Trupa Trupa: niezwyczajny ból głowy

trupa_trupa_headache

Karmią nas bólem głowy. Ale nie jakimś tam prostackim napieprzaniem łba, nie arystokratyczną migreną, lecz opętańczym, obsesyjnym rozsadzaniem czaszki aż po przekraczanie granic tego, co powszechnie uznaje się za normalność.

[more]

*

Gdyby w latach sześćdziesiątych dysponowano takimi jak dziś możliwościami w studiach nagraniowych, otrzymywalibyśmy między innymi takie realizacje, jak w przypadku trójmiejskiej Trupy Trupa. Podziało się tak, że musiało minąć niemal pół wieku: „Syn – minie pismo, lecz ty spomnisz, wnuku”, chciałoby się powtórzyć za Norwidem – by to granie wróciło do łask i – w najlepszych przypadkach – zalśniło pełnym blaskiem.

Jeśli Trupa Trupa coś „straciła”, to na samym początku, decydując się na granie prawie zupełnie nieobecne w mediach, z góry odpuszczając ewentualny szum wielkich radiostacji i zaistnienie na ich playlistach. A teraz, na trzecim dużym krążku, wściekle dojrzale i w sposób dowodzący całkowitej pewności tego, co i jak, proponuje jeszcze bardziej zakręconą podróż przez muzyczne lądy.

Próbując pisać o tej muzyce, zamieniam się w bezradnego dzieciaka. Bo przemieliło się już tego w życiu co niemiara, wszystko coś przypomina, wszystko gdzieś już kiedyś zostało zagrane. A przecież czasem (bardzo, bardzo rzadko, coraz rzadziej) nowych kilkadziesiąt minut daje niczym nieskażoną frajdę słuchania. Choć niekoniecznie – tak jak w przypadku płyt TT, jest to podróż do krainy łagodności. Oj, zdecydowanie nie. 

Karmią nas bowiem bólem głowy. Ale nie jakimś tam dostępnym pospólstwu, prostackim napieprzaniem łba, nie arystokratyczną migreną, lecz zaraźliwym, obsesyjnym rozsadzaniem czaszki aż po przekraczanie granic tego, co powszechnie uznaje się za normalność.

Z tym już zostaniemy: najważniejsze, najdojrzalsze w rocku wydarzyło się gdzieś między 1967 a 1975 rokiem – i wszystko (no, prawie), co ważnego powstawało później i powstaje dzisiaj, odnosić się będzie mniej lub bardziej do tamtego okresu. 

Można żonglować tropami (bo ta szafa nie jest muzycznym demobilem, a to, co z niej wypada, trupem), szukać nazwisk i nazw, z którymi kojarzą się docierające do uszu dźwięki. Dosłuchać się – znów, jak na poprzednim krążku – wczesnego Pink Floyd i matowych falsetów w stylu Gilmoura, na przykład w Sacrifice czy Unbelievable. Dostrzec klimat dojrzałych The Beatles w Rise And Fall, a gęstą fakturę wielu utworów nieodmiennie kojarzyć z Velvet Underground. 

Nade wszystko jednak odnajduję „zorganizowaną anarchię” King Crimson – głównie z okresu Frippowsko-Wettonowskiego – jak w fantastycznym Wasteland, ale także Discipline – co wyraźnie słychać w Getting Older oraz w początkowych i końcowych fragmentach utworu tytułowego. W nim nie ma żartów w szczególny sposób: atmosfera gęsta i duszna od pierwszych dźwięków narasta i potężnieje z każdą minutą niczym w The End Doors, a głos Wojciecha Juchniewicza (drugiego, obok Grzegorza Kwiatkowskiego, wokalisty) brnie w rozwibrowane, szaleńcze rejony spod znaku Jima Morrisona. Zespół nie odpuszcza do samego końca. Progi szpitala psychiatrycznego przekraczamy raz jeszcze w industrialnym Picture Yourself.

Od wydania płyty – tym razem przez brytyjskiego wydawcę, Blue Tapes And X-Ray Records, mijają prawie dwa miesiące. Po okresie ostrego aplikowania, a następnie odstawieniu tej muzyki na pewien czas i – teraz – powrotu do niej mogę wreszcie powiedzieć, że poznałem ten materiał, oswoiłem się z nim. Ale nie wiem, czy o psychodelicznym pokoju, w którym czasem brakuje klamek, mogę powiedzieć, że pokochałem.

Świetna płyta.

(Trupa Trupa: Headache, 2015)

[W NaTemat: 26 kwietnia 2015]

Giganci tańczą: Van Morrison

vm_duets

Rok 2015 jeszcze młody, a ja chyba mam już swoją płytę aktualnych dwunastu miesięcy. Van Morrison zaprosił plejadę gwiazd i zrealizował blisko osiemdziesięciominutowy materiał. Cudownie lekki i jednocześnie dopracowany w najmniejszych szczegółach.

[more]

*

Rok 2015 jeszcze młody, a ja chyba mam już swoją płytę aktualnych dwunastu miesięcy. Ci, co zaglądają tu częściej, wiedzą, że nie stronię od gitarowego hałasu, a jednak – z biegiem lat i dni – coraz bardziej chwytają mnie za serce brzmienia piękne w sposób nie całkiem oczywisty. Jako dwudziestolatek zwiewałem od takich rytmów czym prędzej i daleko, a  dziś darzę je atencją szczególną.

Van Morrison (urodzony w 1945 roku w Belfaście) z muzycznymi scenami związany jest od końca lat 50. Między 1963 a 1966 rokiem stał na czele formacji

Them.

Tej, która „zasłużyła na opinię jednej z najlepszych grup połowy lat 60”. Która „repertuar aranżowała bardziej pomysłowo niż konkurencyjne zespoły rhytm’n’bluesowe, nie wyłączając The Rolling Stones i The Animals. Nie zdobyła wszakże takiej popularności, na jaką zasługiwała. W czerwcu 1966 zniechęcony Morrison wybrał karierę solisty”*. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Dlaczego Them nie stanęli w jednym szeregu z wymienionymi TRS, Who czy Beatlesami, czego zabrakło, a czego było za dużo – nie sposób już chyba dociec. Podobnie jak tego, że Morrison jest bezustannie artystą bardzo cenionym, ale jeśli wielbionym i kochanym, to przez nieoszałamiające swą liczbą grono.

Korzyść z zajmowanego przez niego w szołbiznesie miejsca jest taka, że może „bezkarnie” sięgnąć do swego repertuaru i raz jeszcze nagrać niektóre numery. A wyobrażacie sobie coś podobnego w odniesieniu do Stonesów, którzy wydaliby krążek z nowymi studyjnymi wersjami własnych utworów sprzed kilkunastu czy kilkudziesięciu lat albo McCartneya z Ringo Starrem sięgających – nie daj, Boże – po piosenki Beatles?! Najprawdopodobniej rozpętałaby się burza: że bezczeszczą świętości, że starymi palcami dotykają sacrum. Albo co najmniej, że robią coś niepotrzebnego, zbytecznego. 

Lecz mogę się mylić w swych przypuszczeniach – w końcu Van Morrison też nie sięgnął po Glorię czy Brown Eyed Girl. Z pewnością natomiast zaprosił 

plejadę gwiazd

(bo jest jednym z tych, którym się nie odmawia, z którymi zagrać to zaszczyt) i zrealizował blisko osiemdziesięciominutowy materiał. Stary – nowy. Cudownie lekki, swingujący – i jednocześnie dopracowany w najmniejszych szczegółach.

Irlandczyk od zawsze tworzył gdzieś na styku bluesa, rhytm and bluesa, soulu, a także jazzu. Jego twórczość, nasączona tak bardzo amerykańskimi wpływami, przywodzi na myśl innego hołubionego przeze mnie wykonawcę: The Band. Jak to się stało, jak to możliwe, że ich drogi nigdy nie zeszły się na dłużej, na jedną całą płytę przynajmniej? Bob Dylan & The Band – jasne, wiemy, znamy. Ale czemu skład Van Morrison & The Band to dwa fragmenty z The Last Waltz (skądinąd chyba najpiękniejszego pożegnania, jakie może sobie wyobrazić nie tylko rockowy wykonawca) oraz nieliczne inne zderzenia w czasie i przestrzeni? Ale odkładam już na bok osobiste muzyczne marzenia.

Bo przecież, jak wspomniałem, zestaw muzyków na 

Duets

jest doprawdy imponujący. Płyta, w odróżnieniu od bardzo wielu dzisiaj wydawanych w rozmiarze pojedynczego winylu, jest bardzo długa, ale słucham jej z zapartym tchem do samego końca. Pierwszy numer na płycie VM zdążył zaśpiewać z Bobbym Womackiem, który zmarł w czerwcu 2014 roku. A potem są jeszcze m.in. George Benson, PJ Proby, Georgie Fame, Steve Winwood, Mark Knopfler, Taj Mahal, Chris Farlowe, Natalie Cole, Michael Bublé i Mick Hucknall. No i Don Was oraz Bob Rock jako współproducenci.

 

Jedna pieśń piękniejsza od drugiej, maestria tym większa, że zupełnie niewymuszona. Zastanawiam się tylko, a mogę mówić jedynie we własnym imieniu, czy aby docenić urodę tego wyjątkowego dzieła, szczyt góry trzeba już mieć za sobą – i zsuwać się nieuchronnie w cień i mrok.

(Van Morrison, Duets. Re-working The Catalogue, 2015)

________________

* Wiesław Weiss: Rock. Encyklopedia. Warszawa 1991.

[W NaTemat: 12 kwietnia 2015]

Zielonych myśli w święta

zajac_

Tak trudno o odnalezienie dziecięcej radości ze świąt. Ale przecież czujemy, że powinniśmy coś choć na chwilę w sobie i wokół siebie zmienić.

[more]

Skoro prawie niemożliwe jest przeniesienie świątecznej atmosfery w codzienność: w bieżączkę i kalendarzową czkawkę – w takim razie życzymy Wam i sobie, abyśmy nie wpuścili nastroju powszedniości za progi naszych domostw przez najbliższe dni.

{W NaTemat:  kwietnia 2014]

Z remanentów 2014: maestro Neil Young

young_storytone

Nietrudno sobie wyobrazić tę muzykę jako soundtrack – ilustrację westernu. Mamy samotnego wilka, takiego Johna Wayne’a, którego sylwetka zaciera się coraz bardziej w ostatnich ujęciach filmu, ginie w tumanach preryjnego kurzu i piasku przechodzących w napisy końcowe.

[more]

*

Gdy przypatruję się niesłabnącej aktywności Neila Younga, do głowy przychodzi mi inne nazwisko z artystycznego świata: Woody Allen. Metrykalnie dzieli ich co prawda dziesięć lat – Allen urodził się w 1935, Young w 1945 roku – ale młodziakami przecież już od dawna nie są. Obaj zdają się, bynajmniej nie ze starczym ADHD, walczyć z uciekającym czasem: reżyser kręcąc jeden film za drugim, muzyk raz po raz wchodząc do studia nagraniowego. Young w 2014 roku wydał aż dwa albumy – i, co najistotniejsze, oba prezentują poziom zdecydowanie powyżej średniej.

Niedawno zachwycałem się nowym krążkiem Boba Dylana, stylistycznie łącząc go z przedostatnimi nagraniami Paula McCartneya czy ostatnimi Erica Claptona. Younga należy dopisać do tego 

zacnego grona.

Pewnie jest w moich emocjach mieszanka typowa dla ludzi będących w średnim wieku: coś z – ciągle – synowskiego uwielbienia, sporo nostalgii, bo najsłynniejsze dokonania zwłaszcza trzech pierwszych to moje dzieciństwo i młodość, na pewno też pragnienie posiadania jeśli już nie autorytetów (szczególnie – moralnych), o co po pięćdziesiątce coraz trudniej, bo ważni dla mnie ludzie w większości są w zaświatach, to przynajmniej mistrzów w dziedzinach szczególnie bliskich sercu. A przecież tych czterech panów to wielkie postacie muzyki ostatnich kilkudziesięciu lat.

Young poszedł w podobne klimaty, w czasy przedrokendrolowe lub w muzyczne rewiry sąsiednie. Odróżnia go od pozostałej trójki to, iż serwuje nam, choć wystylizowane, zupełnie nowe kompozycje. Wymyślił, że nagra album z orkiestrą – raz prawie stuosobową, raz ponadsześćdziesięcioosobową, z chórem, do tego utwory z towarzyszeniem big-bandu oraz fragmenty solo – z partiami na przykład fortepianu i harmonijki. W wersji de luxe wydawnictwa mamy okazję posłuchać odmiennych aranżacji tych samych utworów.

Otrzymujemy więc coś z klimatu wielkich sal koncertowych, tyle że Young podchodzi do orkiestrowego rozmachu w osobliwy sposób: „Chciałbym nagrać płytę z wielką orkiestrą, na żywo, 

w technice mono,

z jednym mikrofonem”. Siebie jako wokalistę nagrywa na setkę, bez korekt i dziesiątek podejść w studiu nagraniowym. Słychać więc wszelkie potknięcia, niedoróbki, niedostatki niemłodego już głosu. 

Ale jest w tym, paradoksalnie, realizacja głęboko przemyślanego pomysłu. Gdyby orkiestrę nagrać z rozmachem, na jaki pozwala dzisiejsza technologia, gdyby przed mikrofonem postawić Matta Duska, Barbrę Streisand lub Celine Dion, otrzymalibyśmy zapewne produkt najwyższej jakości, tyle że – właśnie – produkt. Sporządzony w innej estetyce: wymuskany, dopieszczony i, najprawdopodobniej, nieznośnie w przypadku pań egzaltowany (Glimmer w ich wykonaniu ociekałby lukrem, natomiast fałszujący Young uczynił z tej pieśni przejmujący numer). Produkt, powtórzę, gładki i lśniący jak Ameryka w blasku świateł i w tym samym pochodzący z zupełnie innej galaktyki niż przekaz folkowo-bluesowo-rockowy: 

chropowaty,

zacinający się jak stary winyl – głęboko prawdziwy w swej naturalności.

Do tego jeszcze, gdy nadstawić tylko trochę uważniej ucha, płyniemy razem ze smykami nie tyle w klimaty symfoniczne, z okolic tzw. muzyki poważnej, co raczej w muzykę filmową, nie przymierzając: kompozycje Ennio Morricone. Mamy więc właściwie gotowy soundtrack (czyli nic nowego w dyskografii Younga). 

Nietrudno to sobie wyobrazić – coś na kształt sekwencji filmu o kowbojach. Mamy samotnego wilka, takiego Johna Wayne’a, którego sylwetka zaciera się coraz bardziej w ostatnich ujęciach filmu, ginie w tumanach preryjnego kurzu i piasku przechodzących w napisy końcowe. Albo który znów zostawia ukochaną kobietę i odjeżdża, by walczyć z odradzającym się złem – słychać monolityczny dźwięk orkiestrowych smyków, harmonijkę ustną i folkowy wokal Younga. To wszystko na przykład w przecudnej urody I’m Glad I Found You płynnie przechodzącym w When I Watch You Sleeping. Z jednym wszakże zastrzeżeniem: w warstwie tekstowej jest trochę inaczej – album powstawał w trudnym dla artysty okresie rozpadu wieloletniego małżeństwa i wchodzenia w nowy związek.

Prócz tych westernowych klimatów otrzymujemy też z rozmachem zaaranżowane numery nagrane z towarzyszeniem big-bandu, z mocną i stylową gitarą (I Want To Drive My Car, Say Hello To Chicago czy smakowite bluesidło Like You Used To Do), a ponadto, w rozszerzonej edycji albumu, kameralne wersje kilku utworów. 

Young sięga do wielu muzycznych szuflad i robi to 

z pewnością starego mistrza.

Przy okazji tego krążka znów przypomina mi się najkrótsza zapewne w historii świata korespondencja dotycząca ukończonego dzieła – Wolter do wydawcy: „?”, wydawca do Woltera: „!”. Young jest w takiej formie artystycznej, że chyba nikt nie ośmieliłby się ingerować w jego zamysły, nie mówiąc o uniemożliwieniu ich realizacji.

Rokendrol, zelektryfikowany i gwałtowny jak żaden przed nim rodzaj muzyczny, został gdzieś u swych początków i jeszcze bardziej dorastania obficie podlany buntem oraz chęcią wywrócenia do góry nogami zastanego porządku. Dokonania starych rockmanów od wielu już lat dowodzą wyraźnie, iż rock jest jeszcze jednym ogniwem w historii muzyki. Integralnym i mocno splecionym z innymi.

(Neil Young, Storytone, 2014)

[W NaTemat: 6 kwietnia 2015]

O małych ojczyznach, Janie Skrzeku i koncercie jego pamięci

jan_skrzek_gb1

Ludzie od zarania dziejów szukali szczęścia. Filozofowie i psychologowie zmagali się ze zdefiniowaniem tego pojęcia. A Skrzek na swej pierwszej płycie w utworze „Granice szczęścia” śpiewa: „Nie w każdej knajpie jest piwo”. I zaraz dodaje: „W knajpie podłej jak życie”.

[more]

*

Dawno, dawno temu to było. Ale było. Pewien bardzo znany aktor, gdy przyjął posadę dyrektora Teatru Śląskiego w Katowicach, spotkał się z przedstawicielami tego regionu. Prosty górnik zapytał go, czym się kierował – on, uznany, wielki – podejmując wyzwanie poza stolicą. Ten odparł:

– Uczyniłem to także po to, aby ludzi takich jak pan nauczyć mówić po polsku.

Czy muszę dodawać, że wypowiedź ta nie zrobiła dobrego – delikatnie mówiąc – wrażenia na tubylcach?

*

PRL to nie był czas małych ojczyzn, pielęgnowania tego, co osobne, regionalne, odrębne. Naród miał być jeden – i zawsze z partią. Kwestie mniejszości narodowych, przejawów kultur innych niż ta jedna, ogólnopolska, uznana za obowiązującą, nie istniały.

W dodatku moje osobiste doświadczenia zupełnie nie sprzyjały obudzeniu w sobie tego typu refleksji. Jako trzymiesięczny osesek opuściłem rodzinne Czechowice-Dziedzice, by kolejnych ponad czternaście lat spędzić w sypialni Katowic, jak w latach 60. mówiło się o Tychach. Mieście leżącym na Śląsku, ale tak naprawdę kulturowo słabo z nim związanym. Wynikało to z prostego faktu, iż miasto było nowe, a przeważającą część jego mieszkańców stanowiła ludność napływowa – ludzie, którzy zjawili się w tym miejscu wraz z rozwojem przemysłu. Pochodzili zewsząd, czego doświadczałem na własnej skórze, wśród najbliższych sąsiadów.

Śląska nie wyssałem więc z mlekiem matki, choć to za jej sprawą jestem półkrwi Ślązakiem, czyli tzw. krojcokiem. Śląska się uczyłem, uczę nadal, jako mieszkaniec Katowic od 1977 roku. Uczę w sposób pokręcony, nieoczywisty: najpierw jako uczeń technikum, gdzie obok ludzi „stąd” znów wielu było skądinąd – ze spodżywieckich wsi czy nawet Zakopanego i okolic.

Później trafiłem na polonistykę. A więc na Wydział Filologiczny Uniwersytetu Śląskiego. Tyle że ów wydział mieścił się wówczas w… Sosnowcu, czyli stolicy Zagłębia. W mieście ościennym, a jednocześnie odległym kulturowo (nie miejsce tu na historyczne dywagacje*). Nieocenione okazało się dopiero prawie sześć lat pracy w kopalni „Katowice” i zanurzenie w tym środowisku. Oraz przygruchanie sobie żony z rdzennie śląskiej rodziny.

Wybaczcie ten przydługi wstęp: marne przyczynkarstwo na temat opozycji natura – kultura. W latach 80. byłem zbyt młody, zbyt przesiąknięty, chcąc nie chcąc, oficjalną wykładnią w tym zakresie. To nie był czas – ani w historii Polski, ani w moim życiu – by uznać i docenić przekaz inny niż posługujący się literacką polszczyzną: w miarę elegancki i gładki, możliwy do powszechnego zaakceptowania.

*

A tu, przed wielotysięczną widownię kolejnych odsłon Rawy Blues w Spodku we wspomnianych latach 80. wychodził facet, który sprawiał wrażenie, że właśnie skończył kopalnianą szychtę, wziął prysznic i zasiadł zamiast do rodzinnego obiadu – do fortepianu. Poradzi ino godać, a nie mówić. W ten sposób – myślałem – utrwala stereotyp Ślązaka – prostaka, człowieka nieuczonego w mowie i piśmie, stworzonego do ciężkiej pracy w kopalni bądź hucie, ale człowieka o wąskich horyzontach i mającego problemy ze zbudowaniem poprawnego zdania w języku polskim. (Inna sprawa, że Spodek to nie jest wymarzone miejsce dla muzyka – solisty, przy fortepianie, z harmonijką przy ustach. Zdecydowanie lepsze są kluby na kilkadziesiąt – kilkaset miejsc).

Musiałem się posunąć w latach, pewnie wrosnąć w tę ziemię, pożyć trochę po 1989 roku, w czasach gdy Niemcy się jednoczyli, ale Słowacja i narody bałkańskie tworzyły własne struktury państwowe, uświadomić sobie, że na ojczyznę może składać się wiele małych ojczyzn wnoszących całkiem sporo do wspólnego garnka. Uświadomić wreszcie, że kultura to nie tylko ośrodki uniwersyteckie i przybytki kulturalne, ale i – jak dziesiątki i setki lat temu – twórcy może pozbawieni tytułów naukowych i wielkomiejskiej ogłady, za to do bólu prawdziwi w swym przekazie.

 

Ta prostota, gwara zamiast literackiej polszczyzny, przestała być czymś, czego należy się wstydzić, stała się wartością dodaną. Zgoda, w pewien sposób czyniącą czasem sztukę bardziej hermetyczną, niełatwą do odczytania przez ogół, ale cudownie pierwotną i szczerą.

Kiedyś przestano się śmiać z Nikifora, malarza prymitywisty, dziś tzw. wielki świat potrafi pochylić się nad wieloma innymi twórcami naturszczykami, pracującymi z dala od wszystkiego co opiniotwórcze. Nie nad wszystkimi i nie zawsze. Tak już jest, że pojawiają się i przemijają mody – na nurty, na nazwiska.

Kyks – Jasiu Skrzek – działał poza wszelkimi układami, daleko od kamer, ekranów telewizorów i list przebojów. Bluesman na wzór czarnych, bezzębnych Amerykanów sprzed kilkudziesięciu, stu lat.

*

Ludzie od zarania dziejów pragnęli szczęścia, uganiali się za nim, pragnęli go i tęsknili za nim. Filozofowie i psychologowie zmagali się ze zdefiniowaniem tego pojęcia. A Skrzek na swej pierwszej płycie utwór zatytułowany Granice szczęścia zaczyna od słów: Nie w każdej knajpie jest piwo. I dziś wcale nie ogarnia mnie, faceta po pięćdziesiątce (sic!), ani pusty, ani rubaszny śmiech, gdy tego słucham. W knajpie podłej jak życie – śpiewa dalej Kyks.

*

W czwartek jego przyjaciele i koledzy zrobili to, co mogą najlepszego uczynić muzycy dla zmarłego kamrata: zagrali koncert. Dzięki uporowi i wysiłkowi Leszka Windera, lidera Śląskiej Grupy Bluesowej (Winder, Skrzek, Giercuszkiewicz, Rzepa) i przed laty współlidera Krzaka, doszło do wspólnego występu kilkudziesięciu muzyków wywodzących się przede wszystkim ze środowiska bluesowego na Śląsku. 

Byli Winder, Józef Skrzek, Giercuszkiewicz, Rzepa, Dudek, Duży, Głuch, Kulisz, Łapka, Cygonek, Uryga, Cree, Miuosh i inni. Wykonywali, nie kryjąc obaw, repertuar solowy Skrzeka i wspomnianej ŚGB. Było stylowo i wzruszająco.

Panie Janie, Kyksie, Jano, Jasiu – bardzo Cię brakuje. Na Śląsku szczególnie.

(Katowice, kinoteatr Rialto: Koncert pamięci Jana „Kyksa” Skrzeka, 26 marca 2015)

_____________

* Kij w śląsko-zagłębiowskie mrowisko zdarzyło się też przed laty włożyć konferansjerowi Rawy Blues, nieżyjącemu już Januszowi Kosińskiemu. Trochę opóźniał się start imprezy, stojący przed mikrofonami „Kosa” i Jan Chojnacki nie za bardzo mieli pomysł, o czym tu jeszcze mówić. I pierwszy z nich wypalił: „Słuchajcie, nie wiedziałem, że tutaj są takie animozje między Katowicami i Sosnowcem…”. Kilkutysięczna widownia, złożona głównie ze Ślązaków (blues to bardzo śląska sprawa) zaczęła wyć i gwizdać. Speszony „Kosa” nie dokończył zdania. Zresztą – co takiego akurat on mógł wnieść do sprawy?

[W NaTemat: 28 marca 2015]

Voo Voo – siódme niebo tuż

voo_voo_dw

Cholernie to inteligentne. Wszystko. Jazzowa swoboda grania, Współbrzmienie gitary i saksofonu, oszczędne wokalizy Pospieszalskiego. No i – teksty Waglewskiego, z pewnością jedne z najlepszych nad Wisłą, nie tylko w rockowych kategoriach.

[more]

*

To była nasza – żony i moja – pierwsza wizyta w siemianowickim 

Parku Tradycji.

Nazwa niezbyt trafiona, bo kojarząca się raczej z cmentarzem niż ośrodkiem kultury. Chyba że mamy na myśli to, co zostało z górnictwa kopalnego na Śląsku… 

park_tradycji

Stary obiekt zyskał drugie życie, wzorem tego, co uczyniono w Chorzowie w miejscu po KWK „Prezydent” czy – na znacznie większą skalę – w Katowicach na zgliszczach kopalni noszącej imię miasta (czyli wybudowanie nowych siedzib NOSPR i Muzeum Śląskiego). Wraz z przyległym terenem został przepięknie, jak to się dziś mówi, zrewitalizowany. Połączenie surowej cegły z szarościami, srebrzystościami i czerniami elementów wykończenia oraz wszelkich instalacji sprawia imponujące wrażenie. Sala na około dwieście miejsc lśni nowością i zaskakuje bardzo porządnym, przemyślanym wystrojem (tu kłania się, oczywiście z zachowaniem proporcji, katowicka Akademia Muzyczna).

W tych poprzemysłowych okolicznościach przyrody przyszło nam degustować – nie zliczę który raz, bo nazbierało się tego trochę przez lata – występ Voo Voo. I chyba w ubiegły czwartek smakował on najbardziej. Nie dlatego, że zespół zrobił jakiś spektakularny krok naprzód w ostatnim okresie. Oczywiście nie – uśmiecham się – bo to wykluczone w tym przypadku. Ale chyba jest coś w panach Waglewskim i Pospieszalskim, wspieranym przez Martusewicza i Bryndala, co przypomina 

wino z bardzo dobrego rocznika.

Im później, po upływie większej ilości lat otwieramy butelkę, tym wyborniej ono smakuje.

Lider rzeczywiście w ostatnich latach poczynił postępy jako gitarzysta. Rockowy, dodam od razu. Te dwie czy trzy solówki, jakie odwalił w trakcie stuminutowego koncertu, zrobiły świetne wrażenie. Waglewski potrafi – i to bardzo dużo – w zakresie obsługi sześciostrunowego instrumentu. Przypominają się starzy mistrzowie wiosłowania, których przez szacunek dla garstki moich stałych odbiorców w tym miejscu wymieniać już nie będę: świetnie wiecie, o których chodzi. Pan Wojciech, jak napisałem, zrobił to zaledwie parę razy: pokazał, że umie, i nie widział powodu, by epatować napieprzaniem w każdym utworze (jak to mają w zwyczaju ci, których nie lubię, a o których także wiecie). I za to mistrzostwo i powściągliwość kłaniam mu się nisko.

To, co także wpływa na znacznie gorętszy mój odbiór tej muzyki – także, a może wręcz przede wszystkim – to rola Mateusza Pospieszalskiego. Nigdy nie byłem orędownikiem jego euforycznego i przytłaczającego „łobi-jabi”. MP chyba wreszcie… wydoroślał. Nie ma już bezustannej potrzeby wychodzenia na plan pierwszy i „zaśpiewywania” na śmierć świetnych – no właśnie: jednych z najlepszych nad Wisłą tekstów (nie tylko w rockowych kategoriach) swojego starszego kolegi. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to tylko do niepotrzebnego zachęcania publiczności do aktywnego udziału w koncercie: Polacy z niesłabnącym upodobaniem klaszczą na raz. To nijak nie pasuje do – bardzo mi bliskiego – stwierdzenia: „Są pojęcia niedefiniowalne jak swing w muzyce”.*

Więc z jednej strony wszystko jest zgodne z dawno już wypracowanym stylem zespołu, w którym rockowe klimaty przenikają się z – rodem z Osjana – wszelkim folkiem i etno; oraz oczywiście jazzem (saksofony Pospieszalskiego i kontrabas Martusewicza), a z drugiej – w ostatnich latach bliższe to rockowych źródeł, te riffy czasem żywcem wyjęte z klasycznych numerów, ale, oczywiście, zaraz odpowiednio zakręcone i to bynajmniej nie z powodu konieczności uniknięcia podejrzeń o plagiat.

Cholernie to inteligentne. 

Wszystko. Kultura muzyczna. Całkowita, iście jazzowa swoboda grania: odejścia od głównego tematu, mniej lub bardziej szalone improwizacje i płynne powroty do meritum. Fantastyczne współbrzmienie gitary i saksofonu. Gdy ta pierwsza gra solo, sax krótkimi dmuchnięciami robi za instrument rytmiczny – lub na odwrót. A sekcja cały czas wykonuje swoje. Wokalizy Pospieszalskiego – rzadsze, oszczędniejsze, bardziej wyważone niż dawniej – są przez to zdecydowanie szlachetniejsze. Teksty Waglewskiego – mądre jak ich autor. „Z wiekiem doszedłem do tego, że liczą się trzy tematy – powiedział kiedyś. – Kosmos i Bóg. Śmierć i przemijanie. Miłość i lęk przed utratą miłości”. W tym samym wywiadzie powiedział też, „że trzeba się przyzwyczaić, że już minął kryzys wieku średniego, trzeba przejść do grupy mędrców i z tej perspektywy patrzeć na okoliczności życiowe”.*

Jak się tyle muzycznie i literacko potrafi, co frontman Voo Voo, jak się tyle przeżyło i ma tyle dystansu do świata i – przede wszystkim – do samego siebie, zabiera się słuchaczy na półtorej godziny do szóstego nieba. A jeśli – cytując autora – jesteśmy w szóstym niebie już, to siódme jest tuż-tuż. I komuś takiemu jak Wojciech Waglewski, rocznik 1953, wolno ze spokojem obwieszczać: „A ty już wiesz, że wyścig nie ma znaczenia. Nic już nie musisz poza tym, by fantastycznie przeżyć życie”.*

Czyli także – przeżyć i odebrać koncert. Może nie jakiś wyjątkowy w historii zespołu, ale po prostu bardzo dobry. Natomiast dla słuchaczy stanowiący z  pewnością wyjątkowe chwile. „Jeszcze tego pożałujecie” – zażartował WW, zaczynając wśród niemilknących braw bisy. Oj, zdecydowanie nie.

(Voo Voo, Siemianowice, Park Tradycji, 19 marca 2015)_

______________________________

* „Kocham Grażynę W.”. Z Wojciechem Waglewskim rozmawia Piotr Pacewicz. W: Wysokie Obcasy, 14 marca 2009.

[W NaTemat: 22 marca 2015]

Sławomir Piwowar 1953-2015

piwowar

17 marca 2015 roku zmarł Sławomir Piwowar, świetny gitarzysta i klawiszowiec, współpracownik m.in. Czesława Niemena, SBB, Grzegorza Ciechowskiego, Kasi Kowalskiej i Urszuli.

[more]

*

W póltora miesiąca po Janie Skrzeku zmarł Sławomir Piwowar. Obaj pojawili się na krążku Memento z banalnym tryptykiem SBB nagranym w 1980 roku, a wydanym dwanaście miesięcy później, już po rozpadzie formacji. Piwowar był wtedy pełnoprawnym członkiem zespołu, jego fotografia pojawiła się na okładce płyty tak samo jak Józefa Skrzeka, Apostolisa Anthimosa i Jerzego Piotrowskiego. Jego autorstwa był drugi utwór na krążku – Trójkąt radości.

Piwowar był już wtedy znanym i uznanym muzykiem, przede wszystkim gitarzystą, ale i klawiszowcem. Po raz pierwszy jego nazwisko znalazło się w opisie albumu jazzowej grupy Paradox, Drifting Feather, w 1971 roku. Później wziął m. in. udział w nagraniach płytowych Marianny Wróblewskiej, współpracował z zespołem Piotra Figla. 

Pełną nobilitację przyniosło mu członkostwo w zespole Aerolit. Czesław Niemen po rozwiązaniu grupy Niemen (czyli SBB plus Helmut Nadolski i czasem Andrzej Przybielski) utworzył nowy – ostatni jak się miało okazać – skład towarzyszący: z Andrzejem Nowakiem na klawiszach, zmarłym przedwcześnie w 1975 roku Piotrem Dziemskim na bębnach, Jackiem Gazdą (od lat w Easy Rider) na basie i właśnie Piwowarem na gitarach. Album wydany został w 1975 roku. Trzy lata później drogi Niemena i Piwowara zeszły się powtórnie przy okazji powstawania dwupłytowego Idee Fixe.

Z końcem lat 70. nastąpił krótki okres współpracy Piwowara z SBB. Już po rozwiązaniu formacji, niejako z rozpędu, nazwiska Piotrowskiego i Piwowara widnieją wśród muzyków uczestniczących w nagraniu Józefiny, solowej płyty Skrzeka z 1981 roku, wydanej tak naprawdę dwa lata później. W reaktywowanym SBB pojawiał się okazjonalnie jeszcze dwukrotnie, w 2006 i 2014 roku.

Po dłuższej przerwie Sławomir Piwowar znalazł się w zespole Obywatela G.C., w składzie, który dokonał rejestracji muzyki do filmu Stan strachu (1989). Cóż za smutny zbieg okoliczności: razem ze Stanisławem Zybowskim, bardzo dobrym gitarzystą, prywatnie mężem Urszuli, także – jak SP – urodzonym w 1953 roku, także – jak Ciechowski – zmarłym w 2001 roku.

Nie jest więc zaskoczeniem, że w 1992 roku ma swój udział w nagraniu albumu Urszuli & Jumbo. Nigdy nie byłem fanem tej piosenkarki, ale fakty w przypadku tego krążka są takie: lwią część muzyki napisał Zybowski, tekstów – Bogdan Olewicz (tekściarz Perfectu), w chórkach podśpiewują Kayah i Stanisław Sojka, na basie grają Bodek Kowalewski (Maanam) i Paweł Mąciwoda (w przyszłości Scorpions). Piwowar w zespole Urszuli zakotwiczył na dłużej, słychać go na wielu jej płytach, aż po Eony snu w 2013.

Po drodze jest jeszcze jeden istotny element jego muzycznej drogi: obsługa klawiszy na pierwszej płycie Kasi Kowalskiej – Gemini – w 1994 roku. Dziś, z perspektywy późniejszych dokonań tej piosenkarki, trudno sobie uzmysłowić albo przypomnieć, jak ważny to był debiut, jak ważny (obok Bartosiewicz i Nosowskiej) nowy damski głos w polskiej muzyce. Piwowar pojawia się także na drugiej płycie Kowalskiej: Koncert inaczej (1995). I wreszcie, by dopełnić listy, klawisze Piwowara słychać na krążku Ogrody (1995) Iry. Wspomagał ponadto Ewelinę Flintę i wskrzeszony na krótko Bemibek.

*

Kasia Kowalska napisała na swoim profilu na FB: „Dziś odszedł wspaniały człowiek, wybitny muzyk Sławek Piwowar. Sławku, będziemy nosić pamięć o Tobie w naszych sercach”. A koledzy z SBB pożegnali muzyka słowami: „Dobranoc, Jaśko. Sławomir Piwowar 1953-2015”.

[W NaTemat: 21 marca 2015]

Patrząc wstecz i tęskniąc za Jenny

mayall_jenny

Wiele lat temu w Trójkowym „Bielszym odcieniu bluesa” panowie Mann i Chojnacki kończąc prezentację nagrań Johna Mayalla, zaproponowali słuchaczom stworzenie listy dziesięciu najlepszych utworów artysty. Ku chyba nie tylko ich zaskoczeniu na samym szczycie zestawienia pojawiła się „Jenny”.

[more]

Na krążku Looking Back (1969), siódmym w dorobku Mayalla, ojca i mistrza brytyjskiego bluesa, zebrała się cała plejada znakomitych muzyków, w sporej mierze jego wychowanków: między innymi Eric Clapton i Jack Bruce (obaj Cream), Mick Taylor (Rolling Stones), bębniący z wieloma bardzo i trochę mniej znaczącymi Aynsley Dunbar, basista John McVie, perkusista Mick Fleetwood i Peter Green. Trzej ostatni wymienieni to podpory pierwszego, nie tylko dla mnie najlepszego wcielenia Fleetwood Mac.

O wielkiej urodzie ballady, której autorem jest sam Mayall, w olbrzymiej mierze decyduje – obok zrezygnowania z perkusji – jeden z gigantów bluesowej i rockowej gitary, Peter Green – dobywający ze swojego instrumentu dźwięki wyjątkowe i pełne szlachetnej delikatności. Ktoś, kto z pewnością wytyczył nowy szlak gitarowego elektrycznego grania. Wielu do dziś podąża jego tropem, a do absurdu i całkowitego spospolitowania (śmiem twierdzić) doprowadził ten sposób obsługi sześciostrunowego instrumentu Gary Moore. Green to jednak zupełnie inna bajka…

[W NaTemat: 15 marca 2015]

Gniew w moim domu

ira_1993

Bodaj 1995 rok, sytuacja pod osiedlowym warzywniakiem. W podwójnym, spacerowym wózku wielcy fani Dżemu i Iry – moi synowie – czteroletni wówczas bliźniacy. Jak przystało na młodych adeptów muzyki rockowej, zamiast piosenek z „Domowego przedszkola” zgodnie podśpiewują: „Seks jest tym co ja/ Chciałbym ci, maleńka, dać/ Seks to zmysłów czar/ W rytmie naszych ciał”. To sprawia, że przechodzący obok mężczyzna zatrzymuje się, spogląda na bardzo nieletnich wokalistów, po czym przenosi wzrok na ich matkę a moją żonę i mówi: „Hmm, to młodzież teraz śpiewa takie piosenki?”.

[more]

*

IRA znaczy gniew. IRA to, najkrócej rzecz ujmując, trzy zespoły, 

trzy odsłony.

Pierwsza z okresu debiutu fonograficznego, końca lat 80. – jakiś koszmarek, stylistyczny i realizacyjny. Chyba wszystko na tej płycie było złe. A potem formację Kuby Płucisza i Artura Gadowskiego zasilił Piotr Łukaszewski. I tak zaczął się spełniać amerykański sen o pucybucie. Do 1995 roku, gdy zespół się rozpadł, by po następnych kilku latach wznowić działalność. I coraz bardziej rozpaczliwie gonić własny ogon.

A sen był piękny. Do paru chłopaków z Radomia dołączył były członek TSA Evolution i Skawalker, jeden z najbardziej rasowych gitarzystów, jakich nosiła polska ziemia rockowa. Kontrakt z Mustangiem sprawił, że odziano ich w porządne, markowe dżinsy i skóry, a przede wszystkim – mieli za co kupić bardzo dobry na owe czasy sprzęt, otwarły się też przed nimi najlepsze studia nagraniowe nad Wisłą.

Włożone pieniądze zwróciły się – panowie odwdzięczyli się  za otrzymane dobra. Łukaszewski, bardzo pojętny uczeń Eddy’ego Van Halena, zabłysnął zarówno techniką, jak i sporym talentem kompozytorskim. Wpuścił do zespołu mnóstwo świeżego powietrza – inna sprawa, że warsztat wszystkich muzyków poszybował mocno w górę. Gadowski, obdarzony świetnym, pełnym piasku w gardle głosem frontman, bił na głowę większość polskich rywali po fachu. 

Nic to, że teksty były naiwne, banalne, momentami wręcz grafomańskie. Przekaz, choć niezbyt wyrafinowany, był 

wiarygodny:

młodzi, długowłosi muzycy ze średniej wielkości miasta zapatrzeni byli w ideały ruchu hipisowskiego (ówczesna naiwna wiara prawie nas wszystkich, Polaków ufających, że wreszcie, po 1989 roku, jesteśmy we własnym domu, pięknie łączyła się z ideałami epoki dzieci-kwiatów).Muzycznie IRA była na czasie, bliska amerykańskiego, miękkiego metalu – przebojowego, ale i wystarczająco mocnego, by usatysfakcjonować nie tylko nastoletnie panienki.

Dziś, gdy Złotą Płytę otrzymuje się za piętnaście tysięcy sprzedanych egzemplarzy, już prawie nie sposób odtworzyć w głowie tamtych lat: szalejącego piractwa i pierwszych rodzimych wytwórni, wielusettysiecznych nakładów kaset magnetofonowych, które stopniowo zaczynały być wypierane przez CD, i światowych koncernów przymierzających się do zawładnięcia rynkiem. To było Eldorado, wolna amerykanka i Dziki Zachód jednocześnie.

A IRA była wtedy jedną z największych 

gwiazd

–  krążki Mój dom i 1993 wyniosły ją na szczyty popularności. Znamię (1994) było zdecydowanie cięższe i nie przekonało wielu dotychczasowych fanów. Ogrody, pierwsza płyta nagrana dla dużej wytwórni – Zic Zac Marka Kościkiewicza (De Mono) – sygnalizowała powrót do sprawdzonych patentów. Nie przyniosła jednak spodziewanego sukcesu – nie udało się zespołowi wylansować żadnego przeboju dorównującego hitom z drugiej i trzeciej płyty. Album sprzedawał się słabo, a trasa promocyjna też okazała się porażką.

Zespół nie poradził sobie z tymi niepowodzeniami i zawiesił działalność. Reaktywacja nastąpiła w 2001 roku. Rozczarowała mnie wtedy informacja, że nie ma w składzie Łukaszewskiego, zabrakło też Płucisza, a nowe nagrania tylko potwierdziły moje obawy. Zupełnie straciłem serce do kapeli, z dawnej sympatii pozostał jedynie sentyment do wspomnianych czterech, naprawdę niezłych krążków. Dziś bardzo już chyba przykurzonych, jeśli chodzi o świadomość większości konsumentów rodzimego rocka. Tymczasem jak się lubi – tak jak ja – stare dobre Van Halen z okresu z Davidem Lee Rothem, tak trudno nie lubić IRY z lat 1991-95. Nawet jeśli gniew jest tu terminem na wyrost, to soczystość i solidność brzmienia oraz chwytliwe melodie nadal sprawiają dużo przyjemności.

[W NaTemat: 8 marca 2015]

O kowbojach, co dosiedli gitar

bs_all

Wciąż zadziwia mnie to, że po paru dziesięcioleciach podobnego grania nadal pojawiają się wykonawcy potrafiący z rokendrola wydobyć tyle bezpretensjonalnej, niczym nieskrępowanej świeżości. Lynyrd Skynyrd wyrosła bardzo mocna konkurencja.

[more]

*

Czwarty album Blackberry Smoke natychmiast po wydaniu – 10 lutego 2015 – dostępny jest w polskich sklepach płytowych. Sam wszedłem w jego posiadanie za sprawą Pana Janusza, zaprzyjaźnionego sprzedawcy w katowickim S, który po paru odbytych rozmowach doskonale już wyczuwa moje klimaty. Wyjął ten krążek z przegródki i bez zbędnych przedmów zaproponował założenie słuchawek.

Lynyrd Skynyrd

wyrosła bardzo mocna konkurencja. W Polsce BS są, mimo kilkunastoletniej obecności na scenie, zupełnie nieznani, tymczasem ich najnowsze dzieło wspięło się na sam szczyt listy… country „Billboardu”, na siódme miejsce wśród albumów rockowych i dwudzieste dziewiąte na ogólnej liście, zaś w Wielkiej Brytanii osiągnęło, bagatela, siedemnastą lokatę.

Rokendrol jest prostą muzyką, zwłaszcza gdy – tak jak pięciu panów z Alabamy – muzycy posługują się sprawdzonym w tym gatunku instrumentarium i w swych kompozycjach płyną przez sam środek

southernowej rzeki.

A jednak trudno nie ulec urodzie tych piosenek – mamy do czynienia ze znakomitym brzmieniem, świetnym wokalem Charliego Starra i takimiż chórkami. Wciąż zadziwia mnie to, że po paru dziesięcioleciach  podobnego grania nadal pojawiają się wykonawcy potrafiący z tych nut wydobyć tyle bezpretensjonalnej, niczym nieskrępowanej świeżości.

bs_all_band

Utwory są krótkie, trwają niewiele ponad trzy minuty. Ulepione z doskonale znanych elementów, skrzą się mnóstwem fantastycznych zagrywek płynnie przechodzących jedna w drugą. Lśnią jedynym w swoim rodzaju, przynależnym południowym stanom USA połączeniem rokendrola, bluesa i całkiem sporej dawki country. Za ostatnim z wymienionych gatunków nigdy nie przepadałem i nie przepadam, ale gdy w te rewiry zapędzają się swingujący wymiatacze, można tylko kołysać się radośnie – jak na przykład w Too High czy Lay It All On Me.

Całość zaczyna się jednak 

ostro, mocno i stylowo

– już po paru sekundach wiemy, gdzie jesteśmy. Ci, którzy kochają Dżem czy wspomniany już Lynyrd Skynyrd, będą szczególnie usatysfakcjonowani. Kawałek akurat najbardziej kojarzy mi się z wczesnym – i najlepszym – Black Crowes, ale ta nazwa tylko uzupełnia dobrze znane tropy.

Potem mamy pieśń tytułową. Kowboje w XXI wieku stali się subtelniejsi, przynajmniej niektórzy, i z większą troską niż nad domowym inwentarzem pochylają się nad różami. Jest brawurowo, zastosowanych riffów i motywów wielu innym wykonawcom starczyłoby na trzy, cztery kawałki, BS serwują trwającą zaledwie trzy minuty i piętnaście sekund ognistą syntezę southern rocka.

Czwarty zaś w kolejności numer, o jednoznacznym tytule 

Rock And Roll Again

zdecydowanie przypomina patenty Status Quo. Z tą zasadniczą różnicą, że jest, lekko licząc, dziesięć razy lepszy. Tych bluesowych fundamentów, na których zasadzone jest granie Blackberry Smoke, nie da się wyuczyć, z nimi trzeba się urodzić.

I tak jest już do końca. Raz szybciej, raz wolniej, raz mocniej, raz liryczniej, bardziej rockowo (częściej) lub nieco country’owo. Przebojowo i jednocześnie mięsiście. Słychać w każdej sekundzie, że ci panowie mają taką muzykę we krwi. A na dodatek produkcją ich najnowszego dzieła zajął się Brendan O’Brien. Ten sam, który ma na sumieniu między innymi albumy Pearl Jam, Soundgarden, AC/DC, Bruce’a Springsteena, Boba Dylana, Neila Younga, Red Hot Chili Peppers, Aerosmith, Rage Against The Machine czy The Black Crowes. Efekt finalny jest tak smakowity, że nieznaną sobie wcześniej kapelę natychmiast umieściłem wśród ulubionych.

(Blackberry Smoke, Holding All The Roses, 2015)

[W NaTemat: 1 marca 2015]