Kto się boi Beth Hart?

beth_2014

To był już trzeci koncert amerykańskiej wokalistki w Miejskim Domu Kultury w Chorzowie. Znów – po prostu – bardzo dobry.

[more]

Dziś do 

brzmień sprzed bez mała półwiecza

nawiązują już wykonawcy urodzeni w latach 80. i później, a więc ci, którzy nijak nie mogą z autopsji pamiętać tamtej muzyki. Nawet ci starsi, roczniki siedemdziesiąte, też nie do końca. Zgoda, wciąż jeszcze żyją rodzice i dziadkowie, którzy skutecznie zarażają niejedną młodą duszę, wciąż aktywnych jest wielu znaczących artystów sprzed lat. Ale wydaje się, że nawet gdy jednych i drugich zabraknie, gdy pozostanie już tylko samotne penetrowanie dźwięków z przeszłości – wciąż dla wielu będą one wielką fascynacją i inspiracją. Widać bowiem coraz wyraźniej, że choć lwia część rynku opanowana jest przez wielkie koncerny, to w dłuższej perspektywie ich repertuarowa dyktatura nie ma większych szans. Jest gęsto, wykonawców zatrzęsienie, ale ci, którzy szczególnie dobrze nawiązują do najlepszych tradycji, całkiem nieźle sobie radzą.

Tak jak Beth Hart (kobiecie wieku wypominać nie wypada, ale dodam dla porządku: rocznik 1972), 

L.A. Woman,

współczesna Janis Joplin.Nie wiem, czy – posłużę się cytatem z The Doors – jest szczęśliwą (bo na pewno nie małą) damą w Mieście Światła, czy tylko jeszcze jednym zagubionym aniołem. Ale na pewno jej włosy płoną. A jeszcze bardziej płonie gardło.

Hart nie jest kruchą niewiastą – to duża kobieta o wielkim głosie. Mocnym od początku do samego końca koncertu – podobnie jak przed rokiem, trwającego godzinę i czterdzieści pięć minut.
Nie mieliśmy innej możliwości, jak tylko 

w biegu wskoczyć do pociągu,

bo ten nie zatrzymał się, a tylko zwolnił na stacji Chorzów Batory – występ zaczął się od Can’t Let Go z drugiej wspólnej płyty Hart z Joe’em Bonamassą. Wskoczyć dali radę chyba wszyscy, bo reakcja liczącej około pięćset osób widowni była cały czas gorąca i niezwykle, jak na Słowian, żywiołowa. Sprzężenie zwrotne między słuchaczami a sceną kolejny raz okazało się w tym miejscu niesamowite – i uniosło wszystkich nad ziemię.

Po drugim w kolejności Sinner’s Prayer, gdy wszyscy już dobrze się rozgrzaliśmy, Hart zasiadła do swojej Yamahy. Zrobiło się delikatniej i 

bardziej lirycznie

– w I’ll Take Care Of You weszliśmy po raz pierwszy tego wieczoru w Joplinowskie klimaty. I tak się to przeplatało – raz mocno, gitarowo, z ciągłym przenikaniem się bluesa i rocka, aż po skynardowską w klimacie Delicious Surprise czy zeppelinowskie, potężne riffy w Waterfalls, a czasem przejmująco jak w LA Song czy kończącym część zasadniczą Caught Out In the Rain.

Po pięciu kwadransach kwintet zszedł (na chwilę) ze sceny, a pojawił się na niej Andrzej Matysik, redaktor naczelny kwartalnika „Twój Blues” i zakomunikował, że Beth Hart w opinii czytelników uznana została za

najlepszą wokalistkę bluesową

w ubiegłym roku na świecie. Przy niemilknących brawach wręczył gwieździe wieczoru nagrodę, a z kolei dla nas wielką nagrodą było to, że otrzymaliśmy jeszcze dwudziestominutową porcję muzyki na bis – m.in. z Bang Bang Boom Boom, największym przebojem artystki, oraz Everything Must Change na koniec.

Świetny, znów świetny koncert tego kwintetu w Chorzowie. Głos Hart powalający – niesłabnący ani przez moment, wszystkie dźwięki zaśpiewane zostały dokładnie tak, jak wymyśliła jej głowa, a to robi olbrzymie wrażenie. Ponadto solidna sekcja i znani nam już dwaj bardzo dobrzy gitarzyści – Jon Nichols i PJ Barth, wspomagający frontmankę także w chórkach. 

Muzykom, co wyraźnie było widać, też się podobało. Więc niech przyjeżdżają kolejny raz za rok, bo przy takich dźwiękach rośnie każde bluesowe serce. Beth Hart: BEauTHiful HeART.

(Beth Hart, Miejski Dom Kultury, Chorzów, 28 marca 2014)

[W NaTemat:30 marca 2014]

Na tropach Trupy Trupa

tt

Muzyka Trupy Trupa (trudno o pełniejszą życia nazwę, prawda?) ujęła mnie od pierwszych sekund. Każdy nałogowo konsumujący muzykę zna takie uczucie: słucha czegoś wcześniej sobie nieznanego i „kupuje” to natychmiast. Gęba śmieje się od ucha do ucha. I, co zrozumiałe, próbuje tę muzykę odnieść do czegoś, co już zna. Te tropy czasem są oczywiste, innym razem nie całkiem.

[more]

Lenny Valentino i psychodelia

Profesor Aleksander Wilkoń, z którym jako student miałem zajęcia, powiedział kiedyś, że poeci czasem nie wiedzą, co piszą. Recenzenci natomiast (to już inna opinia) doszukują się czegoś, czego w dziele – literackim, malarskim, muzycznym – nie ma. Ale tak jak wszystko, co jest wytworem ludzkiego większego lub mniejszego talentu, nie powstaje w próżni, tak próbujący to opisać nieuchronnie szukać będą punktów odniesienia do tego, co zrodziło się wcześniej.

Album ++, od którego zaczęła się moja znajomość z muzyką zespołu, otwiera I Hate. Od razu dopadają mnie trójmiejsko-śląskie – i najlepsze – skojarzenia: Lenny Valentino, czyli projekt muzyków m.in. Myslovitz, Ścianki i Negatywu, a ponadto Radiohead. Następny numer – Felicy – przywodzi na myśl wczesny Pink Floyd. I z tymi porównaniami zostaję już do końca płyty

Jest oldskulowo, psychodelicznie – dorzucić należy jeszcze Doors oraz Velvet Underground – i onirycznie. Pięknie. Wracamy do źródeł – lat sześćdziesiątych, gdy dobry riff znaczył szczególnie wiele, a jednocześnie rock coraz częściej przechodził na mroczną stronę mocy. Gdy sięgnąć po pierwsze duże wydawnictwo TT, nie sposób nie dostrzec też wpływów punka.

Poeta przed mikrofonem

to nie pierwszyzna, choć ciągle wyjątek potwierdzający regułę. Grzegorz Kwiatkowski (rocznik 1984), frontman kapeli, ma na swym koncie kilka tomów wierszy, romanse z teatrem i operą – i wiele nagród. Pewnie porównania do Marcina Świetlickiego i Świetlików byłyby w pełni zasadne, gdyby nie fakt, że Kwiatkowski śpiewa najczęściej po angielsku. Z jednej strony możemy nad tym ubolewać, bo tu Polska i łatwiej przecież dotrzeć do ludzi z przekazem w rodzimej mowie, a z drugiej angielszczyzna jest zdecydowanie znakiem czasu, o wiele bardziej wyrazistym niż zaraz po przełomie 1989 roku i powszechnie dziś stosowanym przez młodych wykonawców.

 

Trójmiasto, niegdysiejsze okno na świat i wciąż wspaniały, wielokulturowy tygiel,

kolebka bigbitu,

raz po raz wypluwa z siebie coś, nad czym nie sposób przejść obojętnie. Coś dalekiego od wizerunków gwiazd wymyślonych przy biurkach i w studiach nagraniowych, gwiazd jednej pory jednego roku, o których w następnej porze roku już nikt nie pamięta.

Trupa Trupa nie miała, nie ma i nie będzie miała lekko. Na przychylność kolorowych mediów nie ma co liczyć, gra zbyt, za przeproszeniem, trudną muzykę. A że takich jak ona wykonawców jest na szczęście więcej, rodzi się pytanie, czy miejsce w szerokiej czołówce ogromnego peletonu wystarczy, by się przebić i zaistnieć w świadomości szerszej publiczności.

Trupa Trupa to dziś Grzegorz Kwiatkowski – g, voc, Wojciech Juchniewicz – b, g, voc, Rafał Wojczal – org, g, voc i Tomasz Pawluczuk – dr. Na dorobek kapeli składają się EPka z 2010 roku i dwa albumy: LP z 2011 i ++ z 2013, z gościnnym udziałem Mikołaja Trzaski (ex-Miłość) i Tomasza Ziętka, udział w Open’erze 2012, OFF Festivalu i Ars Cameralis – w 2013 roku. Ponadto TT jest dwukrotnym laureatem nagrody Gazety Wyborczej „Sztorm Roku” (za oba albumy), a kawałek Take My Hand znalazł się na na jednym z Trójkowych albumów z cyklu „Offensywa”.

Informacją jeszcze gorącą jest ta, że kwartet pracuje obecnie nad nowym albumem, jest już w połowie tego procesu, zaś premiera będzie miała miejsce prawdopodobnie wiosną przyszłego roku. Nadstawcie ucha,

zapamiętajcie tę nazwę,

sprawdźcie na żywo, jeśli zespół pojawi się gdzieś blisko Was. Jest dobrego grania w Polsce naprawdę dużo, toteż nie mam złudzeń, że wszystko pomieści się na niewielkim rynku, a tym bardziej w naszych głowach. A jednocześnie, jako niemłody już człowiek, wiem – i stwierdzam to nieraz z wielkim żalem – jak wielu ciekawych i dobrze zapowiadających się wykonawców przepadło w mrockach dziejów. Niech więc Trupa Trupa trzyma się dzielnie na pokładzie. A my nie pozwólmy jej zatonąć.

P.S. Za zgodą zainteresowanych pozwalam sobie zamieścić link do oficjalnej strony zespołu i przy okazji nagrań: http://trupatrupa.com/%5Dhttp://trupatrupa.com/

[W NaTemat: 26 marca 2014]

Po koncercie: czy „Myslovitz bez Rojka to już nie to” ?

W życiu pewne są tylko zmiany. To, że z różnych powodów zmieniają się składy grup rockowych, nie jest więc niczym szczególnym.

[more]

Jeśli spojrzeć wstecz, najbardziej za nic wszelkie okoliczności miał Robert Fripp, który wciąż dobierał sobie nowych współpracowników, łącznie z tymi szczególnie istotnymi – wokalistami, tymczasem Karmazynowy Król nagrywał kolejne świetne płyty. Wielcy mogą sobie na wiele pozwolić. 

Łagodny przebieg

miała wymiana Teda Turnera na Lauriego Wisefielda w Wishbone Ash. AC/DC po śmierci Bona Scotta błyskawicznie dokooptowali nowego wokalistę, Briana Johnsona, i nagrali z nim swoją najlepszą płytę. W Van Halen po odejściu Davida Lee Rotha zameldował się Sammy Hagar, zupełnie inny, ale też świetny frontman. Wychodzi na to, że poziom artystyczny tłumaczy jeśli nie wszystko, to bardzo wiele. Poziom i – trzeba dodać – chęć powiedzenia czegoś jeszcze ponad to, co już zostało powiedziane. Bo na przykład obecność nawet takiego głosu jak Paul Rodgers nie wydaje mi się dostatecznym usprawiedliwieniem kolejnych tras koncertowych pod szyldem Queen.

A w Polsce? Przed laty, gdy stan zdrowia nie pozwolił Krzysztofowi Jaryczewskiemu kontynuować współpracy z Oddziałem Zamkniętym, zespół uzupełnił Jarosław Wajk. Ale cóż z tego, jeśli wyraźnie zaczynało brakować pomysłów, a kolejne zmiany wokalistów tylko pogrążały formację. Podobny los spotkał Mafię po odejściu Andrzeja Piasecznego.Nieuchronnie zmierzam w stronę przypadku najsmutniejszego i najbardziej spektakularnego zarazem. 

„Dżem bez Riedla to już nie to”

– słychać było zewsząd. Kiedyś o tym pisałem, ale powtórzę: pamiętając o wcześniejszych śląskich przypadkach – SBB i Krzaka – gdy po rozpadzie grup muzycy, łącznie z Józefem Skrzekiem, niczego szczególnego już nie stworzyli, jako wielki fan tyszan prawie modliłem się, by grali dalej. Jacek Dewódzki nie zachwycał, nie za dobrze wpisywał się w bluesrockowy klimat nagrań kapeli, ale siła instrumentalistów była zbyt wielka, by całość zaczęła kuleć. Natomiast zatrudnienie w 2001 roku Macieja Balcara okazało się strzałem w dziesiątkę – Dżem wciąż jest po prostu wielki i miękko wylądował nawet po kolejnej tragedii – śmierci klawiszowca Pawła Bergera.

I jeszcze jeden przykład: Hey. Paradoksalnie, od odejścia pierwszego lidera, Piotra Banacha, gdy – wydawało się – dalsze losy zespołu stanęły pod wielkim znakiem zapytania, istotniejsza okazała się wolta stylistyczna, która dokonała się kilka lat później. Z rasowego, gdzieś na początku zanurzonego w grunge’u gitarowego zespołu Hey przeistoczył się w formację bardzo mocno opartą na brzmieniach elektronicznych. Ryzykując odwrócenie się fanów i utratę dotychczasowej pozycji.

Dżem, Hey i Myslovitz:

trzy wyjątkowo ważne w dziejach polskiego rocka zespoły. Pierwszy będzie niebawem świętował swoje trzydziestopięciolecie, dwa pozostałe mają już ponaddwudziestoletnią historię. Sporo bardzo ważnych dokonań – płyt i poszczególnych nagrań, które mocno zapisały się w głowach i sercach miłośników gitarowego grania między Odrą a Bugiem. Najwyższa półka na rodzimej scenie – tym trudniejsze więc i bardziej brzemienne w skutki decyzje, tym większe emocje fanów związane ze zmianami personalnymi czy – gdy mówimy o Heyu – stylistycznymi.

Myslovitz bez Rojka, Rojek bez Myslovitz – to stało się faktem dwa lata temu. Atmosfera w kapeli wyraźnie się oczyściła, bo jej duszna gęstość w ostatnim okresie funkcjonowania w poprzednim składzie była aż nadto odczuwalna. W 2013 roku światło ujrzała nowa płyta – [i]1.577[/i], a teraz Artur Rojek sygnalizuje swój powrót na scenę.

Myslovitz wystąpił wczoraj, 

półakustycznie, w Rialcie. 

W Katowicach, a więc właściwie na swoich śmieciach. Zespół dał długi, prawie dwuipółgodzinny koncert. W pierwszej godzinie zaprezentował materiał z albumu Korova Milky Bar, w drugiej części odegrał zawartość nowej płyty. Na długi bis złożyło się pięć piosenek z Miłości w czasach popkultury oraz Scenariusz dla moich sąsiadów. I?

Gdy słyszymy stare piosenki w nowych wykonaniach, porównania są nieuchronne, zderzenie tego, co pamiętamy, z tym, co słyszymy, odbywa się bezustannie, z utworu na utwór, z jednego wyśpiewywanego słowa na drugie. Rojek na żywo nigdy mnie nie zachwycał. Głos ma osobliwy, z pewnością nie taki, o którym powiedzielibyśmy: mocny, twardy, męski. Z trzymaniem linii melodycznej też miewał problemy. Ale – zwłaszcza dziś, po obejrzeniu w akcji nowego frontmana – nie mam wątpliwości, że był (jest) osobowością. Postacią wziętą z filmów Wernera Herzoga, takim

Nosferatu wampirem. 

Mimo niewielkiego wzrostu – demonicznym, charyzmatycznym, oszczędnym w komunikowaniu się z publicznością, ale potrafiącym skupić na sobie uwagę. Trzy występy starego Myslovitz, które dane mi było obejrzeć – w 2002 roku w Spodku, znakomity w 2005 roku na zakończenie pierwszego dnia festiwalu „Ku przestrodze” i bodaj w 2008 roku na Polach Marsowych pod Stadionem Śląskim miały w sobie sporo z tego, co zwykliśmy określać jako magię.

Wczoraj tej magii nie było. Ostrożny byłbym z mówieniem, że zespół bez Pana Artura to już tylko chłopcy z Mysłowic. Ale nie lubię takiego kumplowania się z widownią, nadmiaru wypowiedzianych, częstokroć zupełnie nieistotnych zdań. Jeśli koncert ma mieć coś z misterium, to tego rodzaju wypełniacze pomiędzy piosenkami zdecydowanie taki odbiór uniemożliwiają. 

Muzyka się jednak broni.

Świetne w wielu przypadkach utwory takimi przecież pozostają, a jest ich sporo zarówno Na Korovej, jak i na 1.577. Michał Kowalonek wyraźnie lepiej wpisywał się w nowy materiał. Czy tylko dlatego, że moje – i pewnie nie tylko moje – ucho było wolne od porównań? 

Ale nie przekonał mnie, że jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Czy nie jest nazbyt popowy, wręcz, jak powiedziała moja żona, boysbandowy? Na pewno, przynajmniej póki co, brak mu charyzmy – umiejętności bycia frotmanem z prawdziwego zdarzenia, który potrafi porwać słuchaczy, unieść w powietrze, zabrać ze sobą w podróż. Kowalonek jest bardzo młody, wiele jeszcze przed nim, może kiedyś tak się stanie. 

Pytanie tylko, czy zespół to udźwignie: czy jest w stanie ocalić zainteresowanie fanów przez kolejne lata. Czy bez Rojka, nawet proponując ciągle dobry, chwilami bardzo dobry materiał muzyczny, nadal będzie w stanie władać sercami i, co nie mniej ważne, portfelami słuchaczy? Wczoraj mogące pomieścić około czterysta osób Rialto było pełne. Więc?

(Myslovitz, Katowice, Rialto, 21 marca 2014)

Czarownica na niemieckiej miotle

rattles

Rokendrol z Niemiec? Czy to aby nie oksymoron? Pomińmy może mistrzów enerdowskiej gitary, takich jak Die Puhdys (czy wiecie, że oni ciągle działają i nagrywają regularnie płyty?) albo WIR. Scorpions? Hm, precyzja wykonania – solidny Volkswagen Golf, middle class. Zdarza się, że świetnie wchodzący w zakręt i jeszcze lepiej z niego wychodzący, ale to chyba tyle.

[more]

Rammstein – rzuci ktoś. Oczywiście – równe, odmierzane niemieckim rozrusznikiem serca uderzenia. Tyle że ten zespół bardziej niż z rokendrolem kojarzy mi się  z pancerfaustem, co to wali przed siebie, kultywując jakże szlachetną tradycję pruskiego ordnungu. Albo z finezją baśni braci Grimm, za sprawą których dzieciom przed snem opowiada się o spaleniu żywcem w piecu. Co prawda czarownicy, ale o niej właśnie chciałem. 

 

Do dziś plącząca się tam i ówdzie oraz grająca w nie wiadomo którym kolejnym składzie grupa The Rattles zaczynała na początku lat 60. w Hamburgu, podążając tropami Beatles. The Witch nagrali najpierw w 1968 roku, a dwa lata później powtórzyli, tym razem z damskim wokalem Edny Bejarano. To był pierwszy niemiecki kawałek, który dostał się do „Hot 100” Billboardu i dziesiątki najlepszych singli w Wielkiej Brytanii. I jedyny tak naprawdę wielki hicior kapeli. Świetny numer – oj, nasłuchali się panowie Hendriksa i Claptona, no i Beatlesów (ach, te smyki!).

W połowie lat 70. Polskie Nagrania wydały składankę nagrań grupy.

{W NaTemat: 20 marca 2014]

Gramofon i grafoman

Jasny gwint – nie przymierzając, w gramofonie! I jakże ja teraz mam dalej, w dodatku – poskarżę się – charytatywnie, blogować?! Jakże to po takich obscenach do klawiatury zbliżać? Toć ryzykuję jeśli nie porażenie mózgowe, to prądem przynajmniej.

[more]

Niech mi ci, co to wiedzą, że o nich chodzi, odpuszczą polonistyczne zboczenie i przywoływanie nadaremno w tych niskich blogowych progach nazwisk wieszczów, ale jako grafoman podeprzeć się muszę celniejszą frazą:

Bo wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie,

pod nieznośnym przymusem i tylko z nadzieją,

że dobre, nie złe duchy, mają w nas instrument.

Poeta

Pisała pani kiedy?

Rachel

Nie chciałam.

Gust ten właśnie wielki miałam,

żeby nie pisać – lichą formą się brzydzę.

Niech mi wybaczą, raz jeszcze proszę, nie tylko Miłosz i Wyspiański cytowani wyżej.

Ale zaraz – co to ja chciałem? Ach, już sobie przypominam. Kiedyś, gdy jeszcze intensywnie śledziłem „Idola”, zdarzało mi się, po którymś kolejnym z wiekopomnych tzw. wykonów, w przerwie na reklamy, wyłuskać odpowiednią płytę z półki (tak jest: płytę z półki, a nie klip z youtube’a) i odkręcić nieco mocniej potencjometr wzmacniacza. Tak na odreagowanie, dla nadania właściwego wymiaru sprawom i rzeczom.

Ludzie, przecież te zdania – dziś i w przeszłości – które na pohybel samemu sobie popełniłem, to tylko po to, by powiedzieć Wam, że lubię, że kocham. Te zdania tylko po to, by zaraz Wam zapuścić – doktorat albo nawet habilitację z rokendrola. Jednakże nie moje to (cóż począć) osiągnięcia naukowe, ale…

W tym przypadku – czterech facetów. Jest rok 1971. Pracują w studiu, nagrywając swoją czwartą płytę. A w wolnej chwili, zupełnie ad hoc, rejestrują coś takiego:

Play it again, Sam!

Once more, one more time!

Raz, dwa, trzy… Mało! Sto procent rokendrola w blogu!

[W NaTemat: 18 marca 2014]

Apetyczna destrukcja

gnr

Lata 80. to trudny okres dla rokendrolowego mainstreamu. Deep Purple rozwiązali się jeszcze w 1976 roku, Led Zeppelin po śmierci Johna Bonhama w 1980 roku też dali sobie spokój. Black Sabbath pokazali nowe oblicze z Dio jako wokalistą, AC/DC po najlepszym w swym dorobku „Back In Black” (1980) wyrażnie obniżyli loty. Z używkami nie poradził sobie Phil Lynott, lider Thin Lizzy, i zmarł przedwcześnie w 1986 roku. Osobiście byłem świadkiem zmierzchu Nazareth, UFO i Budgie – z ich koncertów w Spodku na początku tamtej dekady trudno było wynieść szczególnie ciepłe wspomnienia.

[more]

A pragnienie, by pojawiła się jakaś 

nowa siła

zdolna nawiązać do najlepszych gitarowych dokonań poprzedniego dziesięciolecia, było wśród miłośników rocka wielkie. I kimś takim okazała się niełatwa do polubienia, a tym bardziej pokochania, formacja Guns N’Roses. 

To był 1987 rok. Welcome To The Jungle, pierwszy kawałek, jaki dotarł do uszu słuchaczy, nieźle narozrabiał w niejednej głowie. Axl Rose ze swoimi obcisłymi krótkimi spodenkami wzbudzał mieszane uczucia, ale gdy przestawaliśmy się wpatrywać, a oddawaliśmy tylko słuchaniu, robiło się znacznie przyjemniej. Bo jazda była bardzo do przodu, a ostry wokal kojarzył się nieodparcie i najlepiej jak mógł – z mistrzem Robertem Plantem. 

Przyznam, że kolejnych płyt zespołu jakoś nie potrafiłem w pełni zaakceptować. Fani byli jednak innego zdania – zwłaszcza albumy Use Your Illusion I i II (1991) sprzedawały się świetnie i ugruntowały pozycję GnR na rynku. Tym bardziej znudziły mnie późniejsze 

bezustanne przepychanki personalne,

kłótnie, rozstania – a pomiędzy nimi kolejne ostateczne terminy wydania nowego albumu. Z klasycznego składu ostał się tylko Rose. Nie wytrzymywali z nim ani kumple muzycy, ani rozczarowani fani. Dopiero w 2008 roku światło dzienne ujrzał krążek Chinese Democracy.

Debiut fonograficzny był jednak cholernie mocny, a siła zespołu rosła wraz z kolejnymi trasami koncertowymi.  Wymiatanie w roli supportu przed The Cult czy Mötley Crue, a potem już samodzielne koncerty uczyniły z kapeli gwiazdę pierwszej wielkości. Narastały też napięcia wewnątrz zespołu i problemy z narkotykami.

Szkoda, że wielki potencjał tkwiący w muzykach nie przełożył się na skalę dokonań, bo rozdział, jaki grupa miała do zapisania w historii rocka, wydawał się znacznie poważniejszych rozmiarów.

Apetyt, z wynikiem dwudziestu ośmiu milionów egzemplarzy, pozostaje jednak wciąż najlepiej sprzedającym się debiutem fonograficznym wszechczasów, a rokendrolowa destrukcja pod wodzą Axla i Slasha – świetnego gitarzysty, autora linii gitary w m.in. Black Or White i Give In To Me Michaela Jacksona, a później członka Velvet Revolver – nadal robi wielkie wrażenie.

(Guns N’Roses, Appetite For Destruction, 1987)

[W NaTemat: 16 marca 2014]

 

 

Rap, core and roll – czyli chrupiąca buła z dżemem Morellowym

ratm

Bunt przemija. Bunt potrafi też sklasycznieć, choć oczywiście nie każdy. Młodzi muzycy, odwiecznym prawem młodości, próbują rozwalić, a przynajmniej naruszyć dotychczasowy porządek, ustalony podział ról. Udaje się, przepraszam za truizm, tylko nielicznym.

[more]

Lewicowe poglądy, o czym my tu w Polsce dobrze wiemy, łatwiej mieć na Zachodzie niż w warunkach stosowanej ekonomii politycznej socjalizmu. Ale nie o tym będzie ten tekst, mimo iż w przypadku Rage Against The Machine i wokalisty zespołu 

Zacka de la Rochy

wyśpiewywane, a raczej wykrzykiwane słowa, podobnie jak inne działania okołomuzyczne, mają niebagatelne znaczenie.

Za rapem, delikatnie mówiąc, nie przepadam, bo to estetyka dość odległa od muzyki z jej odwiecznymi podstawami w postaci harmonii i melodii. Odległa od bluesa i swingu – jeśli kołysze, to w sposób, który jest mi niestety niedostępny. Ale, ale…

Za wrzeszczącym frontmanem stoi trzech muzyków, dla których rokendrolowa tradycja to chleb powszedni. Panowie po rostaniu z wokalistą kolaborują z całkiem mainstreamowym Chrisem Cornellem, w tamtym momencie byłym wokalistą Soundgarden, jako Audioslave (2001-07), w którym to składzie rejestrują trzy albumy. Bębniarz Brad Wilk nagrywa 13 razem z Osbourne’em, Iommim i Butlerem. 

to od lat instytucja. Zaliczany jest do grona najwybitniejszych  gitarzystów rockowych wszechczasów. Bruce Springsteen zatrudnia go na swej ostatniej płycie [i]High Hopes[/i] oraz trasie koncertowej i z pewnością nie jest to tylko rewanż z nawiązką  za cover jego[i] The Ghost of Tom Joad.[/i] Nie dziwota, riffy Morello kojarzą się z najlepszymi patentami z lat 50., 60. czy 70. – proste, ostre, wielokrotnie – świetne.

Więc już choćby dla warsztatu tria warto pochylić się nad tą muzyką, Dla smakowitego czerpania z tradycji łojenia. Wszystkiego tego, co tak zgrabnie wpisuje się w historię rocka (ileż w tym graniu Zeppelinowskich patentów!), a jednocześnie poszerza jego granice za sprawą mezaliansu z rapem, czerpiąc ponadto z funku (tu z kolei nieuchronne skojarzenia z Red Hot Chili Peppers). 

Zaledwie cztery płyty, mimo iż kapela, z przerwą na Audioslave po odejściu de la Rochy, działa od 1991 roku do dziś.  Zbyt znaczący to jednak dorobek, więc o pominięciu RATM w dziejach rocka nie tylko końca dwudziestego stulecia mowy być nie może.

{W NaTemat: 12 marca 2014]

Stara gwardia nie rdzewieje

wishbone_andaluzja

Wybrani – jak The Rolling Stones – wciąż gromadzą tłumy na stadionach czy w Hyde Parku, inni – jak Deep Purple – są w stanie zapełnić katowicki Spodek. Niektórzy już dawno odwiesili gitary na kołkach, niektórzy nie żyją. Są też tacy, co – aczkolwiek w składach mocno odbiegających od oryginalnych czy najlepszych – też wciąż grają, tyle że w salach na kilkaset miejsc.

[more]

Nawet nie minął miesiąc, kiedy wspominałem stary, dobry, w wielu momentach wspaniały Wishbone Ash. Nie miałem wtedy świadomości, że na 26 lutego zaplanowany jest występ zespołu niecałe dwadzieścia kilometrów od Katowic. I że zdecyduję się na jego obejrzenie.

Długowłosy przed laty

Andy Powell, 

gitarzysta, wokalista i współzałożyciel zespołu, goli dziś resztki włosów na głowie. Co jeszcze jest inaczej niż dawniej? To, że ze starej ekipy ostał się on jeden, pozostali trzej panowie pochodzą ze znacznie późniejszego naboru. To, że lider nie wyciąga już  górnych rejestrów, tak jak pięknie robił to wraz z kolegami – bagatela – czterdzieści lat temu.

Ale jeśli kiedyś było się zaliczanym do grona najlepszych rockowych gitarzystów, to znaczy, że było się bardzo biegłym w obsłudze sześciu strun, a tego się raczej nie zapomina. I nawet jeśli brakuje brzmieniu zespołu dawnej finezji, maestrii, wciąż prezentuje on poziom, który nie pozwala słuchaczom wysuwać prostej i smutnej tezy o odcinaniu kuponów od niegdysiejszej popularności. Nie ma w żadnym wypadku mowy o niesmaku czy zażenowaniu poziomem wykonawczym. Nie, na szczęście nie.

Za sprawą 

niepoprawnego zapaleńca,

Piotra Zalewskiego, dyrektora Ośrodka Kultury „Andaluzja”, od lat w Piekarach Śląskich mają miejsce zadziwiające koncerty. Ten Years After, Iron Butterfly, Cactus. Starym fanom rocka są to wiele mówiące nazwy. I chociaż jest to już tylko granie dla wybranych i margines tego, co zajmuje dziś głowy dziennikarzy muzycznych oraz szerokiej publiczności, wciąż są ludzie, którzy chcą takiej muzyki słuchać. I to zarówno ci łysiejący i podtatusiali, którzy w czasach swojej młodości mogli o podobnych koncertach jedynie pomarzyć, jak i znacznie młodsi, dla których klasyka rocka jest bardzo żywym zjawiskiem.

Sala mogąca pomieścić około trzystu widzów zapełniła się szczelnie w środowy wieczór. Zastanawiałem się, jak w nieszczególnym od strony akustyki miejscu zabrzmi rockowa kapela, ale moje niepokoje były niepotrzebne. Rozpoczęli od Strange Affair, tytułowego nagrania z albumu z 1991 roku – i wszystko poszło nadspodziewanie dobrze. Potem usłyszeliśmy kolejne tytułowe nagranie, tym razem z dopiero co wydanego krążka Blue Horizon.

 

To, że wszyscy czekaliśmy na utwory pochodzące

z pierwszych płyt

grupy, jest oczywiste. Z radością powitaliśmy więc The King Will Come, a zaraz potem Warrior z trzeciego w dyskografii, najsłynniejszego Argusa (1972). Temperatura na widowni wyraźnie się podniosła. Tak samo jak wtedy, gdy kolejno usłyszeliśmy The Pilgrim, Blowin’ Free, Jail Bait (z aktywnym udziałem publiczności) i na koniec około dziewięćdziesięciominutowej części głównej dwa utwory z pierwszego albumu – Lady Whiskey i Phoenix. Wśród trzech utworów zagranych na bis nie mogło zabraknąć  Persephone.

Nie było może porywająco, ale znów miałem przyjemność wysłuchać bardzo porządnego koncertu dawnej gwiazdy. I kolejny raz doświadczyć osobistych wzruszeń, gdy ze sceny dobiegały dźwięki kawałków z zestawu szczególnie przeze mnie ukochanych.

Oczywiście 

koncert marzeń 

wyglądałby inaczej: duża hala, gdzie, jestem pewien, zespół tylko zyskałby na sile, i nieco inny repertuar. Cóż, tak jest zawsze w przypadku wykonawców, którzy grają długie lata. Bo mają w czym wybierać, zaś wybitnych kompozycji starczyłoby na dwa, a może i trzy występy. No i bardzo chcą pokazać, że wciąż żyją, są aktywni i nagrywają płyty, więc prezentują też piosenki z późniejszego okresu. Ale także dbają o swoich fanów, bo zaraz po koncercie panowie zeszli do nas i cierpliwie, z uśmiechem podpisywali płyty, bilety i co tam kto miał.

Przy jeszcze jednej starej firmie mogę postawić iksa – byłem, zobaczyłem, wysłuchałem. Bez szaleństw, ale z prawdziwą przyjemnością.

(Wishbone Ash, Piekary Śląskie, Ośrodek Kultury „Andaluzja”, 26 lutego 2014)

[W NaTemat: 1 marca 2014]

Inne Granie – Panna Nikt, basistka i faceci

ms_no_one1

Na pstrym koniu jeździ łaska pańska. Koncernów płytowych, mediów i fanów też. Od czasu do czasu zdarza mi się widzieć w akcji młodych wykonawców, młode zespoły i wielokrotnie zastanawiać się, czego brakuje jednym, co mają – i czy rzeczywiście – drudzy.

[more]

Od lat z  niechęcią obserwuję, jak rosną zastępy tzw. 

artystów telewizyjnych

(o stacjach radiowych innych niż Trójka nie wspomnę, bo nie słucham). Artystów znanych z tego, że są znani. Wydaje się, że wielu z nich cechuje świetne samopoczucie. Najwyraźniej mylą rozpoznawalność wynikającą z w miarę regularnego pojawiania się przed kamerami z uznaniem dla skali talentu. Mniejsza o nazwiska i nazwy – jest tego tyle, że zęby bolą.

Są też ludzie zupełnie inni. Tacy, którym Bozia dała znacznie więcej umiejętności: śpiewania, grania na instrumentach, pisania tekstów i komponowania. Poskąpiła jednak dostępu do dróg prostszych, ścieżek szybszych w zdobywaniu popularności, w nagrywaniu i sprzedawaniu płyt.
Ktoś powie: „Muzyk? 

Robota jak każda inna.

Narobić się trzeba, a zarabiają nieliczni”. Niby prawda, ale nazbyt oczywista, by nie uwierała tych utalentowanych ponadprzeciętnie.

Kolejne w Chorzowskim Centrum Kultury „Inne Granie”. Cena biletu: siedem złotych. Miejsca na widowni wypełnione nawet nie w połowie. Dużo dobrej roboty Marcina Babki – muzyka, dziennikarza, szefa wytwórni „Falami”, animatora ruchu muzycznego na Śląsku. Bo mu się chce, bo wyszukuje i stawia na scenie naprawdę zdolnych ludzi. Ale w tym mechanizmie coś nie całkiem dobrze funkcjonuje – reklama? stare porządki w ładnie odnowionym ChaCeKu? nie dość mocna aktywność samych wykonawców? W dobie internetu, przy cenie biletu stanowiącego równowartość szklanki piwa w knajpie nie najwyższych lotów pustawa widownia boleśnie kłuje w oczy.

A na scenie dzieją się ciekawe rzeczy. Zaczyna 

Oliver Hasse,

młody berliński gitarzysta, harmonijkarz i wokalista. Wielu było przed nim, także mistrzów: weźmy Boba Dylana czy Neila Younga. Z tego drugiego czerpie chyba najwięcej. Zamierzony chaos, nieczystość w dobywaniu kolejnych dźwięków, sporo brudów i przesterów za sprawą przystawek. Naprawdę niezłe.

Po nim melduje się 

Max Bravura, 

kwartet śląsko-warszawski. Dwie gitary, damski bas i bębny. Pobrzmiewają lata 80. Na przykład The Smiths, bo frazowanie lidera w paru utworach przywodzi na myśl Morrisseya. Jest zdecydowanie rokendrolowo, chwilami przebojowo, ale z popeliną nie ma to nic wspólnego. I bardzo dobrze.

Na koniec 

Ms. No One.

Panna Nikt to już nie byle kto, ma na koncie dwie płyty (wydane w 2010 i 2013 roku). Frontmenka czasem gra na klawiszach, obok niej męskie gitara, bas i bębny. Oj, dużo już potrafią ci panowie. Gitara przednia, zastosowane przetworniki przenoszą nas w koniec lat 60. Bas uderza po żołądku, jest bardzo nisko ustawiony, perkusja natomiast czasem imituje dźwięk automatu, ale czuje się żywego człowieka.

Na żywo bardzo niewiele w tym graniu generowanych z komputera brzmień, a jednak jest w tej muzyce duch Portishead (realizacje studyjne są nieco inne). Ale jeszcze bardziej rzuca się w uszy stara psychodelia. Całość brzmi świetnie, bardzo zawodowo, szlachetnie. Na bis zespół gra Kaszuby, numer kończący jego drugi album. Wisienka na torcie, znakomity kawałek na koniec bardzo dobrego koncertu.

I co dalej?

Tu wracam do początkowych rozważań. Co musi się zdarzyć, by wykonawca zdobył publiczność (nawet na kulawym polskim rynku)? Czy to naprawdę kwestia co najmniej piątki w Lotto – czyli splotu paru szczęśliwych przypadków? Albo pozostaje tylko konstatacja trącąca komunałem,, że mowa tu o dziedzinie, w której talent oraz mozolna i uparta praca przez lata niczego nie gwarantują?

(Inne Granie: Ms. No One, Max Bravura, Oliver Hasse, Chorzowskie Centrum Kultury, 25 lutego 2014)

[W NaTemat: 26 lutego 2014]

Melodie z domowego zacisza

domowe_melodie

Jakkolwiek zacząć – od domu czy melodii, od muzyki czy tekstów – będzie dobrze i na miejscu. Ale to, że Domowe Melodie wypięły się na wielkie koncerny – teraz gdy są już znane szerszej publiczności, że pozostały „swojskie”, domowe, internetowe – wcale nie jest takie oczywiste.

[more]

Okazuje się, że można zaistnieć wyłącznie dzięki 

internetowi. 

Z jednej strony wiadomo, że to coraz powszechniejsze zjawisko, ale jednocześnie nie sposób nie zrozumieć wykonawców, którzy w ten sposób szukają swej drogi do podpisania kontraktu płytowego. Tymczasem w przypadku tej kapeli jest tak, że ma już swój numer jeden na Trójkowej liście przebojów Grażka, ale pozostała w domowych pieleszach. Trio najwyraźniej pragnie zachować dotychczasowy wizerunek: funkcjonowanie poza wszelkimi układami oraz pełną niezależność twórczą. Muzycy wychodzą na scenę, na której – jak w gościnnym pokoju – rozłożony jest dywan, a ubrani są w piżamowe kombinezony, frontmenka pojawia się nawet boso.

Skąd aż taki 

sukces?

Jak to się dzieje, że kapela nieistniejąca prawie w medialnym obiegu ma tylu fanów, którzy na koncertach śpiewają piosenki razem z zespołem? W czym tkwi jej fenomen?Po pierwsze: inność. W stosunku chyba do wszystkiego, co dzieje się od lat w tzw. showbiznesie. Mądre teksty zamiast grafomańskich rymowanek. Kłania się najlepsza z możliwych tradycja: Jeremiego Przybory, Wojciecha Młynarskiego czy Agnieszki Osieckiej, ale też blisko do tego, co wychodzi spod ręki Marii Peszek. Jest lekko, błyskotliwie i raz po raz frywolnie. Po drugie: 

naturalność i przysiadalność.

Muzyka powstająca nie w świetnie wyposażonym studiu nagraniowym, ale w domu. Tak samo rzecz się ma z klipami oraz płytą wydaną własnym sumptem. Muzyka zdecydowanie powyżej średniej, ale wpisana w piosenkową, a nie jakąś wysublimowaną, dla wybranych, fakturę. Do tego świetny kontakt z publicznością – ale w postaci inteligentnego dowcipu, a nie schlebiania niskim gustom.

Po trzecie: instrumentarium. Nie całkiem oczywiste – elektryczne piano liderki, kontrabas obsługiwany palcami i często smykiem, akordeon, gitara, ukulele oraz skromny zestaw perkusyjny. I, co istotne, biegłość w panowaniu nad tym wszystkim.Po czwarte: wokal. Może niewybitny, ale dobry 

głos Justyny Chowaniak,

wsparty świetną dykcją, która pozwala bez trudu wsłuchiwać się w tekst. Do tego chórki albo wręcz sama obecność pozostałych członków zespołu – Stanisława Czyżewskiego i Jakuba Dykierta – co tak bardzo przypomina Starszych Panów, towarzyszących Kalinie Jędrusik, Irenie Kwiatkowskiej czy Barbarze Krafftównie. Skojarzenia z Przyborą i Wasowskim są nieuchronne, choćby tylko za sprawą kołweru (jak zapodają DM) Addio pomidory, ale przede wszystkim z racji – powtórzę – tekstu o czymś oprawionego w ciekawą i starannie zaaranżowaną melodię. 

Jednocześnie jesteśmy bardzo daleko od (nieulubionej przeze mnie) piosenki aktorskiej. Mamy autorski przekaz, a nie choćby najdoskonalej, ale tylko odrobioną lekcję. Jest tu błogosławione, anglosaskie „pomiędzy” – umiejętne poruszanie się wśród różnych stylistyk i nastrojów, a nie pisana krwią piosenka francuska czy rosyjska. Jest coś z literackiego kabaretu (pamięć podsuwa mi nieodżałowane Mumio), coś z klimatów Grechuty i Turnaua. Ale rockowe ucho też odnajdzie sporo dla siebie: Kate Bush, Tori Amos, liryczność Eltona Johna czy Billy’ego Joela.

Jest dobrze, jest bardzo dobrze. Jest pop, ale ten, który dostarcza 

szlachetnej rozrywki,

zmusza odbiorcę do myślenia i chwili refleksji. Mamy do czynienia z bardzo szczególnym, osobnym debiutem. Dziś ma więc ta muzyka posmak nowości. Wchodzi i do głowy, i do serca – niekoniecznie przez eleganckie frontowe drzwi okazałego domu na przedmieściach, raczej przez uchylone w kuchni okno.  W ten sposób pragnieniem fana jest, by tę jakość ocalić na dłużej, na lata. Powiedzieć, że to nieproste – to banał. Ale niektórym się udało.

Domowe Melodie dały wczoraj w katowickim Rialcie świetny koncert. Krótki – mimo iż z kilkoma bisami – bo złożony z piosenek z jednej póki co płyty. Ale pojawił się też numer Panie Prezydencie, który jest zapowiedzią następnej. Oby równie dobrej, czego zespołowi serdecznie życzę. A że refren tej pieśni – dotyczącej polityków – jest mi wyjątkowo bliski, pozwolę sobie nim zakończyć:

 

A wy się bijcie, gińcie,zesrajcie, zróbcie sobie wojnę.

Na połamanie nóg, pohybel,czasy niespokojne.

I tylko won z mojego domu

– nie ma was tu, nie ma was tu, nie ma was tu!

Nie ma, nie ma, nie ma, nie ma…

Nie ma was tu, nie ma was tu, nie ma was tu!


(Domowe Melodie, Katowice, Rialto, 21 lutego 2014)

[W NaTemat: 22 lutego 2014]