Lady Beth i Mr. Bonamassa w Amsterdamie

bh_jb_amsterdam1

Trudno dociec, co dokładnie stoi za takim pomysłem na przebieg kariery artysty w XXI stuleciu. Bezspornym natomiast faktem jest to, iż Joe Bonamassa chyba nikomu, nawet najzagorzalszemu fanowi, nie da stęsknić się za sobą, za nowymi nagraniami, za kolejnymi płytami, za koncertowymi wersjami swoich utworów.

[more]

Beth Hart podejmując cykliczną współpracę z tym gitarzystą i wokalistą, chcąc nie chcąc zdecydowała się na określone warunki gry, na wpisanie działań duetu w całość dokonań swojego przyjaciela.

Moi synowie postanowili natomiast uraczyć mnie stosownym dla zainteresowań prezentem z okazji 23 czerwca. Stanęło na tym, że w domu pojawił się pierwszy od ponad dwudziestu lat 

album analogowy

Live In Amsterdam rzeczonej dwójki wydany w marcu bieżącego roku. Winyle są drogie – i przyznam bez owijania w bawełnę, że to przede wszystkim ich ceny powstrzymywały mnie i powstrzymywać będą przed regularnymi zakupami. Zawsze będę się upierał, że najważniejsza jest muzyka, nośnik jest sprawą drugorzędną, przy zachowaniu oczywiście przyzwoitości i poszanowaniu praw autorskich. Za 139 złotych (bo tyle kosztował ten trzypłytowy album) można by zakupić znacznie więcej muzyki, niż to miało miejsce w tym przypadku. No, ale bajer jest i frajda też.

Jest też coś więcej, mimo iż trudno nie czuć w sobie pewnego 

oporu materii

– ilość płyt sygnowanych przez Joego Bonamassę jest tak olbrzymia, wręcz przytłaczająca, że nie sposób wyzbyć się całkowicie nieufności. I, na dodatek, nie pomaga świadomość, że BH i JB zabierają się za koncertowe wydawnictwo po opublikowaniu dwóch zaledwie studyjnych albumów.

No i co? Płyta się kręci, jedna, potem druga i trzecia – raz, drugi i piąty. Muzyka z wolna płynie do uszu. I z każdym kolejnym opuszczeniem ramienia gramofonu na rozbiegówkę robi się coraz piękniejsza. I nawet jeśli głowa broniła się przed tą myślą – dochodzę do rozbrajającej konstatacji, że mam do czynienia z bluesowym (czy tylko?) mistrzostwem świata: jest niespiesznie i niegwałtownie. Swingująco i po prostu bardzo smakowicie.
Najpierw

porywają mnie i nie chcą już puścić 

nagrania umieszczone na stronach B i C wydawnictwa: Close To My Fire, mój faworyt w tym zestawie – Rhymes, Something’s Got A Hold On Me, Your Heart Is Black As Night, Chocolate Jesus, Baddest Blues oraz Someday After Awhile (You’ll Be Sorry). A jak już porwą i parę razy przekonają o swej bezspornie wysokiej jakości i świetnym wykonaniu – droga do ufnego wsłuchania się w całość zostaje otwarta.

Potężny głos Beth Hart to coś, co wciąż zadziwia. Przecież – wydawałoby się – przy takim sposobie jego używania powinien słabnąć w miarę, jak mijają kolejne minuty koncertu, powinien zdradzać oznaki zużycia, bolesnego wręcz zniszczenia zmuszającego wokalistkę do coraz ostrożniejszego nim operowania, by w ogóle dotrwać do końca występu, a potem natychmiast rozpocząć kurację zdrowotną umożliwiającą za dzień lub dwa kolejne wyjście na scenę. Nic z tych rzeczy – to już wiem, znam, bo miałem radość oglądać dwa jej koncerty.

Zespół towarzyszący gra trochę inaczej niż stały band BH – mniej rockowo, nie ma tu dosypywania do pieca, więcej natomiast 

bluesowych wycieczek 

w stronę soulu, a nawet klimatów musicalowych (jak w Them There Eyes, klasyku, który miały w swym repertuarze Billy Holiday, Ella Fitzgerald czy Sarah Vaughan). Gitara Bonamassy zwykle oszczędna, ale wirtuozowska, sekcja bez zarzutu, do tego klawisze oraz tu i ówdzie stylowe dęciaki. 

I można by tak pozostać w zasłuchaniu, w zatopieniu się w te pulsujące nuty, raz po raz wręcz w zachwycie. W delektowaniu się szlachetnym trunkiem trochę przeszkadza świadomość, iż ten materiał – zamiast starczyć na dobre dwa lata, służyć do wielokrotnego sączenia w letnie i zimowe popołudnia czy wieczory – wtapia się w wielką górę wydawnictw sygnowanych nazwiskiem JB. Jest to jednak, mimo wszystko, wierzchołek tej góry, wszak w ostatnich trzech latach Dżej Bi nagrał dopiero trzeci album z Bi Ejcz. A to nie jest jeszcze nieznośnie przytłaczająca dawka.

(Beth Hart & Joe Bonamassa, Live In Amsterdam, 2014)

[W NaTemat: 15 lipca 2014]

Niemieckie przełamanie

Piłko, kochanko ty moja, już jutro mnie opuścisz. A jeśli wrócisz, to najwcześniej za dwa lata podczas Euro…

[more]

Pierwszy raz w historii futbolu jest tak, iż finały MŚ rozgrywane są dwukrotnie z rzędu poza Starym Kontynentem. Po imprezach z dawnych już czasów – w Szwajcarii w 1954 i Szwecji w 1958 – aż do 2010 roku trwał 

przekładaniec.

Tę niepisaną umowę naruszyła dopiero decyzja o przyznaniu organizacji tegorocznej imprezy Brazylii. Powrót do Ameryki Południowej dokonał się zresztą po rekordowo długiej przerwie: trzydzieści sześć lat mija od finałów w Argentynie.

W 1958 roku, jedyny raz w historii, reprezentacja kraju południowowamerykańskiego zwyciężyła w Europie, była to Brazylia. Kraje europejskie sięgały po tytuł tylko w Europie – aż do poprzednich mistrzostw w RPA, gdzie triumfowali Hiszpanie. Teraz czas na kolejne przełamanie: 

pierwsze zwycięstwo Europy w Ameryce Południowej.

Argentyna ma na koncie cztery finały i dwa triumfy. Na jutrzejszy finał czekała aż dwadzieścia cztery lata. Niemcy to rekordziści, jeśli chodzi o ilość awansów do decydującej rozgrywki – uczynili to już po raz ósmy. Obie reprezentacje stoczą ze sobą trzeci bój o najwyższe trofeum, dotąd jest remis.

I rozum podpowiada mi, że wygrają Niemcy.  Zdobędą swój czwarty tytuł w historii, a pierwszy po zjednoczeniu kraju. Tym samym zrównają się pod względem triumfów z Włochami. W przeciwnym razie – Argentyna dogoni naszych zachodnich sąsiadów.

To nie będzie powtórka z pierwszego półfinału. Argentyńczycy grają mało efektownie, ale – cokolwiek mówić – skutecznie. Lecz jeśli niemiecki walec potoczy się tylko trochę wolniej niż w meczu z Brazylią – nie będą mieli za wiele do powiedzenia. I jeśli na koniec tej imprezy 

ma zatriumfować piłka,

a nie kunktatorstwo, tak właśnie powinno się stać.

Natomiast dzisiaj byłby numer, gdyby Holendrzy – wszem i wobec obwieszczający, że mecz o trzecie miejsce jest bez sensu i że im nie zależy – ograli gospodarzy, którym zależy bardzo. Aby choć odrobinę zrehabilitować się za klęskę w półfinale. Aby przynajmniej otrzeć te największe łzy. Brazylia chce, ale czy potrafi? Moje futbolowe serce jest z Holandią, ale wyobraźnia podpowiada złe obrazy: do czego mogą być zdolni rozgoryczeni i rozwścieczeni kolejną porażką kibice canarinhos…

[W NaTemat: 12 lipca 2014]

Bramka jest okrągła, a piłki są dwie

Czy ktoś mówił, że w toczących się globalnych mistrzostwach w piłce kopanej stara Europa zbiera baty? Że Ameryka leje ją w każdych okolicznościach? Wielu tak mówiło, publicznie bądź w prywatnych, niekoniecznie nagrywanych rozmowach. Ja też. Wychodzi jednak na to, że kogo ogrywają, tego ogrywają, a kto gra – ten wygrywa.

[more]

Południowa piłka mogła się podobać do pewnego momentu. Chile, Kostaryka, Kolumbia na tle słabych Włochów czy Anglików wypadały okazale. Ale południowy wymiar piłkarstwa to także Hiszpania, która z kretesem przerżnęła (1-5) początek imprezy z Holandią i już się nie pozbierała. To Portugalia, która rozpoczęła równie imponująco – od 0-4 z Niemcami. Przy stanie 0-2 jej reprezentanci mieli dość, zupełnie jak nasi grajkowie chcieli już tylko zejść do szatni, wziąć prysznic i o wszystkim zapomnieć.

Tak jak wczoraj Brazylijczycy, Chyba 

najwięksi fuksiarze tej imprezy.

Po cichu liczyłem, że może wreszcie Niemcy pokażą im, ile są warci, ale – jak pewnie wszyscy, łącznie z kibicami naszych zachodnich sąsiadów – nie sądziłem, że będzie to mecz chłopaków z ósmej klasy przeciwko piątoklasistom – o głowę lub dwie niższym, drobniejszym i bez szans, jeśli tylko ci starsi ruszą do przodu. Deklasacja bez precedensu – by gospodarzy imprezy w tej fazie turnieju tak pognębić (zdarzyło się już w 1950, Brazylia – Szwecja 7-1, tyle że wtedy nie był to system pucharowy, a grupowy – i to Brazylijczycy pełnili rolę gospodarzy).

Canarinhos mają teraz co najmniej parę problemów: sportowy – ekipa trenerska Scolari – Carlos Alberto musi odejść, najpewniej muszą odejść niektórzy piłkarze, trzeba tę reprezentację przewietrzyć i od nowa postawić na nogi. Trochę już żyję, imprez mistrzowskich parę widziałem – ale od 1974 roku tak słabej Brazylii jeszcze nigdy. Odebrali bolesną lekcję, oby tylko niezadowolenie ludzi nie przeniosło się na ulice. Bo wiadomo, że dwie tak wielkie imprezy – futbolowe MŚ i olimpiada – organizowane w tak biednym i targanym niepokojami społecznymi kraju to bomba, która w każdej chwili może wybuchnąć. Tamtejsze władze pewnie odetchną z ulgą, jeśli skończy się tylko na łzach i pojedynczych ekscesach. Strach pomyśleć, co może się stać, jeśli przegrają mecz o trzecie miejsce, a jest to całkiem możliwe.

Ameryka leje Europę?

Czyżby? Chile już nie ma, Meksyku też, Kolumbia i – zwłaszcza – Kostaryka w ćwierćfinale sięgnęły kresu swych możliwości. Została już tylko Argentyna, która – po europejsku – nie zachwyca, ale robi wynik. Bo piłka, jak wiadomo, nie jest grą na optyczne przewagi, o czym przekonali się Holendrzy, pocąc się z Kostarykanami.

Najsolidniej prezentujący się Niemcy zażywają dziś gabinetów odnowy i czekają na rozstrzygnięcie drugiego półfinału. Najpiękniej by się stało, najmniej – jak mniemam – przewidywalnie, gdyby oranje zagrali w najbliższych dwóch meczach tak, jak Roben w ostatniej dogrywce, czyli 

z turbodoładowaniem.

Gdyby wygrali dziś z Argentyną, a w niedzielę pomścili finałowe porażki z 1978 roku z Argentyną właśnie, a przed czterema laty z Hiszpanią. I, przede wszystkim, tę z 1974 roku z RFN. Niemożliwe? Niby dlaczego?

Ale najpóźniej za dwadzieścia lat mistrzami świata i tak będą Amerykanie. Tyle że ci z północy: USA. Efekty działań, które podjęli w drugiej połowie lat 70., widać coraz wyraźniej. Bo mają wszystko: potencjał ludzki, pieniądze, by budować stadiony, zatrudniać świetnych szkoleniowców i bardzo dobrze płacić piłkarzom. Oraz tę cechę (niech będzie, że narodową), która tak często czyni z nich zwycięzców.

P.S. The Day After

I po drugim półfinale. Kto gra, ten wygrywa. Jeśli przez cztery godziny biegania po murawie ani razu nie trafia się do bramki przeciwnika, trudno o pełny sukces – czyli występ (Holendrów, bo o nich mowa) w finale.

I co teraz? Ano nic. Jak zwykle: Polska gola. Taka jest – właśnie – czyja wola? Boska już od dawna nie.

[W NaTemat: 9 lipca 2014]

W lazarecie pod wezwaniem JW III

lazaretto

Jack White wreszcie trochę zwolnił. Całe dwa lata kazał czekać na swój nowy album. Czy warto było?

[more]

Tak bardzo chciałbym, by mnie wreszcie zachwycił, oczarował. Bym z pełnym przekonaniem mógł powiedzieć, że nagrał materiał znakomity, porywający. Tymczasem znów czegoś mi brak. Niewiele, kropki nad „i”, tego czegoś, co sprawiłoby, bym poczuł się w pełni usatysfakcjonowany, dopieszczony.
Krążek jest 

kontynuacją Blunderbuss,

pierwszej jego solowej płyty z 2012 roku. Żadnych zaskoczeń – eksplorowanie klimatów panujących w rocku przed czterema, a nawet pięcioma dekadami nadal jest myślą przewodnią twórczości JW III, rejestrowanie materiału na starym, analogowym sprzęcie – również.

Lazaretto – lazaret, wojskowy szpital. Działający w polowych, trudnych warunkach. Linia muzycznego frontu przebiega gdzieś niedaleko, raz po raz słychać odgłosy wybuchów, starć – wpływy bardzo wielu wykonawców, zwłaszcza tych z lat 60. poprzedniego stulecia, mieszają się bezustannie, raz jedni, raz inni biorą górę. W lazarecie nie ma miejsca ani czasu na długi proces leczenia. Tu chodzi o życie – trzeba działać szybko, natychmiast – opatrywać najgorsze rany, łatać rozprutą skórę, wnętrzności, sklejać potrzaskane kończyny. Szyć niekoniecznie po mistrzowsku, warunki przecież dalekie od sterylnych, od klinicznej czystości, za to sprawnie i szybko. I zaraz pochylać się nad następnym pacjentem, następną pieśnią. 

Ta formuła chyba już pozostanie z White’em na zawsze: 

daleko od mozolnej pracy w studiu,

ciągłego siedzenia i poprawiania, wycinania i wklejania kolejnych implantów. Rokendrol w swej pierwotnej postaci: prostota lat 50. i 60., wręcz punkowy brud – tak ma być i koniec.

Zaczyna się porywająco – od numeru Three Women, natychmiast kojarzącego się z najlepszymi dokonaniami Atomic Rooster: charakterystyczne współbrzmienia organów Hammonda i gitary, przenikanie się organów i fortepianu – Vincent Crane uśmiecha się szeroko gdzieś z zaświatów: świetne otwarcie niespełna czterdziestominutowego albumu.


Po mniej oczywistym, a bardzo dobrym Would You Fight For My Love? mamy zeppelinowskie riffy toczące bój z pianem w duchu Keitha Emersona (High Ball Stepper).

Singlowy Just One Drink zaczyna się w stylu The Who, by zaraz rozlać się pomiędzy kamieniami szlachetnymi firmy The Glimmer Twins. Kolejne dwie pozycje na płycie znów dowodzą fascynacji rockmana tym, co ludowe i mejd in juesej. A po nich JW serwuje The Black Bat Licorice oraz I Think I Found The Culprit, ten drugi przywołujący ducha wspaniałych średniotempowych długasów Rolling Stones. I wreszcie – relatywne – wyciszenie i spowolnienie w Want And Able na koniec.

Moje ucho skupione wyłącznie na dźwiękach stoi w 

progu muzycznego szczęścia.

Słychać wyraźnie, że mamy do czynienia ze znakomitym materiałem, rewelacyjnymi piosenkami. Tyle że znów – tak jak na Blunderbuss – całość przypomina bardziej szkicownik niż efekt finalny. I tak bardzo mi żal, i bardzo mi to przeszkadza. Bo jestem przekonany, że niejedna z tych piosenek zostanie wzięta kiedyś na warsztat przez innych wykonawców, także – być może – mistrzów White’a. I oni uczynią z nich prawdziwe perły. Ale – powtórzę po dwóch latach – czemu, do cholery, nie sam White, jeśli ma wszystko, co do tego potrzebne?

[W NaTemat: 4 lipca 2014]

Kogut z atomowym napędem

atomic_rooster

Słuchając nowej płyty jednej z gwiazd Open’era 2014, Jacka White’a, przy utworze otwierającym całość, „Three Women”, mam nieodparte skojarzenia z dokonaniami zespołu z przełomu lat 60. i 70., którego znakiem rozpoznawczym było charakterystyczne współbrzmienie organów Hammonda oraz gitary. Chodzi o Atomic Rooster.

[more]

Ocalenie tego 

stylistycznego wyróżnika 

jest tym istotniejsze i cenne, że skład zespołu zmieniał się bezustannie, a dotyczyło to w równym stopniu instrumentalistów, jak i wokalistów. Założyli go w połowie 1969 roku dwaj współpracownicy Crazy World of Arthur Brown, organista i pianista Vincent Crane oraz perkusista Carl Palmer. Pierwszy skład uzupełnili gitarzysta i wokalista Nick Graham i, niedługo potem, gitarzysta John Cann. 

Kwartet nagrał debiutancki album – Atomic Roooster – który ukazał się w lutym 1970 roku. W grupie nie było już wtedy Grahama, Palmer w czerwcu odszedł do Emerson, Lake & Palmer. Na jego miejsce pojawił się Paul Hammond. Z kolejnych zmian odnotuję jeszcze tylko krótką obecność Petera Frencha (z Leaf Hound), który zaraz potem zasilił Cactusa, oraz Chrisa Farlowe’a – w obu przypadkach wokalistów.

Kapela nawiązywała do najlepszych wzorców grania z okolic 

bluesa i rocka

spod znaku The Cream, nasączając swe utwory sporą dawką – jakże by inaczej w tamtym okresie – psychodelii. Tworzyła też, oczywiście jako jedna z wielu, podstawy hard rocka. I właściwie nigdy nie cieszyła się szczególnie wielkimi względami krytyki ani publiczności. Największy sukces odniósł drugi krążek – Death Walks Behind You (1970) – dochodząc do dwunastego miejsca brytyjskiego zestawienia. Trudno też mówić o przebojach, choć sporą popularnością cieszyły się Tomorrow Night i Devil’s Answer.

W połowie lat 70. Polskie Nagrania wydały 

składankę nagrań

grupy pochodzących z dwóch pierwszych albumów, która gra mi w tle, gdy piszę te słowa. Dziś to zespół zapomniany, zwłaszcza nad Wisłą, a niesłusznie. Brzmią te utwory bardzo dobrze, spore umiejętności muzyków pozwalały na naprawdę wiele, raz po raz jesteśmy blisko wirtuozowskich popisów. Wytłumaczenie na „zaledwie” miejsce w szeregu dla AR próbuję znaleźć w tym, iż świetnie grających formacji w tamtym czasie było całe mnóstwo i przebicie się do ekstraklasy było niezmiernie trudne i wymagało niemałego szczęścia.

A tego ostatniego wyraźnie brakowało. Wypominano zespołowi nazbyt 

mroczne klimaty,

epatowanie demonicznością. To była „robota” Crane’a, całe życie borykającego się z depresjami (właśnie jego problemy ze zdrowiem spowodowały przerwanie trasy Crazy World of Arthur Brown po USA w 1969 roku).

Atomic Rooster rozpadł się w 1974 roku, sześć lat później wznowił na kolejne trzy działalność, ale bez powodzenia. Ciekawostką jest fakt, iż wtedy, około 1983 roku, trochę grał z nimi David Gilmour.

Tytuł drugiej płyty – Śmierć kroczy za tobą – nabrał szczególnego znaczenia w 1989 roku, gdy czterdziestopięcioletni wówczas Vincent Crane nie wytrzymał i popełnił samobójstwo. Trzy lata później, w efekcie narkotykowego nałogu, to samo uczynił Paul Hammond. W 2011 roku na atak serca zmarł John Cann.

Dorobek, który zespół pozostawił po sobie, to znaczący ślad w historii mocnego grania. Zwłaszcza gdy mowa o trzech pierwszych albumach.

[W NaTemat: 25 czerwca 2014]

„O krok od sławy”- film o mistrzach drugiego planu

o_krok_od_sawy

„Twenty Feet From Stardom”. Dwadzieścia stóp – tyle mniej więcej dzieli na scenie statyw frontmana od statywu chórku. Niewiele, a jednak bardzo dużo. Dla tych, którzy pragną pokonać tę odległość, a życie realizacji tego celu nie ułatwia. „O krok od sławy” – to nagrodzony Oscarem dokument Morgana Neville’a opowiadający historię kilkorga znakomitych chórzystów.

[more]

Nie każdy może – i pragnie – zostać

liderem. 

W życiu, w każdej jego dziedzinie. Mamy zwykle szarą masę, peleton z jego czołówką, środkiem i maruderami jadącymi tuż przed autokarem z napisem „Koniec wyścigu”. Tych, którzy wciąż szarpią do przodu, którzy chcą być w szpicy, urwać się stawce – jest niewielu. Z tej grupy część próbuje, ale im nie wychodzi. Czegoś brakuje – talentu, pracowitości? Może tylko i aż splotu kilku sprzyjających i zupełnie niemerytorycznych okoliczności. Uśmiechu losu, szczęścia. Tak jest na każdym polu działalności, ale szczególnie frustrujące okazuje się to tam, gdzie przekroczona zostaje granica między rzemiosłem a sztuką, między byciem wyrobnikiem a artystą. Czego trzeba, by nie zakopać otrzymanego od Boga lub natury talentu? Co musi się stać, by swoje umiejętności objawić światu, by głosem, śpiewaniem realizować się i dawać radość innym? Aby nakarmić wielkie nieraz ego?

Początki chórków

w pop music są niewinne i zwykle mdłe jak serek homogenizowany. Biały wokalista i trzy białe panie o urodzie i, co gorsza, głosach pensjonarek. Gdy jednak wybucha rokendrol, rusza fala soulu, gdy branża – znacznie wcześniej niż inne sfery rzeczywistości – dopuszcza do głosu czarnych, okazuje się, że wszystko to może nabrać zupełnie innego wymiaru. Protestanckie kościoły i gospel stają się wylęgarnią mnóstwa fantastycznych głosów. Te powoli, zrazu jako backing vocals czarnych wykonawców, zaczynają być wchłaniane przez rynek muzyczny. W filmie mamy wskazane przykłady zespołów Raya Charlesa oraz Ike’a i Tiny Turnerów.

Boom lat 60. na Wyspach Brytyjskich, zorientowanie młodych wykonawców na muzykę czarnych także otworzył spore możliwości w tej części szołbiznesu. Po chórki tworzone z czarnych dziewczyn chętnie sięgali m.in. Joe Cocker czy Rolling Stones. Z tymi drugimi oraz Mary Clayton związana jest chyba najciekawsza anegdota całego filmu. Otóż dama ta została wyrwana w środku nocy ze snu i ściągnięta do studia nagraniowego, by zaśpiewać partię w Gimmie Shelter, otwierającym genialny album TRS Let It Bleed z 1969 roku.

Frontmani, słynni artyści bardzo chętnie i 

z wielkim szacunkiem

opowiadają w filmie o swoich chórzystach: Bruce Springsteen, Sting, Mick Jagger. Może ludziom spełnionym łatwiej jest chwalić innych? A ci inni, choć czasem bardzo pragnęli przebić się na pierwszy plan, zostać solistami, nie dali rady. Film nie stara się definiować przyczyn tych niepowodzeń. Zwykle nie nazywa wprost – np. tego, że wielu spośród nich zdanych było po prostu na odtwórstwo, czekanie na to, co napiszą dla nich inni. Mówi jednak wyraźnie, że wśród powodów, dla których obdarzeni fenomenalnym głosem ludzie nie zrobili kariery, dominują zwykle względy pozamuzyczne. Splot niesprzyjających przypadków. Część z nich nie wytrzymała ciśnienia, odeszła z branży, część – niespełniona – wciąż po cichu liczy na swoje pięć minut. Wykonawcy starsi wiekiem, świadomi, iż większość życia mają już poza sobą, są pogodniejsi. Młodsi wciąż jeszcze bardzo liczą na to, że karta się odwróci. 
Tak jak Judith Hill, chórzystka Michaela Jacksona, która z goryczą mówi, że

być może jesteśmy w miejscu, w którym powinniśmy być,

ale wewnętrzny głos ciągle jej podpowiada, że stać ją na więcej, ego domaga się nie okruchów ze stołu, a całego kawałka tortu. Spośród bohaterów filmu udało się tylko Darlene Love. Przed laty, sfrustrowana, rzuciła śpiewanie i zajęła się sprzątaniem domów, ale długo nie wytrzymała. Wróciła, by wreszcie odnieść sukces i trafić do Rock and Roll Hall of Fame. 

Pogodzona z losem wydaje się też Lisa Fischer, od 1989 roku stała chórzystka Stonesów. Ale nietrudno dopatrzeć się goryczy w wyznaniu, że inni rzucili to w diabły, pozakładali rodziny, mają dzieci, tymczasem ona wybrała muzykę i – samotność. I mimo wielkiego uznania branży, pozostała mistrzynią drugiego planu. Współpracującą z największymi, ale z pozycji chórzystki. Czy życiowy rachunek się zgadza?
Kluczowe okazuje się zdanie, iż

jedni zrobią wszystko dla sławy, inni chcą po prostu śpiewać.

Muzyka jest narkotykiem, który wciąga, niekoniecznie odpłacając za poświęcenie dla niej absolutnie wszystkiego. Swoiste motto filmu stanowi piosenka Lou Reeda Walk On The Wild Side, a zwłaszcza jej fragment „And the coloured girls say doo doo doo doo…”.

Pojawia się też smutna refleksja, że od lat 90. muzyczna produkcja poszła w tę stronę, iż piosenki obywają się bez backing vocals. Bez tej smakowitej przyprawy całości. Bez zapamiętania, z jakim każdy oddany sprawie chórzysta pozostawia solistę samemu sobie, a robi wszystko, by śpiewać idealnie równo ze swoimi kolegami czy koleżankami.

Można dyskutować, czy „O krok od sławy” to film na miarę aż Oscara, ale miłośnicy muzyki pop drugiej połowy XX wieku znajdą w nim wiele smakowitych kąsków. Bo wspaniałe piosenki są tego obrazu najmocniejszą stroną. To tyleż oczywiste, co magiczne. Dla każdego, kto bez ciągłego ich konsumowania nie wyobraża sobie życia.

{W NaTemat: 22 czerwca 2014]

Największy rockman z Kanady

neil_young_freedom

Od 1966 roku mieszka w Stanach, współpracuje i nagrywa z muzykami amerykańskimi, ale nigdy nie zrezygnował z kanadyjskiego paszportu: Neil Young.

[more]

Urodzony w 1945 roku w Toronto kompozytor, autor tekstów, wokalista i gitarzysta – samouk ma tak bogatą biografię, wciąż – mimo upływu lat – jest tak aktywny, że próbować ogarnąć jego dzieło jest ekwilibrystycznym zajęciem. W tym miejscu skupię się więc na jednym małym, za to bardzo smakowitym szczególe.

W 1989 roku Young rozstał się z wytwórnią Geffen i powrócił do (macierzystej w jego przypadku) Reprise. Powrócił albumem, nomen omen, Freedom, na który złożyły się m.in. utwory wydane wcześniej tylko w Japonii i Australii na EPce Eldorado czy odrzuty z innych sesji nagraniowych, a także klasyk On Broadway. Życzyć by należało wszystkim wykonawcom, by dane im było dysponować takimi pozostałościami – płyta jest po prostu bardzo dobra.

Album spina rewelacyjny kawałek zaprezentowany w dwóch wersjach, akustycznej i elektrycznej – Rockin’ In The Free World. Wersja otwierająca nawiązuje do nurtu balladowego, a nawet – jak się trochę uprzeć – folkowego w twórczości artysty (dominują w niej dylanowskie gitara akustyczna i harmonijka ustna), zaś kończąca pokazuje Younga jako bezkompromisowego rokendrolowca, który potrafi solidnie dosypać do pieca.

Nic dziwnego, że zupełnie inne pokolenie – grunge – dojrzalo w nim jednego ze swych największych mistrzów. Szczególną atencją obdarzyli go panowie z Pearl Jam, czego dowodem jest także włączenie na stałe rzeczonego utworu do swego repertuaru. Youngowi i PJ zresztą od lat jest po drodze – i on, i oni zaangażowani są w sprawy społeczne, a wzajemny szacunek dla swych dokonań zaowocował przyjaźnią i wieloma wspólnymi występami.

Ostatni z dołączonych filmów pochodzi z koncertu w Toronto, a więc dla Younga domowego, Muzyk ma wtedy, nie wypominając, sześćdziesiąt sześć lat. Kondycji można tylko pozazdrościć. Co cię nie zabije, to cię wzmocni. Rokendrol jednym zabrał życie, innych wyśmienicie zakonserwował.

{W NaTemat: 19 czerwca 2014]

Mohery w awangardzie

the_jam_this

Jeszcze nikt nie śnił o punk rocku, new wave czy mod revival, był rok 1972. Czternastoletni Paul Weller zakłada The Jam – kapelę ciupiącą z upodobaniem kawałki Chucka Berry’ego albo Little Richarda. Rok później w składzie byli już Rick Buckler (dr) i Bruce Foxton (voc, bg).

[more]

W końcu kwietnia 1977 roku wychodzi pierwszy singiel grupy – [i]In The City[/i], który niemal natychmiast trafia na listy przebojów. Trio przygotowuje dużą płytę pod tym samym tytułem. The Jam są w podobnym miejscu, co The Clash czy Sex Pistols. Wyróżnia ich to, że nawiązują do 

subkultury modsów 

z lat 60., obficie czerpią z dorobku The Who i The Kinks. Wystylizowani, starannie obcięci i ubrani m.in. w moherowe marynarki nie pasują do obdartych punków. Grają przebojowe i melodyjne piosenki, więc nic dziwnego, że zarówno single, jak i całe albumy trafiają na czołowe miejsca wszelkich zestawień. Nie przeszkadzają w tym niepokorne teksty.

Do rozpadu zespołu w 1982 roku wydają sześć studyjnych i jeden koncertowy krążek. Weller zakłada później Style Council – zespół, z którym odwiedza nawet Polskę.

*

Jeśli w 2014 roku wrzucam do szufladki This Is The Modern World (1977), drugą pozycję w dyskografii grupy, której dorobku wcześniej nie dane mi było systematycznie konsumować, ucho wystawione jest na niemal dziewicze doznania, zaś nagrania na bezlitosną z perspektywy czasu ocenę. Tymczasem ta muzyka broni się znakomicie, brzmi świeżo i porywa chyba nie mniej, niż w chwili pojawienia się na rynku. I sprawia, że w wolnej chwili grzebię w YT.

Ileż tych 

fal powrotnych 

w rocku było. Już w zasadzie o pionierach rocka i rhytm and bluesa w Wielkiej Brytanii można powiedzieć, że całymi garściami czerpali zarówno z rokendrola lat 50., jak i w ogóle z czarnej muzyki. Koniec lat 70. i punkowa rebelia to jednak już zupełnie inny kontekst: ewidentne cofnięcie się w czasie, powrót do nieskomplikowanych utworów opracowanych najczęściej na gitarę (dwie gitary), bas i perkusję. Bez The Jam czy The Clash trudno sobie wyobrazić początki U2, dorobek The Smiths i Pixies. 

Z perspektywy widać więcej. I nieraz dokonujemy obserwacji zaskakujących przynajmniej dla samych siebie. W odmętach czasu ginie zdecydowana większość wytworów ludzkiego umysłu, a więc i muzyki. Na powierzchni utrzymują się za to wykonawcy i płyty, których byśmy o to nie podejrzewali. I są to niejednokrotnie bardzo 

przyjemne zaskoczenia.

Tak jak w przypadku The Jam. Rokendrol już od wielu lat dopuszcza mieszanie prawie wszystkiego z prawie wszystkim. Nowa jakość tworzy się częstokroć ze starych patentów. Utwory Wellera i jego kumpli mogłyby powstać teraz, dziś – i nikt by się temu nie dziwił. Są krótkie, zwykle niespełna trzyminutowe. Proste do bólu. Znakomite.

[W NaTemat: 11 czerwca 2014]

Niekoncertowy Stadion Narodowy

orange_warsaw

Po sobotnim koncercie AC/DC rozpętała się akustyczna burza z piorunami. Powiem z pożal się, Boże, satysfakcją, że wreszcie. Niech pewni ludzie przestaną udawać, że na warszawskim Stadionie Narodowym można tak samo organizować koncerty, jak na przykład na Wembley. Burza ma jednak to do siebie, że przechodzi, a za jakiś czas, jak gdyby nigdy nic, dowiemy się o nowym koncercie planowanym w tym miejscu. Jednak tych, którzy – podobnie jak ja – stwierdzili, że więcej tam się nie wybiorą, przybywa.

[more]

* * *

Wrażenie, jakby kapele rockowe zainstalowano w pustej, wielkiej i starej hali poprzemysłowej, miałem wczoraj przez cały czas. Na Stadionie Narodowym byłem drugi raz i nie mam pojęcia, co musiałoby się stać, bym znalazł się tam raz jeszcze. Dziś mogę powiedzieć, że zaliczyłem występy trzech kolejnych zespołów. Nawet to, że zobaczyłem. Ale powiedzieć, że usłyszałem – nie, to już przez gardło ani klawiaturę mi nie przejdzie.

*

Do krótkiej, acz już obfitującej w niepowodzenia piłkarskie historii Stadionu Narodowego uzupełnionej finansową aferą z koncertem Madonny dopisać należy jeszcze jedną klęskę. Z tą zasadniczą różnicą, że kopacze – w co dziś trudno komukolwiek uwierzyć – mogą w przyszłości zbliżyć się poziomem gry do futbolowych przeciętniaków i bez lęku przystępować do spotkań ze starannie wyselekcjonowanymi graczami Azerbejdżanu albo Luksemburga, natomiast konstrukcji, kształtu oraz użytych materiałów rzeczonego obiektu nikt już nie zmieni (pisał o tym niedawno Marcin Piątek na łamach „Polityki”).

Cóż, wypada 

powinszować wizjonerstwa

inwestorom, projektantom i wykonawcom tego przybytku. Pierwszym nieustannie przyświecającej idei, czemu ten obiekt w przyszłości ma służyć, by nie stać się tylko kolejnym pomnikiem narodowego zrywu i niekompetencji, drugim i trzecim tempa, w jakim lano tysiące ton betonu – zgodnie z projektem i zapisanymi w umowach terminami.

Rok temu byłem na koncercie Paula McCartneya. Nie wyobrażałem sobie, by nie być na pierwszym w Polsce występie Beatlesa, który w dodatku zewsząd zbierał w ostatnich latach pochwały za wysoką formę artystyczną. Gdyby nie ogrom emocji związanych z tym, jakie miejsce zajmuje w moim życiu muzyka rockowa, a w niej z kolei jak wyjątkowa jest pozycja The Beatles, pewnie nic nie potrafiłoby odmienić moich pierwszych akustycznych wrażeń z Narodowego. Wtedy zwyciężyła miłość do muzyki, do piosenek genialnej czwórki, poczucie, że biorę udział w najpiękniejszej z możliwych podróży sentymentalnej.

Gdy organizatorzy tegorocznej edycji 

Orange Warsaw Festivalu

zapowiedzieli przyjazd Queen of The Stone Age, także nie wahałem się ani chwili, mimo bagażu wątpliwości wyniesionych z Alei Księcia Poniatowskiego przed rokiem. Gdy dowiedziałem się, że w pakiecie dostanę jeszcze Pixies i Kings of Leon, mogłem się tylko cieszyć. Jak to zwykle jednak bywa, wątpliwości rosną, im mniej czasu pozostaje do rozpoczęcia imprezy. 

Jadąc wczoraj na koncert razem z siedmioma znacznie młodszymi od siebie ludźmi, przypadkowymi towarzyszami podróży, zastanawiałem się, co też tym razem spotka mnie w stolicy. Zaskoczenia często spadają na człowieka z najmniej oczekiwanej strony. Weszliśmy na stadion, gdy walczyła już fińska formacja French Films. Grała dla garstki ludzi pod sceną oraz nielicznej publiki rozrzuconej po sektorach. Widok mnie przeraził, bo takich pustek się nie spodziewałem, a pomny wrażeń sprzed dwunastu miesięcy, czułem, co się święci. Finowie grali, a dźwięk odbijał się od wszystkiego, co było w pobliżu, a więc przede wszystkim od wyzierającego zewsząd szarego betonu. Masakra.

Skończyli, następni mieli wyjść

Pixies.

Przemontowanie sceny przebiegało zawodowo, sprawnie. Stan widowni ledwie drgnął. Już wiedziałem, że klęska jest nieunikniona, że z tym nie poradzi sobie nikt, nawet ten, kto zdobył mistrzostwo świata w nagłaśnianiu koncertów.

Wymarzony na pierwszy występ w Polsce zestaw greatest hits wsparty paroma numerami z dopiero co wydanego albumu powinien wielu z nas – słuchaczy powalić, znokautować. Na scenie wszystko było w najlepszym porządku: ochota do gry, poziom artystyczny. Numery, które wpłynęły na wyobraźnię milionów odbiorców na całym świecie i na wielu tych, co sami postanowili uprawiać muzyczną grzędę. A i osobistą, neoficką, też, bo przez dwa ostatnie miesiące ich nagrania wciąż rozbrzmiewały w moim samochodzie. Tyle że po drugiej stronie przyszło raczej wszystkiego się domyślać, niż doświadczyć, nie mówiąc już o delektowaniu się, a po to przecież jedzie się taki szmat drogi. Wszystko dudniło, świszczało, miast dawać autentyczną, dziecięcą radość. Jako pięćdziesięciodwuletni człowiek byłem zdegustowany, jako fan – zrozpaczony.

Queens of The Stone Age

z Joshem Homme’em na czele byli tymi, na których czekałem szczególnie. Żałowałem już rok temu, gdy wystąpili na Open’erze, więc nie było mowy o odpuszczeniu ich warszawskiego występu. Widzów trochę przybyło, ale nie na tyle, by wyraźnie miały się zmienić warunki odsłuchu. Na otarcie łez pozostało to, że QOTSA grają ciężej niż Pixies, używają więcej niskich tonów, więc brzmieli odrobinę lepiej. 

Kapela stała się po ostatnim albumie moim zdecydowanym faworytem wśród łojących zespołów. Ten występ, choć stanowczo za krótki, siedemdziesięciominutowy, w pełni potwierdził jej klasę. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że jeszcze kiedyś dane mi będzie usłyszeć ich w pełnym wymiarze i w normalnych warunkach.

Najgęściej pod sceną zrobiło się podczas ostatniego punktu programu, a tym był set 

Kings of Leon.

Najgęściej i najpiskliwiej, a to za sprawą licznych fanek zespołu. Kwartet jednak wystawił je na niełatwą próbę, gdyż zagrał o wiele mocniej, niż brzmią jego nagrania studyjne. Zadanie kwartet miał jednak piekielnie trudne. Wystąpić po Pixies i QOTSA i dotrzymać kroku – ba! To nie mogło się udać i się nie udało, mimo melodyjności przywodzącej na myśl U2 od czasów The Joshua Tree. Sto minut z bisem (oczywiście Sex On Fire na finał) i… Publiczność bez zbędnego ociągania się ruszyła do wyjścia.

Festiwal dopiero się rozpoczął, podsumowywać go będą ci, co zobaczą (prawie) wszystko. Ci natomiast, z którymi wczoraj zamieniłem parę zdań, widzowie tacy jak ja, byli podobnego zdania: Stadion Narodowy jako miejsce koncertowe jest 

nieporozumieniem.

Ale jasne, że obiekt stoi i ludzie, którzy o tym decydują teraz i będą decydować w przyszłości, zorganizują na nim kolejne muzyczne imprezy. Warto jednak, by pamiętali przy tym, że złe wieści rozchodzą się bardzo szybko. Nie wnikam, w czym tkwi przyczyna słabej frekwencji wczoraj, ale sądzę, że coraz bardziej pustych trybun należy się po prostu spodziewać. Można oczywiście udawać, że zapraszając kogoś do (z całym szacunkiem) Fiata Punto, sadzamy go na kanapie w BMW serii 5, albo że w naszym ogródku dobrze słychać muzykę, którą puszcza w swoim mieszkaniu sąsiad, ale chyba coraz mniej ludzi będzie się na to dawało nabrać.

Wrażenie, jakby kapele rockowe zainstalowano w pustej, wielkiej i starej hali poprzemysłowej, miałem wczoraj przez cały czas: radości niewiele, za to odczułem wielką ulgę, gdy koncert dobiegł końca. Więcej w takim święcie muzyki udziału brać nie mam zamiaru. Na Narodowym byłem drugi raz i nie mam pojęcia, co musiałoby się stać, bym znalazł się tam raz jeszcze. Dziś mogę powiedzieć, że zaliczyłem występy trzech kolejnych zespołów. Nawet to, że zobaczyłem. Ale powiedzieć, że usłyszałem – nie, to już przez gardło ani klawiaturę mi nie przejdzie.

Pomarańczowa fiesta

miała miejsce wczoraj, ale za oceanem, w Brazylii, gdzie moi ulubieni od czasów Ajaksu z początku lat 70. i reprezentacji z 1974 oranje dokopali 5-1 Hiszpanom (co jeszcze nic nie znaczy, ale jest bardzo przyjemne).

Witold Gombrowicz zadał w swoich Dziennikach pytanie: co zrobią Polacy, gdy już wszystkie inne narody napiszą dysertację o słoniu? I szybko odpowiedział, że przygotują rozprawę pt. „Słoń a sprawa polska”. Ponieważ nasze narodowe ego, tak jak każde inne, domaga się wzmocnień pozytywnych, dowartościowania, jedyną receptą na 

spektakularny sukces

na Stadionie Narodowym może okazać się karkołomny chyba nie tylko pozornie pomysł zorganizowania konkursu skoków narciarskich w ramach Pucharu Świata. Wyobrażacie to sobie – w obecności prezydentów RP i miasta stołecznego, premiera, marszałków sejmu i senatu grają Mazurka Dąbrowskiego, a na podium stają Stoch, Kot i Żyła? Tylko niech odpowiedni ludzie poprzeliczają zawczasu wszystkie działające siły fizyczne i naprężenia. Bo zawalenie się wczoraj Warsaw Stage (drugiej, mniejszej sceny) sprawiło, że nie wystąpiło trzech wykonawców, ale jak zapadnie się bula, to co Tajner powie Hoferowi?

[W NaTemat: 14 czerwca 2014]

Jeżeli możesz, zapamiętaj

bd_uspavanka

Pisząc o Bijelo Dugme, a więc i, oczywiście, o Goranie Bregoviciu, zostawiłem sobie coś na deser. Jeśli bowiem sięgam od czasu do czasu do wersji oryginalnych i coverów tych czy innych utworów, to ten pan – z racji skali zjawiska, liczby kolejnych powrotów do swoich kiedyś już nagranych i wydanych na płytach piosenek – mógłby być bohaterem nie tylko krótkiego tekstu, ale całej dysertacji.

[more]

Ako možeš zaboravi (Jeśli potrafisz, zapomnij) to znakomity, wielkiej urody kawałek pochodzący z albumu Uspavanka za Radmilu M. (1983). To była już końcówka współpracy lidera z pierwszym i, co tu dużo mówić, najlepszym wokalistą zespołu, Željko Bebekiem.

Dziesięć lat później ukazał się soundtrack do Arizona Dream, filmu Emira Kusturicy. Trzy utwory zaśpiewal tam sam Iggy Pop. Długo wahał się, czy przyjąć propozycję współpracy od kogoś nieznanego w zachodniej branży. Zdarzyło się, że trafił, bodaj w Nowym Jorku, do knajpy prowadzonej przez emigranta z Bałkanów. Popijając coś mocniejszego, zwierzył mu się ze swoich wątpliwości.

– Bregović?! Nie zastanawiaj się, w Jugosławii to był bóg! – usłyszał w odpowiedzi.

Z kronikarskiego obowiązku odnotuję też, że jedna z wersji tej piosenki pojawiła się na wspólnej płycie GB z Katarzyną Szczot.

[W NaTemat: 9 czerwca 2014]

P.S. Mija ponad rok od napisania obu tekstów o Bijelo Dugme. I stwierdzam z przykrością, że niepojęte są dla mnie wygłoszone kilka miesięcy temu słowa poparcia Gorana Bregovicia dla polityki Putina. Niezbadane, jakimi ścieżkami podążać mogą myśli syna Serbki i Chorwata. Ale to takie niemuzyczne już uwagi.