Park Jurajski (po raz kolejny i nie ostatni)

pobrane25

Profesor Tadeusz Sławek powiedział niedawno, iż bardzo żałuje, że nie udało mu się – jako rektorowi Uniwersytetu Śląskiego – zrealizować pomysłu przyznania doktoratu honoris causa Mickowi Jaggerowi.

[more]

Chyba wszyscy słuchający tego fani zarówno profesora, jak i rocka uśmiechnęli się, ja też. Choć od razu pomyślałem, czemu nie Paulowi McCartneyowi, skoro Beatlesi są zespołem bliższym Sławkowi niż Stonesi. No tak, ale Lennon, bardziej uwodzący swymi niekonwencjonalnymi wypowiedziami i zachowaniami, nie żyje, a McCartney to nie całkiem ten typ osobowości. Więc Jagger, jako frontman największej kapeli świata – jest oczywistym wyborem.

The Beatles i The Rolling Stones.

Ostatnie publikacje tych drugich, zwłaszcza zaś album On Air, wciąż dowodzą silnych związków obu zespołów oraz – po kilku dekadach – przypominają pierwsze lata działalności, czasy Sierżanta Pieprza i Their Satanic Majesties Request, ciągłego zerkania na siebie nawzajem – ze wskazaniem jednak na częstsze podpatrywanie kolegów przez Toczące Się Kamienie. I teraz jest podobnie: kilka lat temu wyciągnięto z archiwów radiowe, dokonane dla BBC, nagrania The Beatles, więc teraz światło dzienne ujrzały podobne rejestracje The Stones. Powiem od razu: dla mnie o wiele ciekawsze, starannie wyselekcjonowane, ograniczone do muzyki, pięknie oczyszczone. W oryginalnym składzie, bez Micka Taylora czy Rona Wooda, za to z Brianem Jonesem i Billem Wymanem.

TRS najpierw, przy okazji wydania Grrr!, zadeklarowali odwieszenie instrumentów na kołki, a zaraz potem dostali kolejnego, potężnego

wiatru w żagle.

W krótkich odstępach czasu fani otrzymali rejestrację koncertu w Hyde Parku (Sweet Summer Sun), znakomity film Olé  Olé  Olé! o trasie po Ameryce Południowej, nowy, bardzo dobry album z zestawem pierwszych inspiracji – Blue and Lonesome i teraz wzruszający On Air. Częstotliwość zawrotna, przypominająca tę z lat 60. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Stonesi wpisują się w tę mało liczną grupę starych gwiazd, które jakby czując kurczenie się czasu, stają się jeszcze bardziej aktywne. (Nawet jeśli wziąć poprawkę na to, że ostatnie publikacje to głównie nagrania na żywo).

Jak ich kumpel Bob Dylan, który rozkręcił się ostatnio do tego stopnia, że w ubiegłym roku wydał album aż trzypłytowy, Triplicate, trzeci już z piosenkami z okolic American Songbook. Nie ustępuje mu Van Morrison, który w 2017 w odstępie trzech miesięcy opublikował dwie nowe płyty. O Neilu Youngu też nie sposób nie wspomnieć, choć on od wielu już lat prawie nie wychodzi ze studiów nagraniowych albo innych „budek telefonicznych” i wydaje swoje kolejne płyty w ilościach niemal hurtowych.

No i dobrze, 

no i na zdrowie.

Bo kto i czego im dzisiaj zabroni? Dawno temu pasja stała się ich robotą, czego można tylko pozazdrościć, gdyż to dane jest nielicznym. A jeśli wziąć pod uwagę miarę talentu, którego starczyło nie na rok i nie na pięć lat, a całe pół wieku, na to, by łączyć radość z muzykowania z radością dawaną innym swoimi nagraniami – trzeba się tylko nisko pokłonić. Tak dochodzę kolejny raz do niezbyt odkrywczej konstatacji, że nic tak dobrze nie konserwuje jak ulubiona forma aktywności. Oraz drugiej: że sztuka jest górą – nad polityką, gorzałą, dragami, seksem i czym tam jeszcze.

Do wymienionych nazw i nazwisk dodać jeszcze trzeba paru innych (choć boję się, że kogoś tu pominę) – tych, co nagrywają nieco rzadziej albo bardzo rzadko – jak Paul Simon – ale wciąż trzymają poziom: Eric Clapton, Paul McCartney, Robert Plant,  Elton John (ten zapowiedział koniec – trasą koncertową, bagatela, trzyletnią), Carlos Santana czy Mark Knopfler.

Moje 

muzyczne puzzle

wysypały się z pudełka w latach 60. Do dziś próbuję je jakoś poskładać. Wciąż z nieskrywaną ochotą na rzeczy tzw. stare, na płyty z czasów, gdy w rocku wszystko działo się pierwszy, a nie setny raz. I wybaczam sobie, że w tej puzzlowej układance tak niewiele jest miejsca na rzeczy nowsze i całkiem nowe, że coraz częściej zbywam je wzruszeniem ramion. Stosując jeszcze jedno porównanie: moja studnia jest już prawie pełna, ciężko dolać do niej choćby szklankę. Zwłaszcza czegoś, co średnio komponuje się z dotychczasową zawartością. Bo coraz trudniej zachwycać się czymś niedawno powstałym, gdy tyle się już słyszało. Gdy serce wyłożone jest dźwiękami z lat 50. – 70. I co z tego, że ubiegłego stulecia?

[W NATemat: 25 lutego 2018]

Stadion Śląski Reaktywacja

stadion

Jako mieszkaniec Śląska do tego obiektu zawsze będę miał stosunek daleki od obojętnego, zwłaszcza że w młodości byłem zapalonym kibicem, natomiast muzyka nawet z łysiejącej głowy nie chce mi wywietrzeć.

[more]

*

Radiowa Trójka zjechała 26 października na Śląsk i z niegdysiejszego „kotła czarownic” nadawała swoje audycje. Słuchając rano wspomnień redaktorów oraz słuchaczy, pomyślałem sobie, że też mam co nieco, i to bynajmniej nie małe, do opowiedzenia.

*

Jako mieszkaniec Śląska, a od 1977 roku Katowic, do tego obiektu zawsze będę miał stosunek daleki od obojętnego, zwłaszcza że w młodości byłem zapalonym 

kibicem,

natomiast muzyka nawet z łysiejącej i siwiejącej głowy nie chce mi wywietrzeć. A – jak powszechnie wiadomo – meczów i koncertów odbyło się trochę na chorzowskim gigancie. W głowie mam strzępy szczenięcych wspomnień dotyczących potyczek Górnika Zabrze z AS Roma, Manchesterem City czy Dynamem Kijów. Znacznie więcej niż strzępy to rok 1973 i zwycięskie mecze kadry Kazimierza Górskiego z Anglią i Walią. Do końca życia nie zapomnę czterdziestej siódmej minuty, gdy Włodek (jak mówiła cała Polska) Lubański odebrał piłkę Moore’owi i pognał na bramkę rywali, kończąc rajd wspaniałym strzałem i podwyższając prowadzenie na 2-0. Nie zapomnę też, gdy jakiś czas później, poturbowany przez McFarlanda, opuszczał boisko na noszach, co radykalnie miało odmienić oblicze reprezentacji.

*

Nie dojdę już dziś do tego, czy 10 września 1975 roku to była moja pierwsza wizyta na Śląskim. Polska była wtedy trzecią drużyną świata, a w eliminacjach do ME 1976 przyszło naszym orłom bić się z Holendrami, czyli wicemistrzami świata. To był, ośmielę się powiedzieć, ostatni naprawdę wielki mecz kadry Górskiego, która w proch i pył rozniosła rywali 4-1. Trzynastoletnie gardło zdarłem tak, że następnego dnia w ogóle nie mogłem mówić, za to byłem bohaterem nie tylko w swojej klasie i nie tylko na swoim podwórku.

(W dołączonym filmie słychać głos Jana Ciszewskiego, nieodżałowanej pamięci komentatora i świadka największych triumfów polskiej piłki. Dzisiaj, 12 listopada, mija ćwierć wieku od jego śmierci). W Chorzowie zaliczyłem też między innymi jeden z finałów MŚ na żużlu, a także ostatni występ Lubańskiego w reprezentacji – przeciwko Czechosłowacji. W latach 80., a jeszcze bardziej później, motywacja do tego, by bywać na Śląskim, spadła tak samo jak miejsce futbolistów we wszelkich europejskich czy światowych rankingach.

*

Ktoś mądry jednak doszedł do wniosku, że ten stadion to dobre miejsce do organizowania koncertów. 

Występu AC/DC wraz z supportującymi Aerosmith i Metallicą „wysłuchałem” latem 1991 przez uchylone okna mieszkania, bowiem czteromiesięczne wtedy bliźniaki nie miały żadnej konkurencji, gdy chodziło o spędzanie tzw. czasu wolnego. Pierwszym obejrzanym koncertem był więc dopiero siedem lat później ten, który pozostanie jednym z najważniejszych w moim życiu: 

The Rolling Stones.

Dożyć chwili, gdy ukochana kapela wybiega na scenę przy riffach Satisfaction – bezcenne! Tym bardziej, że koncert był po prostu rewelacyjny, nawet bez You Can’t Always Get What You Want na bis (granego w wielu innych miejscach podczas tamtej trasy – było to po wydaniu Bridges to Babylon).

W 2005 roku spełniło się moje kolejne muzyczne marzenie: by zobaczyć w akcji 

U2. 

Było tak pięknie, że nie było mowy, by cztery lata później tego nie powtórzyć, choć bilety sprzedawano przez internet i, pamiętam, można było dostać zawału. Żonie udało się je zabukować o jakiejś absurdalnej, wczesnoporannej porze, przed wyjściem do pracy. Przy New Year’s Day widownia utworzyła jedną wielką biało-czerwoną flagę, wprawiając w osłupienie Bono i jego kumpli. Ukłonił się głęboko, wywrócił swoją kurtkę na lewą stronę (była w czerwieni) i tak pozostał do końca występu.

Gdzieś po drodze, bardziej jako bodyguard (za przeproszeniem mojej wagi lekkopółśmiesznej) niż sympatyk, trafiłem z nieletnimi jeszcze wtedy synami na koncerty Iron Maiden i Metalliki. Nikt i nic – niech fani wybaczą – nie skłoni mnie do słuchania, jak kolorowy rokendrol przechodzi na czarną stronę metalu. Próbowałem parokrotnie, w różnych życia okresach, ale nie – i koniec.

2007 to trzy koncerty: 

Pearl Jam 

z Linkin Park jako supportem. W sumie zawód, zwłaszcza że osiem lat wcześniej w Spodku było fantastycznie. Tym razem dwukrotnie chrzanił się sprzęt, a panowie zeszli ze sceny po półtorej godzinie, ponieważ mieli obstalowany samolot do następnego miejsca na trasie. Oj, tak się nie robi tym, którzy tyle lat czekali, a nawet jeździli po obcych landach z transparentami „You Forgot Poland”. 

Prawdziwą miazgą był jednak występ 

Red Hot Chilli Peppers. 

Popelina sączyła się z głośników aż miło, tyle że nie dla mnie. Byłem tak rozczarowany, że już bodaj następnego dnia zakupiłem Mother’s Milk, by posłuchać, jak RHCP gra bezkompromisowego rokendrola.

Na 

Genesis

– w parę lat po koncercie w Spodku z Wilsonem jako wokalistą – szedłem z pełnym przekonaniem, że chciałbym usłyszeć zupełnie inny materiał, a otrzymam coś, na co czekają tysiące ludzi. Ten zespół skończył się dla mnie na Second’s Out, a już na pewno na Duke’u – czyli tam, gdzie dla wielu dopiero zaczął. Sceneria grozy – gwałtowna ulewa i burza z wściekle walącymi piorunami – dodały jednak niesamowitego smaku temu koncertowi. Szkoda tylko, że Mama i inne takie to nie moja bajka.

Rok później zaliczyłem ostatni, póki co, koncert na Stadionie Śląskim – 

Police.

Pisałem nawet o nim w blogu. Znakomite brzmienie, lepsze niż trzech kapel rok wcześniej, ale zejście po sześćdziesięciu pięciu minutach ze sceny było jak obicie mnie po gębie. Panowie po miesiącu wspólnego grania, po ćwierćwiecznej – dodajmy – przerwie, mieli siebie tak dość, że nawet nie potrafili spojrzeć od czasu do czasu w swoją stronę. Tak się nie traktuje ludzi, którzy zapłacili za bilet, kupowali i kupują płyty. Dla mnie był to fragment większej całości pt. Sting.

*

Wychodzi na to, że starego zgreda trudno zadowolić. Cóż, tak już mam, trochę w życiu widziałem i posłuchałem i byle czym smarowana kanapka mi nie smakuje. Lecz ufam, że jeszcze na tym samym, aczkolwiek zupełnie innym stadionie, czekają mnie wrażenia wielkie i piękne. Co prawda dwa hasła – Van Morrison i Dave Matthew Band – na które czekam najbardziej, stadionu u nas, w Polsce, nie wypełnią, ale parę innych – kto wie?

Jak w starym serialu: J-23 znowu nadaje. W innej rzeczywistości, wśród paru innych pięknych, ale „tylko” piłkarskich obiektów, w tym z koszmarnym akustycznie, nie do nagłośnienia Stadionem Narodowym w stolicy. Pierwsze imprezy sportowe w Chorzowie  już zapowiedziane, inne planowane. Pora zabrać się za kawałki muzycznego tortu.

P.S. Właśnie ogłoszono, że koncertową inauguracją będzie występ Guns’N’Roses. Mam wątpliwości, czy gwiazdorzy sprzed lat zdołają wypełnić chorzowski stadion. I czekam na kolejne zapowiedzi.

[W NaTemat; 12 listopada 2017]

WykopaLISKA PRZEBOJÓW 2016

Nigdy dotąd nie bawiłem się w jakiekolwiek rankingi. Skoro jednak uległem i dałem się namówić kolegom blogerom, by sporządzić osobistą listę płyt 2016 roku, nie będę tego faktu ukrywał, a wręcz czuję wewnętrzny imperatyw, by się ze swoich wyborów choć trochę wytłumaczyć.

[more]

Takie zestawienia to bardzo trudna sprawa. Nagle próbujemy zaprząc statystykę i matematykę do dziedziny niechętnie poddającej się takim zabiegom, niewymiernej. I w ten sposób odbijamy się od  

boków trójkąta 

niekoniecznie równobocznego: boku pierwszego, czyli tego, co spodobało nam (mi) się szczególnie; drugiego, czyli tego, co uznajemy za ważne, choć niekoniecznie mocno nas (mnie) ujęło; trzeciego wreszcie, czyli tego co – wydaje się – że wypada odnotować. I wpadamy w pułapkę, kręcąc się jak mucha w zamkniętym słoiku. Nie pozostaje więc nic innego, jak mrugnąć okiem, uśmiechnąć się, raz jeszcze podkreślić, że to tylko zabawa – i, też nie pierwszy raz, z uporem starego ramola stwierdzić, że dopiero czas pokaże, co było przez te dwanaście miesięcy najbardziej istotne, co przetrwa(ło) próbę dni i lat. 

*

Tak przy okazji, tytułem pierwszej dygresji – ciekaw jestem, czy za parę lat odkryję – na swój osobisty użytek – jakiegoś wykonawcę, który pojawił się właśnie teraz – bo to są bardzo miłe, czasem po wielu latach, zaskoczenia.
I druga dygresja – chyba równie ciekawa byłaby osobista lista typu The Best of 2016 sporządzona w odniesieniu do płyt zakupionych w tym właśnie roku (pod warunkiem, że gdzieś takie nabytki się odnotowuje). W tym miejscu trzeba by przyznać się nie tylko do wcześniejszego nieposiadania, ale wręcz nieznajomości tego czy innego krążka. 
Nie powiem nic odkrywczego – ani dla siebie, ani dla tych, którzy jakoś tam obserwują tego bloga – jeśli nazwę siebie archeologiem albo raczej 

pospolitym dinozaurem,

coraz bardziej uparcie wyszukującym płyty stare i bardzo stare, ze szczególnym uwzględnieniem tych, których wcześniej nie dane mi było poznać (chodzi jednak najczęściej o wykonawców, których nazwiska lub nazwy nie są nieznane). W ten sposób odwalam robotę Syzyfa, próbując zasypać dół nie do zasypania albo skonsumować ocean łyżeczką do kawy. A ocean rozlewa się wciąż bardziej, bo nawet jeśli po przekroczeniu pięćdziesiątki coraz trudniej zachwycić się nową płytą, książką czy filmem, to – na szczęście – nadal wychodzą na świat dzieła większe i mniejsze, które powodują szybsze bicie serca. Dzięki którym człowiek nadal potrafi się wzruszyć. A to pozwala z kolei z pewną ulgą odnotować, że wciąż jeszcze się żyje.

*

1. Mając problem z miejscami na podium i zupełnie nie radząc sobie z ustaleniem dalszej kolejności, jednego jestem absolutnie pewien: moją płytą ubiegłego roku jest

Post Pop Depression  Iggy’ego Popa 

i Josha Homme’a. I nie mam też wątpliwości, że to zasługa przede wszystkim drugiego z wymienionych. Homme, lider Queens of The Stone Age, stał się dla mnie ukochanym artystą rockowym XXI wieku. Nie doszło do tego nagle, ale płyta …Like Clockwork (2013) znokautowała mnie zupełnie. A ta nowsza, podpisana przez Popa, Homme’a, Fertitę i Heldersa, utwierdza mnie tylko w przekonaniu o wybornej formie JH. Ale Popa także, oddajmy cesarzowi co cesarskie. IP dobrał sobie dużo młodszych od siebie współpracowników i bez wątpienia nagrał jedną z najlepszych płyt w swoim dorobku.

2. Nie sądziłem, że ten krążek kiedykolwiek się ukaże. Gdy zobaczyłem go na redakcyjnym stole, w trakcie podsumowania roku w „Tygodniku Kulturalnym”, serce zabiło mi mocniej. Moja żona – który to już raz? – stanęła na wysokości zadania, co zaowocowało prezentem od moich synów: zupełnie zaskoczony, w Wigilię odpakowałem winyla

Śmierci Klinicznej pt. Nienormalny świat

Album zdecydowanie zasługuje na odrębny tekst, tu powiem tylko, że gliwicki zespół mógł – powinien! – stać się jedną z najważniejszych grup nie tylko punkrockowych w Polsce lat 80. Jestem przekonany, że mocno popchnąłby rodzimego rocka do przodu, stając w jednym szeregu z Klausem Mitffochem i potem Lechem Janerką. Stało się inaczej, bardzo wielka to szkoda. Lecz wspaniale, mimo że po z górą trzydziestu latach, iż ten materiał wreszcie ukazał się na płycie. Teksty Dariusza Duszy wciąż są o czymś, a muzycznie… – ba! Jak wiele można było wycisnąć z pomieszania stylistyki punka, reggae i klasycznego rokendrola, gdy umiało się grać!

3. Trzecie miejsce to pierwsze moje rozterki. Przyznaję je albumowi

Blackstar Davida Bowiego

– za przejmujący, ostatni głos umierającego bardzo ważnego artysty.

 

Reszty raczej nie odważę się klasyfikować, wymienię więc tylko:

– Rolling Stones: Blue & Lonesome – za bezpretensjonalny – i zupełnie niespodziewany! – powrót do źródeł. Za wciąż wyborną formę. Jagger wokalnie i jako harmonijkarz przechodzi sam siebie.

– Bob Dylan: Fallen Angels – za kolejną przepiękną płytę z piosenkami z amerykańskiego kanonu. No i za Nobla i tzw. w ogóle.

– Paul Simon: Stranger To Stranger – Simon wytęskniony, bo nagrywający bardzo rzadko – wciąż w wysokiej formie, wciąż tworzący w klimatach z okolic Graceland i innych solowych albumów – wierny sobie.

– Van Morrison: Keep Me Singing – za kolejną porcję fantastycznych piosenek.

– Jack White: Acoustic Recordings – za jego other kind of, za prostotę i powrót do akustycznych korzeni.

– Pixies: Head Carrier – za zdrowy łomot, za ładne piosenki i konsekwencję.

– Radiohead: A Moon Shaped Pool – za oniryczność znów wysokiej próby, za (moim skromnym zdaniem) powrót może nie do wielkiej, ale bardzo dobrej formy.

– Nick Cave and The Bad Seeds: Skeleton Tree – za niepokój, dojmujący smutek i piękną muzykę ledwie znaczoną brzmieniem instrumentów.

– Hey: Błysk – za – jak oni to robią?! – ocalenie swingu pośród elektroniki. I za teksty, to już oczywiste.

Próbując ułożyć to zestawienie, miałem też w rękach płyty Erica Claptona i Santany, Martyny Jakubowicz i SBB, a nawet Joego Bonamassy i Blackberry Smoke. I pewnie co najmniej paru nie miałem – bo nie mam ich (jeszcze?) na półkach, a może powinienem mieć.

[W NaTemat: 15 stycznia 2017]

The Rolling Stones Olé Olé Olé!

pobrane4

– Ile lat nie było prezydenta USA na Kubie? – pyta w rozmowie telefonicznej Mick Jagger. – Nie wiem, chyba jakieś osiemdziesiąt – pada odpowiedź. – I ma przyjechać właśnie teraz, gdy my chcemy zagrać koncert?!

[more]

*

W katowickim „Rialcie”, w czasie niedawnych obchodów siedemdziesięciolecia urodzin Tadeusza Sławka, profesora i rektora Uniwersytetu Śląskiego, jubilat z renesansową jak zawsze brawurą skojarzeń porównał dyskusje między miłośnikami psów i kotów do zagorzałych przed paroma dziesiątkami lat sporów między fanami The Beatles i Rolling Stones (o domniemaną wyższość jednych nad drugimi lub odwrotnie).

Wychowany zostałem, jeszcze w okresie przedszkolnym, w miłości do obu zespołów. Przez kolejne pół wieku to bardzo nieletnie uczucie przekształcało się w coś dozgonnego i nie do ruszenia. Pozostaje mi poczynić tylko jedno, oczywiste, rozróżnienie. The Beatles to od 1970 roku historia, tym boleśniejsza, że nie ma już wśród żywych Johna Lennona i George’a Harrisona, a The Stones, jak gdyby nigdy nic, górę swej legendy usypują wciąż wyższą i wyższą. Patrząc w poniedziałkowy wieczór na te cztery – chyba nie tylko moje? –

najukochańsze gęby

rokendrola, na te twarze bezlitośnie poorane nie wyłącznie upływem czasu, w oczy nadal gotowych na szaloną zabawę nastolatków, pomyślałem sobie: „O rany, ledwie wyskoczyłem z pieluch, gdy w moim domu zaczęła rozbrzmiewać ich muzyka, poszedłem do szkół, wkroczyłem w tzw. dorosłość, ożeniłem się, urodzili się moi synowie – dziś już dorosłe chłopy, zacząłem się starzeć, siwieć i łysieć, a oni ciągle grają!”. Przyszło mi do głowy, że ja będę umierał, a oni szykować się będą do następnej trasy koncertowej.

Właśnie: film jest swego rodzaju impresją dotyczącą ostatniej, wiosennej trasy kapeli, tym razem po Ameryce Południowej, którą zwieńczył mozolnie przygotowywany występ w Hawanie. Widzimy wariujących na punkcie muzyki TRS ludzi kilku pokoleń, w Santiago de Chile, Montevideo, Limie czy Meksyku. Oglądamy szczególnie obszerny fragment dotyczący Argentyny i Buenos Aires (to zdecydowanie temat na oddzielny film). 

Dowiadujemy się lub przypominamy sobie o tym, że w wielu krajach Ameryki Łacińskiej, targanych nie tylko gospodarczymi problemami, rządzonych w sposób dyktatorski – muzyka rockowa była zakazana (tu, w europejskich demoludach, żadna władza nie odważyła się posunąć tak daleko), że w Argentynie Stonesi stali się symbolem tego muzycznego i kulturowego „ruchu oporu” młodych, zwanego rollingas.

Otrzymujemy migawki z pobytu członków zespołu w kolejnych stolicach, z ich spotkań z miejscowymi muzykami. Wreszcie, co oczywiste, wypowiedzi samych muzyków – dotyczące zarówno zespołu, jego historii, jak i passusy o nieustannej, wielkiej ochocie, by karmić się nowymi wrażeniami, by poznawać świat i ludzi, inne kultury.

To wszystko przetykane jest fragmentami występów. Słychać, że ciągle znakomitych. Widać powtarzające się

obrazki oszalałych ze szczęścia,

roześmianych lub płaczących ze wzruszenia fanów wypełniających szczelnie kolejne stadiony i nie mniej szczęśliwych muzyków, którzy doładowują swoje – i tak nie do zdarcia – akumulatory gorącą reakcją widowni, wniebowziętych, że wciąż mogą robić to, co kochają w życiu najbardziej, dając jednocześnie radość milionom ludzi na świecie.

Widać też przez cały film to, co zostaje na samym jego końcu zwerbalizowane. Pamiętamy, że w kapeli działo się różnie, Richards w opublikowanej nie tak dawno, bo w 2011 roku biografii pisał z nutą goryczy, iż w garderobie Jaggera nie był od dwudziestu lat. Jak w małżeństwie z długoletnim stażem, bywały okresy lepsze i gorsze. Dziś te relacje są znów wspaniałe, starsi panowie wciąż, na scenie i poza nią, poszturchują się jak sztubaki, uśmiechają się raz po raz do siebie wyraźnie zadowoleni z faktu, że wciąż są razem, podczas każdego kolejnego koncertu przywracając pełny blask dawnym kompozycjom, pieczętując po raz enty przyjaźń między sobą – to niesamowite, wykraczające daleko poza scenę rokendrolowe braterstwo krwi i potu.

Jest taki fragment filmu, gdy Glimmer Twins wspominają, jak w 1968 roku urwali się w czwórkę, z Marianne Faithfull i Anitą Pallenberg, do Rio de Janeiro i jak tam właśnie narodził się jeden z największych przebojów, Honky Tonky Women. I zaraz potem nastolatkowie po siedemdziesiątce, jeden z gitarą, grają ten numer w jakiejś garderobie. Radość patrzeć, radość słuchać. Richards zresztą pięknie mówi w innym miejscu o tym wyjątkowym instrumencie, jakim jest dla niego gitara: „Gdy zaczynałem, nie wiem, czy to ja grałem na niej, czy ona na mnie”.

Motywem przewodnim filmu 

jest organizacja – darmowego – koncertu zespołu w Hawanie, długie miesiące przygotowań, dogadywania się w tej sprawie z komunistyczną władzą na Kubie. Gdy okazuje się, że z pierwotnie ustalonym terminem ma zbiec się  pierwsza od lat wizyta prezydenta USA na wyspie, że miałoby to nastąpić na dwanaście godzin przed przybyciem Obamy, Jagger odbywa rozmowę telefoniczną z jedną z menedżerek. Pyta:

– Ile lat nie było prezydenta USA na Kubie?- Nie wiem, chyba jakieś osiemdziesiąt – pada odpowiedź.- I ma przyjechać właśnie teraz, gdy my chcemy zagrać koncert?!

Data zostaje przesunięta o prawie dwa tygodnie, okazuje się, że to Wielki Piątek i tym razem papież Franciszek apeluje o zmianę terminu. Ekipa jest już jednak tak zmęczona i zdesperowana, że postanawia nie ulec tym naciskom. Koncert dochodzi do skutku.

Nie wiem, czy Stonesi są na Kubie bardziej popularni od Chrystusa (pół wieku temu takim stwierdzeniem o Beatlesach zbulwersował świat Lennon), ale wierzę, że jeśli Bóg jest, wybaczył to nałożenie się dat. Bo ta trasa koncertowa przypomniała o czymś bardzo ważnym: 

o ładunku społecznym i kulturowym,

jaki niósł ze sobą rokendrol w latach sześćdziesiątych, ze swoimi anarchistycznymi i pacyfistycznymi przesłaniami. Wpadając na chwilę w patos: być może ten występ był najpiękniejszym nabożeństwem wielkopiątkowym, jakie mogło w bieżącym roku przydarzyć się wyspie panów Castro. Wydarzeniem przywracającym tamtejszym ludziom godność, przypominającym o wartości największej – wolności. Każdy, kto – tak jak ja – pamięta czasy    PRL-u, rok 1980 i potem 1989, nie może nie dostrzec tych analogii. Rokendrol to wyzwolenie, widziany z perspektywy innej niż europejska czy północnoamerykańska, jest wciąż bombą o wielkim ładunku. Zwłaszcza gdy jest tak znakomicie podawany, grany na najwyższym mimo upływu lat poziomie. Przecież tych czterech panów uosabia wolność i anarchię jak mało kto.

Rok 2016 w dziejach rocka będzie datą bardzo znaczącą: z jednej strony z powodu śmierci wyjątkowo wielu wybitnych jego przedstawicieli, a z drugiej – za sprawą Nagrody Nobla dla Boba Dylana i wielce symbolicznego koncertu The Rolling Stones w Hawanie.

(The Rolling Stones Olé Olé Olé!, reż Paul Dugdale, 2016)

[W NaTemat: 29 grudnia 2016]

Tęskniąc za Rolling Stones

richards

Jest w tych piosenkach cały, niemiłosiernie obity przez ponad pół wieku grania bagaż bluesowo-rokendrolowo-country’owo-reggae’owy. Obity, poodzierany – a przecież podany przez bardzo niemłodego już gwiazdora-łobuza w sposób konsekwentnie nieskomplikowany i pełen wdzięku.

[more]

*

W rocku prawdopodobnie nie wydarzy się już nic spektakularnego, pozostanie tylko mieszanie stylów i czasów. Ale dopóki są ci, którzy to robią, swingując (w moim odczuciu swing musi być – to musi kołysać, pulsować, a więc zdradzać bluesowe korzenie – których nie ma już np. metal) – będę odnajdywał frajdę w słuchaniu tego samego zrobionego na nowo. I wciąż będzie we mnie chęć, by dotrzeć do tych, którzy zrobili to jako pierwsi. Stąd np. miłość – od szesnastego roku życia – do Chucka Berry’ego. Stąd zachwyt nad wieloma nowymi płytami  gigantów – białasów, którzy są już takimi samymi klasykami jak ich mistrzowie Murzyni. 

I coraz częściej gdzieś mają wycyzelowaną, wielomiesięczną produkcję, trzymanie linii melodycznej czy oszałamiający aranż. Liczy się 

krew, pot i wzruszenie,

prawda starych ludzi. Tylko że gdy padają wciąż niby te same, tak dobrze znane nazwiska, to warto pamiętać, że nie jest ich aż tak wiele jak czasem może się zdawać, że to naprawdę najwięksi i najlepsi. Tylko oni przetrwali dziesięciolecia burz, ryzykownego seksu, gorzały i dragów – i po półwieczu na scenie wciąż jeszcze mają coś dla zaproponowania. Może niekoniecznie dwudziestolatkom, bo ci w większości nigdy nie dotrą do korzeni, ale takim wariatom jak ja. Mają dla kogo grać i nagrywać. Richards, Van Morrisson, Clapton, McCartney, Dylan, Young, a w Polsce o dekadę młodszy Waglewski (dla mnie Dobry wieczór to opus magnum Pana Wojciecha).

Mam to tuż pod skórą. Regularnie szczepiąc się przeciw grypie, z wiekiem coraz bardziej nieodporny jestem na propozycje tych, których słuchałem, wystając ledwie ponad stół. Zarówno na rzeczy stare, jak i te dopiero co wydane. Pewnie miesza się we mnie zazdrość z powodu  tego, iż potrafili oni z pasji uczynić jeden wielki sens życia, zazdrość z powodu skali talentu, oraz niemal synowskie wzruszenie, że ciągle są aktywni i nie mają nic ze starych ramoli.

Nigdy nie przepadałem za wokalem Keitha R., nie wsłuchiwałem się w jego poprzednie solowe propozycje płytowe. Jednak teraz, powodowany pewnie

wielką tęsknotą

za nowymi nagraniami Stonesów, z radością i uwagą pochyliłem się nad porcją jego nagrań. 
Nie ma w nich nic, czego bym się nie spodziewał. I muszę szybko zaznaczyć: na szczęście. Jest cały ten niemiłosiernie obity przez ponad pół wieku grania bagaż bluesowo-rokendrolowo-country’owo-reggae’owy. Obity, poodzierany – a przecież podany przez bardzo niemłodego już gwiazdora-łobuza w sposób konsekwentnie nieskomplikowany i pełen wdzięku. Z prostych piosenek wydobywa on tyle lekkości, urody i, co chyba najistotniejsze, świeżości i radości grania, że nie sposób pozostać obojętnym na te dźwięki.

Na ten głos skrzeczący jak inny bóg pop music, Bob Dylan. Na wycieczkę w rejony czarnych bluesmanów z gitarą akustyczną w dłoniach  w otwierającym całość utworze tytułowym. Na kolejny, po latach,  ukłon dla największego  rokendrolowca, Chucka Berry’ego, w Blues In The Morning (z liniami basu i fortepianu cytującymi standardy CB). Na kilka szybszych i wolniejszych gitarowych numerów, które mogłyby stanowić ozdobę każdego albumu Rolling Stones w ostatnich czterdziestu latach, choćby Nothing On Me i Something For Nothing. Jest też, jakże mogło by jej zabraknąć, nostalgia – za takie przerywniki w łojeniu również pokochaliśmy kiedyś Toczące Się Kamienie. Jest jej jakby więcej niż dotąd u Richardsa – cóż, lata lecą – choćby w pięknych numerach Robbed Blind czy walcującym Goodnight Irene. Jest…

A zresztą, posłuchajcie lepiej sami.

(Keith Richards, Crosseyed Heart, 2015)

[W NaTemat:22 listopada 2015]

(The) Who Are You

who_odds

Jak to się stało, że kwartet nigdy nie zaistniał w szerszej świadomości rockfanów nad Wisłą? The Who przecież byli tam, gdzie działy się wielkie rzeczy – w 1967 roku na Monterey Pop Festival, dwa lata później wystąpili w Woodstock. Wystawili także dwie znaczące rockopery.

[more]

*

Przez całe dziesięciolecia muzyka przedostawała się

z Zachodu nad Wisłę

w bardzo skromnym wymiarze. Poza wybrańcami losu mającymi z tych czy innych względów dostęp do wydawnictw zza żelaznej kurtyny, gardło to bardzo długo było wąskie jak Program III Polskiego Radia, jego ramówka reglamentująca audycje muzyczne – i w końcu upodobania redaktorów je prowadzących.

Co mi, rocznikowi 1962, zostało w pamięci? „Muzyczne Poczty UKF” – Witolda Pogranicznego z muzyką polską („Co mam zrobić, jeśli Państwo ciągle proszą o Czerwone Gitary, Marylę Rodowicz i Czesława Niemena?”), Dariusza Michalskiego z graniem z demoludów i, jak przyszło co do czego, nowymi nagraniami SBB, Marka Gaszyńskiego z ostrzejszą odmianą rocka, ale zbyt często gitarową popeliną w stylu Sweet, Slade czy Suzi Quatro. 

Długo okrętami flagowymi rozgłośni były środowe „Poczty” i „Tonacje” oraz zmieniający swoje miejsce – raz we wtorki, raz w czwartki – „Minimax” Piotra Kaczkowskiego. Był oczywiście jeszcze „Bielszy odcień bluesa” Wojciecha Manna i Jana Chojnackiego, ale skupiony, jak podpowiada sama nazwa, na bluesie, był Janusz Kosiński z „Odkurzonymi przebojami” (bajko ty moja, w 1978 na przykład odkurzał Cream albo Free, czyli utwory okołodziesięcioletnie zaledwie), trochę później pojawił się Marek Wiernik serwujący nowe gitarowe brzmienia. Był – niestety sporadycznie – Jerzy Janiszewski. Zmierzam do tego, że nieuchronne filtrowanie i tak niewielkiej rzeczki zamiast oceanu muzyki przez gusta kilku – kilkunastu radiowców powodowało, że pewne nazwy – nawet z tych największych – nie były darzone szczególną atencją, a ich nagrania stanowczo zbyt rzadko pojawiały się na antenie.

Z pierwszego pokolenia brytyjskich rokendrolowców – nawet jeśli weźmiemy poprawkę na, generalnie, tendencję spadkową w latach 70. – nie dano polskim fanom zapomnieć o Stonesach. Beatles, choć prawdziwy renesans zaczęli przeżywać dopiero od następnej dekady, zawsze mogli liczyć na łaskawość i przychylność. Ale, przejdę do konkretów, The Kinks czy The Who już niekoniecznie.

*

W 1986 roku wraz z rodzicami, na pokładzie FSO 1500 (już nie Fiata 125p, bo zirytowani jakością produktu Włosi odebrali nam licencję) udawałem się na dwa tygodnie do Grecji. Tuż po przekroczeniu granicy w Cieszynie, w jego czeskiej części namierzyłem sklep z płytami, a na wystawie The Best of The Who, wydany przez Supraphon na licencji Polydoru. Wtedy takie wydawnictwa były rzadkością i

rozpalały wyobraźnię…

Wracaliśmy tą samą drogą (ja z pieczołowicie chronioną L.A. Woman Doorsów), zatrzymaliśmy się tuż przed przekroczeniem ostatniej granicy. Uprosiłem tatę, by odpalił mi odpowiednią ilość koron. Wszedłem do sklepu. I zupełnie nie pamiętałem w tym momencie, że płyta to po czesku deska.- The Who…- Dehu? – zażywna, trzymająca skrupulatnie knedlikową dietę pani za ladą bez cienia uśmiechu wyraziła swe niezrozumienie tematu. – Jaku dehu?! – No, The Who… – Dehu? – spytała raz jeszcze, nie kryjąc niechęci. Nie umiejąc się porozumieć, wskazałem odpowiednią okładkę z witryny. – Aaa, Dehuvku…

*

W 2010 roku rzuciłem się na zremasterowane wersje płyt The Beatles, w tym samym czasie w domowym zbiorze pojawiły się upragnione Get Yer Ya Ya’s Out i Let It Bleed Rolling Stones (dziś można już upolować większość płyt The Glimmer Twins z lat 60.). I chyba wtedy też zakupiłem My Generation – The Very Best of – w końcu coś The Who na CD.

Ale dopiero w ostatnich kilku miesiącach nabyłem wreszcie – bo wreszcie dostępnych w Polsce – osiem katalogowych płyt zespołu. Co nie bez znaczenia – w cenie 19,99 zł za sztukę. I właśnie teraz mam taki okres, że domięśniowo i dożylnie aplikuję sobie, bez jakiegokolwiek znieczulenia, nagrania kwartetu. Wspaniałe są takie korepetycje – jeśli nie dane mi było poznać tych płyt wcześniej (poza Who’s Next), tym świeższym uchem docierają one do mnie teraz.

Jest bosko. Genialność Who’s Next doceniłem już dawniej. Live At Leeds powala swoją mocą, żywiołowością wykonań na żywo. Sell Out to klasyka – ten wyjątkowy 1967 rok! Odds & Sods to potężna, blisko osiemdziesięciominutowa w wersji kompaktowej dawka rarytasów. By Numbers zadziwiająco pięknie nawiązuje do brzmień z poprzedniej dekady, a i na Who Are You, wydanej tuż przed śmiercią bębniarza, Keitha Moona, jest wiele dobrych momentów.

*

The Who zaczynali jako naśladowcy Beatlesów i Stonesów, by błyskawicznie stać się w

trzecią siłą brytyjskiego rocka.

I wciąż czerpiąc z pionierskich lat rokendrola, przeistoczyli się w rasowy i nowoczesny band gitarowy w końcu lat 60. Rozwalali instrumenty na zakończenie swych występów, ale – co bez porównania istotniejsze, tak jak Rolling Stones – mieli uszy i oczy otwarte na wszystko to, co działo się u schyłku dekady. Psychodelia czy hard rock spod znaku Cream i Led Zeppelin – to wszystko umiejętnie przeszczepili na swój grunt. Nie atakując nadmiarem przystawek (co słychać w Live At Leeds), potrafili powalić mocą brzmienia. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że kwartet nigdy nie zaistniał w szerszej świadomości rockfanów nad Wisłą. The Who przecież byli tam, gdzie działy się wielkie rzeczy – w 1967 roku na Monterey Pop Festival, dwa lata później wystąpili w Woodstock. Wystawili dwie znaczące rockopery: Tommy’ego w 1969 roku i Quadrophenię w 1973.

Po przedwczesnej śmierci Keitha Moona w 1978 roku Pete Townshend, Roger Daltrey i John Entwistle nie bardzo wiedzieli, co dalej ze sobą począć. Pierwszy z nich zastanawiał się, czy nie należałoby zatrudnić dwóch perkusistów, częściej jednak dominowała myśl o rozwiązaniu zespołu – jak w przypadku Led Zeppelin po śmierci Bonhama. Stało się to w 1982 roku, po nagraniu jeszcze dwóch albumów z Kenneyem Jonesem na perkusji. Jednak kolejne trzy lata później zameldowali się na Live Aid i ostatecznie dali spokój z deklaracjami o zawieszeniu instrumentów na kołkach – czyli występowali nadal. Nawet śmierć basisty Johna Entwistle’a w 2002 roku nie odwiodła ich od tego. Ich – już tylko dwóch oryginalnych członków bandu. 

W 2013 roku kolejny raz wystawili w Londynie Quadrophenię, a jej zapis można na różnych nośnikach nabyć także w polskich sklepach. W ubiegłym roku w sieci pojawił się nowy kawałek kapeli – Be Lucky. Wyraźnie dowodzi to, że Townshend i Daltrey, wbrew młodzieńczej deklaracji wokalisty w słynnym numerze My Generation z 1965 roku, że chciałby umrzeć, nim się zestarzeje, mają zamiar grać póki sił im starczy.

Ufam, że przyjdzie niebawem pora, by zatrzymać się na dłużej przy jednym czy drugim albumie The Who.

[W NaTemat:25 stycznia 2015]

Bez satysfakcji

satiscaction

Riff porównywany jest do Beethovenowskiej V symfonii, może dlatego śmiałków gotowych porwać się na tę świętość nie było wielu. Tym pierwszym był jednak gigant muzyki drugiej połowy XX wieku – Otis Redding.

[more]

Wersja Rolling Stones ujrzała światło dzienne w maju 1965 roku w postaci singla, a następnie znalazła się w amerykańskiej wersji albumu Out of Our Heads wydanym pod koniec lipca.

 

Czarnoskóry Amerykanin zarejestrował swoje wykonanie już w pierwszej dekadzie lipca tamtego roku, a znalazło się ono na znakomitym krążku Otis Blue:

Otis Redding Sings Soul wydanym w połowie września 1965 roku

 

I niech to będzie zapowiedź przygotowywanego dłuższego tekstu o tym królu czarnej muzyki, moim absolutnym faworycie, jeśli chodzi o soul. Fenomenalnym wokaliście, który wraz z członkami swojego zespołu zginął w katastrofie lotniczej w grudniu 1967 roku. Miał wtedy zaledwie dwadzieścia sześć lat. Niespełna pól roku wcześniej, 17 czerwca, dał znakomity występ na festiwalu w Monterey. Na koniec powiedział: „Muszę już iść, a wcale nie chcę”.

Ponieważ jednak o braku satysfakcji częściej mówi się w odniesieniu do pań niż panów – na koniec smakowity duet – PJ Harvey i Björk. Minimalistyczna wersja, tak charakterystyczna dla stylu pierwszej z wymienionych, ale i kojarząca się z dokonaniami Lou Reeda i Velvet Underground, przeradza się w coś – gdy chodzi o wokale – gwałtownego i przejmującego w finale. Wersja, z  której wypadł m.in. passus I can’t get no girl reaction, co chyba świadczy o tym, że pozostaliśmy w klimatach hetero.

[W NaTemat: 27 lipca 2014}

Księga urwisów, czyli The Rolling Stones znów na scenie

sweet_summer

Zbójeckie miny. Paru chłopaków zerwało się z trzech ostatnich lekcji, by w ustronnym miejscu rozprawiczyć butelkę taniego wina, wypalić po parę papierosów, a jak się uda – poderwać jakieś dziewczyny. Złapani na gorącym uczynku, w pełnym blasku świateł, próbują pokryć wstyd i nieczyste sumienia zgrywą, zawadiackim uśmiechem. I, cóż za szczęściarze, kolejny raz im się udaje.

[more]

Jak ja ich za to kocham, jak ja im zazdroszczę! Żeby z życia uczynić

niekończącą się balangę,

żeby w wieku lat nastu raz na zawsze, na kolejne ponad pół wieku, tak nawiać czasowi! Nawiać od całego jego smutku, od monotonii czy wręcz nudy, od bycia do bólu poważnym i odpowiedzialnym na co dzień. Bycia prawowitym obywatelem, przykładnym synem, ojcem, mężem, kochankiem. Żeby tak – zgoda, do pewnego momentu – rwać panienki ile wlezie, ciupciać, chlać, ćpać, urządzać orgie w samolotach przelatujących z Europy do Stanów lub z powrotem. Dać się zamykać glinom w różnych miejscach na świecie – i umykać wymiarowi sprawiedliwości. Robić tyle głupich rzeczy i wciąż ściągać spodnie, pokazując, gdzie się to wszystko ma. Balansować na cienkiej granicy między życiem a śmiercią z przedawkowania i przez długie lata 

wywalać światu jęzor

na okładkach kolejnych płyt. 

I, mimo różnych zakrętów zespołowych losów, przez pięćdziesiąt lat wciąż gromadzić tłumy fanów. Dziś, lekko licząc, ze trzy pokolenia – gotowych wydać spore pieniądze, poświęcić czas, by przejechać setki kilometrów lub mil, aby zobaczyć ich w akcji. 

Dokładnie rok temu dzieliłem się z Wami paroma refleksjami przy okazji Grrr!, a teraz trzymam w dłoniach kolejne trzypłytowe wydawnictwo Glimmer Twins i spółki (DVD + 2 CD). Gdy pierwszy raz wrzuciłem krążek DVD do szufladki, znów ściśnęło mnie w gardle. Twarze poorane latami niezbyt higienicznego prowadzenia się, siwe włosy czy inne ślady upływu czasu. I do tego te nie do pomylenia z żadnym innym zespołem błyski w czterech parach oczu. Jak oni to robią?!

Jeszcze jedna porcja ich grania na żywo. Do diabła, 

jak bardzo na żywo! 

Wokół nich zmieniło się, poza królową brytyjską, niemal wszystko, a oni z wiosełkami w rękach wychodzą przed tłum ludzi oszalałych ze szczęścia i sami – najwyraźniej – są szczęśliwi, że mogą kolejny raz zagrać i dostarczyć innym tyle frajdy.

Trzy rzeczy zwracają moją szczególną uwagę. Pierwsza to ta, że Keithowi Richardsowi… urósł brzuszek.

Druga – że na materiał muzyczny albumu składają się głównie piosenki z najwspanialszego okresu TRS (ale przecież nie tylko ich, a całego rocka), czyli przełomu lat 60. i 70. A to mnie niepomiernie cieszy, bo Honky Tonk Women, Jumping Jack Flash, You Can’t Always Get What You Want i wiele innych numerów z tamtego czasu należy do moich najukochańszych. Tak samo, jak absolutnie topowymi pozostaną krążki Let It Bleed oraz Get Yer Ya-Ya”s Out.

Trzecia – to powtarzająca się przy okazji jubileuszowej trasy

obecność Micka Taylora. 

Faceta, który stał się członkiem kapeli po śmierci Briana Jonesa i pierwszy raz zagrał właśnie podczas darmowego koncertu w Hyde Parku w 1969 roku. Muzyka, który sam opuścił zespół, bo nie mógł pewnych rzeczy wybaczyć kumplom. 

Odnoszę wrażenie, że MT szczególnie uważnie wpatrywał się w nieprzebrane tłumy ciągnące się gdzieś hen, daleko. Gdy kłaniał się w szerokim, kilkunastoosobowym składzie wykonawców po odegraniu Satisfaction na koniec występu i jeszcze raz, już tylko w ścisłym gronie – on, Jagger, Richards, Watts i Wood. Wood, jego następca, który poklepał go po ramieniu na powitanie na scenie, gdy Taylor pojawił się na niej pierwszy raz, by zagrać wspólnie z dawnymi kolegami Midnight Rambler. Czy podtatusiały, utyty, ale wciąż najbardziej stylowy gitarzysta w dziejach tego zespołu nie pomyślał sobie: „Co ja wtedy najlepszego zrobiłem?”.

I może nie chodzi tu wyłącznie o stan konta, lecz po prostu o to, że energii w występ w klubie dla setki ludzi albo na stadionie dla pięćdziesięciu czy więcej tysięcy wkłada się podobną ilość, ale głowa działa jakoś inaczej.Pozostawiam już te rozważania. To ewentualne problemy Taylora, a nie moje.

You Can Always Get What You Want

– mógłby powiedzieć Jagger jako jeden z nielicznych ludzi na świecie, jako jeden z niewielu w showbiznesie. Nawet jeśli szczęście jest czymś, co tylko czasem dotyka ludzi, a nie stanem, który pojawia się i trwa. Pod koniec filmu widzimy mikrofon przypięty do statywu i obok spadający liść. Mikrofon opuszczony, ale – najwyraźniej – tylko na chwilę. I czekający, by siedemdziesięcioletni dziś wokalista znów podbiegł do niego i zaczął śpiewać. Liście opadają, a kamienie toczą się nadal. Jak gdyby nigdy nic.

Ponad dwie godziny muzyki. Znacie? Oczywiście, że tak. To posłuchajcie i zobaczcie. Koniecznie.

(The Rolling Stones, Sweet Summer Sun. Hyde Park Live, 2013)

[W NaTemat: 29 grudnia 2013]

Blues molowy o „Klubie 27”

Klub powstał dawno temu, ma otwartą formułę i doczekał się nawet własnego artykułu w Wikipedii. Kilkoro jego członków wywarło wielki wpływ na muzykę rockową. Wpływ zdecydowanie artystyczny, aczkolwiek niehigieniczny tryb życia i przedwczesna śmierć stanowią nierozerwalną część ich legendy.

[more]

Bezmyślność i okrucieństwo losu zawsze towarzyszyło ludzkiemu istnieniu. Zawsze też informacje o śmierci ludzi znanych, popularnych, lubianych rozpalały głowy i prowokowały do dyskusji. Chcesz stać się legendą? Umrzyj, najlepiej młodo.

Na jedyny taki w historii,

rokendrolowy ferment

– końca lat 60. i początku 70. – złożyło się parę czynników. Pokoleniowy – wejście w czas dorosłości ludzi niepamiętających drugiej wojny światowej. Polityczny – konflikt w Wietnamie, w który zaangażowane były USA i Wielka Brytania. W pierwszym przypadku skutkowało to tysięcznymi powołaniami do armii, wyjazdem na azjatycki front i, w stanowczo zbyt wielu przypadkach, powrotem do ojczyzny w trumnie lub na wózku inwalidzkim.

Kulturowy, artystyczny – rokendrol osiągnął dojrzałość. Do lamusa odchodziły dwuipółminutowe piosenki o miłości chłopca do dziewczyny zilustrowane dość nieporadnym, amatorskim potraktowaniem instrumentów. Wokół tej niewiarygodnie szybko dojrzewającej muzyki skupiło się mnóstwo zjawisk. Rock stał się

sposobem na życie.

Dla wybranych na scenie, dla większości – wokół niej. Dla wszystkich – sposobem na ucieczkę. Od nudy, norm społecznych, zastanego porządku. Sposobem na odreagowanie. Także – za sprawą używek. Najwyższe wzloty artystyczne przeplatały się więc z ludzkimi upadkami.

Aż wreszcie w sidła śmierci, co było nieuchronne, zaczęli wpadać ci najwięksi. Oklaskiwani przez miliony, kochani, uwielbiani. Tak się złożyło, że w ciągu trzydziestu dwóch dni 1970 roku pożegnało się z tym jedynym znanym nam światem trzech znakomitych wykonawców, rok z niewielkim okładem wcześniej zmarł członek jednej z najsłynniejszych grup nie tylko tamtych czasów, a w lipcu 1971 przez „drzwi percepcji” przeszedł kolejny z największych.

Alan „Blind Owl” Wilson, współzałożyciel Canned Heat, przedawkował 3 września, Jimi Hendrix – 18 września, Janis Joplin – 4 października 1970 roku. 4 lipca 1969 wyciągnięto z jego prywatnego basenu martwego Briana Jonesa, dopiero co wyrzuconego z The Rolling Stones. Niemal równo dwa lata później, 3 lipca 1971 w Paryżu, znaleziono w wannie nieżywego Jima Morrisona. Dwa lata, pięć trupów z najwyższej rokendrolowej półki. Wystarczy?

Bluesowo-rokendrolowy pokój w „Klubie 27”

otwarł jednak wiele lat wcześniej, bo w 1938 roku, uważany za pioniera współczesnego łojenia Robert Johnson. Genialny Murzyn, na którego wciąż powołują się najwięksi z największych gitarzystów.

„Klub 27” to umowne i bardzo pojemne hasło. Miejsce, do którego w ostatnim dwudziestoleciu wejściówki otrzymali Kurt Cobain i Amy Winehouse. Lecz przecież śmierć zagościła wśród rokendrolowców tak samo, jak w każdym innym środowisku. A właściwie zdecydowanie wyraźniej, bo ludzie związani z tą muzyką – jak to zwykle z niepokornymi artystami bywa – byli i są bardziej skłonni niż przeciętni śmiertelnicy smakować życie we wszelkich jego przejawach. Także takich, kiedy bezustanne balansowanie na cienkiej i kruchej granicy kończy się jego – życia – utratą.

Na początku był Chuck Berry

Keith Richards: „Jak powiedziałem, kiedy wprowadzałem go do Hall of Fame [1986], ukradłem każdy riff, który kiedykolwiek zagrał”.

Marek Garztecki: „Szczupły, przystojny „chłopiec z gitarą” stworzył nowy typ młodzieżowego bohatera i uznany został za jedną z najbardziej fascynujących osobowości estradowych naszych czasów. Był pierwszym murzyńskim wokalistą, który stał się idolem białej młodzieży amerykańskiej. On też jako pierwszy zrobił decydujący krok od czarnego rythm and bluesa do nowego multikolorowego tworu zwanego rock and rollem”.

[more]

W 1978 roku zbiegły się w moim życiu dwa bardzo istotne muzyczne epizody: w swojej „Tonacji Trójki” Dariusz Michalski prezentował

mistrzów rock and rolla.

To wtedy pierwszy raz w dużej dawce zetknąłem się z piosenkami Berry’ego – i zwariowałem. A pod choinką parę miesięcy później znalazłem prezent od brata – książkę Marka Garzteckiego Rock. Od Presleya do Santany, a w niej krótki, ale cały rozdział poświęcony temu gitarzyście, wokaliście i kompozytorowi. I od tamtej pory wiem, że od tego faceta wszystko się zaczęło. Skończyły się rokendrolowe wprawki, zaczęło bezkompromisowe łojenie.

Urodził się w 1926 roku, był jednym z sześciorga rodzeństwa, jednak nigdy nie zaznał biedy. W 1944 roku został zatrzymany pod zarzutem kradzieży i spędził trzy lata w poprawczaku. Potem wahał się, czy zostać fryzjerem, czy muzykiem. Zwyciężyła miłość do muzyki, z którą – jak każdy Murzyn – zetknął się jako dziecko w kościele. W 1952 roku miał już swoje stałe trio. Grupa była jedną z pierwszych profesjonalnych wykonujących R&B.

Berry chciał trafić do Chicago, miasta tętniącego wtedy graniem. Dobił się do sławnego już Muddy’ego Watersa, został wysłuchany i parę dni później obaj znaleźli się w wytwórni

Chess Records.

Zespół nagrał trzy utwory, a wśród nich Maybellene. Jeden z braci Chessów zasugerował zmianę aranżacji, dodanie mocnego beatu i… bomba poszła w górę. To był maj 1955 roku, utwór szybko stał się numerem jeden list przebojów w całych Stanach.

Berry koncertował w największych salach, bijąc rekordy popularności. Jeszcze w tym samym 1955 wylansował następny przebój – Roll Over Beethoven, a w kolejnych trzech latach School Day, Rock And Roll Music, Sweet Little SixteenJohny B. Goode.

Jak pisze wspomniany już M. Garztecki, stał się

pierwszym poetą rokendrolla,

śpiewał o świecie widzianym oczami nastolatka, ucznia, o pierwszych miłościach i rodzicielskich nakazach. Pojawiają się nawet wątki związane z ubóstwem i segregacją rasową, w mocno zawoalowanej formie, ale były to przecież lata pięćdziesiąte.

U szczytu sławy, w 1959 roku został powtórnie aresztowany, tym razem pod zarzutem uwiedzenia nieletniej. Okazało się, że dziewczyna była znacznie starsza, trudniła się prostytucją i nikt do niczego jej siłą nie zmuszał. Sędzia jednak ciągle zwracał się do niego „ty czarnuchu” i Berry ostatecznie poszedł siedzieć – tym razem na blisko dwa lata.

I wszystko się zmieniło – przede wszystkim on: stał się odludkiem, żona zażądała rozwodu, starzy przyjaciele odwrócili się od niego. Zmieniał się też rock. Berry musiał zaczynać niemal od początku.

I tak naprawdę

już nigdy się nie podniósł.

W 1972 roku co prawda powrócił na szczyty list przebojów kawałkiem My Ding-A-Ling, znów mógł grać w wielkich salach koncertowych, ale dawnej popularności na dłużej nie odzyskał. W 1979 roku wymiar sprawiedliwości raz jeszcze upomniał się o niego – odsiedział cztery miesiące za fałszerstwa podatkowe.

Najbardziej interesuje nas jednak dzieło, a nie sam człowiek. Dziesięć pierwszych lat, bo okres 1955-1964 jest tym najważniejszym, tym, kiedy powstały wszystkie istotne utwory Berry’ego. Piosenki, bez których nie sposób mówić o początkach rokendrola, o jego kamieniach milowych. Rola artysty, jego

wpływ na następne pokolenie twórców

– przede wszystkim brytyjskich – z Beatlesami i Stonesami na czele, jest nie do przecenienia. Ten zadziorny facet nieźle narozrabiał w dziejach popkultury.

Od bodaj kilkunastu miesięcy są dostępne w Polsce znakomite dwupłytowe kompilacje Universalu w serii Gold. Wśród nich zremasterowany wybór piosenek Chucka Berry’ego – definitive collection, ponad dwie godziny grania. Pięćdziesiąt piosenek, które ukazują wszystko, co najistotniejsze w dorobku mistrza. Oprócz wyżej wymienionych jeszcze Wee Wee HoursCarol, Little Quennie, Memphis, Tennessee czy Nadine, by wymienić tylko niektóre z najsłynniejszych. Rewelacja – za jedyne 22,99 zł.

 

 

Weather Report

W niedzielę, mam nadzieję, Paul McCartney i Flaming Pie.