To mainstreamowe, pełnokrwiste gitarowe granie. Ilość pomysłów zawartych w każdym utworze jest doprawdy imponująca. Do woli możemy zachwycać się młodzieńczą brawurą tria i zupełnym brakiem pokory wobec dokonań mistrzów.
[more]
*
Zaprzyjaźniona sprzedawczyni w katowickim sklepie na literę M, znając już moje upodobania, podaje mi płytę i zachęca do przesłuchania. „Jeden utwór na pewno pan zna” – mówi. Zerkam na okładkę, która – gdyby nie polecenie – mogłaby mnie tylko zniechęcić.
O tym, że
w Australii potrafią grać,
wiemy od mniej więcej połowy lat 70., gdy dotarły do nas pierwsze nagrania AC/DC. Płyta, o której mowa, zdecydowanie jest vintage, nawiązuje do brzmień właśnie z tamtej dekady. Jest też zapisem minionego czasu, jeśli chodzi o historię Wolfmother. Mimo sporej popularności, wielkiego sukcesu w postaci Grammy dla utworu Woman, trio w swym oryginalnym składzie przestało istnieć po nagraniu debiutanckiej płyty, po czterech latach działalności i w rok po przyznaniu wspomnianej nagrody.
Co tu mamy? Krytycy wychwycili podobieństwa głosu Andrew Stockdale’a do Planta i Osbourne’a. Dorzuciłbym – przede wszystkim – Jacka White’a, którego patenty (mamy rok 2005) zastosowane w White Stripes były chyba bardzo bliskie liderowi WM. Do tego barwa, narzucająca się swym podobieństwem w ponad połowie numerów. Dołóżmy na koniec jeszcze… burzę włosów jak u Jimiego Hendriksa albo Marca Bolana i nie całkiem, zdaje się, biały kolor skóry – jak u Phila Lynotta.
Jest w tej muzyce wszystko co najlepsze
w tradycji hard rocka.
A więc świeżość, tak cenna, gdy mówimy o graniu wyjętym z rokendrolowego zamrażalnika. Oj, nasłuchali się młodzi ludzie starej muzy, nasłuchali. Natomiast poskładało się to w ich głowach w bardzo zgrabną całość. Natychmiast zapominamy o kiczowatej okładce, dajemy się porwać radosnemu i bezkompromisowemu wiosłowaniu do przodu. Kawałki są jednocześnie i drapieżne, i bardzo przebojowe. Swoboda, z jaką młodzi panowie poruszają się w konwencji, jest naprawdę imponująca. Mamy czasową zwartość piosenek z końca lat sześćdziesiątych oraz bardzo solidny warsztat czołowych kapel z lat 70.
To mainstreamowe, pełnokrwiste gitarowe granie. Ilość pomysłów zawartych w każdym utworze jest doprawdy imponująca. Nie dane nam się nudzić – wolta goni woltę i zachwycając się młodzieńczą brawurą tria, całkowitym brakiem pokory wobec dokonań mistrzów, możemy bez końca bawić się w rozbieranie piosenek na czynniki pierwsze, rozpoznając kolejne
ślady przeszłości.
Na przykład refreny w dwóch pierwszych kawałkach wzięte z najlepszych Sabbathów, jakąś Focusową gitarę, nieco Doorsów w drugiej części White Unicorn. Albo coś z Grand Funk, organy z Deep Purple albo Uriah Heep w Joker & The Thief (tytuł podejrzanie znajomy…). Where Eagles Have Been ma coś z Led Zeppelin i Rush (hm, Geddy’ego Lee też porównywano przed laty do Planta, a hałaśliwy, wczesny Rush uważano za naśladowców Led Zeppelin).
Od piątego numeru wyraźnie dostrzegalne jest podobieństwo do Jacka White’a – barwa, charakterystyczne, lekkie wibratto i niektóre gitarowe zagrywki. Ale cytatologia może trwać nadal: coś z ducha The Who i jednocześnie punka – w Apple Tree. W Pyramid znów Black Sabbath i riffy Eddy’ego Van Halena, w Witchcraft charakterystyczny flet kojarzący się – do wyboru – albo z Focusem, albo z Jethro Tull. Ale wszystko pędzi do przodu, nie pozwalając zbyt długo namyślać się: „skąd ja to znam?!”.
Takie to stare, a takie świeże. Świetna płyta. Do tego kupiona za jedyne 19,99 zł.
Do historii rocka przeszedł i pozostanie w niej na zawsze przede wszystkim jako kompozytor, basista, harmonijkarz, pianista oraz wykonawca lwiej części partii wokalnych w zespole Cream. Zespole, który pozostawił po sobie dorobek najwyższej próby.
[more]
*
Pięciuset
pocztówek,
o których mowa w Autobiografii Perfectu, w moim domu nie było. Było ich wielokrotnie mniej – i tym bardziej ostatniej z nich nigdy nie zapomnę: była w kolorze brudnego różu, z piosenką nr 2 zespołu Herman’s Hermits. Ale zakupiona została dlatego, że utworem otwierającym był Badge Cream.
Z tych moich lat szczenięcych, bardzo skromnej, gdy chodzi o ilość, inicjacji muzycznej dokonanej za sprawą starszych braci, z tego okresu pocztówkowego właśnie, z czasów, kiedy moja głowa ledwie wystawała ponad stół, zostały mi w głowie trzy świętości: The Beatles (obecni w utworach Lady Madonna i Hey Jude), Rolling Stones (Country Tonk opisane błędnie jako Honky Tonk Women i Let It Bleed) oraz Cream właśnie.
Gdzieś to wszystko, tę muzykę i te nazwy, odłożyłem na całe lata daleko na bok, ale też – jak się okazało – głęboko w sercu. I przebijając się już sam, począwszy od 1977 roku, przez rockowy ocean, właściwie dość szybko powróciłem do tych zespołów. By dziś, jako ten, co młodość dawno ma za sobą, stwierdzić tyleż trywialnie, co z miłością fana od dziesiątków lat – że we wszystkich tych przypadkach to po prostu muzyka największa.
*
25 października 2014, w wieku siedemdziesięciu jeden lat zmarł Jack Bruce.
Muzyk legenda,
facet przez lata pojawiający się w wielkiej ilości przeróżnych składów. Człowiek, który długo zmagał się z uzależnieniem od narkotyków oraz problemami z niewydolnością wątroby, która ostatecznie stała się bezpośrednią przyczyną śmierci.
Szkot John Symon Asher Bruce urodził się 14 maja 1943 roku. W 1960 roku zdobył stypendium Royal Scottish Academy of Music na wydziałach kompozycji oraz gry na wiolonczeli, ale szybko porzucił studia. Od 1962 roku występował jako basista z największymi – Alexisem Kornerem oraz Johnem Mayallem, a także z zespołami Grahama Bonda i Manfreda Manna.
Po rozpadzie Cream wspólpracował z wieloma, często najwybitniejszymi w historii rocka muzykami: Dickiem Heckstallem-Smithem i Jonem Hisemanem (obaj z Colosseum), w formacji Lifetime zetknął się z Johnem McLaughlinem. W 1972, wespół z byłymi członkami Mountain – grupy założonej przez producenta nagrań Cream, Feliksa Pappalardiego – Lesliem Westem i Corkym Laingiem, utworzył trio wzorowane na Cream, jednakże poziomem artystycznym mocno od tego ostatniego odbiegającym.
Później zetknął się ze znakomitym jazzowym perkusistą Billym Cobhamem, nawiązał współpracę z Soft Machine, występował jako wiolonczelista w orkiestrze Charliego Wattsa, perkusisty Rolling Stones. Z Bakerem i Garym Moore’em utworzył trio BBM. Wziął też m. in. udział w nagraniach takich wykonawców, jak Lou Reed (Berlin), Frank Zappa (Apostrophe), Bill Ward – bębniarz Black Sabbath – czy Carla Bley. Co pewien czas, choć coraz rzadziej, wydawał swoje autorskie płyty, z których ostatnia, nagrana w studiach Abbey Road, ukazała się w marcu bieżącego roku.
Nie podlega jednak dyskusji, że do historii rocka przeszedł i pozostanie w niej na zawsze jako kompozytor, basista, harmonijkarz, pianista oraz wykonawca lwiej części partii wokalnych w zespole Cream. Zespole, który pozostawił po sobie dorobek najwyższej próby.
*
Rokendrol dojrzewał błyskawicznie, w połowie lat 60. coraz więcej młodych ludzi władało instrumentami w stopniu znacznie lepszym niż poprawny. Pojawili się też
pierwsi mistrzowie.
W podobnym czasie ukonstytuowały się dwa tria: w USA The Jimi Hendrix Experience, a w Wielkiej Brytanii – Cream. Warsztat i tu, i tu był tak doskonały, że granice rokendrola w ciągu kilku, kilkunastu miesięcy przesunęły się w wymiar iście kosmiczny. Najbardziej zadziwiające jest jednak to, że po blisko półwieczu widać, iż na styku bluesa i rocka niemożliwe okazało się pójście dalej, że ustalone zostały raz na zawsze kanony takiego grania. Że na przykład fenomenalne skądinąd koncertowe wersje Dazed And Confused Led Zeppelin są swoistymi mutacjami Creamowskiego opracowania Spoonful W. Dixona.
Zespół powstał w czerwcu 1966 roku. Najstarszy z trójki, jazzowy właściwie perkusista Ginger Baker, miał wtedy niespełna dwadzieścia siedem lat, Bruce dwadzieścia trzy, zaś Eric Clapton zaledwie dwadzieścia jeden. Mimo młodego wieku za każdym z nich stał już taki dorobek, każdy z nich prezentował taki poziom wykonawczy, że Cream natychmiast ochrzczono mianem supergrupy, a stało się to pierwszy raz w historii.
Choć pierwsze deklaracje mówiły o tym, że chcą grać materiał pop i rzeczywiście takie były pierwsze nagrania – na przykład Wrapping Paper czy I Feel Free – szybko okazało się, że ich
wyobraźnia muzyczna
oraz nadążające za nią umiejętności zaprowadziły trzech muzyków w rejony, w których nikt przed nimi nie przebywał. Ewolucja była wyraźna już w nagraniach studyjnych, ale prawdziwe odloty dokonywały się w czasie koncertów, gdy każdy z instrumentalistów miał pełne pole do popisów. W partiach improwizowanych potrafili odejść bardzo daleko od bazowych, prostych bluesowych tematów, z jednej strony zbliżając się do solówek niemal jazzowych, a z drugiej atakując uszy słuchaczy ścianą potężnych, gęstych dźwięków gitar i perkusji (to także efekt korzystania z fuzz-boksa). W utworach takich jak na przykład Born Under A Bad Sign czy Politician Bruce zastosował natomiast wyrazisty riff gitary basowej – tyleż prosty, co wzorcowy: tę zasadę przejęły po Cream całe zastępy kapel hardrockowych.
Zmęczenie materiału nastąpiło bardzo szybko, bo w listopadzie 1968 roku. Panowie stwierdzili, że są wypaleni, kręcą się w kółko, że niczego nowego nie są w stanie powiedzieć. Cóż, z pewnością na ich decyzję wpłynęła ówczesna intensywność życia rockmanów, bezustanne trasy koncertowe oraz nadmiar używek.
W maju 2005 roku reaktywowany okazjonalnie zespół zagrał cztery koncerty w londyńskiej Royal Albert Hall. Tej samej, w której w 1968 roku odbył się pożegnalny występ.
*
Do historii przechodzi się na wiele sposobów. W przypadku Claptona będzie to na pewno całokształt dokonań, choć ze szczególnym naciskiem położonym na dorobek zespołów Cream, Blind Faith i Derek & The Dominos. W przypadku Jacka Bruce’a – nade wszystko Cream. Cztery kanoniczne albumy, w tym Wheels of Fire – jeden z pierwszych w historii rokendrola albumów dwupłytowych. Mało? Daj, Panie Boże, każdemu.
„Karma Market” to krążek, którym Muchy przebijają się do ścisłej już czołówki rodzimych wykonawców. Ten album powinien stać się tym, czym dla Myslovitz była i jest „Miłość w czasach popkultury”.
[more]
*
W poniedziałkowe popołudnie kupiłem nowy album U2 – i byłem przekonany, że to o nim będzie dzisiejszy wpis. Tymczasem, w ramach jesiennego wysypu płyt, następnego dnia w sprzedaży pojawił się czwarty krążek poznańskich Much. Który dystansuje wydawnictwo skądinąd ulubionych przeze mnie Irlandczyków o jakieś, z lekka licząc, dwie długości. Który jest najdojrzalszym – co niespecjalnie powinno zaskakiwać – ale i, co istotniejsze, najlepszym dokonaniem Michała Wiraszki i jego aktualnych kolegów. Krążek, którego zawartość powoduje, iż obecność Much w czołówce krajowej ekstraklasy nie podlega żadnej dyskusji. Lecz po kolei.
Zestawienie
Son gs of Innocence i Karma Market
jest tyleż przypadkowe (z racji zbieżności dat wydania), jak i najbardziej uzasadnione, a to z tego powodu, iż Muchy – z zachowaniem odpowiedniej skali – podążają podobną drogą do U2. Zaczynały mianowicie od surowego gitarowego grania, które dominowało na dwóch pierwszych płytach. Trzecia, do której przyłożył rękę Marcin Bors, nasączona została sporą porcją elektroniki, ale jednocześnie zachowała najważniejsze cechy wypracowanego wcześniej stylu grupy.
Obecność Borsa na nowej płycie specjalnie nie zaskakuje, choć w trakcie pierwszego odsłuchania płyty pojawił się we mnie cały szereg wątpliwości. Czy oto, w ślad za Heyem, Muchy nie stają się kolejną formacją zdradzającą struny gitar na rzecz elektroniki? Jednak samochodowy odtwarzacz ma to do siebie, że natychmiast po ostatnim utworze (płyta jest zwarta, trwa niecałe trzydzieści osiem minut), przechodzi znowu do pierwszego. I przy tym drugim słuchaniu zacząłem wyłapywać te pierwsze „cosie”, które szczególnie przyjemnie podziałały na mój zmysł słuchu. Zaś od trzeciego razu rozpoczęła się
prawdziwa uczta.
Początek – kawałek Odkąd – jest ostry, gwałtowny, atakuje elektroniką. Czyżby to Prodigy? Klawisze i komputery dominują też w kolejnym numerze, Tak jak dziś, tyle że jest on zdecydowanie łagodniejszy, a na plan pierwszy, co prawda na kilka tylko sekund, za to parokrotnie, przedostaje się gitara akustyczna – zapowiedź tego, co wydarzy się dalej.
W krainę stricte rockowej łagodności zabiera nas trzeci w zestawieniu Queen of The Day – trzy utwory śpiewane po angielsku to jedna z nowych jakości w twórczości Much. Utwór, przy którym wyraźnie słychać, o ileż ciekawszy jest nowy materiał poznaniaków w porównaniu z tym dublińczyków. Najprostszymi środkami osiągają to, co w rocku uwielbiam: ucieczkę od banalnych rozwiązań popowych, stworzenie frapującego, trochę niepokojącego klimatu.
Nic się nie stało to wielki ukłon w stronę Klausa Mitffocha. Linia basu i gitary wyraźnie przypominają Strzeż się tych miejsc.
Przyjdą poniedziałki
Wtorków prawie nie ma
Środy, czyli prawie czwartki
Może piątek coś pozmienia
Sto burz przeszło bokiem
Żaden zły nie zapukał do drzwi
To wciąż tylko trochę
A jednak nadal więcej niż my.
Świetny utwór.
A dalej jest jeszcze lepiej. Muchy zaczynały od inspiracji gitarowym graniem lat 80., spod znaku m.in. The Smiths. Biały walc to, przynajmniej póki co, jeden z dwóch moich faworytów tej płyty i jednocześnie wyraźny sygnał, iż muzycy zanurzyli się
jeszcze głębiej w przeszłości.
Nerwowe riffy charakterystyczne zwłaszcza dla dwóch pierwszych albumów coraz częściej ustępują pola mainstreamowym, z pozoru tylko prostszym rozwiązaniom brzmieniowym. Zespół serwuje faktycznie lekko walcującą melodię, a przy tym iście Page’owskie połączenie delikatnych dźwięków gitary elektrycznej i akustycznej. Do tego znów mocne linijki – wyznanie frontmana rockowej kapeli:
Zostań na dzień
Bo trudno tak
Ciągle w połowach dróg (…)
Biały walc – panie proszą
a ja tylko z Tobą mam parę
Zawsze mi będzie brakować dni
których nie zmarnowałem.
W klasycznych klimatach pozostajemy przy drugim anglojęzycznym numerze, A Place. Znakomicie prezentują się nawiązania do wyciszonych – ponownie – Led Zeppelin, a w drugiej części do The Beatles – w partii gitary oraz chórkach.
Kolej na Bliżej, singlowy utwór znany już z radia, który jednak zdecydowanie lepiej brzmi na płycie. Mocny fragment z nieco funkującą gitarą, w którym komputery dominują ostatni raz. Between The Lines zaczyna się rytmicznie, by po minucie, w refrenie, ponownie przenieść słuchacza w świat The Beatles, w głębokie Lennonowskie wokale i znowu świetne chórki.
I wreszcie wieńczący całość, rewelacyjny numer Idą święta. Raz jeszcze niepokojąca gitara oraz nostalgia, a może wręcz szczypta psychodelii. Jednocześnie wyczuwam w nim ducha nagrań Janerki (może kiedyś zagrają ten kawałek razem?).
Album dowodzi, że nonszalancja i błazenada przynależna dwudziestolatkom to dla Much już przeszłość. Coraz więcej w tych piosenkach
gorzkiej refleksji,
charakterystycznej dla trzydziestolatków. Podobnie jak wielokrotnie na Karma Market przejawiającej się dojrzałości artystycznej. Ten album powinien stać się tym, czym dla Myslovitz była Miłość w czasach popkultury. Pytanie tylko, czy zupełnie odmienna sytuacja rynkowa po piętnastu latach, jakie dzieli daty wydania tych płyt, nie stanie temu na przeszkodzie.
Ostatnio tak wiele frajdy miałem przy słuchaniu nowych nagrań znanego sobie zespołu, gdy w szufladce buszował …Like Clockwork Queens of The Stone Age. Niełatwo będzie poznańskiemu zespołowi przebić walory swojego czwartego krążka w przyszłości, ale to problem za kolejnych kilka – kilkanaście miesięcy. I, jestem przekonany, że zdecydowanie do przeskoczenia. A póki co, ponieważ katowicki Muchowiec położony jest niedaleko mojego domu, więc lecę dalej uganiać się za nutami tych dziewięciu bardzo dobrych i znakomitych utworów. Do czego i Was gorąco zachęcam.
Trudno o gorszą reputację niż ta, którą w połowie lat 70. mieli członkowie Lynyrd Skynyrd. Prasa amerykańska niemal bez przerwy rozpisywała się o skandalach i awanturach z udziałem krewkich muzyków.
[more]
*
Deborah Jo „JoJo” Billingsley zmarła po ciężkiej chorobie 24 czerwca 2010 roku, w wieku zaledwie pięćdziesięciu ośmiu lat. Czy nierówną walką z nowotworem Stwórca wyrównał rachunek z 1977 roku za jej ocalenie, po którym nie tylko muzycznie odeszła w zdecydowanie bardziej konfesyjne klimaty?
Trudno o
gorszą reputację
niż ta, którą w połowie lat 70. mieli członkowie Lynyrd Skynyrd. Prasa amerykańska niemal bez przerwy rozpisywała się o skandalach i awanturach z udziałem krewkich muzyków. Skutkiem niehigienicznego, delikatnie mówiąc, trybu życia były między innymi wypadki samochodowe Allena Collinsa i Gary’ego Rossingtona w 1976 roku, które znacząco spowolniły pracę nad piątym albumem studyjnym. Stały się natomiast inspiracją do napisania utworu That Smell.
Począwszy od debiutanckiego krążka w 1973 roku, zespół wydawał kolejne płyty w odstępach krótszych niż roczne. Choć oczywiście nie można zapominać, że po drodze, we wrześniu 1976 roku, ukazał się koncertowy, podwójny album One More From The Road, tym razem na nowy materiał przyszło czekać ponad dwadzieścia miesięcy – Street Survivors ukazał się 17 października 1977 roku. Na okładce widzimy siedmiu członków grupy stojących w ogniu i dymie płonącej ulicy i kamienic po obu jej stronach – siedmiu kowbojów z drugiej połowy XX wieku, co prawda bez rewolwerów u pasa, ale w pewnych siebie pozach, zdających się mówić: „No i co takiego możecie nam zrobić?”.
Krążek pojawia się w sklepach, ale wszystko to dzieje się w biegu – zespól przygotowuje się do swojej największej trasy koncertowej, w listopadzie ma spełnić się
największe marzenie frontmana,
Ronniego Van Zandta – występ w Madison Square Garden
18 października, na dwa dni przed koncertem w Greenville Memorial Auditorium w Południowej Karolinie, JoJo Billingsley, jedna z The Honkettes (jak nazywał chórzystki wokalista), ma sen: widzi w nim katastrofę, w której uczestniczą członkowie kapeli. Opowiada o tym kolegom i próbuje odwieść ich od zaplanowanej podróży. Ci jednak tylko ją wyśmiewają. JoJo, jako jedyna, nie rusza w drogę.
Po koncercie 20 października ekipa odlatuje do Baton Rouge w Luizjanie, gdzie LS mają zagrać następnego wieczoru. Samolot ma uszkodzony silnik. Paliwa nie starcza, by dolecieć do celu, i piloci próbują wylądować w zalesionym terenie niedaleko Gillsburga w stanie Mississippi. Niestety, zetknięcie z ziemią kończy się rozbiciem samolotu. Ginie kilka osób, wśród nich Ronnie Van Zandt oraz rodzeństwo Steve i Cassie Gainesowie, a pozostali pasażerowie odnoszą poważne obrażenia.
Jak to bywa w takich okolicznościach,
świeżo wydana płyta
sprzedaje się znakomicie, docierając do piątego miejsca na liście „Billboardu” i okrywając się podwójną platyną. Nie milkną też dyskusje na temat „proroczej” okładki. Na prośbę Teresy Gaines, wdowy po gitarzyście grupy, wytwórnia MCA Records wycofuje tę oryginalną ze sprzedaży i zastępuje ją inną: z fotografią muzyków z tej samej sesji zdjęciowej, ale na czarnym tle. Powrót do oryginalnego projektu graficznego następuje dopiero po trzydziestu latach, przy okazji kompaktowej, rozszerzonej edycji krążka.
Jeśli komuś nie dość znaków i symboli, należy dodać jeszcze, że ostatni utwór umieszczony na analogowej płycie zatytułowany został Ain’t No Good Life.
*
5 września 1978 roku ukazuje się Skynyrd’s First and… Last, album zawierający nagrania z 1971 i 1972 roku. Dziewięć lat później, w 1987 roku dochodzi do trwałego
reaktywowania kapeli,
a przy mikrofonie staje Johnny Van Zandt, brat Ronniego. Obecnie jedynym, który gra w LS od samego początku, czyli od roku 1964, jest… Gary Rossington. Dziś w składzie znajdują się panowie o swojsko brzmiących nazwiskach: Mark Matejka na gitarze i Peter Pisarczyk na klawiszach. Ale abyśmy nie zapomnieli o rebelianckich korzeniach, jest też grający na basie Johnny Colt.
W maju bieżącego roku, w ramach europejskiego tournee, Lynyrd Skynyrd po raz pierwszy zawitali do Polski i wystąpili na warszawskim Torwarze. Dali świetny koncert – i ciągle trudno mi pogodzić się z faktem, że dla garstki tylko fanów.
Hiszpania zaczyna prawdziwe życie wtedy, gdy Polacy dawno już zamknięci są w swoich fortecach wyposażonych w lodówki, piloty i komputery. Pieniądze można w Barcelonie wydawać w bardzo długo otwartych sklepach, a przede wszystkim do białego rana w niezliczonych knajpach i knajpkach.
[more]
*
Lato 1984. W podłódzkim Arturówku odbywa się zjazd młodzieży czerwonokrzyskiej z całego świata. Wśród uczestników znajduje się grupa hiszpańska, a jeden z młodzieńców nosi pełne wdzięku imię Jesus Maria.
W któryś z upalnych dni Hiszpanie nie mogą już zdzierżyć kompotu kolonijnego podawanego do obiadu. Proszą o wodę, czym wywołują najpierw konsternację, a zaraz potem popłoch wśród pań pracujących w kuchni.
Nie sposób opisać tego, co wymalowało się na twarzach przybyszów z Półwyspu Iberyjskiego, gdy po kilku minutach na stole pojawił się dzban pełen przezroczystego wrzątku.
*
2014, kilka dni w Barcelonie.
Codziennie niebo sprawia wrażenie, że nie ma szans, zaraz albo najdalej za godzinę spadnie deszcz. A tu nic z tego – na szczęście dla turystów – jedynie przejrzystość powietrza jest dość marna i zdjęcia próbujące objąć panoramę miasta niespecjalnie się udają.
Miasto, ze swym szeroko pojętym centrum, zdecydowanie do ogarnięcia na piechotę. Z wysokości chodnika widać więcej, lepiej można poczuć atmosferę BCN. Tu i ówdzie ślady historii najdawniejszej, rzymskiej, trochę tej przypominającej o szorstkim związku katalońsko-hiszpańskim, ale nade wszystko bezmiar zachwycających, bogato zdobionych i świetnie utrzymanych kamienic. Czy ich imponujący wygląd to tylko efekt ciepłych zim (w wynajmowanym mieszkaniu naturalnie nie znajdujemy z żoną żadnego grzejnika) i wolności od półwiecza komuny?
*
Antoni Gaudi,
oczywiście. Geniusz albo wariat. Trzeba być mocno odchylonym od normy, by pod koniec XIX i na początku XX stulecia porwać się na takie rzeczy. By nieokiełznaną, dziecięcą wyobraźnię urzeczywistniać w architekturze. A może wcale nie wariat, tylko – co dziś, z perspektywy czasu – podkreślają badacze jego dzieł – twórca w pełni współistniejący z naturą. Przecież te wszystkie pochylone drzewa z odłamanymi gałęziami, plastry miodu czy takie bądź inne żyjątka odwzorowane w kamieniu doskonale wpisują się w zasady sztuki budowlanej.
Nawet jeśli Sagrada Familia jest jeszcze jednym obiektem sakralnym, w odniesieniu do którego przychodzi się zastanawiać, czy powstał (a raczej ciągle jeszcze powstaje) na chwałę Boga, czy też jest skrajnym przypadkiem ludzkiej próżności i pychy – jest też absolutnie zachwycającą budowlą.
Jej iście barokowy – choć to modernizm – przepych i bogactwo dotyczy zdecydowanie bardziej tego, co widać z zewnątrz. Ilość wież, łuków i innych elementów zdobiących elewację, których jako całkowity ignorant nie potrafię nawet nazwać, wcale nie przytłacza. Gdzieś między nimi znajduje się jeszcze miejsce na płaskorzeźby stanowiące ilustrację wielu szczególnie ważnych dla chrześcijan biblijnych przypowieści.
Wnętrze, już gotowe, zachwyca równie mocno. Uświadamiam sobie, że całe jego bogactwo zaklęte jest w zastosowanych materiałach, w przepięknych witrażach, w grze świateł – tym, że właściwie nic tu dwa razy się nie zdarza. A przede wszystkim – że poza skromnym krzyżem z – bodaj – baldachimem – środek wolny jest od jakichkolwiek ozdób, dodatków innych niż te bardzo nieliczne stanowiące integralną część konstrukcji. Osiągnięcie takiego efektu w taki sposób musi więc być dziełem geniusza.
Tych bajkowych pomysłów Gaudiego jest w stolicy Katalonii więcej. Nieokiełznana wyobraźnia daje znać o sobie choćby w parku Güella. Tu obiekty mamy zdecydowanie mniejsze, za to rozsiane na sporej przestrzeni. Wpatrywałem się w te domki Baby Jagi, mając nieodparte wrażenie, że kiedyś zachwycił się nimi Friedensreich Hundertwasser, malarz, rzeźbiarz i performer, którego dom czy spalarnia śmieci stanowią wizytówki Wiednia. Który też, jak Gaudi, wystrzegał się linii prostych, geometrycznych pionów i poziomów.
*
Modernistyczny Pałac Muzyki Katalońskiej i muzeum Picassa – cóż za wspaniałe miejsca, fantastyczne połączenie starego i nowego w architekturze, kamienia i szkła – tak jak w amsterdamskim Rijksmuseum albo… Akademii Muzycznej w Katowicach.
Picasso i Miró.
Jeśli dyletant oglądający malarstwo po-impresjonistyczne, coraz dalsze od sztuki odwzorowującej rzeczywistość, ma raz po raz wrażenie, że „też bym tak potrafił”, to zapoznanie się z pracami nastoletnich przyszłych gigantów malarstwa, grafiki i rzeźby rozwiewa jakiekolwiek wątpliwości co do ich kunsztu, rzetelnych podstaw i znakomitego warsztatu. Cóż, jedni malowali portrety i pejzaże do końca swoich dni, inni – jak ci dwaj – zmieniali się z roku na rok, gdy popatrzeć na ich prace nasto- czy dwudziestoparolatków.
Odwiedzenie Fundacji Joana Miró było dla mnie wielkim przeżyciem. Także wzbudzającym w paru miejscach radosny śmiech, na przykład w jednej z rzeźb (dziś powiedzielibyśmy: instalacji) za męskie przyrodzenie robi porcelanowy – albo porcelitowy tylko? – biały wieszak na ubrania.
*
Muzyka
zaledwie nas musnęła. Przez cztery wieczory, jakie mieliśmy do dyspozycji, nie zdecydowaliśmy się pójść na żaden koncert. Pozostawało więc tylko przypadkowe słuchanie mnóstwa ulicznych grajków, wśród których przeważają – jakże by inaczej – gitarzyści. Z tą hiszpańską nutą w ich wydaniu bywa już różnie, grają, aby wpadło coś do otwartego futerału, a ponieważ słuchają ich ludzie z całego świata, więc nie brakuje doskonale znanych numerów z historii pop music – takich jak [i]Let It Be, Hotel California[/i] czy [i]Killing Me Softly[/i]. Są, którzy grają znakomicie, inni zaledwie tak sobie, wspomagając się jeszcze jakimś okropnym podkładem. Tuż przed opuszczeniem miasta, już w podziemiach metra, natrafiliśmy na starego Azjatę, który grał na jakimś ludowym instrumencie.
*
Nie byłem dostatecznie zdesperowany, by namawiać żonę do obejrzenia
Camp Nou
od środka za drobne dwadzieścia trzy euro od osoby. Ale kręcąc się po Les Corts dotarliśmy pod jeden z najsłynniejszych stadionów na świecie. Może wizualnie, z zewnątrz, olbrzymi kompleks nie robi dziś szczególnego wrażenia, ale i tak w głowie natychmiast pojawia się myśl, w jak magicznym dla każdego miłośnika futbolu miejscu się stoi.
Imponująco przedstawia się z pewnością Botiga. Niezły mi „butik” – wielki, dwukondygnacyjny market, w którym można zaopatrzyć się chyba we wszystkie przedmioty codziennego użytku – z emblematem FC B. Miłość do Barçy można wyssać z mlekiem matki oraz potem rozemocjonowanego ojca, ale nie ma przeszkód, by dodatkowo wzmocnić ją stosownym smoczkiem czy śliniaczkiem.
*
Barcelona to
inne południe
niż na przykład Rzym. I miasto mniejsze, choć wcale niemałe, i ludzie nieco inni. Rzym jest hałaśliwy, agresywny, pełen klaksonów i żebraków. W stolicy Katalonii – nie tylko na najsłynniejszej La Rambli – ruch jest olbrzymi i pełen, co oczywiste w tym klimacie, jednośladów. Ale o ekskluzywne marki samochodów czy najelegantsze modele popularnych marek dość trudno. Tak pewnie jest od dawna, nie tylko od czasu, gdy znacznie więcej mówi się o kryzysie gospodarki hiszpańskiej. W tym zatłoczonym mieście nikt jednak nikogo nie pogania. Przechodzenie na czerwonym świetle nie jest zbrodnią, a kierowcy bez oznak zniecierpliwienia przepuszczają łamiących przepisy przechodniów.
Podobnie jest w innych sytuacjach. Wieczorną już porą staliśmy na dużym skrzyżowaniu, czekając na zmianę świateł. Z ulicy, pomiędzy pieszymi, zjechała skuterem na chodnik pani. Zainteresowany jakimś budynkiem, postanowiłem wyjąć aparat i zrobić zdjęcie. Nie zauważyłem, że stoję tam, gdzie wśród innych jednośladów zmieści się jej pojazd. A ona bez jakichkolwiek oznak zniecierpliwienia poczekała, aż cyknę fotkę i zrobię jej miejsce. I takich sytuacji, o które znacznie trudniej u nas, wśród sfrustrowanych rodaków, było codziennie całkiem sporo.
*
Hiszpanie
podbili kiedyś kawał świata. Być może im, w wielu przypadkach przystojnym, było to łatwiej zrobić niż aryjskim typom zza zachodniej granicy. Patrząc jednak na nich, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że najbardziej lubią dziś podboje stolikowe, no i zapewne łóżkowe. Hiszpania zaczyna prawdziwe życie wtedy, gdy Polacy dawno już zamknięci są w swoich fortecach wyposażonych w lodówki, piloty i komputery. Pieniądze można w Barcelonie wydawać w bardzo długo otwartych sklepach, a przede wszystkim do białego rana w niezliczonych knajpach i knajpkach.
Jest w tych ostatnich głośno, gwarno, momentami hałaśliwie, ale pijanego nie widziałem nikogo. Życie towarzyskie kwitnie, ludzie witają i żegnają się bardzo serdecznie, widok cmokajacych się w policzki facetów nikogo nie dziwi. Cóż, w Polsce, we wrześniu, po zapadnięciu zmierzchu temperatura gwałtownie opada. Tam o dwudziestej drugiej są nadal dwadzieścia cztery stopnie. Kto by więc siedział w domu, nawet jeśli jest kryzys?
Za to poranny rozruch następuje powoli. Miasto budzi się do życia dopiero przed dziewiątą. Wcześniej niełatwo o otwartą piekarnię czy sklep spożywczy. Funkcjonują za to kafejki śniadaniowe, w których można wypić kawę, zjeść croissanta i ruszyć do swoich zajęć.
*
Nie jestem miłośnikiem południowej urody. Tej ciemnej karnacji, czarnych włosów, kociego spojrzenia. Tego wdzięku wylewającego się z dekoltów albo stron z reklamami kolorowych pism. Będąc człowiekiem północy, wielbię raczej urodę mniej oczywistą, delikatniejszą, subtelniejszą: słowiańsko-skandynawską. Nawet w Holandii, wśród bezmiaru rudzielców, można trafić na takie
panie.
Dawno temu, na dwa miesiące przed moim ślubem, młody żonkoś i odrobinę starszy kolega, w ciekawych okolicznościach przyrody: przy obiadokolacji w lokalu ze striptizem w czasie poznańskich targów, powiedział:
– Kobieta nie musi być piękna. Ważne, aby miała mądre oczy.
(I z pewnością nie chodziło wtedy o to, że jak już w żaden sposób nie da się przedstawicielki piękniejszej części ludzkości skomplementować, to powiadamy, że jest dobrą kobietą).
Więc popatrując na niewiasty, a może już tylko wiasty, uparcie szukam piękna najpierw w oczach (proszę panie o wybaczenie mi tej frazy: kobieta o głupim spojrzeniu nie może być piękna). Taka kobieta nie powoduje, że mam ochotę uciec na drugą stronę ulicy, tak jak przy pyskatych, obdarzonych zachrypniętym głosem Penelopach Kruzkach. W takiej jest ukryta tajemnica, ta mgła, przez którą jako młody chłopak zwykle nie miałem dość odwagi się przedzierać, a dziś, jako stary piernik, wiem, że po prostu nie uchodzi. Ileż tajemnicy kryje się w takiej nienachalności, w tym być może pozornym tylko wyciszeniu, w tym niebie z lekka zasnutym chmurami.
W takiej – zwłaszcza – młodości, co to wciąż niepewnie, ale jednak z ufnością patrzy przed siebie. W dziewczynie może dwudziestoletniej, spacerującej przedpołudniową porą przez ciasne uliczki, która wraz ze swoim chłopcem wcina się w kadr, gdy chcę zrobić ostatnie zdjęcie przed domem, już z walizką, mojej żonie. Czekam cierpliwie, aż przejdą, uśmiecham się do niej, ona odwzajemnia uśmiech, i robię zdjęcie. A po chwili słyszę za plecami jej głos, że chce – właśnie tak – zrobić nam fotkę.
Robi dwie, a po paru minutach znika z pola widzenia. Barcelona.
*
Natomiast
Polska
dopada nas już na lotnisku. Przez głośniki podają, że mamy się ustawić pod bramką nr 33, a na ekranie wyświetlono nr 30. Ponieważ żyjemy w czasach cywilizacji obrazkowej, ustawiamy się pod trzydziestką. Po chwili następuje spostowanie. Tłum rzuca się więc w nowe miejsce. Rozumiem, że w samolocie bardziej huczy z tyłu, ale czy to powód, by jeden Polak drugiemu rodakowi stał na plecach – zupełnie jakby miało zabraknąć miejsc? Czy to jak (mniej więcej) w filmie:
– Co to za wielka kolejka, w poniedziałek rano?- No co, był długi weekend, to się ludziom meble pokończyły.
W piątkowy wieczór w katowickim „Rialcie” Dawid Podsiadło dał ostatni koncert z materiałem, którego podstawę stanowiły utwory z albumu „Comfort And Happiness”. Ostatni z towarzyszeniem muzyków, z którymi przez miniony rok grał koncerty w całym kraju.
[more]
Mniej zorientowanych sympatyków Pana Dawida spieszę uspokoić. Młody artysta bynajmniej nie ma zamiaru kończyć kariery. Za kilka dni bowiem ukazuje się debiutancki album macierzystej formacji DP –
Curly Heads.
I, najwyraźniej – co było widać w telewizyjnym minireportażu wyemitowanym w sobotnie przedpołudnie – głową i sercem jest już ze swoimi przyjaciółmi i premierowym repertuarem.
Trwający trochę ponad godzinę występ odbył się w ramach festiwalu Regiofun i nie miał w sobie nic z jubileuszowej czy pożegnalnej fety. Szczyt popularności – przynajmniej ten pierwszy – Podsiadło jako solista ma już za sobą. „Rialto” bywało wielokrotnie znacznie szczelniej wypełnione i chyba nie wszystko można tu złożyć na karb wspomnianego festiwalu i w związku z tym nie do końca właściwego targetu publiczności.
Wątpliwości,
jakimi dzieliłem się trzynaście miesięcy temu, zaraz po ukazaniu się Comfort And Happiness, pozostały. Pop, nawet w swych najszlachetniejszych przejawach, popem pozostanie. A więc muzyką szczególnie narażoną na bezlitosne obchodzenie się z nią przez czas. Jest w tym graniu – na szczęście – sporo patentów rockowych – choćby instrumentarium (dwie gitary, klawisze, bas, żywe bębny) – z pewnością w koncertowych dekoracjach manifestujących się znacznie wyraźniej niż na płycie. Czytelne są oczywiście klimaty spod znaku Coldplay (z barwą głosu frontmana na czele), ale raz po raz robi się mocniej, ostrzej – i więcej wtedy wpływów U2. Natomiast sporym zaskoczeniem było dla mnie to, jak wiele pojawiło się w koncertowych aranżacjach utworów klimatów wypracowanych kiedyś przez kapele
symforockowe.
Słychać to było zwłaszcza w ostatniej części występu, gdy zaserwowano nam kilka piosenek połączonych w całość, w taką wręcz suitę. Klawisze raz po raz wychodziły na pierwszy plan, serwując powłóczyste dźwięki i długie finały. Pytanie, na ile świeżo to brzmiało. W moich uszach więcej w tym, niestety, Marilliona czy Pendragona niż klasycznych Yes albo Genesis, więcej rzemiosła niż finezji Wakemana lub Banksa.
W może dziesięć minut po rozpoczęciu koncertu żona nachyliła się do mnie i podzieliła wątpliwością co do lidera: czy wciąż taki nieśmiały, czy już zblazowany? Chyba jednak, sądzę, to pierwsze: jego
introwertyczna osobowość
nie całkiem dobrze czuje się w świetle reflektorów. Ale cóż, taka to już robota, że trzeba ze sobą walczyć. Dopatrując się niejakiego zewnętrznego podobieństwa Podsiadły do Andrzeja Poniedzielskiego, można oczekiwać, że – kto wie – z czasem jego konferansjerka, pozostając bezpretensjonalną, stanie się bardziej błyskotliwą i dowcipną.
A co do muzyki – jako miłośnik bardziej zdecydowanych dźwięków – chciałbym, aby skład Curly Heads zapowiadał coś bardziej frapującego, mającego szansę przetrwać na dłużej w uszach i pamięci słuchaczy. Podsiadło jako wokalista potrafi docisnąć, więc z tej strony zagrożenia bym nie upatrywał. Obyśmy zamiast popu symfonicznego otrzymali więcej soczystego rokendrola.
Ale czy piosenki, których można już posłuchać w YT, pozwalają tego właśnie się spodziewać? Chyba niekoniecznie. Zaś moja sympatia dla Podsiadły jako człowieka nie jest aż tak rozciągliwa, bym umiał z pełną przyjemnością zanurzyć się w jego – podobnych do dotychczasowych – nowych propozycjach muzycznych.
Różnica między nami była znaczna: bratu, umysłowi zdecydowanie ścisłemu, coś ta szkoła dała, mnie natomiast pogrążyła na całe pięć lat w mętnych matematycznych rejonach usytuowanych między liczbami e (2,71) i π (3,14). Byłem więc – nie pierwszym i nie ostatnim w dziejach edukacji – młodszym, który psuł opinię starszemu rodzeństwu.
[more]
*
Najstarszy z moich braci w połowie lat 70., po skończeniu studiów i podjęciu pracy zawodowej, zaczął realizować swoje sprzętowe marzenia. W ciągu kilku lat dokonał zakupów, których beneficjentem – czyli tym, który obficie korzystał z dobrodziejstw znajdowania się tych cacek pod wspólnym dachem – byłem ja.
Najpierw, w 1975 roku, kupił prosty, ale wreszcie stereofoniczny gramofon. A bodaj rok później radioodbiornik
„Elizabeth”.
Jego szlachetna prostota, gdy chodzi o wzornictwo, przypomniała mi się, gdy dwa lata temu jeden z moich synów kupował wieżyczkę marki Pioneer. W tym samym czasie pojawiły się także pierwsze słuchawki, przenośne radio „Jowita” (do niego dokupił kilka lat później przystawkę stereofoniczną).
Odlot dokonał się w 1980 roku. Najpierw nabył
„Daniela”,
najlepszy wówczas (a może i do dziś) gramofon produkowany w Polsce, całkowicie obsługiwany za pomocą sensorów. W tym samym czasie pojawił się w domu kaseciak – M532SD. Swoje miejsce znalazły też pokaźnych rozmiarów kolumny, produkowane przez Tonsil na rynek brytyjski. Chyba w 1981 roku na półce stanął
„Radmor”
znów – najlepszy wtedy radioodbiornik ze wzmacniaczem, sensorowy, z możliwością programowania kilku stacji. Jakiś rok później potężnych gabarytów „Aria” – szczyt techniki w zakresie magnetofonów szpulowych.
Nerwy brata zdarzało mi się wystawiać na ciężkie próby. A to łamałem wysuwaną antenę w „Jowicie”, a to zrzucałem (na szczęście bez konsekwencji) M532SD na podłogę, zapominając, że kabel słuchawkowy ma ograniczoną długość. Ale chyba – w sumie, mimo tych wpadek – okazałem się dość pojętnym uczniem. Zarażonym raz na zawsze dbaniem o płyty, kasety czy igły gramofonowe. O okładki i pudełka. Dzięki temu – oraz, przyznam, wielkiej niechęci do pożyczania – wszystkie moje zakupy płytowe do dziś nadają się do odtworzenia.
[photo]275765[/photo]*Z „Radmorem” związana jest pewna historia. W ślad za moim najstarszym bratem stałem się w 1977 roku uczniem Technikum Elektronicznego. Różnica między nami była znaczna: Grzegorzowi, umysłowi zdecydowanie ścisłemu, coś ta szkoła dała, mnie natomiast pogrążyła na całe pięć lat w mętnych matematycznych rejonach usytuowanych między liczbami e (2,71) i π (3,14). Byłem więc jeszcze jednym młodszym bratem, który psuł opinię starszemu i, tym samym, całemu rodowi.
W 1981 roku odbywałem swą drugą i ostatnią miesięczną praktykę zawodową w katowickim salonie Unitry. Była to już piąta klasa, nielubiana szkoła na finiszu. Czas był grudniowy, tam właśnie zastał mnie stan wojenny. I, ku mej niemal rozpaczy, dostałem wtedy któregoś dnia za zadanie wlutowanie do uszkodzonego modułu (z nich m.in. składało się wnętrze „Radmora”) układu scalonego. Nigdy wcześniej tego nie robiłem, a i nigdy potem też nie. Dyskomfort pogłębiała świadomość, że miałem swoje niewprawne palce wepchać w urządzenie bardzo wysokiej klasy.
Po plecach spływał mi pot. Tzw. ścieżki drukowane – o czym niektórzy wiedzą – były wyjątkowo delikatne, cieniutkie, tak samo nóżki układu. Trzeba niemałej wprawy, by ich nie uszkodzić rozgrzaną lutownicą. W dodatku najpierw musiałem usunąć z tego miejsca uszkodzony egzemplarz. Nie pamiętam już, ile czasu mi to zabrało, z pewnością bardzo dużo. Gdy spojrzałem na efekt końcowy swej mordęgi, spociłem się jeszcze mocniej. Z duszą na ramieniu włożyłem moduł do radioodbiornika, podpiąłem kabel sieciowy i… nacisnąłem włącznik. Ku memu niepomiernemu zaskoczeniu „Radmor” odpalił.
Po pewnym czasie podszedł do mnie technik, który zlecił mi to zadanie. Uniósł nieprzykręcony jeszcze moduł, popatrzył na „oplute” cyną, poranione ścieżki i – śląski chłop – zapytał z niedowierzaniem:
Pięknie, zaiste. Jeszcze doba nie minęła, a już karta historii kolejna zdaje się wypełniać gęstym drukiem hymnów pochwalnych. Nowe Wembley. Żeby nie było nieporozumień – też wiele bym dał, by 11 października był dniem narodzin drużyny, a nawet drużyny-gwiazdy, też jeszcze chciałbym na stare lata ogrzać się w blasku polskich sukcesów odnoszonych na piłkarskich stadionach.
[more]
*
Rok 2014 zmierza powoli ku końcowi. I szczęśliwie – doczekaliśmy się wreszcie najważniejszego sportowego w nim wydarzenia. Nic to – fantastyczne występy naszych rodaków za wschodnią granicą i sześć, w tym cztery złote, medali olimpijskich w Soczi, niczym jest „Kryształowa kula” dla Kamila Stocha pieczętująca jego supremację wśród skoczków w minionym sezonie, nieważne sukcesy kolarzy w Tour de France i markowe pieczęcie w postaci triumfu Majki w Tour de Pologne i „tęczowej koszulki” dla Kwiatkowskiego za mistrzostwo świata. Podobnie jeszcze gorący wicemistrzowski tytuł żużlowca – dodaję na wszelki wypadek – Kasprzaka. Jakże niewiele znaczą sukcesy lekkoatletów w mistrzostwach Starego Kontynentu. Nawet mistrzostwo świata siatkarzy, wywalczone w czterdzieści lat po meksykańskiej glorii, w brawurowym stylu i przed własną publicznością nie jest dostatecznie znaczące. Wszystko to blednie wobec faktu kompletnej indolencji strzałowej aktualnych mistrzów świata, ale przecież bezprecedensowego zwycięstwa naszych reprezentantów w piłce kopanej – i to w oszałamiającym rozmiarze XL, czyli 2-0 – nad Niemcami w eliminacjach do ME.
Nikt chyba piękniej nie uchwycił
naszego przekleństwa
dotyczącego tzw. charakteru narodowego, a i – w domyśle – usytuowania na mapie świata niż Andrzej Bursa w wierszu pt. „Modlitwa dziękczynna z wymówką”:
Nie uczyniłeś mnie ślepym Dzięki Ci za to Panie
Nie uczyniłeś mnie garbatym Dzięki Ci za to Panie
Nie uczyniłeś mnie dziecięciem alkoholika Dzięki Ci za to Panie
Nie uczyniłeś mnie wodogłowcem Dzięki Ci za to Panie
Nie uczyniłeś mnie jąkałą kuternogą karłem epileptykiem
hermafrodytą koniem mchem ani niczym z fauny i flory
Dzięki Ci za to Panie
Ale dlaczego uczyniłeś mnie Polakiem?
Jak żaden inny na świecie naród, upodleni po wielekroć, ciemiężeni przez stulecia przez mocarnych sąsiadów, raz z lewa, raz z prawa – niczym bardziej nie jesteśmy w stanie się ucieszyć jak tym, że siatkarze dowalą Ruskim, a teraz, po dziesięcioleciach porażek i nielicznych remisów, futboliści dokopali Germańcom.
Pięknie, zaiste. Jeszcze doba nie minęła, a już karta historii kolejna zdaje się wypełniać gęstym drukiem hymnów pochwalnych. Nowe Wembley. Żeby nie było nieporozumień – też wiele bym dał, by 11 października był dniem narodzin drużyny, a nawet drużyny-gwiazdy, też jeszcze chciałbym na stare lata ogrzać się w blasku polskich sukcesów odnoszonych na piłkarskich stadionach.
Nowe Wembley.
Czyżby? A może tylko Grunwald? Wielka zwycięska bitwa, po której parę miesięcy później postaliśmy (niech będzie, odejdźmy od odwiecznego: my wygraliśmy, ale przegrali – oni: siatkarze, piłkarze, żużlowcy) trochę pod Malborkiem i miast rozwalić Krzyżaków, obrócić ich moc raz na zawsze w proch i pył, pozwoliliśmy odrodzić się tuż pod swoim bokiem pruskiej hydrze.
Więc teraz, z zachowaniem odpowiedniej miary oczywiście, sportowej (i bynajmniej nie tej gliwiczanina Podolskiego zamierzającego się w ostatnich minutach meczu na Krychowiaka) przekujmy wygraną bitwę w zwycięstwo w całej kampanii. Wembley dlatego tak smakowało – a i smakuje do dzisiaj – że ów remis był remisem zwycięskim, dawał wygraną w eliminacjach do MŚ, które – co niesłychanie istotne – także zwycięskimi były (bo trzecie miejsce w świecie istnym zrządzeniem Ducha Świętego w ateistycznym, komuszym kraju było, zwycięstwem ducha nad socjalistycznym, nadwątlonym ciałem).
Więc jeśli sobotnia wygrana ma być czymś więcej niż zwycięską
Bitwą Warszawską
z mistrzami świata, niż zdobyciem mistrzostwa Stadionu Narodowego, musi doczekać się konsekwencji w postaci awansu do finałów imprezy. W których, co nie mniej istotne, panowie z orłem na piersiach nie mogą być tylko chłopcami do bicia. Bo było już tak, że wybrańcy Leo B., niemal równo osiem lat temu, 9 października 2006 roku, w naprawdę wielkim stylu ograli 2-1 Portugalię, ale że spektakularnych konsekwencji ta wygrana nie przyniosła (mimo awansu do finałów tamtych ME), to i jej smak, przy Wembley, jakiś taki sobie zaledwie.
Co więc wydarzyło się w sobotni wieczór: tylko wspomniany Chorzów czy nowe Wembley? Kto odpowie, bo chyba ani nie Szekspir, ani Goethe, ani Bursa. Oby nie szkocki Sienkiewicz, Walter Scott…
Czy gdy mówimy „Pink Floyd”, zawsze mamy na myśli to samo? Czy wśród znudzonych już ciągłym wynoszeniem zespołu na ołtarze wywołuje to tylko wzruszenie ramion, a wszyscy zagorzali miłośnicy kochają go za to samo?
[more]
*
Czy gdy mówimy lub słyszymy „Pink Floyd”, mamy pewność, że zawsze chodzi właśnie o „to”, a nie o nic innego? Czy wśród znudzonych ciągłym wynoszeniem zespołu na ołtarze ta nazwa wywołuje już tylko wzruszenie ramion, a wszyscy zagorzali miłośnicy kochają go za to samo? Czy, wreszcie, można nie tolerować pewnych płyt, a cenić i/lub uwielbiać inne? Odpowiedź jest oczywista.
Wściekłej psychodelii, przede wszystkim pierwszego albumu, sam uległem niedawno, za to całkowicie. Czas The Dark Side of The Moon i kolejnych krążków wydawanych w dwuletnich odstępach pozostanie najsłynniejszy i najlepiej rozpoznany przez szerokie rzesze wyznawców grupy. W obu okresach prawie zawsze znajdowało się miejsce na wyciszenie, na gitarę akustyczną. Na piękną balladę.
Pierwszą porcję takiego grania otrzymaliśmy w lipcu 1969 roku na płycie More – w wielkim pośpiechu powstającym materiale będącym muzyczną ilustracją do filmu Barbeta Schroedera (podobno poganiany kwartet uwinął się z robotą w osiem dni).
Dość rzadko wraca się dziś do tych utworów, a ja mam do nich wielką słabość. Wynika to z dwóch prostych faktów. Pierwszy to ten, że moi starsi bracia mieli tę płytę nagraną na jednej ze swych nielicznych taśm magnetofonowych. Drugi natomiast związany jest z uczestnictwem w obozie we Francji w 1977 roku. W ośrodku był do dyspozycji (niezbyt wysokich lotów) gramofon, a obok niego leżało bezpańsko kilka płyt. Po jedną z nich wyjątkowo chętnie sięgał pewien bardzo przystojny, długowłosy francuski nastolatek.
To była właśnie More. Okładkę, nieco już sfatygowaną, wielokrotnie i nabożnie brałem do rąk i uważnie studiowałem. Dziś, po wielu, wielu latach, nawet jeśli potraktować ten materiał jako swego rodzaju szkicownik – tak wiele utworów na jednym krążku, nie licząc kolejnego filmowego dzieła Obscured By Clouds (1972), pojawiło się dopiero na The Wall – jest to szkicownik, jak przystało na wielki zespół, urody niepospolitej.
A w nim pod trzecią pozycją pojawia się przepełniony smutkiem i nostalgią numer Crying Song ozdobiony w finale solem gitary elektrycznej, którego autorstwa nie sposób pomylić. Dwa tracki dalej mamy Green Is The Colour, balladę w klasycznym, akustycznym wydaniu. Na proste akordowe granie gitary rytmicznej nałożone są jednak subtelne dźwięki gitary solowej, a całość wzbogaca jeszcze cudownie lekka partia fortepianu Wrighta oraz flet. A zaraz potem jeszcze jedna perła: Cymbaline. Znów świetne piano i nieoczywista piosenkowość. Element niepokoju słyszalny od samego początku rozrasta się wciąż mocniej i mocniej. Gitara oraz fortepian znikają, pozostają tylko psychodeliczne organy i bębny. Ta pieśń chyba bardzo zainspirowała panów z Rare Bird – w skądinąd bardzo dobrym kawałku House In The City.
Sporą porcję łagodności PF zaserwowali też rok później, na drugiej stronie Atom Heart Mother. Ale o tym to już może przy innej okazji.
*
Tytuł tekstu ma źródło w czymś niewiele młodszym niż More. Stare radioodbiorniki radiowe odbierały kilka zakresów fal, w tym krótkich. Jakość dźwięku była kiepska, stacje ciągle „uciekały”, odstrajały się, ale zdarzało się wśród nich namierzać te z mową naszego ówczesnego wielkiego brata. I gdzieś pojawiła się taka właśnie zapowiedź: „Igrajet kamanda Pinka Fłojda”.
Ta muzyka bez trudu pokonuje przeszkodę nie do przejścia dla słabych płyt – trzeciego, piątego odsłuchania – mianowicie smakuje coraz bardziej. „Yearn” składa się po prostu dziesięć piosenek w większości bardzo szlachetnych i dojrzałych.
[more]
*
Rockowe puzzle wydają się od dość dawna rozpoznane. Jeśli nie wszystkie, to zdecydowana ich większość. W ten sposób pozostaje więc najczęściej próba ułożenia ze znanych elementów czegoś, co będzie się wyróżniać z pomieszanej i peklowanej na niezliczoną ilość sposobów pulpy.
Urodzony w Wołowie na Dolnym Śląsku Piotr Jan Brzeziński – Peter J. Birch jest zaledwie dwudziestotrzyletnim, a więc bardzo młodym człowiekiem, którego popularność powoli, lecz ciągle rośnie. I to powolne wspinanie się po szczeblach kariery chyba dobrze wróży, uczy bowiem pokory i wytrwałości. Jako solista ma na koncie debiutancką EPkę In My Island z 2010 roku i dwa albumy: When The Sun’s Risin’ Over The Town (2013) oraz jeszcze ciepły
Yearn,
który ukazał się 8 września. I jest, jak mówił Birch już przed rokiem, tuż po zarejestrowaniu materiału, nieco inny od tego, co robił do tej pory.
Czego na tej płycie nie ma? Z pewnością fajerwerków. Peter J. wybitnym instrumentalistą nie jest, jego gra na gitarze akustycznej nie odznacza się jakąś szczególną biegłością. Liryczne klimaty w męskim wydaniu też już przerabialiśmy niejednokrotnie, duchy przeróżne unoszą się nad tymi piosenkami, od duetu Simon & Garfunkel i Cata Stevensa aż po – o tym mówi najchętniej sam artysta – pieśniarzy country i folk. Nie zaskakują też elektroniczne ozdobniki, a i brzmienie sześciu strun wzbogacone o szereg innych instrumentów niczym odkrywczym nie jest.
A przecież jest
smacznie
– i to bardzo. Nawet jeśli raz po raz mamy nieodparte wrażenie, że skądś to znamy, że już to słyszeliśmy – muzykalność, umiejętność wymyślania ładnych melodii jest wielkim atutem Brzezińskiego. I tak samo jak na rynku zawsze zmieści się kolejna porcja porządnego, stylowego łojenia, tak zdecydowanie rację bytu będą miały staranne przygotowane piosenki, przy których można się będzie nieco wyciszyć i uspokoić. Oraz podelektować. Tym, jak – powtórzę – z dobrze znanych elementów – utalentowany człowiek buduje coś nowego, z dużym smakiem i kulturą muzyczną. Czerpiąc zarówno z dorobku uznanych solistów, jak i posługując się patentami stosowanymi przez kapele rockowe.
Cholernie mocnym punktem programu jest
głos
Bircha. Dysponuje on zadziwiająco szeroką skalą i porusza się po niej z dużą swobodą i wyczuciem. Potrafi zgrabnie ciągnąć falsety niczym Thom Yorke – na przykład w Home czy I malted in your heart, w którym zresztą elektronika to wielki ukłon w stronę Radiohead (ten utwór zwrócił od razu moją szczególną uwagę). Tak samo uwodzić głębią wokalu w stylu Nicka Cave’a na przemian z matowością à la Roger Waters – w czasach, gdy ten umiał jeszcze śpiewać – oba te tropy odnajduję w niepokojącym, bardzo floydowskim Fate. Ale pojawiają się też brudy i przestery kojarzące się z grunge’em czy, jeszcze bardziej, z wczesną PJ Harvey – jak w Inexcusable blues lub w finale Away from love. Najwięcej jednak jest tego, co amerykańskie – Dylanem (i Like A Rolling Stone) pachnie już w otwierającym krążek Don’t know what to do about myself.
Ta muzyka bez trudu pokonuje przeszkodę nie do przejścia dla słabych płyt – trzeciego, piątego odsłuchania – mianowicie smakuje coraz bardziej. I powoli zapominamy o tym, że nikt dziś, a więc pieśniarz też, nie jest samotną wyspą i nieuchronnie jego dokonania naznaczone będą takimi lub innymi lekturami, fascynacjami – czyli wpływami. Na Yearn składa się po prostu dziesięć piosenek w większości bardzo
szlachetnych i dojrzałych.
Peter J. Birch udziela się przede wszystkim solo, ale również jako perkusista zespołu Turnip Farm, z którym nagrał dwie płyty, oraz gościnnie (np. w projektach Break Horses czy Ocean of Noise). Bardzo dużo koncertuje, zarówno w maksymalnie kameralnych warunkach – w tym roku odbył trasę po Polsce, grając w… mieszkaniach, lecz ma też za sobą występy na OFF Festivalu i Open’erze. Dopiero co powrócił z koncertów m.in. w Berlinie, Dreźnie, Monachium, Wiedniu, Pradze i St. Gallen w Szwajcarii, a znów ruszył w trasę po naszym kraju.
Ciekaw jestem, jak potoczy się jego kariera. Ta muzyka, jak sądzę, sprawdzi się w każdych warunkach: małych klubów, sal na kilkaset miejsc, ale także – oby kiedyś tak się stało – w większym składzie w większych obiektach, gdzie rozmachu i przestrzeni tym utworom nadadzą instrumenty klawiszowe.
Póki co życzyć należy spełnienia marzenia, jakim jest wyjazd do Stanów i zagranie dla ludzi tam, u źródeł. A przede wszystkim pogratulować nowej płyty – Birchowi oraz jego kolegom, Przemysławowi Wejmannowi i Mariuszowi Szypurze, a ponadto, last but not least, Agencji Borówka Music. Jednej z najpiękniejszych polskich płyt wydanych w 2014 roku.