Ponad dwie dekady mijają, odkąd ostatni raz byłem na Rawie Blues. Z różnych powodów: najpierw za sprawą powiększenia się mojej rodziny, a potem dlatego, że – co tu dużo kryć – mój stosunek do bluesa w czystej postaci nie był już tak nabożny jak dawniej. Jednak nazwisko Roberta Craya, należącego od lat do ekstraklasy wykonawców tego gatunku, było bardzo mocnym argumentem, by znów zasiąść na festiwalowej widowni.

[more]
Roomful of Blues
Weszliśmy z żoną na widownię, właśnie gdy zaczynali grać. Ośmioosobowy band białasów z czterdziestopięcioletnim stażem, o którym Count Basie powiedział, że jest najgorętszym zespołem bluesowym, jaki kiedykolwiek słyszał. Ich muzyka to z pewnością nie jest to, co lubię najbardziej, ale na żywo ma wielką siłę. Połączenie bluesa, soulu, rock’n’rolla i swingu – pełne zawodowstwo wykonawcze, duża energia niemłodych już muzyków – to wszystko sprawiło, że temperatura w Spodku na pewno się podniosła.
Irek Dudek Big Band
Dudek – niestety – od lat jest bardziej dyrektorem festiwalu niż aktywnym muzykiem. Krótki wczorajszy set złożony był z dobrze znanego materiału i chyba niewiele pomogła tu reklama, że dęciaki dowodzone przez Bronisława Dużego będą grały bez wspomagania w postaci zapisu nutowego. Niby wszystko O.K., z przyjemnością wysłuchałem ukochanego Something Must Have Changed, który otwiera znakomity album No. 1 z 1986 roku, ale w Dudkowym graniu od dawna nie dzieje się nic nowego.
Na koniec – jak się okazało – występu miała miejsce przyjemna chwila. W lutym tego roku Ireneusz Dudek odebrał w Memphis statuetkę Keeping The Blues Alive 2012 – nagrodę dla najbardziej zasłużonych osób i organizacji propagujących bluesa na świecie w kategorii festiwal międzynarodowy. Na scenie Spodka mieliśmy wczoraj swoistą powtórkę tego wydarzenia.
Szkoda, że po tej celebrze big band zszedł ze sceny. Trochę niespodziewanie – dla słuchaczy, a i pewnie dla samych muzyków. Ale, jak rozumiem, organizatorów gonił czas.
Robert Cray Band
Po półgodzinnej przerwie na scenie pojawiła się największa gwiazda imprezy – Robert Cray z zespołem. Znakomity gitarzysta i wokalista jest pięciokrotnym laureatem nagrody Grammy. Po kilku latach przerwy właśnie ukazał się jego nowy, bardzo wysoko oceniany przez fachową prasę album Nothing But Love.
Mistrz dostarczył nam prawie stuminutowej porcji muzyki w najczystszej postaci. Bez zbędnych fajerwerków – statyczne zachowanie na scenie, żadnych efektów ponad skromną scenografię festiwalu dobrze znaną od lat. To zupełnie niepotrzebne, gdy na scenie staje czterech ludzi, którzy doskonale wiedzą, co jest istotą bluesa.
To wszystko, co można usłyszeć na płytach Craya, znalazło potwierdzenie na koncercie. Kunsztowna, ale niezwykle oszczędna gra lidera, gustowne tło sekcji i rewelacyjne klawisze. Bo to dzięki instrumentom klawiszowym ta prosta i chropowata – jak to zwykle w przypadku bluesa – muzyka zyskuje zamierzoną pełnię: subtelność, delikatność, melodyjność – szlachetność dowodzącą wielkiej maestrii kompozytorskiej, aranżacyjnej i wykonawczej. Niezwykle smakowity w wydaniu Craya blues nie bombarduje słuchacza ani ilością decybeli, ani tempem grania. Zespół unosi widownię w powietrze niepostrzeżenie, cyzelując nutę po nucie. Ale to estetyzowanie w najlepszym rozumieniu tego słowa. Wielka, wspaniała muzyczna uczta.
Po tym stonowaniu i wyciszeniu szybko jednak przyszło słuchaczom zmienić nastrój.
Eric Sardinas & Big Motor
Mr. Music. Kowboj urodzony na scenie. Facet, dla którego gitara nie przedstawia absolutnie żadnych tajemnic. Słuchając go, zastanawiałem się, czy ręce nie nadążają za głową, czy głowa za rękami. Gdyby dało się grać jednocześnie dwa utwory albo obsługiwać dwie gitary – Eric Sardinas by to zrobił.
Ta nieprawdopodobna biegłość obu rąk rodzi podejrzenia. Po paru minutach pojawiły się w mojej głowie skojarzenia z koncertem Gary’ego Moore’a w 2002 roku (świeć, Panie, nad jego duszą), którego pierwsza solówka wbiła mnie w fotel, druga się podobała, a od czwartej zbierało się już tylko na wymioty. Akademickie, na zimno wykoncypowane wirtuozowskie granie (to samo tyczy Satrianiego czy Vaia), narcystyczne epatowanie słuchacza biegłością palców – to nie dla mnie. Sardinas jest jednak zupełnie inny. To typowy rokendrolowy anarchista, który kocha to, co robi, a serce ma gorące, bluesowe. Zaś obok siebie równie szalonego basistę i porządnego bębniarza.
Gęba się śmieje do takiego grania, do tego, jak ten facet wciąż między utworami mówi, że to wspaniały festiwal, cudowne miejsce i że jest szczęśliwy, że znów – po trzech latach – może tu być. Niewiele mniejszym gadułą okazał się basista, przedstawiony przez lidera jako „my brother – from another mother”.
Wszystko już było. W graniu Sardinasa nie ma absolutnie nic nowego, nic, co wniosłoby jakieś nieznane dotąd wartości. A jednak jest urzekające i kipiące energią. Cytaty muzyczne są ewidentne: Chuck Berry, Robert Johnson, Jimi Hendrix, Stevie Ray Vaughan, AC/DC, ZZ Top i, najczęściej, Led Zeppelin.
Sardinas, gdyby pozwalały na to ramy imprezy, grałby jeszcze drugie półtorej godziny. I, jestem przekonany, nikogo by nie zmęczył, nie znudził. W rock’n’rollu coraz trudniej o jakieś nowe wątki, to wiemy od dawna. Ale dzięki takim wykonawcom wszystko, co w tej muzyce najlepsze, wciąż tchnie świeżością i pulsuje pełnią życia.
*
Organizatorom należą się słowa uznania. Sprawny, bez poślizgów czasowych przebieg imprezy to bardzo cenna sprawa dla słuchaczy.
Gorzej natomiast wyglądało to od strony realizacji telewizyjnej – okrągły telebim albo nie działał wcale, albo na pół gwizdka. Dudek przepraszał, mówił, że wynika to ze zbyt małej ilości mocy, którą miano do dyspozycji. Czy tego nie da się zawczasu policzyć?
Zapowiadający koncerty Jan Chojnacki dziękował ośrodkowi TVP w Katowicach, że mimo niedoboru środków podjęła się rejestracji festiwalu. Czy jednak ów brak pieniędzy tłumaczy fatalną realizację przekazu na wspomnianym telebimie? Czy naprawdę trzeba pokazywać tylko liderów, najczęściej z jednego tylko ujęcia, nawet gdy solówkę odgrywa ktoś zupełnie inny?
No i na koniec sam obiekt. Tylko jedno: wizyta w toalecie. Zamek w drzwiach działa, brawo. Deski nie ma, tylko jakaś pokrywa. Na ścianach kabiny – ani śladu po pojemniku na papier, o samym papierze nie wspominając. Jak dobrze, że robiłem tylko siusiu, a do wytarcia rąk po umyciu miałem własne chusteczki higieniczne. Jednym słowem, XXI wiek.
