Lynyrd Skynyrd: nie tylko „Sweet Home Alabama”

ls_2015

Wyborny zestaw utworów, bardzo dobra forma całego zespołu, wyraźna ochota do gry mimo ciągnącej się już od pewnego czasu trasy, zawodowstwo niepozwalające zagrać poniżej pewnego, naprawdę wysokiego poziomu – to wszystko sprawiło, że sympatycy LS mogli opuścić Torwar usatysfakcjonowani.

[more]

*

Coś, o czym młodzi muzycy pewnie marzyli całymi latami. By kiedyś móc stanąć i zagrać na jednej scenie ze swoimi mistrzami. Latem, przy pięknej pogodzie, na wielkim stadionie albo, niech tam, w Spodku pełnym wiwatujących fanów.

Włosy niektórym 

panom z Dżemu

zdążyły posiwieć, a nawet powypadać z głów, dwóch po drodze odeszło do lepszego (?) świata. Niedościgłe marzenia powoli zamieniały się w nie takie znów absurdalne pragnienia, w coś niezupełnie już nierealnego. Rok temu, na trzydziestopięciolecie, były plany, by wraz z jubilatami zagrała wielka firma. Szczegółów nie znam, mogę się tylko domyśłać, że dotyczyło to dwóch nazw: The Allman Brothers Band lub Lynyrd Skynyrd. Co nie udało się przed rokiem, zmaterializowało się teraz, 3 maja w Warszawie.

Rzeczywistość jednak skrzeczy – i to okrutnie. Nieprzepastny przecież Torwar ział i straszył pustkami. W hali zebrało się raptem około półtora tysiąca osób. W czasie występu Dżemu pod sceną była taka garstka, że ogarnęło mnie przerażenie. Koncert, który powinien być wielkim świętem muzyki, świętem bluesa i rokendrola, stał się czymś na kształt tajnego spotkania tych, co wiedzą lepiej, jakiejś sekty – a już na pewno rockowej sekcji dinozaurów na scenie i widowni. Smutne to, niepojęte, ale czy na fakty można się obrażać?

Dżem, na ćwierć mocy – zgodnie z ideą supportu, dał godzinny set złożony z od lat ogrywanych na żywo utworów: od najstarszych Małej alei róż i Cegły (na bis) po Do przodu i Partyzanta z wciąż ostatniej płyty studyjnej, czyli Muzy.

Sześćdziesiąt minut to – jak wiedzą bywalcy ich koncertów – czas, po którym zespół dopiero wchodzi na obroty piątego – szóstego biegu, tu natomiast okoliczności wymusiły opuszczenie sceny. Szału nie było, bo być nie mogło, ale Dżem jak zawsze zagrał znacznie powyżej średniej krajowej.

Lękałem się o to, jak wypadnie gwiazda wieczoru. Po sprawdzeniu w internecie danych z poprzednich koncertów wiedziałem, że należy oczekiwać 

czternastu numerów,

w tym jednego na bis. Zestaw stale powtarzany, czy nie będzie więc odczuwalny efekt zmęczenia materiału (muzycznego i ludzkiego), dodatkowo spotęgowany pustawą halą? Byłoby to trudne do zniesienia, po tylu latach wyczekiwania na pierwszy w naszym kraju występ legendarnej grupy.

Już pięć kawałków puszczonych w antrakcie – w tym Kashmir Led Zep, All Along the Watchtower Hendriksa, Crossroads Cream, Highway Star Deep Purple – zabrzmiało potężniej niż polski sekstet. Przy stole mikserskim dołożono więc mocy, ale to i tak – na szczęście! – była tylko zapowiedź tego, co miało wydarzyć się za chwilę.

Przy ostatnim klasyku, Thunderstruck AC/DC, zgasły światła, a w ułamek sekundy po jego zakończeniu powaliły nas potężne uderzenia gitar w utworze stanowiącym „list motywacyjny” Lynyrd Skynyrd – Workin’ For MCA. Wokal, bębny, klawisze, bas i aż trzy gitary (którym w niektórych kawałkach towarzyszył dwuosobowy damski chórek) uderzyły w  bębenki z taką siłą, że zostaliśmy natychmiast ogłuszeni. Ale stało się to w sposób najprzyjemniejszy z możliwych.
Półtoragodzinny występ LS to zbiór w stylu „The Best of”, co tu dużo mówić, po prostu wymarzony na 

pierwsze spotkanie 

z muzyką zespołu na żywo. Ale jednocześnie też nieco bolesna refleksja, że klasyczne albumy z lat 1973-78 znaczą zdecydowanie więcej w dorobku kapeli niż cały okres po reaktywowaniu, czyli 1987-2015, z którego nie usłyszeliśmy ani jednej piosenki. Nie czynię z tego zarzutu, bo lepiej otrzymać w pakiecie najstarsze, świetne numery aniżeli te późniejsze, w większości, niestety, słabsze.

*

Smakowity zestaw utworów, bardzo dobra forma całego zespołu, wyraźna ochota do gry mimo ciągnącej się już od pewnego czasu trasy, zawodowstwo niepozwalające zagrać poniżej pewnego, naprawdę wysokiego poziomu – to wszystko sprawiło, że sympatycy LS mogli opuścić Torwar usatysfakcjonowani.

Brzmienie formacja ma bardzo, 

bardzo mocne,

po coś w końcu są te trzy gitary. Na szczęście wśród decybeli nie zabrakło tego, co dla LS pierwotne: stylowego grania na granicy rokendrola i bluesa doprawionego czasem elementami country, czyli tego, co definiowane jest jako southern rock. Maszyna od razu wskoczyła na najwyższe obroty i pędziła bez zbędnych przerw między kolejnymi numerami, mimo iż Johnny Van Zant, jak na prawdziwego Amerykanina przystało, nie szczędził trzeciomajowych grepsów (miał nawet na sobie biało-czerwony element garderoby) i wciąż domagał się od publiczności aktywnego udziału w koncercie oraz gorącej reakcji. Ufam jednak, że uprzedzono go, iż lwia część fanów rekrutuje się z roczników nieuczonych w szkołach w mowie Szekspira i Yeatsa i że nie powinien oczekiwać chóralnego odśpiewywania kolejnych piosenek. Sytuację pod samą sceną – jak usłyszałem od osoby tam stojącej – ratowali podobno młodsi sympatycy kapeli.

*

Muzyczne marzenia wciąż się spełniają. Może niekoniecznie za każdym razem w upragnionych dekoracjach, ale na to wpływu już nie mam. Tym razem do pełni osobistego szczęścia zabrakło może jakichś trzydziestu minut, by jeszcze mocniej, jeszcze pełniej nasycić się ukochanymi od wielu lat utworami – których zestaw nieuchronnie przywodził na myśl wspaniały, koncertowy One More From The Road (1976). Ale i tak Sweet Home Alabama na zakończenie części zasadniczej oraz potężniejący z każdą minutą Free Bird na bis – aż do ekstatycznego finału – to coś, czego raczej nie da się zapomnieć.

Rokendrol eksplodował w latach 50. XX stulecia, mój pesel zaczyna się od szóstki – i 3 maja wieczorem kolejny raz miałem w serdecznym poważaniu opinie, że takie granie jest stare i niemodne. Otóż, jak widać i słychać, wciąż się tak gra. I raz jeszcze dane mi było dostąpić muzycznego nieba. Bo od środka cały jestem wyklejony rockiem, a w tej układance southernowych elementów nie brakuje.

(Lynyrd Skynyrd, Dżem, Warszawa, Torwar, 3 maja 2015)

[W NaTemat: 5 maja 2015]

O kowbojach, co dosiedli gitar

bs_all

Wciąż zadziwia mnie to, że po paru dziesięcioleciach podobnego grania nadal pojawiają się wykonawcy potrafiący z rokendrola wydobyć tyle bezpretensjonalnej, niczym nieskrępowanej świeżości. Lynyrd Skynyrd wyrosła bardzo mocna konkurencja.

[more]

*

Czwarty album Blackberry Smoke natychmiast po wydaniu – 10 lutego 2015 – dostępny jest w polskich sklepach płytowych. Sam wszedłem w jego posiadanie za sprawą Pana Janusza, zaprzyjaźnionego sprzedawcy w katowickim S, który po paru odbytych rozmowach doskonale już wyczuwa moje klimaty. Wyjął ten krążek z przegródki i bez zbędnych przedmów zaproponował założenie słuchawek.

Lynyrd Skynyrd

wyrosła bardzo mocna konkurencja. W Polsce BS są, mimo kilkunastoletniej obecności na scenie, zupełnie nieznani, tymczasem ich najnowsze dzieło wspięło się na sam szczyt listy… country „Billboardu”, na siódme miejsce wśród albumów rockowych i dwudzieste dziewiąte na ogólnej liście, zaś w Wielkiej Brytanii osiągnęło, bagatela, siedemnastą lokatę.

Rokendrol jest prostą muzyką, zwłaszcza gdy – tak jak pięciu panów z Alabamy – muzycy posługują się sprawdzonym w tym gatunku instrumentarium i w swych kompozycjach płyną przez sam środek

southernowej rzeki.

A jednak trudno nie ulec urodzie tych piosenek – mamy do czynienia ze znakomitym brzmieniem, świetnym wokalem Charliego Starra i takimiż chórkami. Wciąż zadziwia mnie to, że po paru dziesięcioleciach  podobnego grania nadal pojawiają się wykonawcy potrafiący z tych nut wydobyć tyle bezpretensjonalnej, niczym nieskrępowanej świeżości.

bs_all_band

Utwory są krótkie, trwają niewiele ponad trzy minuty. Ulepione z doskonale znanych elementów, skrzą się mnóstwem fantastycznych zagrywek płynnie przechodzących jedna w drugą. Lśnią jedynym w swoim rodzaju, przynależnym południowym stanom USA połączeniem rokendrola, bluesa i całkiem sporej dawki country. Za ostatnim z wymienionych gatunków nigdy nie przepadałem i nie przepadam, ale gdy w te rewiry zapędzają się swingujący wymiatacze, można tylko kołysać się radośnie – jak na przykład w Too High czy Lay It All On Me.

Całość zaczyna się jednak 

ostro, mocno i stylowo

– już po paru sekundach wiemy, gdzie jesteśmy. Ci, którzy kochają Dżem czy wspomniany już Lynyrd Skynyrd, będą szczególnie usatysfakcjonowani. Kawałek akurat najbardziej kojarzy mi się z wczesnym – i najlepszym – Black Crowes, ale ta nazwa tylko uzupełnia dobrze znane tropy.

Potem mamy pieśń tytułową. Kowboje w XXI wieku stali się subtelniejsi, przynajmniej niektórzy, i z większą troską niż nad domowym inwentarzem pochylają się nad różami. Jest brawurowo, zastosowanych riffów i motywów wielu innym wykonawcom starczyłoby na trzy, cztery kawałki, BS serwują trwającą zaledwie trzy minuty i piętnaście sekund ognistą syntezę southern rocka.

Czwarty zaś w kolejności numer, o jednoznacznym tytule 

Rock And Roll Again

zdecydowanie przypomina patenty Status Quo. Z tą zasadniczą różnicą, że jest, lekko licząc, dziesięć razy lepszy. Tych bluesowych fundamentów, na których zasadzone jest granie Blackberry Smoke, nie da się wyuczyć, z nimi trzeba się urodzić.

I tak jest już do końca. Raz szybciej, raz wolniej, raz mocniej, raz liryczniej, bardziej rockowo (częściej) lub nieco country’owo. Przebojowo i jednocześnie mięsiście. Słychać w każdej sekundzie, że ci panowie mają taką muzykę we krwi. A na dodatek produkcją ich najnowszego dzieła zajął się Brendan O’Brien. Ten sam, który ma na sumieniu między innymi albumy Pearl Jam, Soundgarden, AC/DC, Bruce’a Springsteena, Boba Dylana, Neila Younga, Red Hot Chili Peppers, Aerosmith, Rage Against The Machine czy The Black Crowes. Efekt finalny jest tak smakowity, że nieznaną sobie wcześniej kapelę natychmiast umieściłem wśród ulubionych.

(Blackberry Smoke, Holding All The Roses, 2015)

[W NaTemat: 1 marca 2015]

Ocaleni z płonącej ulicy: historia pewnej okładki

ls_street_s

Trudno o gorszą reputację niż ta, którą w połowie lat 70. mieli członkowie Lynyrd Skynyrd. Prasa amerykańska niemal bez przerwy rozpisywała się o skandalach i awanturach z udziałem krewkich muzyków.

[more]

*

Deborah Jo „JoJo” Billingsley zmarła po ciężkiej chorobie 24 czerwca 2010 roku, w wieku zaledwie pięćdziesięciu ośmiu lat. Czy nierówną walką z nowotworem Stwórca wyrównał rachunek z 1977 roku za jej ocalenie, po którym nie tylko muzycznie odeszła w zdecydowanie bardziej konfesyjne klimaty? 

Trudno o 

gorszą reputację

niż ta, którą w połowie lat 70. mieli członkowie Lynyrd Skynyrd. Prasa amerykańska niemal bez przerwy rozpisywała się o skandalach i awanturach z udziałem krewkich muzyków. Skutkiem niehigienicznego, delikatnie mówiąc, trybu życia były między innymi wypadki samochodowe Allena Collinsa i Gary’ego Rossingtona w 1976 roku, które znacząco spowolniły pracę nad piątym albumem studyjnym. Stały się natomiast inspiracją do napisania utworu That Smell.

Począwszy od debiutanckiego krążka w 1973 roku, zespół wydawał kolejne płyty w odstępach krótszych niż roczne. Choć oczywiście nie można zapominać, że po drodze, we wrześniu 1976 roku, ukazał się koncertowy, podwójny album One More From The Road, tym razem na nowy materiał przyszło czekać ponad dwadzieścia miesięcy – Street Survivors ukazał się 17 października 1977 roku. Na okładce widzimy siedmiu członków grupy stojących w ogniu i dymie płonącej ulicy i kamienic po obu jej stronach – siedmiu kowbojów z drugiej połowy XX wieku, co prawda bez rewolwerów u pasa, ale w pewnych siebie pozach, zdających się mówić: „No i co takiego możecie nam zrobić?”.

Krążek pojawia się w sklepach, ale wszystko to dzieje się w biegu – zespól przygotowuje się do swojej największej trasy koncertowej, w listopadzie ma spełnić się 

największe marzenie frontmana, 

Ronniego Van Zandta – występ w Madison Square Garden

18 października, na dwa dni przed koncertem w Greenville Memorial Auditorium w Południowej Karolinie, JoJo Billingsley, jedna z The Honkettes (jak nazywał chórzystki wokalista), ma sen: widzi w nim katastrofę, w której uczestniczą członkowie kapeli. Opowiada o tym kolegom i próbuje odwieść ich od zaplanowanej podróży. Ci jednak tylko ją wyśmiewają. JoJo, jako jedyna, nie rusza w drogę.

Po koncercie 20 października ekipa odlatuje do Baton Rouge w Luizjanie, gdzie LS mają zagrać następnego wieczoru. Samolot ma uszkodzony silnik. Paliwa nie starcza, by dolecieć do celu, i piloci próbują wylądować w zalesionym terenie niedaleko Gillsburga w stanie Mississippi. Niestety, zetknięcie z ziemią kończy się rozbiciem samolotu. Ginie kilka osób, wśród nich Ronnie Van Zandt oraz rodzeństwo Steve i Cassie Gainesowie, a pozostali pasażerowie odnoszą poważne obrażenia.

Jak to bywa w takich okolicznościach, 

świeżo wydana płyta 

sprzedaje się znakomicie, docierając do piątego miejsca na liście „Billboardu” i okrywając się podwójną platyną. Nie milkną też dyskusje na temat „proroczej” okładki. Na prośbę Teresy Gaines, wdowy po gitarzyście grupy, wytwórnia MCA Records wycofuje tę oryginalną ze sprzedaży i zastępuje ją inną: z fotografią muzyków z tej samej sesji zdjęciowej, ale na czarnym tle. Powrót do oryginalnego projektu graficznego następuje dopiero po trzydziestu latach, przy okazji kompaktowej, rozszerzonej edycji krążka.

Jeśli komuś nie dość znaków i symboli, należy dodać jeszcze, że ostatni utwór umieszczony na analogowej płycie zatytułowany został Ain’t No Good Life.

*

5 września 1978 roku ukazuje się Skynyrd’s First and… Last, album zawierający nagrania z 1971 i 1972 roku. Dziewięć lat później, w 1987 roku dochodzi do trwałego 

reaktywowania kapeli, 

a przy mikrofonie staje Johnny Van Zandt, brat Ronniego. Obecnie jedynym, który gra w LS od samego początku, czyli od roku 1964, jest… Gary Rossington. Dziś w składzie znajdują się panowie o swojsko brzmiących nazwiskach: Mark Matejka na gitarze i Peter Pisarczyk na klawiszach. Ale abyśmy nie zapomnieli o rebelianckich korzeniach, jest też grający na basie Johnny Colt.

W maju bieżącego roku, w ramach europejskiego tournee, Lynyrd Skynyrd po raz pierwszy zawitali do Polski i wystąpili na warszawskim Torwarze. Dali świetny koncert – i ciągle trudno mi pogodzić się z faktem, że dla garstki tylko fanów.

Wyrwane z kontekstu: Lynyrd Skynyrd, Sweet Home Alabama

Ian Gillan wspominał, że gdy dowiedział się, iż supportem Deep Purple podczas trasy po Stanach ma być Lynyrd Skynyrd, był ciężko zdziwiony. Skąd ich wytrzasnęli, co to w ogóle za kapela?! Przestał się dziwić, gdy zobaczył wypełnioną po brzegi widownię, wiwatujący tłum, podczas gdy z głośników dobiegały stylowe, rokendrolowe dźwięki.

[more]

O LS mówiło się, że anarchiści, rebelianci. Śpiewali o Południu, które zawsze miało i ma kompleksy wobec bogatej Północy. Ciężko było ich okiełznać, zachowywali się jak grupa rozrabiaków w szkole. Zresztą sama nazwa zespołu wzięła się ze zniekształcenia nazwiska znienawidzonego nauczyciela. Nagrywanie płyt zespołu wymagało anielskiej cierpliwości. Bo ci faceci lubili grać, ale na żywo. Mozolna praca w studiu była ponad ich cierpliwość, ciągle ktoś znikał, spowalniając lub zatrzymując proces powstawania nowego materiału.

Jakby tego wszystkiego było mało, w 1977 roku w katastrofie samolotowej zginęli, nie dożywszy nawet trzydziestki, wokalista Ronnie van Zant i gitarzysta Steve Gaines. Zespół odrodził się dziesięć lat później, a frontmanem został Johnny van Zant, brat Ronniego (gdyby po śmierci Ryszarda Riedla wokalistą Dżemu został jego syn, Sebastian, podobieństw tyskiego zespołu do LS mielibyśmy jeszcze więcej).

Lynyrd Skynyrd wypracował własny, łatwo rozpoznawalny styl łączący bluesa, rocka i boogie, ma w dorobku wiele wspaniałych kawałków. Ten jednak, otwierający album Second Helping z 1974, jest ponad wszystkie inne. To jak Satisfaction w dorobku Stonesów albo You Really Got Me Kinksów.

   Sweet home Alabama 

   where the skies are so blue 

   sweet home Alabama 

   Lord I’m coming home to you. 

Dżem babci Pearl

To już dwadzieścia jeden mija od ich debiutu płytowego. Sporo, patrzę choćby na moich synów, właśnie dwudziestojednoletnich. A jednak – muzycznie – jest to dla mnie coś „po”. Co jeszcze chłonąłem absolutnie na świeżo, jako młody człowiek? Szybko teraz myślę, co stanowi w moim życiu tę cezurę? Studia i U2? Chyba tak.

[more]

Na grunge nie załapałem się z powodu pieluch i całego tego zamieszania. Pearl Jam, mój absolutnie

ukochany zespół końca XX i początku XXI wieku,

poznawałem trochę ex post, dopiero od Yield. Ale tego, co działo się na koncercie w Spodku w czerwcu 2000 roku, nigdy nie zapomnę. Grali rewelacyjnie, a polska młodzież – studenci i licealiści – śpiewała z Vedderem wszystkie kawałki od początku do końca. Tego nie mogło być na Page’u i Plancie ani na Deep Purple… Absolutnie fantastyczne doświadczenie. Ci z mojego pokolenia i starsi rozumieją, o czym mówię. Młodsi nie muszą, oni przecież śpiewali.

Tych emocji nie udało się, niestety, powtórzyć po paru latach na Stadionie Śląskim, w czerwcu 2007 roku. Właściwie wszystko było O.K. Ci faceci nie grają złych koncertów. Tyle że – dwa razy sypał się sprzęt, a zespół nie zagrał ani minuty ponad półtorej godziny, bo miał obstalowany samolot do następnej stacji na trasie. Tak się nie robi tym, którzy jeździli za kapelą po świecie z transparentami „You forget Poland”.

Ale i tak jest dla mnie PJ wspaniałą kontynuacją Led Zeppelin. A butelka wina w rękach Edka wyglądała niewinnie w porównaniu z tym, co zrobił „Bonzo” Bonham.

Gitarowe granie ma się nieźle, choć od

grunge’u

nie pojawiła się właściwie żadna nowa jakość w okolicach mainstreamowego grania. Ten cudowny splot bezczelnej anarchii przynależnej młodości, umiejętności wymyślania pięknych melodii, powrót do prostego, prymitywnego rock’n’rolla i gwałtowności punka, nawiązanie do najlepszych tradycji z Led Zeppelin i Black Sabbath na czele –  udało się osiągnąć w jednym czasie, na początku lat 90. kilku kapelom współistniejącym po sąsiedzku, w okolicach Seattle – obok PJ jeszcze, przede wszystkim, Nirvanie, Alice In Chains i Soundgarden.

Trzy lata temu, po ukazaniu się Backspacer, dałem sobie w żyły całą dawkę studyjnego Perłowego Dżemu. Bo

Backspacer

zdecydowanie przypomniał najlepsze, pierwsze lata grupy. I doszedłem wtedy do mało odkrywczego wniosku, że ta kapela ma może w dorobku albumy słabsze, lecz na pewno nie słabe. Poziom, z jakiego wystartowała, był niemożliwy do utrzymania. Jednak w kolejnych słoikach – czy to Yield, Binaural czy Riot Act – nigdy nie było zgniłych owoców. Może mniej tych najsmaczniejszych, wygrzanych w słońcu i skropionych poranną rosą, ale to wciąż był pułap trudno dostępny dla większości wykonawców.

Bardzo jestem ciekaw, co też następnego wysmażą nam Vedder i spółka. Dziś już klasycy gatunku, a przecież – gdy porównać ich z Dylanem czy Stonesami – ciągle młodziaki. No i coś przebąkuje się o ich występie jesienią 2013 we Wrocławiu…

P.S. Fani PJ wiedzą, ale inni niekoniecznie – Pearl, babcia Eddiego Veddera, słynęła z dżemów własnej roboty. To o wiele milsze przejście do historii niż inne, które dokonało się za sprawą członków zespołu Lynyrd Skynyrd. Swoją nazwą uwiecznili znienawidzonego nauczyciela, Leonarda Skinnera.



Na śniadanie, obiad i kolację – Dżem

Dżem. Rodzaj słabości. Powrót do arkadii. Miałem niespełna trzy miesiące, gdy 20 października 1962 roku, w urodziny jednego z moich braci, przeprowadzaliśmy się do Tychów. Spędziłem w tym mieście prawie piętnaście lat, tych pierwszych, w pewien sposób – najważniejszych.

[more]

Jakieś mgliste wspomnienia: tuż obok szeregowców, gdzie mieszkaliśmy, miał swoją siedzibę Górniczy Klub Technika. W soboty wieczorem nieźle tam czasem dawali „po garach”. Nigdy nie byłem w środku, byłem za młody, ale w tym miejscu chyba też grywali ludzie, którzy później utworzyli ten zespół.

Rok 1981. Ukazuje się pierwszy singiel. Strasznie grafomańskie teksty (albo coś w tym rodzaju), powiedział jeden z braci po tym, jak zaprezentowałem mu świeżo nabytą płytkę. Bardzo stylowy wokalista (albo coś podobnego), powiedział drugi, gdy puściłem mu te dwa nagrania. Obaj mieli rację. Ja sam byłem nieco zawiedziony regałowym obliczem zespołu, ale cieszyłem się, że jest – płyta zespołu z „moich” Tychów.

W 1985 roku ukazał się pierwszy duży krążek. I znów niedosyt. Najlepsi w Polsce nagrywali już pod okiem panów Przybylskiego i Regulskiego – pierwszych facetów, którzy między Bugiem a Odrą mieli pojęcie, jak nagrywa się kapele rokendrolowe. Po nich zresztą szybko pojawili się następni. A tymczasem Dżem nagrał płytę pod okiem starych polskonagraniowych repów – i to, niestety, było słychać. Nagraniom brakowało dynamiki, szerokiego pasma – tonów wysokich i niskich. Brzmienie grupy było z poprzedniej epoki: płaskie. Ale – była płyta! Kto żył w tamtych czasach, słuchał rocka, ten wie, o czym mówię. Płyty nie czekały na swych nabywców, trzeba je było zdobywać, polować na nie.

Ten LP był wyraźnym sygnałem, że Dżem jest zespołem koncertowym, przy której to opinii wielu trwa do dziś, że płyty za dobrze im nie wychodzą. Po pierwsze: fakt, że świetnie wypada się na koncertach, może tylko dobrze świadczyć o umiejętnościach członków grupy. A to, że pierwsza płyta Dżemu, dodajmy – w wersji analogowej – brzmi blado, jest robotą realizatorów nagrań. (Gdy po latach kupiłem ten krążek na CD, z radością skonstatowałem, że poszczególne ślady zmiksowano powtórnie, co bardzo poprawiło końcowy efekt).

Nie pamiętam, kiedy ujrzałem zespół na żywo po raz pierwszy, ale było to jeszcze grubo przed wydaniem pierwszej dużej płyty. Przypominam sobie, jak zaczynali ogrywać dopiero Cegłę, która przecież otwiera krążek. Grali dobrze, ale moja głowa wychowana na SBB, urzeczona płytami tria nagrywanymi przez C. Plancka w RFN i samego Skrzeka w Opolu, na pierwszym Krzaku (fantastyczny koncert w Teatrze Młodego Widza w Katowicach, jeszcze z Błędowskim, a już z Lakisem), nie była skłonna tak bezkrytycznie zachwycić się tyszanami.

Aż wreszcie zdarzyło mi się być – razem z moją przyszłą żoną – na pierwszej Rawie Blues organizowanej w Spodku. Byli wszyscy liczący się w polskim bluesie, a pod koniec – Jakubowicz, Dżem, Nalepa i Dudek. Porywające. Dżem w tym czasie przeistaczał się z zespołu dobrych, bardzo dobrych rzemieślników w artystów. Doprowadzili pełną widownię do takiego wrzenia, że ani tato Tadzio (choć bardzo dobry), ani Dudek (choć w swej szczytowej formie, z okresu No. 1) nie dali rady utrzymać tej temperatury. Stało się wtedy jasne, kto po bluesowo-rockowej stronie polskiej sceny rozdaje karty. Nastawała era Dżemu, który zaczynał swe niepodzielne królowanie.

*

W kolejnych latach Rawę kończył Dżem. Było to oczywiste, wszyscy na nich czekali. Pamiętam kuriozalny bodaj 1990 rok. Z niezrozumiałych powodów organizatorzy festiwalu ustalili z dyrekcją Spodka, że impreza musi się skończyć o 21.00. A Dżem wyszedł na scenę o 20.40… Zagrali cztery kawałki z przygotowywanego do wydania Detoksu – i rzeczywiście zeszli ze sceny. Uczucie niedosytu było ogromne. Jak to, jak tak można?! Ale miłość do kapeli po takim krótkim secie była jeszcze większa. Byli po prostu rewelacyjni, absolutnie pewni tego, co i jak robią.

W dorobku zespołu jest przecież sporo kawałków takich sobie, ledwie średnich. Takich, jak Mała aleja róż, które w oryginalnej, studyjnej wersji brzmią wręcz koszmarnie. A jednak na żywo ci faceci robią z takiego przeciętnego numeru absolutną perłę, wyciskając z niego to, czego tam pierwotnie właściwie nie było. Niesamowite. To umiejętność przynależna tylko największym.

Jan Chojnacki, który wielokrotnie zapowiadał występy grupy, powiedział kiedyś, że to jedyny taki ansambl w Europie. Nie mam takiej wiedzy muzycznej jak on, ale jestem pewien, że gdyby Dżemianie urodzili się w Kalifornii, byliby dziś większą gwiazdą niż Lynyrd Skynyrd. Byliby sławni i kochani przez ludzi na całym świecie. Ale… byliby wtedy kapelą amerykańską, która być może (tak jak LS) nigdy nie odwiedziłaby Polski. A tak – mamy ich tu blisko i możemy smakować po łyżeczce lub całymi słoikami. A że to się nie nudzi, świadczą pełne widownie w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu na koncercie poświęconym pamięci Pawła Bergera i w Spodku na trzydziestolecie grupy. W obu przypadkach ponad cztery godziny grania. Zastanawiam się, ilu jest polskich wykonawców, których chciałbym słuchać równie długo. Do głowy przychodzi mi tylko Hey – ten gitarowy, niezmiękczony klawiszami. I chyba tyle.