nie dociera do mnie choćby obozowoharcerski głosik Grabaża, za to chwyta  za gardło prosty synek z Tychów, Ryszard Riedel albo Robert Gadowski w pierwszym okresie działalności Iry, tej z Łukaszewskim jako kompozytorem większości materiału.

W Balladach i Romansach zbyt wielu elementów mi brakuje, to do mnie nie trafia.  Nie to brzmienie, nie ten przekaz, może po prostu nie to pokolenie, nie moje klimaty.


Film Festival, Wiener Rathausplatz 2012 (Adele, Live At Royal Albert Hall), 27 sierpnia

Wybrać się do Wiednia, by obejrzeć fragmenty występu Adele w Royal Albert Hall, dostępnego od blisko roku na DVD, byłoby grubą przesadą. Co innego podczas parodniowego pobytu w stolicy Austrii znaleźć się pod przepięknym ratuszem, przed którym postawiono potężny ekran, kolumny głośnikowe, kilka tysięcy krzeseł oraz dwie całkiem pokaźne przenośne trybuny. Gospodarze miasta zrobili to po to, by przez dwa wakacyjne miesiące dzień w dzień prezentować wszystkim chętnym wybrane fragmenty występów na żywo gwiazd muzyki poważnej i rozrywkowej. Wstęp wolny.

[more]

Przed ratuszem, a za widownią, rozciąga się park, w którym zainstalowano kilkadziesiąt knajpek, gdzie można coś zjeść – na słodko lub słono – oraz napić się kawy lub herbaty, wina albo piwa. I tu ciekawostka: nawet jeśli prezydent Katowic dałby się namówić do zorganizowania podobnej imprezy w stolicy Śląska, sytuując ekran przed oknami swego gabinetu, widownię na rozkopanym rynku, a małą gastronomię w okolicach remontowanego dworca PKP, to trudno sobie wyobrazić, by restauratorzy byli skłonni serwować wino w szklanych kieliszkach, piwo w szklankach, jedzenie na ładnych prostokątnych talerzykach, każdemu wręczając do tego porządne metalowe sztućce. Z przykrością muszę stwierdzić, że mielibyśmy chyba parę trupów i wielu rannych od pchnięć takimi nożami, wielu skaleczonych na rozbitym szkle. A przede wszystkim – na drugi albo najpóźniej na trzeci dzień nie byłoby czym i z czego jeść i pić. Ale to tak na marginesie.

Adele to jakieś zupełne obrzeża moich zainteresowań muzycznych. Tak naprawdę, przyznaję, miałem okazję zapoznać się z jej nagraniami w nieco bardziej zwartej dawce dopiero kilka miesięcy temu.

Piękna jak Angielka, starzejąca się dziewczyna tuż po dwudziestce, której fryzjerem jest Belzebub, a stylistą chyba sam Lucyfer, głos otrzymała bez wątpienia od Pana Boga. Barwę i moc ma taką, że chyba byłaby w stanie zaśpiewać absolutnie wszystko. Bez najmniejszego wysiłku bierze góry i doły, falsety i falseciki wplata w swój śpiew jakby od niechcenia. Talent nieprawdopodobny.

Co jednak jest chyba równie istotne w tym zjawisku, to fakt, iż Adele potrafi także komponować, a to już na rynku pop music czyni ją kimś wyjątkowym. No właśnie: jest dziś pop i pop. Jeden spreparowany w studiach nagraniowych, z brzmieniami wydobytymi z komputerów, z bezdusznie wwiercającym się w głowę rytmem umc-umc. I drugi, sięgający do kilkusetletniej tradycji muzyki, w której najważniejsza jest melodia. A ta z kolei czerpie z najlepszych dokonań ostatniego półwiecza co najmniej, gdy chodzi o R&B, bluesa, a nawet jazz i rocka. Bo obok szlachetnego głosu mamy też staranne, rozpisane na instrumenty obsługiwane przez ludzi aranżacje.

Pop starzeje się najszybciej, w nim najszybciej i najłatwiej wyczuwalne są technologiczne nowinki. Adele jednak ma szansę wejść do historii muzyki rozrywkowej, a może nawet już to zrobiła – właśnie dzięki ludzkiemu wymiarowi swych dokonań i wpisaniu się w najlepsze z możliwych tradycje piosenki.

Pełna, pełniuteńka Royal Albert Hall robi piorunujące wrażenie, wielotysięczny chór odśpiewujący refreny wraz z gwiazdą wieczoru to imponujący widok. Co musiałoby się stać, byśmy my, polscy Słowianie byli w stanie choć w połowie tak pięknie  odśpiewać na przykład hymn narodowy przed meczem futbolistów? Nie wierzę, że chodzi tu o to, by tych jedenastu wreszcie zaczęło grać, raczej chyba sens w tym, by stwórca zechciał zamieszać trochę w genach.

A pod wiedeńskim ratuszem wczoraj też było pełno, podejrzewam, że jakieś  pięć tysięcy ludzi. Wszelkich nacji, bo Wiedeń to dziś wielonarodowościowa mozaika. Nikt się nie upił, nikogo nie widziałem w stanie „po spożyciu”. Nie widziałem też kawałków rozbitego szkła na chodnikach.

Z dziewięćdziesięciominutowego, znakomitego koncertu Adele zaprezentowano trochę ponad połowę. Po krótkiej przerwie zaczęła się emisja występu Katie Melua. O wiele ładniejszej od Adele, ale z głosem skromniutkim, a i repertuarem też nie najwyższych lotów. To jak po szklance Stiegla wziąć parę łyków kiepskiego piwa z, dajmy na to, Penny Markt.

Więc darowaliśmy sobie z żoną takie wrażenia i ruszyliśmy w stronę stacji metra. Po dwóch przesiadkach – z jednej linii metra do drugiej, a następnie do tramwaju – po dwudziestu pięciu minutach znaleźliśmy się w wynajętym w zupełnie innej dzielnicy Wiednia maleńkim mieszkaniu. Ale komunikacja w stolicy Austrii to temat do rozważań w zupełnie innym miejscu niż ten blog.


Gienek Loska Band, Bielsko-Biała, 18 sierpnia

Gienek Loska wygrał program X Factor w 2011 roku. Wygrał tyleż zasłużenie, co niespodziewanie. Jest bowiem białoruskim naturszczykiem odpornym na wszelkie wpływy programowo-medialne, facetem, który za cholerę nie da się przerobić ani jeśli chodzi o gusta muzyczne, ani o swoją hipisowską proweniencję.

[more]

Nagrodą na wygranie Factora było przede wszystkim nagranie płyty. Już w tym momencie można było być pełnym obaw. Bo od lat polskie stacje telewizyjne serwują nam podobne programy, kreując gwiazdy świecące pełnym blaskiem, tyle że do ostatniego odcinka tego czy innego wyścigu. A muzyka to nie wyścig, a już na pewno nie bieg na sto metrów. To raczej dystans wielokilometrowy, wielosezonowy. Pod jednym wszakże warunkiem – że ma się światu do zaoferowania nie tylko głos dany od Boga, ale i talent, który pozwoli przekroczyć próg dla większości nieprzekraczalny – czyli najlepiej nawet zaśpiewanych, ale tylko coverów.

Gdzież są dziś ci, którzy zwyciężali w pierwszych Idolach? Ala Janosz usilnie walczy o możliwość, de facto, „powtórnego” debiutu. Szymon Wydra bije się z reaktywowaną Irą o mistrzostwo Radomia i okolic, obdarzona fenomenalnym rockowym głosem Ewelina Flinta po popelinowych dokonaniach przepadła bez wieści. Inaczej rzecz ma się z Anią Dąbrowską czy Moniką Brodką, które – po prostu – mają coś od siebie do zaproponowania i próbują ostać się dłużej na wątłym polskim rynku muzycznym. Moje rockowe serce rosło, słysząc głos Gienka Loski. Skojarzenia, jeśli mówimy o polskich wokalistach, są jednoznaczne. Zwłaszcza że chodził w Grodnie do tego samego liceum, co parę dekad wcześniej Czesław Wydrzycki, czyli Niemen. Drugi trop – to Ryszard Riedel.

Płyta mnie rozczarowała. Sam wokalista użył wczoraj określenia „Już nie Karpiel Bułecka, jeszcze nie Dżem” – i jest w tym sporo prawdy. Klimaty muzyczne są równie ewidentne jak tropy wokalne. Jesteśmy na przełomie lat 60. i 70. Jeśli w Factorze Loska śpiewał kawałki soulowe i rhytmandbluesowe, to teraz jesteśmy już na miedzy dzielącej bluesa i rocka. Lynard Skynard (wielokrotne pogwizdywanie à la Ronnie van Zant), wczesny Cocker i tym podobne. W rodzimym wydaniu – oczywiście Dżem i Cree. No właśnie, początki Cree zdawały się sygnalizować, że Dżemowi rośnie wielka konkurencja, ale później nie było już tak dobrze. Debiutowi płytowemu zespołu Gienka dość daleko do poziomu pierwszej płyty Cree. Dlaczego? W zasadzie trudno przyczepić się do materiału, bo to solidne, mainstreamowe kawałki sprzed lat. Rzecz w ich wykonaniu.

I dokładnie te same odczucia miałem podczas koncertu. To, gdy chodzi o czterech instrumentalistów, rzemieślnicy, całkiem nieźli i mający szansę stać się artystami, ale póki co rzemieślnicy. Słowa najbardziej krytyczne kieruję pod adresem najważniejszego obok Loski na scenie – Andrzeja „Makara” Makarewicza, gitarzysty, całkiem zresztą przyzwoitego, ale… Zbyt on, na moje ucho, metalowy albo co najmniej hardrockowy, za mało bluesowy. Jeszcze te palce nie dość finezyjnie przemieszczają się po gryfie, za ostro, za płasko, za szybko. Jeszcze trzeba się wsłuchać w Jerzego Styczyńskiego, podpatrzeć, jak on to robi. I może być naprawdę całkiem nieźle, wręcz bardzo dobrze. Oby! Życzę tego liderowi i zespołowi z całego serca.

Bo wydaje się, że pomysłów nie zabraknie – wczoraj zagrali dwa nowe kawałki. Ochoty do gry było aż nadto. Dość przypadkowa, jak to zwykle na darmowych koncertach bywa, publiczność umiarkowanie głośno domagała się bisów. Tymczasem, po półtoragodzinnym secie złożonym głównie z materiału z debiutanckiej płyty oraz coverów utworów Niemena (Płonąca stodoła, Jednego serca i Ciuciubabka), zespół nie dał się długo prosić i wyszedł na scenę, by zagrać jeszcze zeppelinowskie Thank You, a gdy już zrobiło się prawie pusto – dla najbardziej wytrwałych rozbrzmiały takty Whole Lotta Love z brawurowo weń wplecionym Break On Through (To The Other Side) Doorsów. W sumie godzina pięćdziesiąt – imponujący rezultat jak na tego typu występy.

Losce i jego kolegom bardzo się chce. Widać, że kochają to, co robią. Niezmanierowani, kipiący energią, świeżością – czują, że to jest ich pięć minut, że tej szansy nie wolno zmarnować. By przekuć na przykład wczorajszą ciepłą reakcję widowni na sprzedaż biletowanych już koncertów – gdzieś w przyszłości – oraz na kolejne płyty, które chcieliby nagrywać i znaleźć na nie nabywców. I niech tak się stanie. Bo słuchanie Gienkowego wokalu przenosi mnie w najukochańsze klimaty muzyczne. Bo to głos, stwierdzam bez zbędnego patosu, z tych absolutnie największych. I źle by się stało, gdyby został zmarnowany. Przez samego Loskę, przez nas, przez kulejący rynek. Przez parszywe okoliczności.

19 sierpnia


Placebo, Coke Live Music Festival, Kraków, 12 sierpnia

Długo nie umiałem przekonać się do Placebo, mimo iż Paweł Kostrzewa w swoich Trójkowych programach w końcu lat 90. nie ustawał w wysiłkach. Oświeciło mnie, dopiero gdy w odtwarzaczu moich synów regularnie zaczęły lądować płyty zespołu. Cóż, jeszcze jeden dowód na to, że czasem trzeba kilku podejść.
Jeśli występ Petera Gabriela pozostanie dla mnie na długo koncertem symfonicznym nr 1, jeśli Joe Bonamassa dał znakomity set akustyczny, to największą muzyczną, w pełni elektryczną radość bieżącego roku dane mi było przeżyć w nocy z niedzieli na poniedziałek.

[more]

Żeby nie narażać ani kręgosłupa, zwłaszcza jego części lędźwiowej, ani uszu nadmiarem dźwięków jednego dnia – wraz z większą częścią swojej rodziny stawiłem się pod krakowską sceną tylko w tym jednym jedynym celu.

Koncert zaczął się punktualnie o 23.00, wieńcząc dwudniową imprezę. Był krótki, bo z czterema bisami trwał osiemdziesiąt pięć minut, co w warunkach dużego festiwalu jest, jak sądzę, absolutnie dopuszczalne. Spełnił natomiast moje artystyczne oczekiwania, co uważam za najcenniejsze.

Jest parę kapel w historii muzyki, o których mówię, że cały czas grają jeden utwór. Proszę to jednak wziąć w wielki cudzysłów, bo już wymieniam tych, których mam na myśli: Jethro Tull, Rush i Placebo właśnie. Z pozoru dość trudno odróżnić poszczególne numery, z których wiele rozwija się w podobnym tempie, w podobnych schematach konstrukcyjnych. A jednak jest w tym kawał muzyki.

Słuchając kolejnych utworów, zastanawiałem się, w czym tkwi siła Placebo. I, przynajmniej na własny użytek, udało mi się, mam nadzieję, uchwycić jej źródło.

Rock’n’roll. Te utwory są proste do bólu: gitarowe intro, gdzieś między piętnastą a trzydziestą sekundą wchodzi wokal, ściana gitar – i tak do samego końca. Co w tym szczególnego? Po pierwsze – piosenki, bo to piosenki przecież, o wielkiej urody melodiach. Po drugie – wyśpiewywane (a nie wykrzykiwane) przez faceta o charyzmatycznym głosie, natychmiast rozpoznawalnym i nie do pomylenia z nikim. Po trzecie –  tej prostocie trudno postawić zarzut niedostatków warsztatowych.

Dziś sporo jest takiego grania, gdzie wokalista wchodzi w piątej sekundzie i kończy w ostatniej. Nie dając pograć instrumentalistom, którzy – najwyraźniej – tego nie potrzebują, bo nie potrafią – już, jeszcze albo w ogóle. Przykłady? Genesis z Collinsem po 1981 roku, a z nowych zespołów cenionych przez wielu, a mnie nieprzekonujących – The National czy Arcade Fire.

Z Placebo jest inaczej, trochę może jak z U2. Trudno mówić o szczególnej wybitności w używaniu strun gitary, może raczej  o porządnym rzemiośle i inżynierii dźwięku w najlepszym tego słowa znaczeniu. The Edge nie jest przecież wielkim gitarzystą, a jednak wypracował własny, łatwo rozpoznawalny styl. Panowie z Placebo poszli podobną drogą. To, co stanowi o ich wielkości, o tym, że trzymają poziom już tyle lat, nazywa się po prostu talentem. Bo są cholernie utalentowani, mają łatwość wymyślania chwytliwych melodii – chwytliwych, dodajmy, nie w rozumieniu knajpianym czy dyskotekowym. I opracowywania ich w bezkompromisowy, gitarowy sposób.

Wszystkie te atuty ujawniły się tej nocy. Dwie gitary, bas, pudło, klawisze, bębny – to po męskiej stronie – oraz klawisze, skrzypce i wokal w chórkach – jeśli chodzi o damski rodzynek. Gęsta faktura gitar wspierana brzmieniem instrumentów klawiszowych, bardzo dobra forma wokalna Briana Molko, mocna perkusja. Taka bezustanna rock’n’rollowa jazda do przodu, którą uwielbiam, a która na dobrych koncertach zawsze brzmi ostrzej niż w studiu.

Jeśli chodzi o playlistę*, to zabrakło przede wszystkim Without You I’m Nothing. A czego nie zabrakło? Zaczęli od Kitty Litter, potem usłyszeliśmy m.in. Every You Every Me, Black-Eyed, Special Needs, Slave to The Wage, Meds i na koniec The Bitter End. Bisy zaczęli od coveru kawałka Kate Bush, Running Up That Hill, zaś tym czwartym, kończącym występ, był Infra-Red.

Było pięknie. Kolejny koncert, który zapamiętam na długo. A do stolicy Małopolski z Katowic jest tak blisko, że będę – po U.K. i teraz Placebo – zerkał, kto i kiedy ma zamiar zawitać do grodu Kraka.

____________

* Bez Maćka, mojego syna, raczej nie dałbym rady. Dzięki!

 

SBB, Kinoteatr „Rialto” Katowice, 29 marca 2012

Na czwartkowy koncert SBB w katowickim Rialcie bałem się iść. Zderzenie legendy z rzeczywistością, choć nie pierwsze, zawsze może okazać się katastrofą, a już bardzo prawdopodobne, że rozczarowaniem.
Pierwsza dobra wiadomość, że zagrają jednak w trójkę, z Ireneuszem Głykiem na bębnach (najnowszą płytę, dopiero co wydaną, nagrali tylko w duecie, co też budziło moje obawy). Pomyślałem jednak, że nawet jeśli nie będzie za dobrze, to warto pójść, by posłuchać gry Lakisa.

[more]

W kinoteatrze poczułem się, nie ukrywam, wspaniale. Jako prawie pięćdziesięciolatek należałem, poza nielicznymi reprezentantami pokolenia synów fanów sprzed lat, do najmłodszych. A jednocześnie złączony z innymi wspólną intencją.

Zaczęli już pięć minut po 20.00. Materiał z ostatniej płyty, instrumentalny, niezły, ale nieznany, nie rzucał na kolana, choć warsztat tria wciąż imponuje. Gdy Skrzek „przesiadł się” na gitarę basową i rozbrzmiały pierwsze nuty Odlotu, publiczność wyraźnie się ożywiła. Utwór rozwijał się niesamowicie, duch nagrania ze Stodoły z 1974 roku unosił się w powietrzu, a temperatura sali osiągnęła wrzenie. Gdy skończyli po kilkunastu minutach, owacjom nie było końca. To był naprawdę fantastyczny kawał muzyki.

Później jeszcze, znana z wcześniejszych koncertów, skrócona wersja Mementa z banalnym tryptykiem, która kończy się – moim zdaniem – najpiękniejszą solówką gitarową w historii polskiego rocka (to nieważne, że inspirowaną Gilmourowskim popisem w Pigs (Three Different Ones)). W tej wersji koncertowej Apostolis odtworzył ją bardzo wiernie, choć bez tego rockowego dynamitu. W ogóle – ani razu nie „dosypał do pieca”, ale grał tak niewiarygodnie kunsztownie, że wciąż jawi mi się jako najwybitniejszy gitarzysta między Odrą a Bugiem, a cyrkowe popisy panów Satrianiego czy Vai to zaledwie szkoła średnia przy jego profesurze.

Potem jeszcze żelazny punkt koncertu, czyli sola perkusyjne, z których po kilkunastu minutach wykluwa się mój absolutnie ukochany Walking Around the Stormy Bay. I wciąż czekam, kiedy zamiast walić w bębny, Lakis zagra w tym numerze na gitarze, wzmacniając w ekstatycznym finale brzmienie syntezatorów. Bez gitary temu znakomitemu utworowi zdecydowanie brakuje siły. Po wielominutowych oklaskach, bez schodzenia ze sceny, muzycy grają jeden kawałek na bis i definitywnie kończą występ. Ale jest już prawie 22.20, więc nikt nie może mówić o niedosycie.

To, co zawsze było dyskusyjne – śpiewanie Skrzeka – takim, oczywiście, pozostało. Choć, podobnie jak na koncercie SBB  w 2009 roku na festiwalu „Ku przestrodze”, byłem bardzo pozytywnie zaskoczony siłą głosu niemłodego już przecież człowieka. Gdyby tak jeszcze zechciał wziąć parę lekcji śpiewu i dykcji… Ale to chyba dziś – jeszcze bardziej niż w latach 70. – nierealne, więc pozostajemy w klimatach naturszczykowskich, śląsko-angielskich. Jednak wybaczam niedomagania wokalne, bo całość – koncert, zespół, muzyka – mimo upływu lat się broni. Na szczęście – i dobrze, bo odcinanie artystycznych kuponów od dawnej sławy i pozycji niekwestionowanego lidera na polskim rynku muzycznym lat 70. byłoby dla starych fanów nie do zniesienia.

Skrzek mówił wyjątkowo niewiele, ale radośnie przywitał się z publicznością, nim rozbrzmiały pierwsze dźwięki:

– Pytają nas, czy to ostatnia płyta SBB. Bo tako ciemno, czorno…

Po tym, co usłyszałem w czwartkowy wieczór, wierzę, że SBB nie jest jeszcze zamkniętym rozdziałem. Choćby tylko dla tych, co już – trochę albo bardzo – posiwieli, wyłysiali i zapuścili brzuchy. Ale głowy wciąż mają pełne muzyki.

31 marca 2012