Ptasie mleczko na czerwonym jęzorze

pobrane33

Tylko Fripp mógł wpaść na pomysł pełnoprawnego zatrudnienia w zespole faceta grającego na skrzypcach nie jako instrumencie tworzącym tło, lecz jednym z wiodących. I jeszcze tego perkusjonisty, nie bez kozery pozującego do zdjęcia w piłą w rękach…

[more]

*

1973? Należy do Pink Floyd i ich dzieła nad dziełami, opus magnum – The Dark Side of The Moon. 1973? Dla mnie

jeden z tych magicznych,

wspominałem bowiem o tym parokrotnie, że czas zastąpienia w moim domu pocztówek dźwiękowych magnetofonem szpulowym zbiegł się z zamianą dominujących gitar na syntezatory. A przecież tamten rok dla muzyki progresywnej jest zdecydowanie najlepszy – poza wymienioną wyżej, ukazują się wtedy krążki: Genesis – Selling England By The Pound, Yes – Tales From Topographic Ocean i Emerson, Lake & Palmer – Brain Salad Surgery. Gdzieś bardzo blisko są Jethro Tull z A Passion Play, a nawet Electric Light Orchestra z On The Third Day, kolejne płyty wydają m.in. Manfred Mann’s Earth Band czy Gentle Giants. Jak dorzucić do tego jeszcze Houses of The Holy Led Zeppelin, Sabbath Bloody Sabbath Black Sabbath,  The Who i ich Quadrophenię, Lou Reeda z Berlinem, Roxy Music z For Your Pleasure, McCartneya i Band On The Run, Eltona Johna z Goodbye Yellow Brick Road, Mike’a Oldfielda z Tubular Bells, Steely Dan z Countdown To Ecstasy oraz szalony Raw Power The Stooges – uświadamiamy sobie, że było to wyjątkowe dwanaście miesięcy, nie pierwsze i nie ostatnie, ale jedne z niewielu aż tak znaczących. Jednakże zarówno ten zestaw, jak i mój prywatny wybór najlepszych płyt wszech czasów byłby niepełny, gdyby zabrakło w nim Larks’ Tongues In Aspic kapeli dowodzonej przez Roberta Frippa, czyli King Crimson. Albumu, który – tak jak krążek Floydów – ukazuje się w marcu 73.

*

Jedna z niewielu płyt, które moi bracia mieli nagrane w całości – bo też 

taśm magnetofonowych

mieli niewiele. Dziś aż trudno się nie dziwić, gdy rozebrać na części pierwsze operację nagrywania muzyki z audycji radiowych na dość podłym sprzęcie, w wersji monofonicznej. Lecz przecież tak było: wielu fanów miało dostęp do muzyki taki – albo żaden.
Więc znałem tę płytę, zaprezentowaną z pewnością w jednej z audycji Piotra Kaczkowskiego, od zawsze. W 1977 roku, gdy zawartość nielicznych taśm poddawałem wielokrotnej samodzielnej lekturze – zwariowałem i pokochałem. I nie odkochałem się nigdy, a gdy teraz słucham tych nagrań z jubileuszowego, wydanego w trzydzieści lat po analogowej premierze krążka kompaktowego, mój zachwyt nie jest ani trochę mniejszy. Ba! – raczej większy, ponieważ emocje wspiera jeszcze głowa, ponieważ teraz mam świadomość, jaki ogrom znakomitych płyt ukazał się do marca 1973, a jaki – choć już znacznie mniejszy – przez kolejne czterdzieści pięć lat. I jak ciągle znakomicie na tym tle wypada Larks’.
W 1972 roku, w zaledwie trzy lata po genialnym debiucie, Fripp montuje zupełnie nowy skład, można rzec – trzecią odsłonę KC. Przy mikrofonie, z gitarą basową przewieszoną przez ramię, staje John Wetton (pozyskany z Family), za bębnami zasiada Bill Bruford, do niedawna w Yes, ponadto formację zasilają skrzypek David Cross i Jamie Muir grający na przeróżnych instrumentach perkusyjnych, który niedługo po nagraniu płyty zamyka się w buddyjskim klasztorze. Zmiana dokonuje się także na posadzie autora tekstów: Richard Palmer-James (nb. pierwszy gitarzysta Supertramp) zastępuje Pete’a Sinfielda (który niebawem znajduje zatrudnienie w EL&P).

Bruford wspomina: 

„To naprawdę było piekło

– bo nikt nie mógł się zdecydować, jaką muzykę mieliśmy grać”. Ostatecznie dochodzi do nagrania swoistej trylogii, którą uzupełniają Starless And Bible Black oraz Red, płyt – wreszcie? – spójnych stylistycznie, zaś fanom dających oddech w postaci głosu tego samego frontmana. Tyle tylko, że po kolejnych dwóch latach, w 1974, jest już pozamiatane: Fripp rozwiązuje zespół. I to w chwili, gdy ten wspina się na sam szczyt.
Spójnych stylistycznie? Dekadę później sporą karierę zrobiło określenie „odjazd”, na przykład w odniesieniu do niesamowitych nowych płyt. Pierwszy raz usłyszałem je z ust znajomego, który zachwycił się… Three of A Perfect Pair (1984), zupełnie innego zespołu o tej samej nazwie: King Crimson. Larks’ to piekielny odjazd – z jednej strony potężne riffy gitary znane już z 21st. Century Schizoid Man, liryczność, zwłaszcza olśniewającej miniatury Book of Saturday, w stylu I Talk To The Wind, symforockowa przestrzeń w stylu Epitaph czy tytułowych kompozycji z dwóch pierwszych albumów w Exiles, ale wszystko to zaprawione jest szalonymi improwizacjami z okolic muzyki współczesnej, tzw. konkretnej, albo jazzu. Tylko Fripp mógł wpaść na pomysł pełnoprawnego zatrudnienia w zespole Crossa, faceta grającego na skrzypcach (lub altówce), nie jako instrumencie tworzącym tło, lecz jednym z wiodących. I jeszcze ten perkusjonalista Muir, nie bez kozery pozujący do zdjęcia w piłą w rękach… Jednak ucho, przynajmniej moje, ogarnia to zdecydowanie lepiej niż dokonania Zappy. Amerykanin nie daje słuchaczowi większych szans, by zaczepić się o melodię czy harmonię, jego muzyka sprawia wrażenie, jakby była niemożliwa do odtworzenia na żywo bez pomocy partytury. Fripp tymczasem raz po raz daje wytchnienie, powracając do odwiecznego kanonu muzyki europejskiej. Jego i jego kolegów 

odloty

w jakiś sposób przywodzą na myśl te o kilka lat wcześniejsze The Cream – Bruce’a, Claptona i Bakera. Jeśli jednak trio BBC robiło to na bazie bluesa, gitar i przystawek, u Frippa żadne granice już nie istnieją.
Cream przypominam tu nieprzypadkowo. Jeden z najpiękniejszych w moim odczuciu fragmentów muzyki rockowej, finał pierwszej części utworu tytułowego z Larks’  – te niespełna dwie minuty od jedenastej minuty i czterdziestej sekundy – całego wyjętego jakby z ówczesnych telewizyjnych teatrów sensacji („Kobry”) jest tak niesamowity także z tego powodu, że ani nie eksploatuje, ani nawet nie ogrywa fantastycznego konceptu z gitarą basową w roli głównej i wtóryjącym jej skrzypcom (lub altówce, nie potrafię rozstrzygnąć). Całkiem jak w Badge Claptona i Harrisona, gdzie powalające wejście gitary rozbrzmiewa tylko raz. 
Dlatego tak cenię sobie robotę Roberta Frippa i różnych jego kolegów. Poszukiwacz ciągle żądny nowych wrażeń przez wiele lat gnał ciągle do przodu, ani myśląc okopać się w rozpoznanych rewirach – w tej strefie komfortu własnego, ale też – i może przede wszystkim – słuchaczy. Stąd tyle wcieleń – jego i jego formacji. Stąd bezustanne wymykanie się wszelkim szufladom: 

progresja Frippa

zdaje się nie do opanowania, nie do ogarnięcia. Zupełnie inaczej niż ta floydowska, yesowa czy Genesis (oczywiście do 1976 roku). Może tylko Keitha Emersona da się jakoś z nim porównać, choć w tym przypadku mamy do czynienia z fascynacją klasyczną muzyką europejską i czerpaniem z jej formuły. Zaś z tych zasłuchanych, umiejętnie czerpiących z – między innymi – KC z tego okresu wymienić należy rodzime SBB.

Na zasadzie żartu jeszcze jedno spostrzeżenie. Mocny, pulsujący w refrenie gitarowy numer, jakim jest Easy Money, został umieszczony w tym samym miejscu na krążku analogowym – jako otwierający drugą stronę – co Money Pink Floyd. To oczywiście przypadek (przypominam, że obie płyty ukazały się w marcu 73), ale…
Dark Side of The Moon zgarnęła całą pulę: dziewięćset trzydzieści siedem tygodni obecności na liście „Bilboardu” to rekord już chyba nie do pobicia. Od lat uparcie uciekając od rankingów i innych zestawień wiem jednak, że gdybym miał spędzić resztę życia na bezludnej wyspie i mógł zabrać na nią tylko dziesięć płyt, i Dark Side, i Larks’ znalazłyby się wśród nich. 

(King Crimson, Larks’ Tongues In Aspic, 1973)

[W NaTemat: 26 marca 2018]

„Undead” – nieśmiertelny swing Ten Years After

tya_undead

W sierpniu, tyle że – bagatela – czterdzieści osiem lat temu wśród nowości płytowych zameldował się „Undead”, drugi w dyskografii, a pierwszy koncertowy album formacji dowodzonej przez Alvina Lee. Materiał został zarejestrowany trzy miesiące wcześniej w dusznym i pełnym kurzu londyńskim klubie jazzowym o nazwie Klooks Kleek, w bezpośrednim sąsiedztwie studiów wytwórni Decca.

[more]

Rok później, latem 1969 roku Ten Years After występują na Newport Jazz Festival, pierwszej jego odsłonie, do której zostali dopuszczeni wykonawcy o proweniencji bluesowo-rockowej, niedługo potem są bohaterami jednego z najlepszych fragmentów pamiętnego Woodstocku, grają wielominutową wersję sztandarowego I’m Going Home, a Lee zostaje okrzyknięty

najszybszym gitarzystą świata. 

W 1970 roku ukazuje się pierwszy w Wielkiej Brytanii singiel grupy – Love Like A Man.

Do 1973 roku TYA święcą największe triumfy. Płyty jednak, śmiem twierdzić, nagrywają nierówne, obok znakomitych numerów pojawiają się tylko takie sobie, stylistycznie krążki także nie całkiem są spójne – pewnie dlatego dziś – jeśli w ogóle – częściej mówi się o wybranych utworach niż całych albumach. Jest jednak w ich dyskografii pozycja, będę się upierał, wyjątkowa.

Z analogową wersją Undead zapoznałem się gruntownie jako bodaj dwudziestodwuletni człowiek. Nie była to łatwa lektura, a jednak było w tej muzyce coś, co nakazywało mi raz po raz wracać do taśmy magnetofonowej z tymi utworami. Gdy parę miesięcy temu wpadło mi w ręce wydawnictwo kompaktowe, nie wahałem się ani chwili. W domu włożyłem płytę do szufladki i… oniemiałem z zachwytu.

Gra czterech chłopaków w wieku dwudziestu dwóch – dwudziestu pięciu lat. 

Potrafią już wszystko:

gitara, bas, organy i perkusja nie stanowią dla nich żadnych tajemnic. Zachwyca jednak nie tylko to, że poruszają się swobodnie zarówno w zakresie rozbudowanych form bluesowych, ale i z młodzieńczą bezczelnością aranżują utwory na jazzowy sposób. Nie są w tej kwestii jedyni, bo jazz-rock wybucha właśnie w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, a wśród pierwszych romansujących z muzyką improwizowaną grup bluesowych i rockowych wymienia się Paul Butterfield Blues Band. Jednak rzeczony krążek jawi mi się jako najbardziej brawurowy przykład grania na styku rokendrola – i to, z racji techniki zastosowanej przez Alvina Lee, raczej rodem z lat 50., tyle że z perfekcyjną już obsługą gitary – bluesa i jazzu właśnie. 

Jeśli rozszerzone wydawnictwa kompaktowe proponują zwykle jako dodatki utwory wcześniej niepublikowane, ale niewiele lub zgoła nic niewnoszące do jakości pierwotnego zestawu, o tyle w przypadku Undead rzecz ma się zdecydowanie inaczej. Przykrojenie zarejestrowanego podczas dwóch występów 14 maja 1968 roku materiału do wymogów płyty analogowej zmusiło do rezygnacji z części zapisu, po latach otrzymaliśmy zestaw z zupełnie innym układem utworów, bogatszy o cztery kawałki, w tym trzy wcześniej nigdy niepublikowane. Z trzydziestu ośmiu minut zrobiło się siedemdziesiąt.

Po zwartym bluesowym wprowadzeniu w postaci Rock Your Mama dostajemy mutację creamowskiej wersji Spoonful W. Dixona, w której po raz pierwszy na tej płycie sekcja rytmiczna, grając w zdecydowanie jazzowej konwencji, stanowi wspaniałe tło dla popisów lidera. Te dwie pieśni tworzą niezłą rozgrzewkę przed I May Be Wrong, But I Won’t Be Wrong Always, blisko 

dziesięciominutowym szaleństwem

całego kwartetu. To fenomenalne boogie to jeden z kilku-kilkunastu utworów w dorobku zespołu naznaczonych muzycznym geniuszem. Jest tutaj, jak zwykle rozpędzona, gitara, która jednak od brawury rokendrolowej przechodzi raz po raz w jazzowe frazowanie, podczas gdy organy, bas i bębny nieustannie, porywająco swingują. Jazzowa struktura utworu daje znać o sobie także w odniesieniu do solowych popisów kolejnych instrumentalistów. To, co wyczynia zwłaszcza Leo Lyons na gitarze basowej, godne jest najwyższego uznania (znakomita jest też jego partia w I Can’t Keep From Crying, Sometimes – okraszona cytatem z Petera Gunna Manciniego). 

Kolejny w zestawie jest Summertime Gershwina. Główny temat zostaje tylko zarysowany, trzech panów idzie ma piwo, a na scenie na kilka minut zostaje perkusista Ric Lee, całość zaś wieńczy krótki finał (coś podobnego ma miejsce rok później na drugiej płycie Led Zeppelin, w popisowym numerze „Bonzo” Bonhama, Moby Dicku). Pora na uspokojenie nastrojów: zespól serwuje stylowe bluesidło Spider In My Web, w którym lider ustępuje na kilkadziesiąt sekund pola Chickowi Churchillowi, do którego należy wyjątkowej urody solo na organach. 

I tak, na najwyższym „C”, jazda odbywa się do samego końca, do I’m Going Home. Ric Lee wspomina, że stracił tamtego wieczoru parę kilogramów. Rzeczywiście, zdjęcia dołączone do książeczki potwierdzają

spartańskie warunki

występów – w małej sali, na ciasnej scenie pot musiał lać się strumieniami. Tym większy podziw i uznanie budzi efekt końcowy. Bardzo wiele zdawało się wskazywać, że supergrupie Cream wyrosła piekielnie silna konkurencja, czy – precyzyjniej – pojawili się godni następcy Bruce’a, Bakera i Claptona.

Płyta – ta przed laty – mogła, jak sądzę, zapowiadać zespołowi wielką przyszłość, rychłe wejście do panteonu rockowych gwiazd. Kolejne płyty studyjne jednak tego nie potwierdziły, nawet Cricklewood Green (1970) ze słynnym Love Like A Man. Prawdziwy żar i ogień pojawiał się „dopiero” podczas występów na żywo. Starsi z pewnością pamiętają wspomniany wyżej set TYA na festiwalu w Woodstocku, klasę formacji w tamtym okresie potwierdza też dwupłytowy Live At The Fillmore East – znakomity materiał zarejestrowany w 1970 roku, a wydany dopiero trzydzieści jeden lat później.
(Ten Years After, Undead, 1968)

[W NaTemat: 9 sierpnia 2015]

Jack Bruce nie żyje

cream1

Do historii rocka przeszedł i pozostanie w niej na zawsze przede wszystkim jako kompozytor, basista, harmonijkarz, pianista oraz wykonawca lwiej części partii wokalnych w zespole Cream. Zespole, który pozostawił po sobie dorobek najwyższej próby.

[more]

*

Pięciuset 

pocztówek,

o których mowa w Autobiografii Perfectu, w moim domu nie było. Było ich wielokrotnie mniej – i tym bardziej ostatniej z nich nigdy nie zapomnę: była w kolorze brudnego różu, z piosenką nr 2 zespołu Herman’s Hermits. Ale zakupiona została dlatego, że utworem otwierającym był Badge Cream.

Z tych moich lat szczenięcych, bardzo skromnej, gdy chodzi o ilość, inicjacji muzycznej dokonanej za sprawą starszych braci, z tego okresu pocztówkowego właśnie, z czasów, kiedy moja głowa ledwie wystawała ponad stół, zostały mi w głowie trzy świętości: The Beatles (obecni w utworach Lady Madonna i Hey Jude), Rolling Stones (Country Tonk opisane błędnie jako Honky Tonk Women i Let It Bleed) oraz Cream właśnie.

Gdzieś to wszystko, tę muzykę i te nazwy, odłożyłem na całe lata daleko na bok, ale też – jak się okazało – głęboko w sercu. I przebijając się już sam, począwszy od 1977 roku, przez rockowy ocean, właściwie dość szybko powróciłem do tych zespołów. By dziś, jako ten, co młodość dawno ma za sobą, stwierdzić tyleż trywialnie, co z miłością fana od dziesiątków lat – że we wszystkich tych przypadkach to po prostu muzyka największa.

*

25 października 2014, w wieku siedemdziesięciu jeden lat zmarł Jack Bruce. 

Muzyk legenda,

facet przez lata pojawiający się w wielkiej ilości przeróżnych składów. Człowiek, który długo zmagał się z uzależnieniem od narkotyków oraz problemami z niewydolnością wątroby, która ostatecznie stała się bezpośrednią przyczyną śmierci.

Szkot John Symon Asher Bruce urodził się 14 maja 1943 roku. W 1960 roku zdobył stypendium Royal Scottish Academy of Music na wydziałach kompozycji oraz gry na wiolonczeli, ale szybko porzucił studia. Od 1962 roku występował jako basista z największymi – Alexisem Kornerem oraz Johnem Mayallem, a także z zespołami Grahama Bonda i Manfreda Manna.

Po rozpadzie Cream wspólpracował z wieloma, często najwybitniejszymi w historii rocka muzykami: Dickiem Heckstallem-Smithem i Jonem Hisemanem (obaj z Colosseum), w formacji Lifetime zetknął się z Johnem McLaughlinem. W 1972, wespół z byłymi członkami Mountain – grupy założonej przez producenta nagrań Cream, Feliksa Pappalardiego – Lesliem Westem i Corkym Laingiem, utworzył trio wzorowane na Cream, jednakże poziomem artystycznym mocno od tego ostatniego odbiegającym.

Później zetknął się ze znakomitym jazzowym perkusistą Billym Cobhamem, nawiązał współpracę z Soft Machine, występował jako wiolonczelista w orkiestrze Charliego Wattsa, perkusisty Rolling Stones. Z Bakerem i Garym Moore’em utworzył trio BBM. Wziął też m. in. udział w nagraniach takich wykonawców, jak Lou Reed (Berlin), Frank Zappa (Apostrophe), Bill Ward – bębniarz Black Sabbath – czy Carla Bley. Co pewien czas, choć coraz rzadziej, wydawał swoje autorskie płyty, z których ostatnia, nagrana w studiach Abbey Road, ukazała się w marcu bieżącego roku.

Nie podlega jednak dyskusji, że do historii rocka przeszedł i pozostanie w niej na zawsze jako kompozytor, basista, harmonijkarz, pianista oraz wykonawca lwiej części partii wokalnych w zespole Cream. Zespole, który pozostawił po sobie dorobek najwyższej próby.

*

Rokendrol dojrzewał błyskawicznie, w połowie lat 60. coraz więcej młodych ludzi władało instrumentami w stopniu znacznie lepszym niż poprawny. Pojawili się też 

pierwsi mistrzowie.

W podobnym czasie ukonstytuowały się dwa tria: w USA The Jimi Hendrix Experience, a w Wielkiej Brytanii – Cream. Warsztat i tu, i tu był tak doskonały, że granice rokendrola w ciągu kilku, kilkunastu miesięcy przesunęły się w wymiar iście kosmiczny. Najbardziej zadziwiające jest jednak to, że po blisko półwieczu widać, iż na styku bluesa i rocka niemożliwe okazało się pójście dalej, że ustalone zostały raz na zawsze kanony takiego grania. Że na przykład fenomenalne skądinąd koncertowe wersje Dazed And Confused Led Zeppelin są swoistymi mutacjami Creamowskiego opracowania Spoonful W. Dixona.

Zespół powstał w czerwcu 1966 roku. Najstarszy z trójki, jazzowy właściwie perkusista Ginger Baker, miał wtedy niespełna dwadzieścia siedem lat, Bruce dwadzieścia trzy, zaś Eric Clapton zaledwie dwadzieścia jeden. Mimo młodego wieku za każdym z nich stał już taki dorobek, każdy z nich prezentował taki poziom wykonawczy, że Cream natychmiast ochrzczono mianem supergrupy, a stało się to pierwszy raz w historii.

Choć pierwsze deklaracje mówiły o tym, że chcą grać materiał pop i rzeczywiście takie były pierwsze nagrania – na przykład Wrapping Paper czy I Feel Free – szybko okazało się, że ich 

wyobraźnia muzyczna

oraz nadążające za nią umiejętności zaprowadziły trzech muzyków w rejony, w których nikt przed nimi nie przebywał. Ewolucja była wyraźna już w nagraniach studyjnych, ale prawdziwe odloty dokonywały się w czasie koncertów, gdy każdy z instrumentalistów miał pełne pole do popisów. W partiach improwizowanych potrafili odejść bardzo daleko od bazowych, prostych bluesowych tematów, z jednej strony zbliżając się do solówek niemal jazzowych, a z drugiej atakując uszy słuchaczy ścianą potężnych, gęstych dźwięków gitar i perkusji (to także efekt korzystania z fuzz-boksa). W utworach takich jak na przykład Born Under A Bad Sign czy Politician Bruce zastosował natomiast wyrazisty riff gitary basowej – tyleż prosty, co wzorcowy: tę zasadę przejęły po Cream całe zastępy kapel hardrockowych.

Zmęczenie materiału nastąpiło bardzo szybko, bo w listopadzie 1968 roku. Panowie stwierdzili, że są wypaleni, kręcą się w kółko, że niczego nowego nie są w stanie powiedzieć. Cóż, z pewnością na ich decyzję wpłynęła ówczesna intensywność życia rockmanów, bezustanne trasy koncertowe oraz nadmiar używek.

W maju 2005 roku reaktywowany okazjonalnie zespół zagrał cztery koncerty w londyńskiej Royal Albert Hall. Tej samej, w której w 1968 roku odbył się pożegnalny występ.

*

Do historii przechodzi się na wiele sposobów. W przypadku Claptona będzie to na pewno całokształt dokonań, choć ze szczególnym naciskiem położonym na dorobek zespołów Cream, Blind Faith i Derek & The Dominos. W przypadku Jacka Bruce’a – nade wszystko Cream. Cztery kanoniczne albumy, w tym Wheels of Fire – jeden z pierwszych w historii rokendrola albumów dwupłytowych. Mało? Daj, Panie Boże, każdemu.

[W NaTemat: 1 listopada 2014]

Muzyka elektroniczna – czyli formuła przepastnie otwarta

skrzek_podroz

Tego tekstu miało nie być. Czasem, przez wielki szacunek dla drugiego człowieka, zwłaszcza takiego ze sporymi osiągnięciami, przechodzi się do porządku nad jego słabościami. Miało nie być, bo byłem pełen obaw przed koncertem, a pisanie ze z góry założoną tezą nie jest uczciwe. Ponadto nie powinno się pisać o czymś, czego nie widziało się do końca. A jednak jest powód, który nie pozwala mi milczeć.

[more]

W czwartek w katowickim Rialcie, przy okazji Europejskiego Kongresu Gospodarczego, zagrał 

Józef Skrzek.

By wpisać się w międzynarodowy charakter całości, zaprosił do wspólnego występu także Rosjanina Miszę Ogorodowa i Brytyjczyka Paula Lawlera.

Pisałem już o tym kiedyś – o liderach wspaniałych zespołów, którzy podejmując karierę solową, zatracili umiar. Chodzi o nazwiska największe: Czesława Niemena i Józefa Skrzeka. Tego pierwszego i jego działalność po rozwiązaniu Aerolitu pozostawmy już w spokoju. I tak to drobiazg przy tym, do czego zdolny jest największy jego uczeń.

Gdy w listopadzie 1980 roku Piotr Kaczkowski przekazał informację o rozpadzie SBB, miałem – będąc już osiemnastolatkiem – łzy w oczach. Bo stało się to w szczytowym okresie działalności – zespół w realizacjach studyjnych wreszcie brzmiał rewelacyjnie, nagrywał swoje najlepsze płyty.

Józef Skrzek z marszu rozpoczął solową karierę. Jeszcze w tym samym momencie, w którym kapela nagrywała Memento z banalnym tryptykiem, realizował Ojca chrzestnego Dominika. W 1983 roku ukazała się Józefina, nagrywana w 1981, pierwsza po rozpadzie SBB solowa płyta artysty. Lżejsza, piosenkowa, nagrana z wieloma gośćmi, ale zwarta i rockowa. Z Haliną Frąckowiak zrealizował drugi wspólny krążek – Ogród Luizy. Potem była muzyka do filmu Wojna światów Piotra Szulkina, a następnie przez pewien czas Skrzek grał z Tomaszem Szukalskim. Efektem tej współpracy był album Ambitus Extended. Do tego momentu wszystko było w porządku.

Kolejną pozycją w dyskografii okazała się – uwaga – Podróż w krainę wyobraźni. Pretensjonalny tytuł – i zapis fragmentów solowych występów multiinstrumentalisty w chorzowskim Planetarium. Płyta słaba i zwyczajnie nudna.  W tym miejscu kończę wyliczankę, by wrócić do owej tezy, o której wspomniałem na wstępie. Nie spodziewałem się niczego szczególnego po czwartkowym koncercie, bo 

nie lubię muzyki elektronicznej,

el muzyki (termin wylansowany przez Jerzego Kordowicza, autora „Studia nagrań”, audycji przez wiele lat nadawanej w Trójce). Nie lubię tej muzycznej formuły otwartej, której otwartość kojarzy mi się przede wszystkim z odrzuceniem ram czasowych, a tym samym i dramaturgicznych utworów. Wszystko, a więc i dobre, piękne czasem pomysły, fragmenty – rozmywa się w czasie: ginie w rozciągnięciu do granic wytrzymałości każdej frazy, w jej wielokrotnym, do znużenia i znudzenia, powtarzaniu. 

Muzyka elektroniczna to całkowite zaprzeczenie gitarowego rocka z lat 50. i początku 60. – krótkich, niewiele ponad dwuminutowych form. Skondensowanych maksymalnie – wpierw z racji niedużych możliwości aranżacyjnych, instrumentalnych, a potem – gdy te już w wielu przypadkach były – dalej wielu wykonawców potrafiło utrzymać zbawienny rygor czasowy. Absolutnie sztandarowy dla mnie przypadek, gdy fenomenalna fraza pojawia się zaledwie jeden jedyny raz w piosence, to Badge Cream z tym olśniewającym wejściem Claptona.

W muzyce elektronicznej jest miejsce na wszystko. Najczęściej na to, by pomysły warte w przybliżeniu jakichś dziesięciu, góra piętnastu minut rozdąć do rozmiarów całej płyty analogowej, czyli około trzech kwadransów. O cierpliwości! Nie na moje nerwy takie granie. Bo to już przed laty przypominało – i tym bardziej dziś przypomina – granie a vista z włączonym nagrywaniem. Dobrze, jeśli potem się siada i wyciska z tego sok jak z pomarańczy. Ale jeśli ci mistrzowie elektronicznych klawiatur uparcie serwowali – i nadal serwują – muzykę graną w zwolnionym tempie – to nie dla mnie taka podróż.

I dotyczy to także Józefa Skrzeka. Którego cenię jak mało kogo na polskiej scenie – ale przede wszystkim za to, co zrobił i wciąż potrafi zrobić z SBB. Tyle razy składałem mu hołdy fana, że chyba w tym miejscu nie muszę tego powtarzać. 

*

Muzyka elektroniczna – formuła otwarta. Najczęściej – 

forma bezkształtna, magma 

jakaś. Otwartość kojarząca się raczej z bezdenną przepaścią, w którą wpadają pozbawieni instynktu samozachowawczego artyści. Nawet ci najwięksi. I to boli najbardziej.

Na Boga, Panie Józefie, wyszedł Pan na scenę z kolegami bodaj o 20.10. W paru momentach było pięknie, choć te w większości wzięte były z SBB – Freedom (znów mocny, wspaniały Pana głos) czy maleńki fragment Ze słowem biegnę do Ciebie. Tak jak nie zwykłem wychodzić z koncertów przed ich końcem, tak o 22.10 opuściliśmy z żoną salę. Wydawało się parę razy, że już kończycie, że dźwięki już wybrzmiewają, ale zaraz potem odradzały się, bynajmniej nie jak Feniks z popiołów. To nie jest takie proste: wytrwać, gdy następnego dnia trzeba wstać jak zwykle przed szóstą, a ze sceny wieje głównie nudą.

Skonsternowany dowiedziałem się właśnie – i to sprawiło, że chwyciłem za klawiaturę komputera – o której zakończył się ten występ. Na początku na widowni było około dwieście pięćdziesiąt  osób. Do końca wytrwało dwadzieścia. 

Panie Józefie, 

tak się nie godzi.

Koncert powinien mieć coś ze święta, z misterium. Być czymś wyjątkowym, wyrywającym ludzi na chwilę z codzienności. Winien też cechować się obustronnym szacunkiem – widzów do artysty, ale i artysty do widowni. Zapraszam was na ucztę, do siebie, do domu, raczę was tym, co mam najcenniejszego. Zachowuję błogosławiony umiar, wyczucie tego, co mogę i powinienem. Mówię, ale i słucham. Nie otwieram naraz wszystkich szuflad i schowków, nie wyciągam wszystkiego na stół, podaję tylko kęsy najlepsze. Jezus, Maria, Józefie Święty, była 23.50, gdy skończyliście grać. To nie ludzie wyszli przed końcem koncertu, to Pan grał jeszcze długo po jego zakończeniu. 

Ponieważ niejednokrotnie odwołuje się Pan do chrześcijańskiej tradycji – zakończę w podobny sposób. Jednym z grzechów głównych jest nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. Oraz graniu innym – bez krztyny refleksji, czy aby nie mają już serdecznie dość.

[W NaTemat: 10 maja 2014]

Wśród hodowców najlepszych pieczarek – Leaf Hound, Growers of Mushroom, 1971

Może gdybym był szalonym poszukiwaczem, trafiałbym na takie wynalazki częściej. Może nie dość pasji we mnie, może zbyt wiele oporu wewnętrznego, by szperać w internecie. Jeśli tego brak, co pozostaje innego, jak zdać się na przypadek – słuchanie, zwykle nie w całości, pewnych Trójkowych audycji?

[more]

Chyba już kilkanaście tygodni temu, dzięki Wojciechowi Mannowi, natknąłem się na Leaf Hound. Fenomenalną kapelę z przełomu lat 60. i 70., która nagrała

jedną, jedyną płytę

i przepadła bez wieści na całe dziesięciolecia. To, co zagrał Pan Wojciech, dotknęło najczulszych muzycznych miejsc we mnie. Jeszcze w trakcie audycji poszperałem trochę – i wrzuciłem żonie, lepiej obeznanej z elektronicznymi mediami, zadanie domowe na bliżej nieokreśloną przyszłość: zakupić album na Amazonie. I oto wielkanocny zając przykicał pod nasz dach, niosąc m.in. „nowego” Hendriksa  (serdeczne pozdrowienia dla Pań i Panów z działu muzycznego katowickiego MM – za uśmiech i życzliwość) oraz właśnie LH.

Zaczynali jako Black Cat Bones w 1969 roku, z Paulem Kossoffem i Simonem Kirke’em, którzy szybko się zwinęli, by utworzyć Free. I jeśli mamy szukać porównań, to chodzi właśnie

o Free, o Cream i Led Zeppelin.

Słucham tego materiału i kręcę głową: jak taka kapela mogła się nie przebić, rozpaść nagle? Peter French, świetny wokalista, odszedł do Atomic Rooster, by jeszcze w tym samym 1971 roku nagrać z nimi płytę, a zaraz potem trafił do Cactusa. O reszcie słuch zaginął, może z wyjątkiem kuzyna Frencha, Micka Hallsa, który do dziś jest uznanym muzykiem sesyjnym. Reaktywacja – w innym składzie – nastąpiła w 2006 roku, w 2007 ukazał się album Unleashed, ale o nim może przy innej okazji.

Zdaję sobie sprawę, że ciągle skręcam w stronę grania, które ma już czterdzieści i więcej lat. Nie jest to muzyka mojej młodości, byłem wtedy za smarkaty. Ale nuty posiane w mojej głowie przez starszych braci, gdy wystawałem ledwie nad stół, wydały owoc stokrotny. I co poradzę na to, że właśnie wtedy w rocku działo się najwięcej, że wspaniałych wykonawców było tak wielu, że na niektórych świat się nie poznał, że niektórym zabrakło cierpliwości, szczęścia, łaski krytyków i słuchaczy?

W przypadku Leaf Hound

zapomnienie to bardzo niezasłużone.

Trafnie napisał na swoim blogu Gregor – że ten krążek nie zawiera utworów szczególnie wybijających się ponad inne, ale wszystkie prezentują poziom, który składa się na znakomity wynik dziesięcioboisty. List nie cierpię, klasyfikacji, kto przed, a kto za – i kim. Ale LH to bez wątpienia czołówka. Mocne, stylowe łojenie. Coś, co kocham najbardziej.

Ten album ma dziś – poza wieloma innymi – walor szczególnie nie do pogardzenia: to stara, znakomita muzyka, której nie tylko nie zdążyliśmy nauczyć się na pamięć, ale nawet polizać. Tym większa więc radość słuchania.

I na koniec jeszcze jedna refleksja. W momentach bardzo nieodległych od White Room czy Crossroads Creamów albo Thank You czy What Is And What Should Never Be LedZep, w chwilach gdy frazowanie frontmana jednoznacznie kojarzy się z wokalem Planta, moja myśl wraca do pewnego passusu zawartego w haśle Budgie w Rock Encyklopedii Wiesława Weissa (skądinąd znakomitym wydawnictwie): „Zyskała opinię epigońskiej grupy hardrockowej, zachłannie i bez skrupułów korzystającej z osiągnięć takich zespołów, jak Black Sabbath i Led Zeppelin”.

Leaf Hound tak samo czerpali, ale z pojęciem epigoństwa w odniesieniu do materiału powstającego pól roku, rok, a nawet trzy lata po utworach, z którymi kojarzy nam się to, co słyszymy – byłbym dziś bardzo ostrożny. Zmiana perspektywy, jaka dokonuje się wraz z upływem lat, przewartościowuje, nieraz wielokrotnie, dokonania w sztuce. Także – w rocku.

Wyrwane z kontekstu: The Cream, Badge

Clapton właściwie nigdy nie był gitarzystą rajdowym. Moc Cream (Bruce-Clapton-Baker), okrzyczanej pierwszą supergrupą w dziejach rocka, nie polegała przecież na szaleńczym tempie grania, a na rockowym ładunku podłożonym pod bluesa.

[more]

Badge (dzieło Claptona i Harrisona) to swego rodzaju głos z zaświatów, kawałek pochodzący z albumu Goodbye (1969), wydanego już po rozpadzie zespołu, po zaledwie dwuipółletnim okresie działalności.

Z pozoru prosty, niespełna trzyminutowy utwór utrzymany w średnim tempie. Ale co Mr. Eric robi w jego środku! To obłędne gitarowe wejście przyprawiało w końcu lat 60. – a i później też – o zawrót głowy niemal każdego miłośnika ostrego grania. I, co zupełnie dobijało, zostało zagrane jeden jedyny raz! Aby to niesamowite coś usłyszeć ponownie, trzeba było puścić piosenkę raz jeszcze. W moim domu była to pocztówka w kolorze brudnego różu.

Niedługo potem, w 1970 roku, świat ujrzała Layla, swą urodą przyćmiewając wcześniejsze kompozycje gitarzysty, w tym i Badge. Ale na koncertach Clapton wracał do wspólnej z Beatlesem kompozycji wielokrotnie, m. in. na dwupłytowym albumie One More Car, One More Rider (2002). Nie skąpiąc już ani sobie, ani słuchaczom przecudnej urody dźwięków gitary.

Sześćdziesiąty siódmy

Zabawa się skończyła. Od narodzin minęło kilkanaście lat i oto rock’n’roll utracił dziewictwo. Nie stało się to nagle, bez sygnałów i zapowiedzi, ale wreszcie objawił się światu jako dorosła, piękna kobieta w pełni świadoma swych zalet i wdzięku. Jednak wewnętrznie bardzo skomplikowana.

[more]

Łupnęło tuż po Nowym Roku – 4 stycznia 1967 roku na rynku pojawił się pierwszy album

The Doors.

Jeśli wzrastanie w siłę zjawisk noszących nazwy The Beatles i The Rolling Stones wymagało czasu, o tyle w tym przypadku debiut płytowy od razu wyniósł zespół do roli gwiazdy największego formatu. Płyta zawiera m.in. słynne Light My Fire oraz The End (ten drugi wykorzystany został dwanaście lat później przez Coppolę w znakomitym filmie Czas apokalipsy). Tak zaczęła tworzyć się legenda intensywnie przeplatająca wspaniałą muzykę z problemami osobowościowymi, z niszczącą siłą alkoholu i – przede wszystkim – narkotyków.  

W marcu w sprzedaży pojawia się pierwszy krążek

Velvet Underground

zatytułowany The Velvet Underground And Nico. Za sprawą tekstów otwarcie mówiących o narkotykach (Heroin) szybko wycofany z rynku, ale i tak okazał się z czasem jednym z najważniejszych albumów rockowych w historii. Surowe brzmienie, przegląd stylistyk od folku po psychodelię zachwyca i inspiruje innych do dziś.

12 maja ukazuje się w Wielkiej Brytanii (1 września w Stanach) pierwsza płyta Jimiego Hendriksa –

Are You Experienced?

z tak fantastycznymi numerami jak Hey Joe czy Purple Haze. Tu też, jak w przypadku Doorsów, mamy do czynienia z genialnym debiutem oraz początkiem gitarowo-narkotycznego tańca ze śmiercią. Wielki Jimi, gdyby żył, właśnie dziś obchodziłby siedemdziesiąte urodziny.

Także w maju, tyle że po drugiej stronie oceanu, do studia wchodzą członkowie pierwszej supergrupy, za jaką uznawana jest

The Cream.

Bruce, Clapton i Baker rejestrują materiał na drugi krążek, Disraeli Gears, który ukazuje się w listopadzie. To na nim znajdują się dwa klasyczne już utwory: Strange Brew i Sunshine Of Your Love.

Podobnie jak Cream, na swoim – także drugim – albumie kierowali się w stronę psychodelii

Jefferson Airplane.

Surrealistic Pillow zawiera dwie znakomite kompozycje wokalistki zespołu, Grace Slick – White Rabbit oraz Somebody To Love.

Co jednak powiedzieć o debiucie

Pink Floyd

The Piper At The Gates Of Dawn – który w sklepach pojawił się 5 sierpnia? To był dopiero kompletny odlot muzyczno-narkotykowo-oniryczny. Dla ówczesnego lidera grupy, Syda Barretta, stanowił wspaniały początek i jednocześnie, za sprawą używek, koniec artystycznej kariery. Wciąż naćpany zupełnie nie nadawał się do grania, stał na scenie, brzdąkając cały czas jeden akord. Wkrótce zastąpił go David Gilmour. 

Z używkami eksperymentowali wtedy praktycznie wszyscy rockmani, z tego powodu popadali też raz po raz w tarapaty, jak na przykład – wraz z gronem przyjaciół – Keith Richards, na którego dom w lutym tamtego roku zrobiła nalot policja.

Nie przeszkodziło to Stonesom przyjechać do Polski i 13 kwietnia zagrać w warszawskiej

Sali Kongresowej.

Co prawda dwa lata wcześniej odwiedzili nasz kraj The Animals (ci od The House of The Rising Sun – to tak dla młodszych czytelników), ale to właśnie występ toczących się kamieni stał się katalizatorem przemiany świadomościowej ówczesnych nastolatków w naszym kraju. Chemiczna bomba pełna imperialistycznego, zgniłego hałasu wybuchła, o ironio, w miejscu, w którym odbywały się kolejne zjazdy przewodniej siły narodu, jaką przez cztery dekady była Polska Zjednoczona Partia Robotnicza.

1 czerwca ukazuje się

Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band

Beatlesów, uważany za najważniejszy koncept album i, w ogóle, za jedną z najlepszych płyt w historii pop music. Czwórka z Liverpoolu niczego już wtedy nie musiała udowadniać, rok wcześniej wydała znakomity Revolver, a jednak kolejny raz zadziwiła świat. Trudno tu wskazywać jakieś utwory, bo całość jest świetna, wspomnę jednak With a Little Help From My Friends (rozsławione potem przez Joego Cockera), When I’m Sixty-Four i Lucy In The Sky With Diamonds (moje wytłuszczenia dotyczą jednej z wersji interpretujących tytuł). 

W czerwcu tego roku odbył się też pierwszy wielki festiwal muzyczny –

The Monterey International Pop Festival.

Zabrakło na nim bardzo wielu liczących się wówczas wykonawców, ale zagrali m.in. Jimi Hendrix Experience, Janis Joplin, The Who, Greatful Dead, Jefferson Airplane, Otis Redding oraz Simon i Garfunkel.

The Rolling Stones

swoje najlepsze płyty mieli nagrać trochę później, ale i tak światło dzienne ujrzały w 1967 roku dwa krążki – Between The Buttons (zawierający choćby Yesterday’s Papers) oraz Their Satanic Majesties Request (She’s A Rainbow, 2000 Man).

We wrześniu pojawiła się na rynku druga płyta Doorsów – Strange Days, potwierdzająca klasę zespołu (Love Me Two Times, Moonlight Drive, When The Music’s Over).

9 listpada wychodzi pierwszy numer

„Rolling Stone Magazine”,

jednego z najbardziej opiniotwórczych czasopism zajmujących się muzyką czy, szerzej rzecz ujmując, kulturą.

Pod koniec roku (w USA 1 stycznia 1968) ukazuje się drugi album Hendriksa Axis: Bold As Love, a na nim Little Wing oraz Castles Made Of Sand. Podobnie jak w odniesieniu do Doors – umacniający pozycję wykonawcy na rynku.

27 grudnia pojawia się w sprzedaży nowa płyta

Boba Dylana

John Wesley Harding, a na niej All Along The Watchtower. Po psychodelicznych szaleństwach wcześniejszych albumów otrzymujemy porcję stylistycznej ascezy, od strony tekstowej wspartych elementami religijnymi czy wręcz mistycznymi. Dylan znowu wyprzedza czas. Śpiewa: „Wielu jest pomiędzy nami takich, którzy sądzą, że życie to tylko żart. Ale ty i ja mamy to już za sobą. Nie ma więc co udawać, pora robi się późna”.

Tak, żarty zdecydowanie się kończyły. Zjawisko zwane rock’n’rollem stawało się wielkim, największym w powojennych czasach przeżyciem pokoleniowym po obu stronach oceanu. Wolna miłość, orgie, alkohol, narkotyki – to wszystko zdawało się nie mieć granic. Poza tą jedną, najważniejszą – śmiercią. Brian Jones, Jimi Hendrix, Janis Joplin, Jim Morrison nie dali rady, zmarli zdecydowanie przedwcześnie, przegrywając z nałogami. A jednocześnie rock całymi seriami zaczął wyrzucać z siebie płyty dobre i bardzo dobre. A między nimi – arcydzieła.

Muzyczne odloty

Led Zeppelin BBC Sessions. Po prostu zestaw genialnych utworów genialnego zespołu. Po Creamach i Cepach nikt już nie zrobił w składzie gitara – bas – bębny nic więcej na scenie (i w studiu też). Ale tym razem chciałem zahaczyć o co innego.

[more]

Nie jest to szczególnie odkrywcza myśl, ale wśród wielu znakomitych numerów LedZep – swoistym opus magnum na koncertach jest Dazed And Confused. Ciągle na świeżo w głowie mam koncert SBB w Rialcie i Odlot – i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że bardzo wiele te utwory łączy. W obu przypadkach mamy do czynienia z artystycznym odlotem właśnie, wyzwoleniem, przekroczeniem wszelkich granic, z totalną improwizacją, na którą mogą sobie pozwolić tylko najwybitniejsi instrumentaliści.

Takich długich wersji Dazed And Confused znamy – jeśli dobrze liczę – w sumie trzy, Odlot, przynajmniej w domowych zbiorach, mam w dwóch wersjach z 1974 roku. Nie wiem, czy Polacy widzieli na żywo Led Zeppelin, na pewno nie mogli znać wersji z The Song Remains The Same, bo ta – choć zarejestrowana w 1973, na krążku pojawiła się w 1976 roku. To tak a propos inspiracji.

Ktoś pewnie kręci nosem, że śmiem porównywać SBB do jednej z najlepszych kapel w historii rocka. Otóż śmiem, a ponieważ już parokrotnie pisałem, dlaczego – powtarzać się nie będę.

(14 kwietnia 2012)


Słowo o produkcji

Kiedyś wszystko było bardziej przejrzyste. Wchodziłeś do studia, nagrywali cię. Albo umiałeś grać – co było potem słychać, albo nie – co też było słychać.

[more]

Słychać, jak Beatlesi z niemal klezmerów stają się niezłymi rzemieślnikami, co w połączeniu z geniuszem autorskim dało efekt absolutnie ponadczasowy. Słychać, jak Bruce, Clapton i Baker – czyli The Cream – napieprzają we trzech ledwie, tworząc taką ścianę dźwięku, że do dziś, gdy posłuchać zwłaszcza ich nagrań koncertowych, dech zapiera.

A obecnie możesz siedzieć w domu przed komputerem z jakimś oprogramowaniem i „tworzyć muzykę”. Nie mieć pojęcia o grze na fortepianie czy gitarze, a spreparować brzmienie całej orkiestry. Albo w studiu aż do skutku poprawiać wokale, riffy i solówki.

Tylko jak potem wyjść z tym do ludzi, jak zagrać to na koncercie? Termin produkcja zrobił oszałamiającą karierę. Sama produkcja też. Bardzo często dziś chciałoby się zawołać, że – niestety. 


Moje From The Begining. Część druga

Dziś na odmianę lampka wina – i słuchamy dalej.
5. Country Tonk, mylnie opisane na pocztówce jako Honky Tonk Women. The Rolling Stones – co tu można napisać? Przecież to największa rock’n’rollowa kapela na świecie.

[more]

6. Kolejna oczywistość w tym zestawie. Myślałem, żeby Beatlesów sobie odpuścić, ale po prostu nie wypada. To największy zespół w historii. Pytanie tylko, czy – z tych pocztówek – ma to być Hey Jude, czy Lady Madonna. Wybieram, przekornie, ten drugi numer.

7. Bob Dylan, Mr Tamburine Man. Znów coś przewidywalnego, największy artysta amerykański. Choć płyta – najsłynniejsze przeboje z lat 60. wydane przez, no właśnie, czechosłowacki Supraphon, oczywista nie była. Za to droga – 120,- zł przy cenach 65,- lub 80,- zł polskich płyt. Rarytas.

8. Cream, Badge. Ostatnia pocztówka. To wejście Claptona w środku utworu wciąż zapiera dech w piersiach! Jakaż rozrzutność – dziś taki riff zostałby co najmniej trzykrotnie wykorzystany w każdym kawałku. Zresztą, sam Clapton zagrał ten utwór dziesięć lat temu na koncertowym One More Car, One More Rider i też nie odmówił sobie wydłużenia pierwotnej wersji.

9. Filmowe More to początki Pink Floyd, 1969 rok. Mniej tu psychodelii, więcej ballady i rock’n’rolla. Płyta po latach, w odróżnieniu od bardzo ilustracyjnej Obscured By Clouds, zdecydowanie się broni. Mój wybór to The Nile Song, nie tak częsty u Floydów porządny łomot. Który wtedy mi, paroletniemu brzdącowi, bardzo przypadł do gustu.

10. Led Zeppelin. To jasne, geniusze rock’n’rolla. Jedni z tych, którzy przeprowadzili muzykę rockową przez morze klezmerskiego i zaledwie przyzwoitego technicznie grania, jakiego pełno było w latach 60., na nowy ląd – absolutnej wirtuozerii wykonawczej. Imigrant Song, nawet nie trzy minuty takiej jazdy do przodu, że daj, Panie Boże, zdrowie. Kończą tam, gdzie Metallica dopiero wychodzi z intro w  swoich kawałkach. Sto kilkadziesiąt sekund porażająco prostej, rozsadzającej energią jazdy bez trzymanki.

11. Love Like A Man Ten Years After. Jeden z najsłynniejszych, przynajmniej dla pewnego pokolenia, riffów gitarowych. Genialny Alvin Lee, najszybszy gitarzysta świata, jak się wówczas, na początku lat 70., o nim mówiło.

12. Wishbone Ash – nie może tej grupy zabraknąć w takim zestawie. Na szpuli były nagrane pierwsze strony pierwszej i drugiej płyty. Gdy wreszcie nabyłem ich debiut na CD, odnalazłem te cudowne emocje z początku lat 70. Nuty tak dobrze zapisane w głowie. Wybieram Queen of Torture.