Drzwi percepcji w misce – The Doors, Live At The Bowl, 2012 (1968)

Czas mojej pierwszej, największej fascynacji twórczością The Doors przypada na lata studiów. W 1983 roku ukazał się, wyczarowany z zakurzonych półek i piwnic rewelacyjny koncertowy album Alive She Cried. Pierwszy chyba taki – stworzony z nagrań, które jeszcze parę lat wcześniej z racji swej kiepskiej, delikatnie mówiąc, jakości, do niczego się nie nadawały. Początki obróbki cyfrowej, choć dziś mogące budzić uśmiech, pozwoliły te utwory doprowadzić do takiego stanu, że fani mogli tylko z radości przyklasnąć.

[more]

W 1986 roku z pobytu w Grecji przywiozłem L.A. Woman, potem nastał czas pirackich kaset (wysokiej już jakości), aż wreszcie, na początku lat 90., pierwsze CD tego kwartetu pojawiły się w domowym zbiorze.

Doors to zespół, którego rolę w dziejach rokendrola trudno przecenić. Zaledwie kilka lat intensywnej działalności, ale mnóstwo znakomitej muzyki. No i legenda Jima Morrisona – świetne teksty, szaleńcze tempo życia, zdrowie nadwerężane alkoholem i narkotykami, wreszcie śmierć w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach – to dostatecznie wiele, by pamiętać o zespole i wciąż wracać do jego płyt.

I oto otrzymujemy kolejny prezent –

zapis występu z 5 lipca 1968 roku,

w dodatku w wersjach audio i wideo. Z lipca 1968, a więc momentu, gdy zespół wydaje swoją trzecią płytę, Waiting For The Sun.

Tegoroczną „nowość” nabyłem jakiś miesiąc temu. Przesłuchałem kilkunastokrotnie, ale ani razu w pełnym skupieniu, ze słuchawkami na uszach. I może dobrze, bo na film w Multikinie jechałem z nadziejami, że tę muzykę usłyszę inaczej. I, ku mej radości, tak się stało.

To niesamowite, co technika pozwala dziś zrobić ze starymi taśmami. Wspaniale oczyścić dźwięk, pozbawić go pierwotnych szumów, przekleić z innych koncertów brakujące fragmenty. Obraz, skromny, z pięciu kamer, pierwotnie analogowy, także uczynić takim, że absolutnie nic nie dokucza w 2012 roku. Czy te zabiegi są uprawnione, czy z niekompletnego zapisu sklejając całość, nie tworzymy swego rodzaju monstrum, jakiegoś muzycznego Frankensteina (nad czym zastanawiał się ostatnio Bartosz Chaciński przy okazji omawiania opublikowanego zapisu koncertu The Who w Hull). Trzeba chyba zapytać, czemu to ma służyć – tylko mamonie czy czemuś więcej? Jeśli w historii roi się od wydanych książek, których autorzy nie zdążyli z tych lub innych powodów ukończyć, książek mimo to nieraz obwołanych arcydziełami, to dlaczego odmawiać prawa do podobnego zabiegu w przypadku muzyki? Zwłaszcza jeśli efekt końcowy zdecydowanie służy sztuce i dostarcza wzruszeń jej konsumentom?

Koncert jest po prostu znakomity.

Proste środki, skromne instrumentarium (np. rozczulająco mały zestaw perkusyjny Johna Densmore’a), asceza na scenie – żadnej scenografii, świateł czy innych fajerwerków, które parę lat później stały się częścią rockowych widowisk – to wszystko sprawia, że mamy muzykę lat 60. w całej swej ostrości: albo ktoś umie grać, albo nie. I – jedno lub drugie – widać jak na dłoni.

Genialny zespół u szczytu formy. Drzwi percepcji otwarte na oścież, muzyka nieznająca żadnych granic. Odjazd zupełny. Ale dopiero obraz z tego koncertu wprawia nas w zupełne osłupienie. Co bowiem widzimy? Młodego człowieka przy mikrofonie. Wycofanego, zwykle nieobecnego, kłąb jakichś kompleksów, a jednocześnie znakomitego wokalistę i faceta o zdolnościach aktorskich. Z rzadka nawiązującego kontakt z publicznością, zwykle z przymkniętymi oczami albo wzrokiem uniesionym gdzieś wysoko.

Ray Manzarek z kolei cały czas pochylony, okładający swoje dwie klawiatury (jedną basową), czasem w chórkach wspomagający Morrisona. John Densmore, skupiony, ustawiony ze swymi bębnami na podwyższeniu, wydobywa z tak skromnej ich ilości zadziwiające nieraz dźwięki. Wydaje się, że gdyby nie bardzo przystojny, a – nade wszystko – świetnie grający na (dwóch na zmianę) gitarach Robby Krieger – wszystko by się rozleciało. On jeden sprawia wrażenie przytomnego. Popatruje, co robią koledzy, jakby kontrolując całość. Przez ponad siedemdziesiąt minut muzycy nie zamieniają ze sobą ani słowa, tylko raz widzimy, jak Morrison, uśmiechając się, podaje kubek spragnionemu Kriegerowi.

Psychodelia, odlot.

Każdy gra swoje, osobne – z pozoru. Bo to, co robią te cztery wielkie indywidualności, układa się w każdej sekundzie w porywającą całość, w najwspanialszą rokendrolową muzykę, jaką można sobie wyobrazić. Totalna improwizacja, kapitalne odejścia i powroty do głównego tematu.

Jeśli słuchając Doorsów mamy wrażenie, że wkraczamy w świat magicznych dźwięków, to należy zobaczyć zespół na ekranie, by zadziwić się jeszcze bardziej – widząc, w jaki sposób ta muzyka się rodzi. Jak to było możliwe – wtedy, w 1968 roku, blisko pół wieku temu, przy tak bardzo ograniczonych środkach, które muzycy mieli wtedy do dyspozycji? A jednak rock, za sprawą swych najbardziej utalentowanych przedstawicieli, na przełomie 60. i 70. lat wydał na świat największe dzieła. Ten koncert jest jeszcze jednym na to dowodem.


Sześćdziesiąty siódmy

Zabawa się skończyła. Od narodzin minęło kilkanaście lat i oto rock’n’roll utracił dziewictwo. Nie stało się to nagle, bez sygnałów i zapowiedzi, ale wreszcie objawił się światu jako dorosła, piękna kobieta w pełni świadoma swych zalet i wdzięku. Jednak wewnętrznie bardzo skomplikowana.

[more]

Łupnęło tuż po Nowym Roku – 4 stycznia 1967 roku na rynku pojawił się pierwszy album

The Doors.

Jeśli wzrastanie w siłę zjawisk noszących nazwy The Beatles i The Rolling Stones wymagało czasu, o tyle w tym przypadku debiut płytowy od razu wyniósł zespół do roli gwiazdy największego formatu. Płyta zawiera m.in. słynne Light My Fire oraz The End (ten drugi wykorzystany został dwanaście lat później przez Coppolę w znakomitym filmie Czas apokalipsy). Tak zaczęła tworzyć się legenda intensywnie przeplatająca wspaniałą muzykę z problemami osobowościowymi, z niszczącą siłą alkoholu i – przede wszystkim – narkotyków.  

W marcu w sprzedaży pojawia się pierwszy krążek

Velvet Underground

zatytułowany The Velvet Underground And Nico. Za sprawą tekstów otwarcie mówiących o narkotykach (Heroin) szybko wycofany z rynku, ale i tak okazał się z czasem jednym z najważniejszych albumów rockowych w historii. Surowe brzmienie, przegląd stylistyk od folku po psychodelię zachwyca i inspiruje innych do dziś.

12 maja ukazuje się w Wielkiej Brytanii (1 września w Stanach) pierwsza płyta Jimiego Hendriksa –

Are You Experienced?

z tak fantastycznymi numerami jak Hey Joe czy Purple Haze. Tu też, jak w przypadku Doorsów, mamy do czynienia z genialnym debiutem oraz początkiem gitarowo-narkotycznego tańca ze śmiercią. Wielki Jimi, gdyby żył, właśnie dziś obchodziłby siedemdziesiąte urodziny.

Także w maju, tyle że po drugiej stronie oceanu, do studia wchodzą członkowie pierwszej supergrupy, za jaką uznawana jest

The Cream.

Bruce, Clapton i Baker rejestrują materiał na drugi krążek, Disraeli Gears, który ukazuje się w listopadzie. To na nim znajdują się dwa klasyczne już utwory: Strange Brew i Sunshine Of Your Love.

Podobnie jak Cream, na swoim – także drugim – albumie kierowali się w stronę psychodelii

Jefferson Airplane.

Surrealistic Pillow zawiera dwie znakomite kompozycje wokalistki zespołu, Grace Slick – White Rabbit oraz Somebody To Love.

Co jednak powiedzieć o debiucie

Pink Floyd

The Piper At The Gates Of Dawn – który w sklepach pojawił się 5 sierpnia? To był dopiero kompletny odlot muzyczno-narkotykowo-oniryczny. Dla ówczesnego lidera grupy, Syda Barretta, stanowił wspaniały początek i jednocześnie, za sprawą używek, koniec artystycznej kariery. Wciąż naćpany zupełnie nie nadawał się do grania, stał na scenie, brzdąkając cały czas jeden akord. Wkrótce zastąpił go David Gilmour. 

Z używkami eksperymentowali wtedy praktycznie wszyscy rockmani, z tego powodu popadali też raz po raz w tarapaty, jak na przykład – wraz z gronem przyjaciół – Keith Richards, na którego dom w lutym tamtego roku zrobiła nalot policja.

Nie przeszkodziło to Stonesom przyjechać do Polski i 13 kwietnia zagrać w warszawskiej

Sali Kongresowej.

Co prawda dwa lata wcześniej odwiedzili nasz kraj The Animals (ci od The House of The Rising Sun – to tak dla młodszych czytelników), ale to właśnie występ toczących się kamieni stał się katalizatorem przemiany świadomościowej ówczesnych nastolatków w naszym kraju. Chemiczna bomba pełna imperialistycznego, zgniłego hałasu wybuchła, o ironio, w miejscu, w którym odbywały się kolejne zjazdy przewodniej siły narodu, jaką przez cztery dekady była Polska Zjednoczona Partia Robotnicza.

1 czerwca ukazuje się

Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band

Beatlesów, uważany za najważniejszy koncept album i, w ogóle, za jedną z najlepszych płyt w historii pop music. Czwórka z Liverpoolu niczego już wtedy nie musiała udowadniać, rok wcześniej wydała znakomity Revolver, a jednak kolejny raz zadziwiła świat. Trudno tu wskazywać jakieś utwory, bo całość jest świetna, wspomnę jednak With a Little Help From My Friends (rozsławione potem przez Joego Cockera), When I’m Sixty-Four i Lucy In The Sky With Diamonds (moje wytłuszczenia dotyczą jednej z wersji interpretujących tytuł). 

W czerwcu tego roku odbył się też pierwszy wielki festiwal muzyczny –

The Monterey International Pop Festival.

Zabrakło na nim bardzo wielu liczących się wówczas wykonawców, ale zagrali m.in. Jimi Hendrix Experience, Janis Joplin, The Who, Greatful Dead, Jefferson Airplane, Otis Redding oraz Simon i Garfunkel.

The Rolling Stones

swoje najlepsze płyty mieli nagrać trochę później, ale i tak światło dzienne ujrzały w 1967 roku dwa krążki – Between The Buttons (zawierający choćby Yesterday’s Papers) oraz Their Satanic Majesties Request (She’s A Rainbow, 2000 Man).

We wrześniu pojawiła się na rynku druga płyta Doorsów – Strange Days, potwierdzająca klasę zespołu (Love Me Two Times, Moonlight Drive, When The Music’s Over).

9 listpada wychodzi pierwszy numer

„Rolling Stone Magazine”,

jednego z najbardziej opiniotwórczych czasopism zajmujących się muzyką czy, szerzej rzecz ujmując, kulturą.

Pod koniec roku (w USA 1 stycznia 1968) ukazuje się drugi album Hendriksa Axis: Bold As Love, a na nim Little Wing oraz Castles Made Of Sand. Podobnie jak w odniesieniu do Doors – umacniający pozycję wykonawcy na rynku.

27 grudnia pojawia się w sprzedaży nowa płyta

Boba Dylana

John Wesley Harding, a na niej All Along The Watchtower. Po psychodelicznych szaleństwach wcześniejszych albumów otrzymujemy porcję stylistycznej ascezy, od strony tekstowej wspartych elementami religijnymi czy wręcz mistycznymi. Dylan znowu wyprzedza czas. Śpiewa: „Wielu jest pomiędzy nami takich, którzy sądzą, że życie to tylko żart. Ale ty i ja mamy to już za sobą. Nie ma więc co udawać, pora robi się późna”.

Tak, żarty zdecydowanie się kończyły. Zjawisko zwane rock’n’rollem stawało się wielkim, największym w powojennych czasach przeżyciem pokoleniowym po obu stronach oceanu. Wolna miłość, orgie, alkohol, narkotyki – to wszystko zdawało się nie mieć granic. Poza tą jedną, najważniejszą – śmiercią. Brian Jones, Jimi Hendrix, Janis Joplin, Jim Morrison nie dali rady, zmarli zdecydowanie przedwcześnie, przegrywając z nałogami. A jednocześnie rock całymi seriami zaczął wyrzucać z siebie płyty dobre i bardzo dobre. A między nimi – arcydzieła.

Gienek Loska Band, Bielsko-Biała, 18 sierpnia

Gienek Loska wygrał program X Factor w 2011 roku. Wygrał tyleż zasłużenie, co niespodziewanie. Jest bowiem białoruskim naturszczykiem odpornym na wszelkie wpływy programowo-medialne, facetem, który za cholerę nie da się przerobić ani jeśli chodzi o gusta muzyczne, ani o swoją hipisowską proweniencję.

[more]

Nagrodą na wygranie Factora było przede wszystkim nagranie płyty. Już w tym momencie można było być pełnym obaw. Bo od lat polskie stacje telewizyjne serwują nam podobne programy, kreując gwiazdy świecące pełnym blaskiem, tyle że do ostatniego odcinka tego czy innego wyścigu. A muzyka to nie wyścig, a już na pewno nie bieg na sto metrów. To raczej dystans wielokilometrowy, wielosezonowy. Pod jednym wszakże warunkiem – że ma się światu do zaoferowania nie tylko głos dany od Boga, ale i talent, który pozwoli przekroczyć próg dla większości nieprzekraczalny – czyli najlepiej nawet zaśpiewanych, ale tylko coverów.

Gdzież są dziś ci, którzy zwyciężali w pierwszych Idolach? Ala Janosz usilnie walczy o możliwość, de facto, „powtórnego” debiutu. Szymon Wydra bije się z reaktywowaną Irą o mistrzostwo Radomia i okolic, obdarzona fenomenalnym rockowym głosem Ewelina Flinta po popelinowych dokonaniach przepadła bez wieści. Inaczej rzecz ma się z Anią Dąbrowską czy Moniką Brodką, które – po prostu – mają coś od siebie do zaproponowania i próbują ostać się dłużej na wątłym polskim rynku muzycznym. Moje rockowe serce rosło, słysząc głos Gienka Loski. Skojarzenia, jeśli mówimy o polskich wokalistach, są jednoznaczne. Zwłaszcza że chodził w Grodnie do tego samego liceum, co parę dekad wcześniej Czesław Wydrzycki, czyli Niemen. Drugi trop – to Ryszard Riedel.

Płyta mnie rozczarowała. Sam wokalista użył wczoraj określenia „Już nie Karpiel Bułecka, jeszcze nie Dżem” – i jest w tym sporo prawdy. Klimaty muzyczne są równie ewidentne jak tropy wokalne. Jesteśmy na przełomie lat 60. i 70. Jeśli w Factorze Loska śpiewał kawałki soulowe i rhytmandbluesowe, to teraz jesteśmy już na miedzy dzielącej bluesa i rocka. Lynard Skynard (wielokrotne pogwizdywanie à la Ronnie van Zant), wczesny Cocker i tym podobne. W rodzimym wydaniu – oczywiście Dżem i Cree. No właśnie, początki Cree zdawały się sygnalizować, że Dżemowi rośnie wielka konkurencja, ale później nie było już tak dobrze. Debiutowi płytowemu zespołu Gienka dość daleko do poziomu pierwszej płyty Cree. Dlaczego? W zasadzie trudno przyczepić się do materiału, bo to solidne, mainstreamowe kawałki sprzed lat. Rzecz w ich wykonaniu.

I dokładnie te same odczucia miałem podczas koncertu. To, gdy chodzi o czterech instrumentalistów, rzemieślnicy, całkiem nieźli i mający szansę stać się artystami, ale póki co rzemieślnicy. Słowa najbardziej krytyczne kieruję pod adresem najważniejszego obok Loski na scenie – Andrzeja „Makara” Makarewicza, gitarzysty, całkiem zresztą przyzwoitego, ale… Zbyt on, na moje ucho, metalowy albo co najmniej hardrockowy, za mało bluesowy. Jeszcze te palce nie dość finezyjnie przemieszczają się po gryfie, za ostro, za płasko, za szybko. Jeszcze trzeba się wsłuchać w Jerzego Styczyńskiego, podpatrzeć, jak on to robi. I może być naprawdę całkiem nieźle, wręcz bardzo dobrze. Oby! Życzę tego liderowi i zespołowi z całego serca.

Bo wydaje się, że pomysłów nie zabraknie – wczoraj zagrali dwa nowe kawałki. Ochoty do gry było aż nadto. Dość przypadkowa, jak to zwykle na darmowych koncertach bywa, publiczność umiarkowanie głośno domagała się bisów. Tymczasem, po półtoragodzinnym secie złożonym głównie z materiału z debiutanckiej płyty oraz coverów utworów Niemena (Płonąca stodoła, Jednego serca i Ciuciubabka), zespół nie dał się długo prosić i wyszedł na scenę, by zagrać jeszcze zeppelinowskie Thank You, a gdy już zrobiło się prawie pusto – dla najbardziej wytrwałych rozbrzmiały takty Whole Lotta Love z brawurowo weń wplecionym Break On Through (To The Other Side) Doorsów. W sumie godzina pięćdziesiąt – imponujący rezultat jak na tego typu występy.

Losce i jego kolegom bardzo się chce. Widać, że kochają to, co robią. Niezmanierowani, kipiący energią, świeżością – czują, że to jest ich pięć minut, że tej szansy nie wolno zmarnować. By przekuć na przykład wczorajszą ciepłą reakcję widowni na sprzedaż biletowanych już koncertów – gdzieś w przyszłości – oraz na kolejne płyty, które chcieliby nagrywać i znaleźć na nie nabywców. I niech tak się stanie. Bo słuchanie Gienkowego wokalu przenosi mnie w najukochańsze klimaty muzyczne. Bo to głos, stwierdzam bez zbędnego patosu, z tych absolutnie największych. I źle by się stało, gdyby został zmarnowany. Przez samego Loskę, przez nas, przez kulejący rynek. Przez parszywe okoliczności.

19 sierpnia


Słowo o debiutach z wysokiego „C”

Jest trochę debiutów płytowych, które nagrane zostały przez wykonawców „gotowych”. Tych, którzy na swych pierwszych płytach zaprezentowali się w pełni, od razu znakomicie.

[more]

Mieli potem bardzo trudne zadanie. Już nie można było mówić w ich przypadku o rozwoju, a „tylko” o ściganiu się z samymi sobą. Takim zespołem byli The Doors, a po nich jeszcze m. in. Wishbone Ash, Steely Dan, Dire Straits czy Pearl Jam. Takim artystą był w tym samym czasie co panowie z Kalifornii Jimi Hendrix.

The Doors: The Doors (1967)

Wreszcie posiadana na płycie CD – zremasterowanej, z trzema bonusami. Pierwsze odpalenie jeszcze w samochodzie. Nie wiem, ile lat minęło od ostatniego włożenia kasety z tymi nagraniami do wieży, bardzo wiele. Ale dla takich doznań muzycznych pewnie warto sobie takie (mimowolne) przerwy zrobić.
To było coś zupełnie porażającego.

[more]

Magiczny 1967 rok, pierwszy spośród tych, które przyniosły wiele rockowych arcydzieł. Pierwsza płyta Doorsów bez wątpienia  do nich się zalicza. Siła rażenia jest ciągle olbrzymia, aż trudno uwierzyć, że wtedy można było tak grać. To przecież już ponad czterdzieści lat, dostatecznie długo, by oddzielić ziarna od plew. By mieć pewność, że Morrison, Manzarek, Krieger i Densmore mają swoje miejsce w historii muzyki. Ten krążek to jeden z kamieni milowych w historii rocka.

Właśnie w tamtym czasie zaczyna do ludzkości docierać, że coraz bardziej długowłosi grajkowie to nie tylko muzykanci podłączeni do prądu, że w rock’n’rollu chodzi nie tylko o hałas dotychczas niespotykany. Pojawiają się artyści – znakomici instrumentaliści, genialni kompozytorzy, wybitni wokaliści, którzy nie chcą już tylko śpiewać o tym, że on ją kocha, a ona go nie (lub odwrotnie). Rock, po kilkunastu latach, osiąga dojrzałość i szczyt artystycznych możliwości. Dzieje się to za sprawą pierwszego pokolenia, które żyje bez wojen (jeśli nie liczyć Amerykanów w Korei), ludzi urodzonych w większości już w latach czterdziestych. Dzieje się to za sprawą Amerykanów, którzy chcą bawić się, grać muzykę, uprawiać seks, którzy chcą żyć, a nie ginąć za dziwne sprawy dziwnych ludzi, gdzieś daleko – w Wietnamie.  Młodzi Brytyjczycy natomiast zachłystują się muzyką czarnej Ameryki – bluesem – czerpiąc z niej inspirację, przetwarzając i budując na jej podstawie coś o zupełnie nowej jakości, coś po prostu wspaniałego.

Debiut The Doors: granie na wskroś nowoczesne, świetnie zaaranżowane, z genialnymi kawałkami kończącymi strony analogowego wydawnictwa – Light My Fire i The End. Był dopiero 1967 rok – rozmach czasowy i aranżacyjny tych utworów, brawurowe, wirtuozowskie solówki Manzarka i Kriegera – to coś absolutnie pionierskiego. W tym zestawie jedyny znak tamtych czasów – I Looked At You  – brzmi po prostu wzruszająco. Doors popchnęli muzykę rockową tak niewiarygodnie mocno do przodu. Z piosenek stworzyli poważne utwory muzyczne, grając we trzech (Morrison przecież śpiewał) zabrnęli w rejony właściwie dziewicze – choć nie sposób oczywiście zapomnieć o np. Jefferson Airplane. Z rock’n’rollowego grania uczynili sztukę przez duże „S”. Osiągnęli to w sensie czysto muzycznym, nie szokującym nowatorstwem brzmieniowym (jeśli nie liczyć klawiszowego basu), nie eskalacją decybeli czy tempem grania – nie, pozostali jakby w strukturze piosenki: zwrotka – refren – zwrotka, ale „zakręcili” te utwory nieprawdopodobnie: sajkedelik w czystej postaci. (Parę lat później pojawia się podobna grupa, choć w odróżnieniu od Doors daleka od rockowego mainstreamu – Steely Dan. Tu odkrywcze było pójście w stronę jazzu, ale przecież jednak wciąż należy mówić o piosenkach). Manzarek chyba czuł, co się święci, gdy w 1965 roku Jim M. wyśpiewał mu a capella, siedząc w kucki na plaży, Moonlight Drive. „To najlepszy pieprzony utwór, jaki słyszałem w życiu!” – miał powiedzieć. Nie jest więc dziełem przypadku fakt, iż wśród bonusów do tego krążka pojawiają się aż dwie wersje wspomnianego kawałka, który przecież zespół umieścił dopiero na drugim swoim albumie.

Wielka szkoda, że Morrison wpisał się do klubu „27”. L.A. Woman (1971) był znów znakomitym albumem, zespół muzycznie złapał drugi oddech. Dużo jeszcze dobrego mogło się wydarzyć. Ale z drugiej strony – czy można sobie wymyślić genialniejszą codę niż Riders On The Storm ?

jesień 2011