Gdybym był białym guzikiem

bijelo_dugme

Pochodów pierwszomajowych, do uczestnictwa w których przymuszano mnie w czasach, gdy byłem uczniem szkoły podstawowej i średniej – jak większość – nie cierpiałem. Ale za pochodami gitarowymi też szczególnie nie przepadam. Wybieram więc dziś coś z czasów słusznie minionych: muzykę rodem z imperialistycznego Zachodu, ale oswojoną bałkańskim folklorem. A ponadto wspartą internacjonalistyczną przyjaźnią, dzięki której fani rocka w Polsce mogli mieć całkiem niezłe pojęcie o tym, co piszczy w nadadriatyckiej trawie.

[more]

*

Przed laty 

w radiowej Trójce

codziennie od poniedziałku do piątku (a pierwotnie nawet do soboty) nadawano od 17.05 do 17.40 Muzyczną Pocztę UKF. We wtorki swój czas miał Dariusz Michalski, prezentujący muzykę z krajów, w których władzę sprawowali ludzie o tej samej, jedynie słusznej orientacji politycznej. Lawirował między świeczką dla czynników, czyli Piesniarami czy Pajuszczijimi Gitarami, a ogarkiem dla prawdziwie spragnionych, czyli na przykład rockiem madziarskim albo jugosłowiańskim. Dostęp do księgarń przy ośrodkach kultury – węgierskiej, NRD, CSRS itd. – mieli mieszkańcy naszej stolicy. Gdzie indziej upolowanie płyt z ościennych krajów było niezmiernie trudne, płyt z Bałkanów – zupełnie niemożliwe (dziś, paradoksalnie, jest z tym jeszcze trudniej). Pozostawały więc tylko magnetofony i wspomniane audycje. To z tych ostatnich dowiadywaliśmy się o kolejnych nagraniach takich grup, jak Smak, Parni Valjak czy Atomsko Sklonište. 

*

Jakże byliśmy – wśród wielu innych pragnień – spragnieni tego, by w tej części Europy grano na sposób zachodni. Gdy zaś niektórym udawało się osiągać poziom wyraźnie wyższy od przyzwoitego, byliśmy dumni. A czasem było po prostu po europejsku. Nam zazdroszczono SBB. My zazdrościliśmy Węgrom Omegi i Locomotivu GT, zaś narodom Jugosławii – przede wszystkim Bijelo Dugme.

Był w tym palec, choć niekoniecznie Opatrzności (może opaczności?), że Gorana Bregovicia – 

syna Serbki i Chorwata 

– wylano ze szkoły muzycznej, bo w grze na skrzypcach robił stanowczo zbyt małe postępy. Wziął się za gitarę i wkrótce założył w Sarajewie zespół, bo w ten sposób znacznie łatwiej było podrywać dziewczyny. Z tych szczytnych pobudek zrodziła się najsłynniejsza grupa rockowa na Bałkanach i jedna z najlepszych w demoludach.
Początki nie były całkiem proste. Niemniej już pierwsze single sygnalizowały wielki potencjał – na jednym z nich znalazł się Kad Bi Bio Bijelo Dugme (to po jego sukcesie zespól zmienił nazwę, wcześniej zwał się Jutro), rozbudowany numer, zaszyty gdzieś pomiędzy Child in Time i July Morning Uriah Heep, a na innym Selma – pieśń o społecznym awansie dziewczyny, jej wyjeździe do większego miasta na studia, co oznaczało też koniec miłości. Ballada stała się wielkim przebojem i otwarła u progu 1974 roku drogę do – jak się wkrótce miało okazać – oszałamiającej popularności. Sam Bregović (urodzony w 1950 roku) określał styl kapeli jako rock pasterski: pomieszanie wpływów anglosaskich, z ich dominującą wtedy postacią –

glam – z elementami ludowymi,

folklorem Bałkanów.

Wytwórnia płytowa Jugoton osiągała zupełnie niesocjalistyczne zyski ze sprzedaży płyt Białego Guzika. Tak wielkie, że gdy lider stwierdził, że chce nagrywać w Londynie, nikt nie ośmielił mu się sprzeciwić. Padło na studio AIR, będące własnością George’a Martina, producenta nagrań Beatlesów. To w czasie pierwszej bytności BD w stolicy Wielkiej Brytanii odsłuchiwano premierowo tuż obok Bohemian Rhapsody, a przy okazji kolejnych sesji członkowie zespołu mijali się z Brianem Ferrym czy dokonującym swych ostatnich nagrań Markiem Bolanem. Bregović wspomina: „Z gwiazdami dość szybko nawiązywaliśmy kontakt, bo choć niektóre z nich miały włosy ufarbowane na fioletowo, to kiedy się wspólnie sika, pękają wszelkie bariery”. W Londynie nagrano ostatecznie trzy krążki.

*

Szczyt artystycznych możliwości kapela osiągnęła w 1979 roku – album

Bitanga i princeza (Włóczęga i księżniczka)

powszechnie uznawany jest za najlepszy w jej dorobku. W 1984 roku odszedł wokalista Željko Bebek, a zespół coraz bardziej oddalał się od swoich rockowych korzeni. A w nich szczególnych wpływów upatrywałbym nie tyle we wspomnianym wyżej glam rocku, co – po prostu – w Deep Purple i Rainbow. Ale lata 80. były bardzo trudne dla tych, co zaczynali w poprzedniej dekadzie. Z formułą BD było podobnie – także ulegała wyczerpaniu. Gitarowe, mocne granie ustępowało pola coraz bardziej jałowym pomysłom syntezatorowym, tak charakterystycznym dla tamtego okresu w muzyce.

Wiatr historii, który coraz mocniej wiał w tej części Europy, do szczególnie dramatycznych wydarzeń doprowadził na Bałkanach właśnie. Bregović w 1989 roku rozwiązał ostatecznie zespół, trudno dociec, na ile z twórczej niemocy, a na ile z przeczucia tego, co zaraz miało nastąpić. Sam będący człowiekiem, w którego żyłach płynie krew dwóch zwaśnionych narodów, miał szczególnie mocną świadomość, że Bijelo Dugme było

symbolem jedności Jugosławii,

że muzyka grupy była ponad podziały, jednoczyła pod sceną czy przy głośnikach młodych ludzi. Skoro jednak zupełnie inne wartości zaczęły brać górę, trudno było udawać, że gitara ma większą siłę od kałasznikowa.

Bregović rozpoczął karierę solową, już w 1990 roku wydając pierwszy album. Nawiązał współpracę z reżyserem filmowym – ale także muzykiem – Emirem Kusturicą i napisał muzykę do kilku jego filmów, z Underground (1995, Złota Palma w Cannes) na czele.

W 2005 roku doszło do ponownego zejścia się wszystkich członków zespołu na okoliczność trzech pożegnalnych koncertów: w Sarajewie, Zagrzebiu i Belgradzie. Stały się one jeszcze jednym dowodem na siłę tej muzyki, były też manifestacją niesłabnącej miłości fanów. Pozycja Bijelo Dugme w historii bałkańskiego rocka wciąż wydaje się wyjątkowa i niezagrożona.

P.S. Bez artykułów autorstwa Grzegorza Brzozowicza znajdujących się we wkładkach do dwóch wydanych w naszym kraju wyborów nagrań BD tekst niniejszy nie mógłby powstać.

[W NaTemat: 1 maja 2014]

Każdy ma swojego Psycho Killera

th_psycho

Lata 1973 i następne to okres artystycznego przesilenia, jakie dopadło pierwszych mistrzów rocka. Choć ciągle powstawały dzieła z tych najwybitniejszych – z „The Dark Side of The Moon” czy „Larks’ Tongues in Aspic” na czele, coraz wyraźniej dokonywał się zjazd po równi pochyłej. Tymczasem w gitarowym graniu raczkowało nowe. Proste, wręcz prymitywne jak rock and roll z lat 50., a jednocześnie gwałtowniejsze niż wszystko, co powstało dotąd.

[more]

Na Wyspach Brytyjskich rodziły się w 1973 i 1974 roku składy stanowiące początki The Clash i Sex Pistols, a po drugiej stronie oceanu Television czy Talking Heads. Tę ostatnią formację utworzyli starannie wyedukowani młodzi ludzie – David Byrne, Chris Frantz, Jerry Harrison i basistka Tina Weymouth. Choć związani byli z nowojorską sceną punkową, stanowią raczej wzorzec post punka albo nowej fali.

TH debiutancki album wydali w 1977 roku, a Psycho Killer jest przedostatnim numerem na tym krążku. Był przebojem nawet w Polsce, ta muzyka nie brzmiała przecież groźnie i nie zawierała w sobie elementów mogących powodować szczególne rozdrażnienie tzw. czynników. Natomiast stanowiła źródło inspiracji dla wielu wykonawców na całym świecie. Słychać bardzo wyraźnie, że dla Johna Portera i wczesnego Porter Bandu także.

Utwór, w zupełnie innej aranżacji, znalazł się ponadto na drugiej koncertowej płycie w dorobku grupy – Stop Making Sense z 1984 roku. Natomiast zespół, rozwiązany w 1991 roku, w 2002 roku trafił do Rock and Roll Hall of Fame, a cztery jego albumy znalazły się wśród pięciuset najważniejszych w rankingu magazynu „Rolling Stone” sporządzonym rok później.

[W NaTemat: 29 kwietnia 2014]

Fryderyki i fircyki

fryderyki_2014

Zmarły wczoraj Tadeusz Różewicz powiedział, a nie on jeden przecież tak twierdził, że bylejakość ogarnia elity. Wczorajsza gala wręczenia Fryderyków, choć aspirująca do elitarnej i elitę tworzącej, była – nie mogę się oprzeć wrażeniu – byle jak poprowadzona. I chwilami wcale nie najważniejsi w niej byli ci, którzy najważniejsi być powinni.

[more]

Wczoraj wieczorem odbyła się dwudziesta już gala wręczenia nagród polskiego przemysłu fonograficznego. Kilka lat temu uroczystość znów zyskała na randze, powracając do publicznej telewizji.

Konkretnie – w tym roku – do Dwójki. Co nie było pozbawione znaczenia. Gwiazdą wieczoru bowiem nie okazał się laureat nagrody Grammy, a teraz i Fryderyka – Włodek Pawlik z Randym Breckerem oraz orkiestrą Filharmonii Kaliskiej. Nie Dawid Podsiadło, który zainkasował aż cztery trofea. I nie Kayah, która zaprezentowała się z wdziękiem jeśli nie swojej starszej siostry, to już na pewno włoskiej lub bałkańskiej matrony. Gwiazdą największą okazał się Tomasz Kammel.

Zrazu miałem, patrząc w ekran – jako ten podwładny przed przełożonym z ukazu cara Piotra I – wygląd lichy i durnowaty, tak by swoim pojmowaniem sprawy nie peszyć przełożonego. Po chwili jednak uświadomiłem sobie, że przecież co prawda ja widzę Pana Redaktora, ale on mnie nie i nie muszę się tak starać. A poza tym Kammel, jeśli kiedykolwiek miał jakieś wątpliwości co do swojej wiedzy na dany temat, to było to tak dawno, że sam już tego nie pamięta.

Specjalistą od muzyki też jest od bardzo dawna. Objawił się nim przed laty w czasie festiwalu opolskiego, kiedy to zaprezentował się jako kolega członków lubelskiej kapeli i wybitny suflerolog. Patrząc na datę jego urodzenia (1971), wychodzi, że jeszcze dzieckiem w kolebce będąc, już cienie wielkiej góry rozganiał. 

O duszeniu za młodu centaurów biografowie póki co milczą, ale Redaktor pomaga w ich ujarzmianiu dzisiejszej młodzieży w wiekopomnym z racji wielości wiekopomnych wykonów programie „The Voice of Poland”. W ten sposób ukazał pospólstwu telewizorowemu oblicze znawcy młodych dusz i odkrywcy zakamarków umysłów pukających do bram branży śpiewaków.

Wczoraj uświadomił gawiedzi, że jest nie tylko rekinem finansjery, lwem sceny Sali Kongresowej, ale i znawcą wszelkich nurtów muzycznych. Pop i rock to dla niego bułka z masłem, jazz wyssał z mlekiem matki, zaś o muzyce poważnej jest w stanie rozprawiać z każdym. Z brawurą Falkowego wodzireja dał nam bowiem do zrozumienia, że jego wiedza o dorobku Konstantego Andrzeja Kulki (Złoty Fryderyk w kategorii muzyki poważnej) wykracza daleko poza okolicznościowe co nieco. Cóż, Redaktor to miszcz po prostu – czego się tknie, zamienia w wyroby złotopodobne obficie kapiące mu z warg.

Beneficjentami tegorocznych Fryderyków okazali się Dawid Podsiadło (cztery statuetki w kategoriach związanych z muzyką rozrywkową) oraz Dominik Wania (dwie jazzowe). Pierwszemu, tak samo jak Ani Rusowicz nagradzanej w 2012 roku, z serca życzę, by jeszcze kiedyś powtórzył sukces – komercyjny i artystyczny – swojej debiutanckiej płyty. A nie będzie to proste.

Na szczęście nie zabrakło też momentów, gdy rzeczy dano właściwe słowo. Pośmiertnie nagrodzono Marka Jackowskiego[/url] i Jarosława Śmietanę. Tego drugiego, jak zawsze w pięknych słowach, wspomniał sędziwy już Jan Ptaszyn Wróblewski. Obaj – Jackowski i Śmietana – byli i pozostają niezwykle ważnymi postaciami polskiej sceny muzycznej. I przyznanie im Złotych Fryderyków należy potraktować symbolicznie – jako dowód szacunku środowiska muzycznego dla ich znaczących, bynajmniej nie przez chwilę i nie przez rok, dokonań. To samo dotyczy wspomnianego już Konstantego Andrzeja Kulki.

Rezygnacja z wielu pierwotnie powołanych do życia kategorii i tym samym ograniczenie ilości przyznawanych nagród zdecydowanie bardziej odpowiada dzisiejszemu stanowi polskiego rynku. Sprawia też, że gala i transmisja telewizyjna zyskują na tempie. Jednocześnie jednak nie potrafiono zrezygnować z kiczowatych pomysłów, jak na przykład tego z odegraniem mazurka autorstwa patrona imprezy przez Janusza Olejniczaka wespół z – cytuję – gitarowymi wymiataczami. Tak jak cenię Ryszarda Sygitowicza czy Jacka Królika, tak zgrzytam zębami nad tego typu konfekcją muzyczną. 

Bardzo żałuję, że głos mojego ulubionego redaktora Piotra Metza dobiegał tylko z offu. Że nie wytypowano do prowadzenia gali kogoś, kto od lat siedzi w muzyce i naprawdę na niej się zna. Nawet jeśli oglądalibyśmy tego kogoś po raz kolejny (zresztą podobnie jak red. TK). Zmarły wczoraj Tadeusz Różewicz mawiał, a nie on jeden przecież, że bylejakość ogarnia elity. Wczorajsza impreza, choć aspirująca do elitarnej i elitę tworzącej, była – nie mogę się oprzeć wrażeniu – byle jak poprowadzona. I chwilami wcale nie najważniejsi w niej byli ci, którzy najważniejsi być powinni. Ale może po prostu się nie znam albo mam spaczony gust. Bo to ma się oglądać, to ma być przecież szoł, a nie okolicznościowa akademia.

Ważne – mimo wszystko – jest to, że Fryderyki są. Że – mocniej bądź słabiej – swym istnieniem rzucają snop światła na polskich wykonawców, że niewątpliwie ich promują. Możemy się zżymać na rodzimy rynek wydawniczy, ale miejmy świadomość, że sami w pewnej mierze go kształtujemy i określamy jego rozmiary. Decydując, czy wybierzemy się na koncert, albo narzekając, że nie ma na co pójść. Zachowując przyzwoitość wobec ulubionego artysty i kupując jego płytę, czy też ściągając jego nagrania z internetu.

[W NaTemat: 25 kwietnia 2014]

Utrwalony zapach dojrzewania

nirvana_smells1

Piątego kwietnia 2014 minęła dwudziesta rocznica śmierci Kurta Cobaina. Nie mi rozstrzygać, który zespół był tym najważniejszym w ostatniej dekadzie dwudziestego stulecia. Kandydatów jest dwóch: Nirvana i Pearl Jam. Ci, którzy śledzą moją pisaninę dłużej, wiedzą, że skłaniam się ku tej drugiej propozycji. Ale nie znaczy to bynajmniej, że wspólnego dorobku Cobaina, Novoselica i Grohla nie doceniam czy nie lubię.

[more]

Gdzie Nirvana byłaby dziś to akademickie rozważanie, w którym z pola widzenia ginie ten najważniejszy: człowiek. Bo nawet jeśli Cobain miałby problem z komponowaniem równie dobrych piosenek jak przed laty, borykałby się tym samym z problemami kogoś żywego i utalentowanego. Choćby miało się ostatecznie okazać, że ten talent nie tyle rozkwitł, co eksplodował i dość szybko zgasł (w taką wersję zdarzeń trudno mi jednak uwierzyć).

Chcąc nie chcąc, dołączam do chóru wpisujących się do wystawionej „z okazji” księgi pamięci. Ale schodząc z głównego traktu (tracku?) okolicznościowych tekstów, odwołam się do jednego z najważniejszych kawałków tria, powracając równocześnie do zarzuconego ostatnio cyklu „Cover to cover”.  Smells Like Teen Spirit otwiera najsłynniejszy album kapeli, Nevermind z 1991 roku (zarówno album z tych najważniejszych w dziejach rocka, jak i rok). 

Rok później, z akompaniamentem tylko fortepianu, zagrała ten numer Tori Amos. Cobain miał się o tej interpretacji wyrazić „dobra, śniadaniowa, lekka”. W 2005 roku swingującą wersję wykonał gwiazdor sprzed lat, Paul Anka. W 2007 sięgnęła po tę piosenkę Patti Smith.

W 2003 roku, za sprawą amerykańskiego tria The Bad Plus, utwór doczekał się jazzowego wykonania. I trudno uwolnić się od myśli, że  było ono dobrze znane Leszkowi Możdżerowi, Larsowi Danielssonowi i Zoharowi Fresco – którzy umieścili swoją wersję tego klasycznego już numeru dwa lata później na płycie The Time. 

Nie są to z pewnością covery, które przejdą do historii. Jednak riff – tak mistrzowski – to zawsze riff jest, nigdy nie zawiedzie. Nawet gdy nie ma gitary.

{W NaTemat: 21 kwietnia 2014]

Kolor wiosny

Święta z pozoru podobne są jedne do drugich. Przeplataniec bożonarodzeniowo-wielkanocny trwa i trwa, a jednak czasem coś powoduje, że ten rytm zostaje zaburzony. Banalna refleksja nad upływem czasu ma inny wymiar, gdy mówimy o narodzinach, o powiększeniu się rodziny, a inny, gdy o pustym miejscu przy stole.

[more]

Lecz przecież święta nie po to są, by się smucić. Życzymy Wam w te dni miłej przerwy w codzienności. Tego, by godziny choć na chwilę nieco zwolniły. Zielonych myśli w głowie. I – jak zawsze – niech muzyka będzie z Wami.

*

Colour of Spring (1986) to trzeci album Talk Talk. 5 kwietnia, czego dowodzi   muzyczna ilustracja tego wpisu, niekoniecznie musi oznaczać smutek i żal. Ale do grunge’owych konotacji tej daty powrócę niebawem.

[W NaTemat: 19 kwietnia 2014]

Pęknięte ogniwo w łańcuchu Alicji

aic_rooster

To z niedzielnej – przed laty – audycji Wojciecha Manna dowiedziałem się, że zmarł Layne Staley, wokalista Alice In Chains. „Następny” – pomyślałem z bólem rockfana.

[more]

Tak jak Kurt Cobain – urodzony w 1967 roku, przez całą dekadę beznadziejnie uzależniony. „Wiem, że jestem bliski śmierci, brałem crack i heroinę od lat. Nigdy nie chciałem zakończyć życia w ten sposób” – powiedział w wywiadzie udzielonym trzy miesiące wcześniej. Tę ostatnią datę ustalono na 5 kwietnia, ale ciało wokalisty znaleziono dopiero po dwóch tygodniach.

Mijało już sześć lat od wydania Unplugged. Jerry Cantrell finalizował swój drugi solowy projekt. A przecież oni dwaj: ten wokal i ta ujadająca gitara – stanowili o brzmieniu kapeli. Gitarzysta jeszcze w marcu 2002 w jednym z wywiadów powiedział, że członkowie zespołu wciąż liczą na wspólne nagrania. Ale czy miał na myśli także Staleya? Ten, od lat zamknięty w sobie,  wycofany, stroniący od ludzi, potwornie wychudzony, był już wtedy na ostatniej prostej.

 

I zawsze w takich razach pojawia się to trywialne, ale jakże bolesne w obliczu nieodwołalnych, ostatecznych zdarzeń pytanie: czy tak musiało się to skończyć? Pytanie tym wyraźniej zadawane, im trudniej oprzeć się wrażeniu, że AIC jest dziś tylko cieniem samej siebie.

Pozostały płyty, jest muzyka. Nierówna, ale w wielu momentach bardzo dobra, na przykład na krążku Jar of Flies. Są znakomite numery, a wśród nich ten mój najukochańszy: Rooster. Jeszcze jeden rockowy kawałek, w którym powraca wojna w Wietnamie. Autorstwa Cantrella, a poświęcony jego ojcu. Dirt, druga płyta zespołu, 1992 rok.

[W NaTemat: 16 kwietnia 2014]

Smaczne jadło w karczmie na moście

Martyna Jakubowicz należy do grona tych artystów, których szczególnie sobie upodobałem. Jej pierwsze nagrania to czas, gdy wkraczałem w dorosłość, zachłystując się jednocześnie bezmiarem polskiego grania na początku lat 80. Wykonawców sprzed lat, którzy są aktywni do dziś, pozostało nie tak wielu, a tych wciąż tworzących rzeczy istotne – jeszcze mniej.

[more]

W sobotni wieczór w katowickim Rialcie, w trzy lata po koncercie w Chorzowskim Centrum Kultury, kolejny raz miałem okazję zobaczyć MJ w akcji, a u jej boku czterech panów tworzących Żonę Lota – kapelę akompaniującą jej od tamtego właśnie okresu, od płyty Okruchy życia (2010).

Określić dokonania Pani Martyny frazą

Dokoła wszędzie blues mi gra

oznaczałoby tylko część prawdy. Bo ona nigdy tak całkiem w tej formule się nie mieściła, zaczynała bardziej od folku, od Dylana, Mitchell i Baez. Najbliżej bluesa znajdowała się w czasach pierwszej płyty, a to był rok 1983. Tak naprawdę nie ma to jednak większego znaczenia – liczy się nade wszystko wspaniały puls wyczuwalny w każdym momencie grania, czerpanie z najszerzej pojętej tradycji muzyki lat 60. i 70., ale doprawianej też nutami orientalnymi czy wziętymi z muzyki żydowskiej.

Program koncertu był przekrojowy. Usłyszeliśmy zarówno najstarsze piosenki –

Kłopoty to jej specjalność

czyli jeden z trzech zupełnie pierwszych utworów Pani Martyny, jakie prezentowane były na antenie Polskiego Radia, oraz hymn deweloperów, a więc pochodzący z debiutanckiego albumu największy przebój MJ – W domach z betonu nie ma wolnej miłości. Sporo było piosenek ze Wschodniej wioski (1988), z wciąż przepięknym Młodym winem. Nie mogło zabraknąć numerów z ostatnich dwóch płyt, tych, w których nagraniu uczestniczyli Dariusz Bafeltowski, Przemysław Pacan, Łukasz Matuszyk i Paweł Mikosz. To tu słyszalne były te żydowskie klimaty, na przykład w Co znaczy osobno. Album z utworami Joni Mitchell reprezentowany był przez Błękitny hotelowy pokój oraz Dużą żółtą taksówkę. Z krążka Tylko Dylan (2005), na koniec części zasadniczej, zespół zagrał Pukam do nieba bram. Pojawiła się też pochodząca z drugiego krążka – z długim finałem, porywająco zagrana 

Karczma na moście.

I most, i karczma – a raczej stylowa restauracja dla podniebień znużonych popową siekaniną – to chyba dobre terminy na zdefiniowanie tego, co od lat robi Martyna Jakubowicz. Od dawna już mieszka na wsi, a i artystycznie przestała się z kimkolwiek ścigać. Aby jej posłuchać, trzeba zboczyć z głównego traktu, stanąć na moście, który łączy właściwie wszystko to, co najszlechetniejszego wydobyła z siebie przez dziesięciolecia muzyka okołorockowa. Wejść do tej, niech już będzie, karczmy, usiąść i smakując różnej proweniencji swingujące potrawy i płyny, po prostu poddać się muzyce. A starzy fani zawsze mogą liczyć na chwile nostalgii – na przykład przy Kołysance dla misiaków na sam koniec występu.

(Martyna Jakubowicz i Żona Lota, Katowice, Rialto, 12 kwietnia 2014)

{W NaTemat: 13 kwietnia 2014]

„This Is America”

santana_shaman

W Raju codziennie rozbrzmiewała najpiękniejsza muzyka: cisza. Bóg tylko ptakom, tym, które obdarzył głosem wyjątkowym, pozwalał na jej naruszanie. Szatan w postaci węża nijak nie potrafił namówić Ewy do skonsumowania owocu z jego jabłoni. Wściekły połamał drzewo, a z niego wystrugał gitarę.

[more]

Tę podał niewieście, ale ona nie miała pojęcia, co z nią począć. Przekazała więc instrument mężczyźnie. Ten wziął gitarę do ręki, uderzył palcami w struny, ale rozległ się tylko cichy, marny dźwięk. Adam spojrzał na Szatana, a ten wyciągnął w jego stronę kabel do wzmacniacza.I Adam zagrał. Głośno, potężnie – i zbudził drzemiącego Boga. I uniósł się gniewem Stwórca, bo poznał, że to sprawa Nieczystego. I wygnał pierwszych ludzi z Raju. I minęły tysiąclecia, nim człowiek wynalazł prąd, by znów móc zagrać na gitarze elektrycznej.

*

Mam nadzieję, że jeśli jest niebo, to jest w nim miejsce także i dla gitarzystów rockowych. A wśród nich jednym z majstrów najprzedniejszych jest Carlos Santana. Meksykanin z urodzenia, Amerykanin z wyboru. Kariera jego jest długa, z wielkimi wzlotami przeplatają się chudsze lata.
W 1999 roku wydał album Supernatural. Do udziału w jego nagraniu zaprosił wielu wspaniałych gości – m.in. Erica Claptona, Dave’a Matthewsa i Roba Thomasa. Krążek stał się wielokrotną platyną i triumfalnym powrotem Santany na salony. Dziewięć nagród Grammy było ukoronowaniem powodzenia tych nagrań.

Trzy lata później wyszedł Shaman. Materiał podobny w zamyśle, nagrany z udziałem kolejnych gwiazd. Nie powtórzył komercyjnego sukcesu poprzednika, ale nie zmienia to faktu, że zawiera kilkadziesiąt minut bardzo dobrej i różnorodnej stylistycznie muzyki.

Wśród zaproszonych artystów znalazł się zespół „z sąsiedztwa”, z San Diego w Kalifornii, miasta położonego niedaleko granicy z Meksykiem. Kapela P.O.D. to zupełnie inne pokolenie – powstała w 1992 roku i zaliczana jest do grona wykonawców numetalowych. Wspólny numer – o nietuzinkowym poniekąd tytule America – stanowi najmocniejszy fragment wspomnianego albumu. Parę minut znakomitego, soczystego wiosłowania – wszyscy tu wiedzą, o co chodzi. A gra mistrza robi wielkie wrażenie.

{W NaTemat: 10 kwietnia 2014]

ARe you lonesome tonight?

rojek_skladam

Zmaterializował się solowy debiut Artura Rojka. W dwa lata po rozstaniu z Myslowitz, w rok po wydaniu przez zespół pierwszej płyty w nowym składzie.

[more]

Czy jest jakiś laryngolog, który odpowie, jakimi ścieżkami podąża ludzkie ucho?

Lato 76/

Całe życie było przed/Wracają pijani chłopcy/pamiętam ich cień. Powłóczyste nuty, męskie mormorando. O, k***a – zacytuję lidera z drugiej na płycie piosenki. – Waters and his Pink Floyd? The Final Cut, Włochy, Anzio 1944? Eric Fletcher, który nie wrócił z wojny, nigdy nie zobaczył małego Rogera? A w znanej już wcześniej Beksie dziecięcy, na odmianę, chórek – niczym w Another Brick In The Wall?

Litości, czy po iluś tam latach słuchania muzyki 

wszystko musi się kojarzyć 

i coś przypominać? Watersa, nieznośnie napuszonego, operowego i z wiekiem coraz bardziej pozbawionego rokendrolowych jaj nie cierpię, od dawna (ściślej: właśnie od 1983 roku) nie umiem w ogóle słuchać. Ale na przywołanie go w tym miejscu znajduję usprawiedliwienie już w samym tytule płyty Pana Artura. Zaś zarówno nazwisko Watersa, jak i kilku wymienionych niżej polskich twórców jest tutaj o tyle zasadne, że wszyscy oni – tak jak Rojek – byli lub są liderami bądź sztandarowymi postaciami macierzystych formacji, a ponadto pracowali albo nadal pracują na własne konto.

Rojek otwiera swój nowy rozdział. I z wielką ulgą starego fana stwierdzam, że jest O.K. Nie po to rozstał się z gitarowym zespołem, by solo robić dokładnie te same rzeczy. Ocalił jednak to, co najistotniejsze: umiejętne balansowanie

między popem i rockiem. 

Bo, udowadnia to kolejny raz, jest artystą – inteligentnym, utalentowanym, piszącym ładne piosenki i dobre teksty. Robota studyjna wyraźna, ale nienachalna. Aż prosi się o pytanie, kiedy wspólny projekt Rojka i Nosowskiej?

Składam się z ciągłych powtórzeń to krótka, trzydziestopięciominutowa płyta. Czerpiąca z muzycznych dokonań ostatnich lat, przetrawionych już nowinek brzmieniowych i realizacyjnych, bogata w klawisze i komputery. Niecofajaca się przed bardzo ryzykownymi nawiązaniami – niemal do techno, jak w Czasie który pozostał, czy też do muzyki tanecznej, na przykład w To co będzie. Rojek od razu jednak zdaje się wytrącać nam argumenty z ręki – na jednym oddechu, bez przecinka śpiewa: 

Trzymam dystans boję się

i dalej: To co będzie/powiem wprost/chcę i nie chcę/no i co/to chyba wszystko/a może nic/jestem głupi/miło mi.

Tak na gorąco – nie sądzę, że to wybitny album, a już na pewno pomyślany jest inaczej niż Obywatel G. C. Ciechowskiego. Może bardziej jak Puk Puk wspomnianej Nosowskiej, z którym osobiście nie radziłem sobie w chwili pojawienia się na rynku, a dziś uwielbiam. Rojek jest świadomy swych artystycznych sił. Bez zadęcia, 

z pewnością starego mistrza

ma odwagę pójść w stronę – pozornie – lekkich i łatwych piosenek (trochę jak Janerka na Plagiatach). I dziś wydaje mi się, że ma rację, że do tej muzyki będziemy z przyjemnością wracać także za parę lat. Płyta jest zwartym zbiorem mądrych piosenek, a to naprawdę niemało. 

(Artur Rojek, Składam się z ciągłych powtórzeń, 2014)

[W NaTemat: 7 kwietnia 2014]

Pod stałym napięciem i zmiennym prądem, czyli zabawy dużych i grzesznych chłopców

Próba wytyczenia granicy między bluesem a rokendrolem jest zadaniem równie karkołomnym, jak ustalanie – bez wątpienia znacznie bardziej brzemiennych w skutki – różnic dzielących ostatniego zbawionego od pierwszego potępionego na Sądzie Ostatecznym.

[more]

Sprawa jest o tyle prosta, iż wiadomo, „z których krwi krew moja” i że wszystko zostaje w rodzinie. Blues ma syna, któremu na imię rokendrol, a rokendrol ma ojca, który zwie się blues. I nie ma tutaj potrzeby wykonywania badań DNA.

Bluesowe klimaty, w które zapuszczają się czasem zdrowo łojące kapele, są w takich razach tym istotniejsze, im rzadziej i – co tu dużo mówić – lepiej są eksplorowane. Na każdej z trzech pierwszych płyt AC/DC, które dotarły do polskich rockfanów niedługo po światowych premierach, znajduje się po jednym takim właśnie kawałku.

Koncertowa If You Want Blood You’ve Got It (1978) zawiera, nomen omen,

numer The Jack 

Nie jest to pieśń opowiadająca o grzecznych dzieciach. Nie o tych na przykład, które nie interesują się jeszcze szczegółami anatomicznymi płci przeciwnej. I nie o tych, które znają tylko jedną grę karcianą – w piotrusia, zaś o pokerze na przykład nie mają bladego pojęcia. The Jack to utwór o kobiecie, która już dawno przestała być niewiastą. Nie ukrywa żadnego asa w rękawie, atutem w talii kart jest raczej walet. Czyli rzeżączka mająca stały adres zameldowania nieco poniżej jej talii. Taki Jack może stanowić wielki problem dla niejednego Little Red Roostera.

Ostatni utwór na ostatniej płycie z Bonem Scottem jako wokalistą (Highway To Hell, 1979) – to Night Prowler. Zanurzamy się głębiej w 

mroczne rejony ludzkiej duszy.

Tu role się odwracają – bohaterem jest typ spod ciemnej gwiazdy toczony potrzebami niemieszczącymi się w powszechnie dopuszczalnej normie. Z nałogowego podglądacza jest w stanie zamienić się w okrutnego gwałciciela.

Rok później, Back In Black, i znów utwór ostatni. Zostawiam na boku rozważania na temat zawartości cukru w cukrze, czyli ile dokładnie jest bluesa w tym kawałku. Brian Johnson zwraca się do takich mężczyzn jak ja dzisiaj:

„Hey there all you middle men”.

Niby jeszcze nie czas, bym stwierdzał jak główny bohater Wielkiego piękna: „Mam sześćdziesiąt pięć lat. W moim wieku piękna kobieta to za mało”. Jednak podmiot nie do końca liryczny sugeruje, że faceci około pięćdziesiątki na kobietę mogą sobie popatrzeć przez otwarte drzwi jej sypialni, ale tak naprawdę powinni ruszyć dupy i posłuchać ciężkich gitar. Bo jedyne, co ma znaczenie, to rokendrol. Rock and roll ain’t noise pollution.*

Jest to z pewnością jakieś wyjście także dziś, w znów niespokojnych czasach. Trzykrotnie – w rewelacyjnej formie – Prąd Zmienny/Prąd Stały. Niech i Was trochę popieści.
_____________________

* Tłumaczenie: „Rock and roll nie zamieczyszcza atmosfery” należy do Piotra Kaczkowskiego. Co mógł więcej powiedzieć na antenie Polskiego Radia w 1980 roku?

[W NaTemat: 5 kwietnia 2014]