Młot bogów

pobrane30

Czas trwania utworu kojarzy się nieodparcie z latami 50. i początkami rokendrola. Jednakże sposób podania tego esencjonalnego dania był w 1970 roku inny i wyprzedzający prawie wszystko, co dotąd nagrano.

[more]

*

Greta Van Fleet braci Kiszków i ich kuzyna Wagnera zdobyła sobie serca niektórych Trójkowych dziennikarzy oraz słuchaczy, szczególnie tych stęsknionych za starym, porządnym łojeniem. Obecność najpierw jednego, a potem kolejnego utworu tego kwartetu na antenie i następnie w samym czubie listy przebojów, każdorazowo przypominała nam o źródle pochodzenia tych dźwięków. Albowiem źródło jest tu jednoznaczne – i jedno.

I pewnie ten fakt sprowokował redaktorów do wciągnięcia do zestawu propozycji do LP3 utworu, który… No właśnie, gdyby nie on i jedna z ostatnich w niedużej kolekcji pocztówek moich starszych braci, formację Led Zeppelin, jak wiele innych, poznawałbym tak naprawdę mocno ex post. Jeden kawałek wiosny oczywiście nie czyni i nie uczynił, ale wpisany we właściwy czas – czas swojego powstania – pozwolił mi na uzyskanie zupełnie innego kontekstu, a pewnie i osobistego, jako konsumenta muzyki, za przeproszeniem, backgroundu.

„W tym czasie położono podwaliny nie tylko pod następny album, ale także pod kolejne trzy – stanowiące szczytowe osiągnięcia grupy. Plant wraz z Page’em stali się kreatywną awangardą formacji, a inspiracje czerpali z wirującego wokół nich bogatego muzycznego potpourri. Dzięki niemu tworzyli muzykę zakorzenioną w przeszłości. Chwilami brzmiała ona jednak jak z innego świata. Powstała w efekcie głębokich przemyśleń i dzięki poczuciu cudownej izolacji, dosłownie i w przenośni”.*

Trzeci album LZ zasmakował mi szczególnie i upływ kolejnych dekad niczego w tym względzie nie zmienił. Wciąż fascynuje mnie  pierwszy w historii rocka set unplugged, którym jest druga strona analogowej wersji płyty, niezmiennie zakochany jestem w najpiękniejszym i najbardziej rozdzierającym bluesie świata, czyli Since I’ve Been Loving You. I wciąż mam ciary na plecach, gdy słucham kawałka, który został nagrany jako jeden z ostatnich. Niezmiennie zachwycony jestem formą – dwiema minutami i dwudziestoma sześcioma sekundami, w których mieści się to wszystko. Czas trwania i nieszczególnie skomplikowana faktura kojarzą się nieodparcie z latami 50. i początkami rokendrola, jednakże sposób podania tego esencjonalnego dania był wtedy – w 1970 roku –  inny i wyprzedzający prawie wszystko, co dotąd nagrano. Prawie, bo wcześniejszy krążek LZ otwiera cechująca się równie potężnym riffem kompozycja Whole Lotta Love.  Do dziś w mocnym graniu nie wymyślono niczego równie spektakularnego, nie bójmy się tego słowa: niczego nowego.

Immigrant Song rozpędza się w piorunującym tempie – sto kilometrów na godzinę osiąga już w trzeciej sekundzie, a gdy w osiemnastej do gitary i wtórującej jej perkusji dołącza porażający mocą bas – zespołu nic już nie jest w stanie zatrzymać. Plant tnie swym głosem powietrze na strzępy i wyśpiewuje „okrzyk wojenny Zeppelinów: „Młot bogów skieruje nasze statki ku nowym lądom, ku walce z hordą, śpiewając i krzycząc, Valhallo, nadchodzę*

Dziś kwestia imigrantów jest niesłychanie nośna i – co istotniejsze – bardzo bolesna na Starym Kontynencie, ale prawie pół wieku temu dwudziestodwuletni Robert Plant co innego miał na myśli – inspiracją stał się dla niego powrót z koncertu na Islandii. A „wspominając pobyt w Bron-Yr-Aur, stwierdził: Kiedy skończyliśmy trasę [po USA] i pojechaliśmy [na miesiąc] do Walii, zespół nabrał nowej dynamiki. Chodziło chyba o zamianę przesytu na nicość, w której przeżywaliśmy tę sielankę.*

Z tej sielanki powstała zaczynająca się od trzęsienia ziemi znakomita płyta. Nawet jeśli – jak pisze biograf Planta – pozostaje najbardziej niedocenioną. 

_________________

* Paul Rees, Życie. Robert Plant, Bukowy Las, 2014.

[W NaTemat:8 kwietnia 2018]

Play Like Led Zep, czyli Kiszka z chrzanem

pobrane19

Ten, kto w swym muzycznym sercu znajduje miejsce na wspólne dokonania Planta, Page’a, Jonesa i Bonhama, nie może nie zareagować na granie młodych Amerykanów uśmiechem pomieszanym ze wzruszeniem.

[more]

*

Zacznę banałem: każdy, kto często słucha muzyki, na własnej skórze – i uszach – doświadcza tego, że po wyjęciu z odtwarzacza jednej płyty, wkłada do niego coś z zupełnie innego czasu czy rodzaju – po klasyce może zabrzmieć jazz, po płycie starej, sprzed półwiecza, coś świeżo wydanego. Ot, normalna kolej rzeczy.

Więc zdarzyło mi się, po kilku tygodniach przerwy, wrzucić do odtwarzacza najnowszy album Queens of The Stone Age (ciesząc się znalezionymi pod choinką biletami na ich czerwcowy koncert na Torwarze), a zaraz potem włożyć w to samo miejsce własny świąteczny nabytek – krążek młodej amerykańskiej kapeli Greta Van Fleet, która zdobyła sobie ostatnio uznanie sporej części Trójkowych słuchaczy.

Ten, kto w swym muzycznym sercu znajduje miejsce na wspólne dokonania Planta, Page’a, Jonesa i Bonhama, nie może nie zareagować

uśmiechem pomieszanym ze wzruszeniem,

słuchając piosenki Highway Tune. Pozornie to proste: wykorzystać naturalne warunki głosowe, zastosować gitarowe (ale nie tylko) patenty – i zagrać jak Led Zeppelin. Pozornie, bo gdyby tak było w istocie, naśladowców mielibyśmy jeszcze więcej niż ma to miejsce, a od udanych kopii roiłoby się w YouTubie albo na sklepowych półkach z płytami. W przypadku trzech braci Kiszków (typowo amerykańskie nazwisko) i ich kuzyna Wagnera „podróba” jest jednak wyjątkowo udana: kipi nieskrępowaną energią, świeżością i radością grania.

Pierwsze przesłuchania całości, czyli dwóch EPek umieszczonych na jednej, trochę ponadpółgodzinnej płycie, to przedzieranie się przez siedem nieznanych utworów okraszonych tym jednym dobrze już przyswojonym. I co się okazuje, przynajmniej gdy chodzi o moje wrażenia? Chłopaki potrafią posługiwać się instrumentami i, jak mnóstwo dwudziestoparolatków, są zafascynowani 

graniem z przełomu lat 60. i 70.

Do tego – powtórzę – barwa głosu Josha Kiszki nieuchronnie prowokująca do porównań z mistrzem Robertem spowodowała zapewne, iż skłonność amerykańskiej czwórki do dziedzictwa LZ przybrała szczególną postać. Można się domyślać, ile razy na próbach przećwiczyli lwią część dorobku Page’a i Planta, jak bardzo ich muzyczna wyobraźnia została naznaczona brzmieniem słynnych Brytyjczyków. Ale nie tylko ich – A Change Is Gonna Come, znakomity soulowy numer Sama Cooke’a,  brzmi w wykonaniu Grety jak wyrwany żywcem z dorobku Janis Joplin. W ogóle, za wybór coverów – drugi to kawałek Fairport Convention – należą się chłopakom duże brawa.

Kwartet istnieje od 2012 roku, w 2018 ma zjechać do Europy, a nawet dać koncert w studiu im. Agnieszki Osieckiej. Będzie więc okazja, by sprawdzić, jak spisuje się na żywo. Co zaś do jego przyszłości – tak jak oczywiste są skojarzenia, tak nieuchronne pytania, czy obecne granie GVF to patent na dłuższą i sporą karierę, czy może punkt wyjścia do przemówienia własnym, bardziej oryginalnym głosem. Czy mamy do czynienia z narodzinami gwiazdy, czy raczej kolejnym przemykającym meteorem, który – nim zgaśnie – zdołał na chwilę poruszyć serca fanów klasycznego rocka?

(Greta Van Fleet, From The Fires, 2017)

[W NaTemat: 6 stycznia 2018]

Robert Plant: popowy czy topowy?

pobrane_11

Jeśli ktoś pytałby mnie o najwybitniejszych wokalistów rockowych, Planta wymieniłbym jako pierwszego, a – po chwili krótkiego namysłu – postawił na najwyższym stopniu podium.

[more]

*

Urodzony w 1962 roku, wychowywałem się na muzyce lat 70. a mając znacznie starszych od siebie braci, nie mogłem nie nasiąknąć muzyką poprzedniej dekady. Gdy bardziej metodycznie zacząłem penetrować pop music, wsiąknąłem w tamten okres – dosłownie – po uszy, dokładając sobie jeszcze drugą połowę lat 50. Nie wiem więc, jak to jest być znacznie młodszym i nie wychować się na Beatles, Stones czy Led Zeppelin. Jak to jest odbierać ich, a także nowe nagrania członków słynnych kapel z tamtego czasu, nie nosząc w sobie muzycznych emocji z gatunku tych największych i najgorętszych. 

Jeśli ktoś pytałby mnie o 

najwybitniejszych rockowych wokalistów,

Planta wymieniłbym jako pierwszego, a – po chwili krótkiego namysłu – postawił na najwyższym stopniu podium. Potem dopiero zastanawiałbym się nad Freddiem Mercurym, Jimem Morrisonem czy Mickiem Jaggerem. Plant – bo, po pierwsze, był wokalistą największego łojącego ansamblu w historii rokendrola, a po drugie  – robił z głosem, pozostając w rockowej konwencji, co chciał.   Wyciągał, za sprawą barwy, bardzo wysokie rejestry, był tzw. screamerem: świetnie się darł i krzyczał, ale też, po prostu, pokazywał – i pokazuje do dzisiaj – że umie śpiewać kawałki utrzymane w średnim tempie i potrafi być liryczny.

Spracowana twarz

na okładce nowej płyty, ogorzała od tytułowego ognia, to oblicze niepokojąco niemłodego już idola (pojawiają się wręcz jakieś skojarzenia z Iggym Popem, choć gdzie tam Plantowi do niego, gdy chodzi o igranie z ogniem, to jest – chciałem powiedzieć – z życiem). Zawartość jednak rozwiewa niepokój – RP od dawna prowadzi się należycie, a jego głos wciąż brzmi czysto i pięknie. Wręcz anielsko.

A jak anioły – to i

syreny.

Przed laty sięgnął (na Dreamland, 2002) po kawałek Song to the Siren, interpretując go w bardzo podobny sposób jak osiemnaście lat wcześniej zrobili to Elisabeth Frasier i Robin Guthrie na pierwszej płycie This Mortal Coil. I po kilkakrotnym wysłuchaniu nowej płyty Pana Roberta od skojarzeń z TMC nie umiem się uwolnić. Oczywiście, tam dominowały instrumenty elektroniczne, klawiszowe, u Planta, na szczęście, jest inaczej, pojawia się piano, gitara akustyczna albo smyki. Jest też trochę gitar elektrycznych, zdecydowanie więcej niż na przykład na poprzednim albumie, są – tradycyjnie już – elementy muzyki bliskowschodniej czy afrykańskie bębny, ale całość daje obraz 

krainy łagodności:

wyciszonego wokalu i ładnych melodii, których jednak faktura oraz aranżacja dalekie są od popowego banału. Nawet gdy pod koniec albumu na plan pierwszy wysuwa się brzmienie instrumentów elektronicznych, gitara – na zasadzie kontrapunktu – brzmi szczególnie ostro.
Carry Fire nie zmusza słuchacza do przyklęknięcia. Nie jest to bowiem album wybitny, album, na którym stary mistrz szuka swoich nowych ścieżek. Jest ciągiem dalszym Lullaby and… THE CEASELESS ROAD, co słychać bardzo wyraźnie, zwłaszcza gdy pomiędzy kolejnymi odsłuchaniami nowej płyty włożyć do odtwarzacza tę z 2013 roku – i to może stanowić dla niektórych powód do niejakiego zawodu. Nie mam jednak wątpliwości, że to bardzo dobry zestaw piosenek, kolejny raz dowodzący wielkiego talentu muzyka, który wciąż trzyma poziom i klasę. Powtórzę, co już zdarzyło mi się parę razy napisać: ilu ich jest, ich – starogwardzistów – co ciągle są aktywni i ciągle nagrywają płyty, nad którymi nie sposób się nie pochylić? Tych, co ciągle tworzą muzykę, przy której nie sposób się – z satysfakcją starego fana – nie uśmiechnąć? Szczególnie szeroko na przykład wtedy, gdy w końcówce Bones of Saints cytuje wokalizę z The Battle of Everymore.

(Robert Plant, Carry Fire, 2017)

[W NaTemat: 5 listopada 2017]

Robert Plant: „The Road Remains The Same”

plant__lullaby

8 września 2014 w sprzedaży pojawił się nowy, bardzo udany album Roberta Planta. Nawiązujący do klimatów z „No Quarter” (1994), czyli stonowanej muzyki rockowej nasączonej sporą dawką orientalnych, wschodnich brzmień, oraz – choćby z racji podobnego składu – do „Mighty ReArranger” (2005), bodaj najbardziej zeppelinowskiego albumu w solowej karierze wokalisty.

[more]

*

Ludzki głos to jeden z najwspanialszych, a może po prostu najwspanialszy instrument muzyczny, jaki znamy. Rokendrol, tak samo jak w przypadku gitary, basu, perkusji i czego tam jeszcze, ustalił trochę inne niż obowiązujące wcześniej sposoby jego używania, inne normy, gdy chodzi o to, co dobre, a co zaledwie takie sobie.

Nie wiem, czy Robert Plant jest 

najwspanialszym wokalistą

w dziejach rocka, od dawna uciekam od podobnych zestawień rodem z wymiernych dziedzin, choćby sportu. Ale gdy się chwilę zastanowić, to pewnie znalazłby się jeśli nie na czele, to w szpicy takiego rankingu. Powiedzmy sobie też od razu, że niemożliwe jest być przez wiele lat świetnym wokalistą w kiepskim zespole. Jakość muzycznego materiału musi być kompatybilna z klasą wykonawczą, inaczej pojawiają się wątpliwości bądź całkowity brak zainteresowania dla czyichś dokonań. 

Plant to frontman jednej z najwybitniejszych kapel w dziejach rokendrola (Jack Black, muzyk i aktor, prowadzący w 2012 roku wielką galę na cześć LZ nazwał zespół „The greatest rock’n’roll band all of the time, better than Beatles, better than The Stones”, czym wzbudził nerwowy śmiech widowni i samych zainteresowanych), współkompozytor większości jej utworów, człowiek obdarzony przez naturę głosem, który pozostanie na zawsze jednym z niewielu 

wzorców z Sèvres,

gdy mówimy o wokalistyce rockowej. A jeśli spojrzeć na trzydzieści cztery lata dzielące nas od rozpadu formacji i solowy dorobek trzech żyjących jej członków – wychodzi na to, że też, najzwyczajniej, Zeppelinem najbardziej utalentowanym, twórczym i najaktywniejszym. Nie dziwota więc, że i najmniej zainteresowanym jakąkolwiek formą trwalszej reaktywacji LZ.

Po czterech latach od wydania Band of Joy, w dwa lata po Celebration Day Zeppelinów – ukazała się nowa płyta Roberta Planta. Nie poszerza ona terytoriów eksplorowanych przez tego sześćdziesięciosześcioletniego dziś człowieka, słuchaczom nie mówi o nim niczego, czego dotąd by nie wiedzieli. Ale to przecież nie zarzut. 

Po wymienionych wyżej powrotach do źródeł, po znakomitym romansie z country na wspólnym z Alison Krauss Raising Sand z 2007 roku, otrzymaliśmy album nawiązujący do klimatów z No Quarter (1994), czyli stonowanej muzyki rockowej nasączonej sporą dawką orientalnych, wschodnich brzmień. (To jeden ze znaków rozpoznawczych panów P – takie nuty zaserwowali nam już na debiutanckim krążku LZ w numerze Black Mountain Side, a parę lat później pojawił się słynny Kashmir). Album nawiązujący też, już choćby z racji podobnego składu personalnego, do Mighty ReArranger (2005), bardzo dobrego i bodaj najbardziej zeppelinowskiego krążka w solowym dorobku RP.

Droga, 

którą przebiega kariera Planta, wydaje się, że jest już dobrze rozpoznaną, choć zawsze chętnie przyjmiemy tak świetne artystycznie odmiany – bo już raczej nie całkowite zaskoczenia – jak wspomniany Raising Sand. W tym zestawie najnowsza płyta jawi się jako udana, nawet bardzo, ale jednocześnie w tym „kołysaniu i nieustannym krzyku” tworząca aurę rockowego misterium nie na tyle często, by – w moim odczuciu – zasłużyć na oceny najwyższe. Cóż, w przypadku artysty tej miary poprzeczka zawieszona jest bardzo wysoko. I wiadomo też, że wciąż jest pokonywana, czasem efektownie, czasem z pewnym wysiłkiem.

Pilotującą album piosenkę Rainbow zdążyliśmy już poznać, zaś na drugiego singla typowałbym Somebody There. Jeśli wskazywać najmocniejsze punkty nowego programu, to wyjątkowej urody jest delikatny A Stolen Kiss, zaś Poor Howard stanowi nawiązanie do klimatów folkowo-country’owych. Uwagę zwraca też zdecydowanie Embrace Another Fall. Natomiast puls rośnie mi – wybaczcie, nic na to nie poradzę – tam, gdzie niepokojące dźwięki rozsiewane są przez struny elektrycznej gitary. W ten sposób moimi faworytami, przynajmniej na etapie zaznajamiania się z krążkiem, są Turn It Up oraz Up On The Hollow Hill (tutaj pod koniec dostrzegam pewne podobieństwa do patentów basowo-gitarowych U2). W pierwszym z nich wokalista śpiewa:

On Charley Patton highway

The mist, the rain, the mud

Somewhere east of Tunica

I’m close to giving up

The car goes round in circles

The road remains the same

For help and consolation

I’ll turn it on again

Turn it up

Turn it up

I jak tu wers The road remains the same może się nie kojarzyć, nawet jeśli jest w tym skojarzeniu trochę nadinterepretacji?

*

Może to za mało, by rozpływać się w zachwytach nad całą płytą, ale z nawiązką wystarczy, by nie wolno było tylko wzruszeniem ramion podsumować jedenastu nowych utworów jednego z gigantów rocka. I, w zaledwie kilka dni od ich ukazania się, z radością i ciekawością wkładać CD kolejne razy do szufladki z przekonaniem, że jest na nim jeszcze sporo do odkrycia.

(Robert Plant and The Sensational Space Shifters, [i]Lullaby and… THE CEASELESS ROAR[/i], 2014)

[W NaTemat: 14 września 2014]

Mądra/głupia – starość/młodość

W kwietniu 2005 roku, po śmierci, a przed pogrzebem Jana Pawła II, mieliśmy bardzo szczególny tydzień. W publicznej telewizji przejawiło się to tak, że zamiast wcześniej ustalonego programu, zamiast obowiązującej ramówki – zrobiło się siedem dni gadających głów. Statycznie, w fotelach, przed kamerami w studiu zasiadali bardzo różni ludzie. Łączyła ich metryka – wszyscy mieli grubo po pięćdziesiątce. Byli to ci, którzy niejedno już przeżyli i potrafili swoje doświadczenia albo zsyntetyzować, albo interesująco zanalizować.

[more]

Było takich programów bardzo wiele. Siadało się przed telewizorem i z wielkim zainteresowaniem słuchało tych siwych w większości głów. Michał Ogórek zawarł wtedy interesujące spostrzeżenie w swym cotygodniowym felietonie w „Gazecie Telewizyjnej”. Napisał mianowicie, że w tych szczególnych okolicznościach uwolniliśmy się w TV od kultu młodości. Do studia wpuszczono starych ludzi, pozwolono im mówić na żywo do kamery – i było to niejednokrotnie niezwykle pasjonujące. Młodość natomiast – pisał – ma to do siebie, że trzeba ją filmować dwadzieścia cztery godziny na dobę (pił tu do programów typu „Big Brother”), by potem z biedą zmontować z tego pół godziny.

*

Od opozycji mądra starość i głupia młodość są jednak wyjątki. Najważniejszym z nich wydaje mi się rock’n’roll. Muzyka młodych, muzyka, w której pierwsze, oryginalne wykonanie najczęściej jest tym najważniejszym. Muzyka buntu, sprzeciwu. Wobec starych, wobec panującego porządku. Rock, siłą rzeczy, był zrazu muzyką młodych. Zastępy dwudziesto- i – z rzadka – trzydziestolatków zabrały się za robienie hałasu na scenie. Dziś pierwsi z nich, jeśli dożyli, są już po siedemdziesiątce. I podobnie ich fani.

Bardzo charakterystyczne jednak, że zarówno w złotych latach 60., jak i późniejszych, najwspanialsze płyty wychodziły z głów i spod rąk ludzi trochę przed lub trochę po trzydziestce. Tak to jakoś w rocku było i jest, że kiedy mówimy o dziełach największych, zwykle są one dziełem ludzi od kilku lat obecnych na rynku. Okrzepli, rozwinęli się, dojrzeli. Udoskonalili warsztat kompozytorski i wykonawczy. A jednocześnie – wciąż są młodzi i nadal zdziwieni porządkiem świata. Biały album Beatlesów, Let It Bleed  Stonesów, Dark Side of The Moon Floydów, by wymienić tylko największe spośród największych.

Są oczywiście, jak zawsze, odstępstwa od tej reguły. Znakomite albumy nagrywali wykonawcy zaledwie tuż po dwudziestce (np. Led Zeppelin), znakomite nagrywają – dziś – też i ci, którzy od kilku dekad wciąż są na scenie (np. Robert Plant – dwa ostatnie krążki). Ale najwięcej arcydzieł rockowych jest efektem talentu ludzi w okolicach trzydziestki. Jeszcze ciągle ze świeżymi pomysłami, a już w pełni ukształtowanych, jeszcze bezkompromisowych, a już świadomie operujących warsztatem.

Naprawdę, trudno mi znaleźć inny przykład, inną dziedzinę. Na pewno  sportowcy w większości dyscyplin, czasem tancerze (estetyka zupełnie mi obca). Ale poza tym? Kto? Nie widzę.

(20 maja 2012) 

Hats off to – Led Zeppelin, Celebration Day, 2012

Re-we-la-cja. Tylko – czy to takie oczywiste, takie jasne i proste, że trzech oryginalnych członków zespołu wraz z synem czwartego wyjdzie po latach na scenę – i zmiecie z firmamentu wszystkie inne latające obiekty? Myślę, że wcale nie. I tym wspanialsze są w życiu chwile, gdy – zdaje się – czas staje i to w dodatku w jednym z najpiękniejszych możliwych miejsc.

[more]

Zastanawiam się, czy należy ubolewać nad ciągłym brakiem mocy sprawczej, by tego rockowego giganta wskrzesić na dłużej, czy może magia takich chwil zaklęta jest właśnie w ich wyjątkowości. I jak bardzo ta magia jest rozciągliwa – na jedną trasę koncertową, na tydzień, miesiąc, pół roku? A jednocześnie nie sposób z niepokojem nie odnotować faktu, że od tego występu mija już pięć lat i jeśli „LZ reaktywacja”, krótsza lub dłuższa, miałaby stać się faktem, to czasu na to robi się wciąż mniej i mniej. Jimmy Page ma dziś już sześćdziesiąt osiem lat, Plant i Jones niewiele mniej…

Ostatni pokaz specjalny filmu

będącego rejestracją ostatniego póki co występu kwartetu, który miał miejsce w O2 Arena w Londynie 10 grudnia 2007 roku, odbył się w zabrzańskim Multikinie na dwanaście dni przed rynkową premierą wydawnictw DVD i CD. Warto było się wybrać – nawet najlepszy i największy domowy ekran nie jest w stanie konkurować z kinowym, nie mówiąc o pilocie pod ręką i funkcji „pauza” albo „stop” i przerwie na kawę lub siusiu. Do kina idziemy z żoną wyłącznie po to, by patrzeć na film, w jednym kawałku, od początku do końca.

Scenę mieli panowie niemałych rozmiarów, ale – mimo różnych niedomówień w przeszłości – chemia między nimi była taka, że stali na kilku metrach kwadratowych, wciąż uśmiechając się do siebie nawzajem. Nie dziwię się – gęba rozpromieniła mi się od pierwszych dźwięków Good Times Bad Times, którym rozpoczęli występ, i pozostałem w zachwycie do samego końca. A oni przenieśli się w czasie do najlepszych momentów swoich muzycznych karier, przez dwie godziny robili to, co kochają w życiu najbardziej – grali swoją muzykę w wypełnionej do ostatniego miejsca sali. I to tę muzykę, która stanowi szczyt artystycznych dokonań zarówno ich, jak i jeden z najwyższych szczytów całej historii rocka. Nietrudno tych facetów zrozumieć: znów jesteśmy razem, stare nuty znów unoszą nas nad ziemię, a ludzie wiwatują. Rozpiera nas duma i radość.

Z mojej rockowej trójcy przenajświętszej: Beatles, Rolling Stones i Led Zeppelin – ci ostatni wyzwalają adrenalinę największą. Nie dziwota, bo

łojenie to potężne,

kryjące w sobie wielką moc i – jeśli o mnie chodzi – nie do pobicia przez nikogo. Wszystko w tym świetnie sfilmowanym koncercie było najwyższej próby – głos Roberta Planta rozgrzany od pierwszej minuty, a momentami szybujący w tak wysokie rejestry jak czterdzieści lat temu. Page, po którym najbardziej było widać, ile wysiłku kosztuje takie wiosłowanie, grał jak za starych czasów, fenomenalnie. Znakomicie zakonserwowany John Paul Jones znów udowadniał, że jest mistrzem drugiego planu – jego bas brzmiał przepięknie, zaś gdy przesiadał się do klawiatury, równie pięknie obsługiwał stopami basowy syntezator. Jason Bonham odwalał, tak jak ojciec, kawał ciężkiej roboty przy bębnach, a w Misty Mountain Hop nawet wspomógł wokalnie Planta. W ogóle, wyraźnie budził w pozostałych panach ojcowskie uczucia.

Dyskutowanie nad programem koncertu – co zespół zagrał, a – zwłaszcza – czego nie – nie ma sensu. Tym bardziej, że jeśli utarło się wyznaczać w wydawnictwach płytowych grupy cezurę między pierwszymi czterema albumami i resztą, to wczoraj uświadomiłem sobie, iż w wersji na żywo jest to podział bezsensowny. Jakże znakomicie zabrzmiały The Song Remains The Same, In My Time Of Dying czy Nobody’s Fault But Mine!

Jakaż to

lekcja rokendrola

dla wszystkich – starych i młodych fanów, dla muzyków – kamery tak często pokazują palce gitarzystów, że można nieźle podpatrzeć, skąd te dźwięki się biorą. Psychodelii też nie zabrakło, kiedy Page w Dazed And Confused zamienił kostkę na smyczek, a i później w No Quarter. Potęga tego grania jest wielka i absolutnie ponadczasowa.

Na deser dwa bisy, wpierw Whole Lotta Love (jeszcze raz sajkedelik), a na sam koniec, nomen omen, Rock And Roll. Panowie kłaniają się ostatni raz i definitywnie schodzą ze sceny. Tłum szaleje, a moje serce woła: „Jeszcze, jeszcze!”.

Na zakończenie powiem tylko tyle – dla każdego rockfana Celebration Day to pozycja obowiązkowa na półce. Zaraz w listopadzie albo najpóźniej pod choinkę.


Zeppeliny na niebie

Moja droga do dokonań Led Zeppelin była zawiła i kręta. Co prawda wśród pocztówek dźwiękowych moich braci znalazło się miejsce na Immigrant Song, ale potem zrobiło się jakoś ciasno i nieprzystępnie. Dla praktycznie całego ostrego, gitarowego grania. Starsza brać zachłysnęła się dokonaniami Emerson, Lake & Palmer, Yes, Pink Floyd i resztą drużyn z ligi rocka symfonicznego. Wtedy wydawało im się, że to muzyczny uniwersytet, zaś szarpidruty to w najlepszym razie szkoła średnia.

[more]

I tak sobie teraz myślę, że jednak mnie tą opinią w pewien sposób zarazili, choć – na szczęście – nie na całe życie. Do dziś nie mam szczególnej atencji do twórczości Deep Purple czy Black Sabbath, choć oczywiście jestem świadomy znaczenia tych kapel w historii rock’n’rolla, doceniam klasę In Rock, Fireball czy Sabbath Bloody Sabbath.

Ale, kurczę blade, co innego Led Zeppelin. Gdy gdzieś w 1978 roku rejestrowałem fragmenty Presence, jeden z braci zapytał: Co, LZ nagrywasz? Nie szkoda ci miejsca na taśmie?

Po latach śmialiśmy się na wspomnienie tego bluźnierstwa. Ale Cepów odkrywałem samotnie, tak naprawdę, w pełni, dopiero po śmierci Johna Bonhama. W 1981 roku w czwartym, stereofonicznym programie PR za wielką prezentację ich dyskografii zabrał się Jerzy Janiszewski. Jak zawsze – fachowo, z potężną dawką informacji. Tyle że – co wielu słuchaczy denerwowało – zaczął od prezentacji nagrań bodaj The Yardbirds. Gdy wreszcie doszedł do pierwszego albumu LedZep i zdążył odtworzyć pierwszą stronę – wybuchł stan wojenny.

Po kilkumiesięcznej przerwie emisyjnej, po wznowieniu nadawania, już w programie drugim – ruszyły niektóre dawne pozycje ramówki. I – w końcu też prezentacja wszystkich płyt zespołu. W miarę posiadanych taśm, o które nie było w tamtym okresie łatwo, nagrywałem kolejne albumy. Wtedy już nie miałem wątpliwości. Miłość do Floydów umierała, ich miejsce w moim sercu zajmowali Zeppelini. I są w nim do dzisiaj.

To, co tylko z rzadka słyszę u Parpli czy Sabatów – jest istotą magii LZ. Chodzi o zupełnie inną głębokość korzeni – o blues. Cały ten olśniewający, zdumiewający na przełomie lat 60. i 70. gitarowy hałas kwartetu wywodzi się z bluesa właśnie. To dlatego jest w nim swing i feeling, wielki czar muzyki bezzębnych Murzynów zaaranżowany na głos Roberta Planta, gitarę Jimmy’ego Page’a i sekcję w osobach Johna Paula Jonesa i Johna Bonhama. Geniusz autorski i wirtuozeria wykonawcza dały fantastyczny efekt w postaci czterech pierwszych albumów zespołu, z których każdy należy do najważniejszych w dziejach muzyki rockowej. Potem może było nieco słabiej, ale należy pamiętać o tym, że „słabiej” w odniesieniu do kapeli tej miary oznacza i tak poziom dla większości najzwyczajniej niedostępny.

Wszystko skończyło się nagle w 1980 roku po tragicznej śmierci perkusisty. Pozostała trójka jakoś nie wyobrażała sobie dalszego grania bez Bonza. Plant zaczął nagrywać swoje płyty, zrobił z pewnością jako solista największą karierę. Page nie dokonał sam niczego szczególnego, Jones tak naprawdę pojawił się dopiero w 2010 roku w superskładzie Them Crooked Vultures.

Przyjaźń liderów – panów P – chyba nigdy nie wygasła, parokrotnie schodzili się, nagrali razem dwa albumy. Ten z premierowym materiałem – Walking Into Clarksdale (1998) – brzmi dziś lepiej niż w chwili wydania i z powodzeniem mógłby być sygnowany nazwą Led Zeppelin. Podobnie jak krążek Page’a nagrany z Davidem Coverdale’em w 1993 roku, a którego realizację gitarzysta proponował pierwotnie swojemu dawnemu kumplowi. Ten jednak nie potrafił się zdecydować i ostatecznie odmówił. Odmówił również – tym razem Page’owi, Jonesowi i Jasonowi Bonhamowi (synowi Johna) na przełomie 2007 i 2008 roku, kiedy – po znakomicie przyjętym koncercie w Londynie okazjonalnie wskrzeszonego zespołu – trwałe reaktywowanie LZ stało się bardzo realnym pomysłem. Plant wydał jednak właśnie świetny i świetnie się sprzedający album nagrany wspólnie z Alison Krauss i nie wyraził zainteresowania ani trasą koncertową, ani nową płytą.

Myślę, że szkoda. Bo byłem w Spodku w 1998 roku na koncercie w ramach trasy promującej Walking Into Clarksdale. Dwaj już wtedy niemłodzi panowie zaprezentowali się rewelacyjnie. Gdy ruszyli z kawałkami LedZep, łzy wzruszenia pociekły mi po policzkach. Ostatnie ocierałem już po zakończeniu występu, po ponad dwóch godzinach wybornego grania. Te emocje na scenie i widowni, jestem przekonany, są w dalszym ciągu do powtórzenia. Bo w tej muzyce jest magia.

Mijające dziesięciolecia przemawiają zdecydowanie na korzyść Led Zeppelin, podobnie jak to jest z The Beatles czy Rolling Stones. To wielka sztuka, która wywarła i nadal wywiera ogromny wpływ na kolejne pokolenia – zarówno tych, którzy grają, jak i tych, co słuchają. Skala dokonań kwartetu należy do bezdyskusyjnie największych. W stylowym, rokendrolowym łojeniu nikt już nie wymyślił nic lepszego.

Krew, pot i łzy

Krwi na stadionach piłkarskich nie brakuje, choć, jeśli mamy mówić o sporcie, to lepiej, aby jej nie było. Gitarzyści też nieraz do krwi zdzierali palce – na próbach i koncertach.

[more]

Potu, w obu przypadkach, również sporo. Choć przyznam, że jak patrzę na jego ślady na twarzach naszych piłkarzy, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest go więcej, zdecydowanie więcej niż umiejętności. Obserwowaniu ich występów od lat towarzyszy mi uparcie myśl, że w tej profesji ciągle tkwimy w komunie. (Właśnie zostałem ukarany za swoje refleksje – Błaszczykowski pięknym strzałem wykończył  szybką akcję i mamy 1-1 w meczu z Rosją). Czy się stoi, czy się leży, od prezesa się należy. W wielu przypadkach poważna kasa za niepoważną pracę. Pot na koncertach to kolejna oczywistość, zwłaszcza gdy mamy – jak mawia Antoni Piekut – porządne łojenie, a nie żadne tam pitu-pitu.

Pozostają łzy. Męskie łzy. W kulturach europejskich to rzadki widok, płacz nie przystoi facetom. Sportowcy czasem, choć sporadycznie, płaczą. Po przegranym meczu, biegu, wyścigu. Po straconej szansie. Na scenie uronić łzę może chyba tylko kobieta, np. Edyta Geppert. Planta czy Claptona, nawet świeżo po stracie synów, chyba nikt  płaczących nie widział.

No i, na koniec (Koniec! – triumfalnie wykrzyknął Dariusz Szpakowski. Czyżbym coś przeoczył albo obserwował inny mecz? Nie, chodzi o remis w meczu z Rosją. Panie Naczelniku, udało się! Ofensywa Rosjan powstrzymana na linii Wisły! To jest, chciałem powiedzieć, na linii pola karnego – poza jednym wyjątkiem).

Na koniec łzy na widowni. Najbardziej niesamowity obrazek to prawie dwieście tysięcy płaczących Brazylijczyków na Maracanie w 1950 roku po porażce z Urugwajem.

A mi bliska jest refleksja Andrzeja Stasiuka, który powiedział niedawno, że skoro człowiek się śmieje, to powinien też płakać. I zdarza mi się, przyznaję, uronić łzę, i zaraz, w zawstydzeniu, otrzeć ją ukradkiem. Na przykład przed laty na koncercie wspomnianego już Roberta Planta z Jimmym Page’em w Spodku, gdy zagrali stare, genialne kawałki Led Zeppelin. Czy całkiem ostatnio na U.K. w Krakowie, gdy w uszach zabrzmiała muzyka, na której się wychowywałem. Ale dotyczyć to może tylko muzyki mojego dzieciństwa i młodości

Jednak najbliższe jest mi doznanie wzruszająco-estetyczne związane z kobiecym ciałem. Kto nie rozumie, tego nawracać nie będę.  Zupełnie jak w scenie z „Pułkownika Kwiatkowskiego”, kiedy Marek Kondrat wchodzi do sypialni i widzi piękne piersi śpiącej Renaty Dancewicz. Patrzy w zachwycie – i po chwili, wzruszony, zaczyna płakać.

 *

Tak więc w sobotę z Czechami. Ciekawe, dawno już trzeci pojedynek grupowy naszych kopaczy nie był meczem o wszystko. Czesi, jak wiadomo z historii, bić się raczej nie potrafią i nie lubią. W tym należy upatrywać szansy dla naszych reprezentantów.

I mieć nadzieję, że sobotnie widowisko nie będzie także „Wielką Pardubicką”. Do której my wystawimy wysłużonego Poloneza, a rywale najnowszy model Octavii.