Gramofon i grafoman

Jasny gwint – nie przymierzając, w gramofonie! I jakże ja teraz mam dalej, w dodatku – poskarżę się – charytatywnie, blogować?! Jakże to po takich obscenach do klawiatury zbliżać? Toć ryzykuję jeśli nie porażenie mózgowe, to prądem przynajmniej.

[more]

Niech mi ci, co to wiedzą, że o nich chodzi, odpuszczą polonistyczne zboczenie i przywoływanie nadaremno w tych niskich blogowych progach nazwisk wieszczów, ale jako grafoman podeprzeć się muszę celniejszą frazą:

Bo wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie,

pod nieznośnym przymusem i tylko z nadzieją,

że dobre, nie złe duchy, mają w nas instrument.

Poeta

Pisała pani kiedy?

Rachel

Nie chciałam.

Gust ten właśnie wielki miałam,

żeby nie pisać – lichą formą się brzydzę.

Niech mi wybaczą, raz jeszcze proszę, nie tylko Miłosz i Wyspiański cytowani wyżej.

Ale zaraz – co to ja chciałem? Ach, już sobie przypominam. Kiedyś, gdy jeszcze intensywnie śledziłem „Idola”, zdarzało mi się, po którymś kolejnym z wiekopomnych tzw. wykonów, w przerwie na reklamy, wyłuskać odpowiednią płytę z półki (tak jest: płytę z półki, a nie klip z youtube’a) i odkręcić nieco mocniej potencjometr wzmacniacza. Tak na odreagowanie, dla nadania właściwego wymiaru sprawom i rzeczom.

Ludzie, przecież te zdania – dziś i w przeszłości – które na pohybel samemu sobie popełniłem, to tylko po to, by powiedzieć Wam, że lubię, że kocham. Te zdania tylko po to, by zaraz Wam zapuścić – doktorat albo nawet habilitację z rokendrola. Jednakże nie moje to (cóż począć) osiągnięcia naukowe, ale…

W tym przypadku – czterech facetów. Jest rok 1971. Pracują w studiu, nagrywając swoją czwartą płytę. A w wolnej chwili, zupełnie ad hoc, rejestrują coś takiego:

Play it again, Sam!

Once more, one more time!

Raz, dwa, trzy… Mało! Sto procent rokendrola w blogu!

[W NaTemat: 18 marca 2014]

Ani ćwierć Woodstocku – inspiracja czy plagiat?

mitchell_woodstock

To nie jest początek nowego cyklu czy też zabawa w detektywa. Kiedyś, z wydatną pomocą słuchaczy, robiono to w radiowej Trójce. A każdy, kto choć trochę zanurzył się w muzyce, ze szczególnym pochyleniem w stronę rocka, ma świadomość, że tropienie podobnie brzmiących śladów nie ma końca.

[more]

Mitchell nie wytoczyła procesu Led Zeppelin, bo No Quarter nie jest plagiatem jej piosenki, aczkolwiek podobieństwo klimatu i brzmienia instrumentu klawiszowego jest uderzające. Inaczej niż Pat Boone, któremu Elton John zapłacił za nuty Speedy Gonzalesa w Crocodile Rock. Tak jak George Harrison Ronniemu Mackowi za My Sweet Lord

Mówi się o tym, że Going To California to efekt zauroczenia panów Planta i Page’a twórczością Mitchell. Mówi się też o cytacie z Woodstocku, ale w… koncertowych wykonaniach innej perły Led Zep, Dazed And Confused, pomiędzy 1973 a 1975 rokiem.

Dość tego. Joni Mitchell jeden ze swoich, jak się miało okazać, klasyków umieściła na płycie Ladies of The Canyon z 1970 roku, a znakomity numer LZ pochodzi z The Song Remains The Same (1973). Może po prostu zamknijmy oczy, a otwórzmy szeroko uszy.

(W NaTemat: 9 stycznia 2014)

Profan w świątyni – Led Zeppelin po raz trzeci

lz_iii1

Jak dobrze, że nikt ze starych fanów nie musi już odpowiadać na pytanie, którą płytę Cepów lubi najbardziej. Jak dobrze, że nie grozi mi podróż na bezludną wyspę i nie muszę decydować, które płyty zabrać, a na które zabraknie miejsca w bagażu. Dziś każdy, kto ma na to ochotę, może za równowartość 4,50 euro nabyć dowolny katalogowy, pojedynczy album grupy. W dodatku zremasterowany. Coś, co kiedyś było dla większości z nas nieosiągalne, leży teraz praktycznie na podłodze – tylko się schylić.

[more]

Wzruszyłem się jesienią ubiegłego roku, oglądając na dużym ekranie zabrzańskiego Multikina 

Celebration Day

i patrząc na niemłodych, ale szczęśliwych trzech oryginalnych członków zespołu oraz nie mniej szczęśliwego syna czwartego. I nie myślałem wtedy o tym, że ich początki nie były usłane wyłącznie różami. Bo niby od razu zdobyli uznanie, pierwsza wyprawa za ocean uczyniła z nich gwiazdy, a jednocześnie w rodzinnej Anglii nie chciano ich – wykonawców – wpuścić do klubu, bo nie mieli założonych krawatów…

*

Pisanie o płytach Led Zeppelin, choć kuszące, jest jak dotykanie sacrum – „tylko” rockowego, jednak sacrum bezdyskusyjnego. Ale co tam! Love is blindness – ponad osiem dioptrii w jednym i drugim oku. Kwartet na tym krążku dał wyraz swej fascynacji muzyką amerykańską, a ja nie mogę – któryż to już raz – wyrazić swego uwielbienia dla dzieła kapeli?

Immigrant Song

na zawsze już pozostanie dla mnie wspomnieniem dzieciństwa. Powiem: na szczęście, bo gdyby nie pocztówka braci, to bliską znajomość z całą płytą zawarłbym dopiero w… 1982 roku. Otwierający album kawałek to – jeden z wielu w przypadku LZ – ekstrakt najdoskonalszego gitarowego łojenia. Mniej niż sto pięćdziesiąt sekund. Są takie kapele, które w trzeciej minucie wychodzą dopiero z intro, a tu jest wszystko, o co chodzi w rokendrolu.

Since I’ve Been Loving You

pokochałem raz na całe życie. Porywający, przejmujący numer. Klasyczny  sposób podejścia rockowej kapeli do bluesa. Od kilku lat podstawowy sygnał w mojej komórce. Możecie ten kawałek zagrać w czasie mojego pogrzebu. Jeśli nie cały umrę, słysząc go, na pewno będę szczęśliwy.

Cóż jeszcze? P

Jakby prosto z Południa USA wzięte staroangielskie Gallows Pole, przepiękna Mandarynka, bezzębni Murzyni kłaniają się w – nomen omen – Hats Off To (Roy) Harper. Folkowe That’s The Way z cudownie zaplecionymi country’owymi nutami.

Mnóstwo właściwie akustycznego grania. Ten, kto wymyślił koncerty

unplugged,

chyba zakochany był w tej właśnie płycie. Bardzo młodzi ludzie – najstarszy Page miał dwadzieścia sześć, Jones dwadzieścia cztery, Bonham i Plant po dwadzieścia dwa lata – znaleźli sposób na nagranie kolejnego genialnego materiału, na przejście do historii muzyki. Czy tylko rockowej, rozrywkowej, czas pokaże. Piszę te słowa, mając oczywiście omawiany krążek w odtwarzaczu. I kolejny raz ściśnięte gardło. Tak jest od lat i tak już będzie zawsze.

(Na talerzu lub w szufladce: Led Zeppelin, III, 1970)

[11 grudnia 2013]

Black Sabbath: Sabbath Bloody Sabbath, 1973

Rok 1973 jest jednym ze szczególnie znaczących w historii rocka. Wśród albumów, które należą do najważniejszych w tamtych dwunastu miesiącach, znajduje się bez wątpienia Sabbath Bloody Sabbath. I tak jak nie budzi we mnie entuzjazmu najnowsze wydawnictwo grupy, mimo że pierwsze od lat, znów z Ozzym Osbourne’em, tak niezmiennie ten krążek cieszy moje uszy.

[more]

Tam gdzie rock gubi swoje wspaniałe bluesowe korzenie, gdzie pokazuje światu wielki, ciężki

metalowy korpus,

gładkie, wypolerowane i zimne oblicze – tracę grunt pod stopami, wchodzę w ciemny las, w którym jedno drzewo wydaje mi się zbyt podobne do drugiego. Robi się nieprzyjaźnie i, zbyt często, strasznie (czasami strashnie). Epatowanie mocą, tonami gitar, szybkością nigdy nie zastąpi mi korzennego, swingującego rokendrola. Przepraszam wszystkich, którzy myślą inaczej, dla których klasycy gatunku, a więc i Black Sabbath, są świętością. W tamtą stronę zapuszczam się z rzadka i, z wiekiem, coraz bardziej niechętnie. Tym niechętniej, że uświadamiam sobie, jak wiele jest do odkrycia starej i nowej muzyki po tej stronie gitarowego grania, które upodobałem sobie szczególnie.

Sabbath Bloody Sabbath pozostaje jednak dowodem na to, że ruch w odwrotnym kierunku,

od metalu do mainstreamu,

jest nie tylko możliwy, ale potrafi przynieść wspaniałe efekty. Muzyka kwartetu na piątej płycie zelżała, przyspieszyła, odeszła od rozciągniętych, dołujących nut. Została nawet obficie zmiękczona brzmieniem instrumentów klawiszowych, które – no właśnie – obsługiwał jeden z ówczesnych największych mistrzów rockowej klawiatury, Rick Wakeman. Utwory nabrały lekkości i tempa, w najlepszy z możliwych sposobów zbliżając się do klasyków gatunku – Led Zeppelin, Cream (końcówka Looking For Today to wręcz cytat z White Room) czy Hendriksa. Imponują rozmachem, pomysłami aranżacyjnymi i maestrią wykonawczą.

Dla mnie jest to album wyjątkowy, jedyny taki w dyskografii grupy. Parę lat później, gdy frontmanem BS został Ronnie James Dio, próbowano chyba – mniej lub bardziej świadomie – przywołać klimat nagrań z 1973 roku (a może to po prostu nieuchronne echa Rainbow?), ale o różnorodności pomysłów, wielorakich smaczkach aranżacyjnych na podobną skalę nie było już mowy.

Na omawianym albumie jest tak od początku. Tytułowy numer niby zaczyna się

atakiem artyleryjskim,

ale w refrenie pojawia się łagodność gitary akustycznej i przestrzeń instrumentów klawiszowych. W drugiej części utworu otrzymujemy jeszcze dwa inne rozwiązania melodyczne. Gorszy zespół albo zespół w gorszej formie wycisnąłby z tego cztery odrębne kawałki. Scenariusz powtarza się w doskonałym A National Acrobat. Utwór skrzy się od pomysłów, jeden wspaniały czasem po pół minucie ustępuje miejsca kolejnemu.

Fluff z dzisiejszej perspektywy może wydać się banalny – takie chwilowe, akustyczne wyciszenie w zgiełku gitar, które zastosowano w setkach metalowych płyt. W 1973 roku nie było to jednak takie oczywiste, a wyraźny ukłon Iommiego w stronę Petera Greena i Albatrossa dowodzi szacunku dla klasyki. Potem mamy numer Sabbra Cadabbra – posiadający te same atuty, co dwa pierwsze kawałki na płycie.

Z piątą płytą BS jest chyba trochę jak z czwartą Led Zeppelin. Po znakomitej stronie pierwszej mamy – aż się boję to napisać – nieco słabszą drugą. Ale tak jak warto czekać na potężne When The Levee Breaks, tak tutaj album wieńczy porywający Spiral Architect.

Czterdzieści dwie i pół minuty, muzyka sprzed czterdziestu już lat. Fragmenty tego krążka gdzieś tam na szpuli nagrane mieli moi bracia. Gdy wrzucam go dziś do szufladki, odnajduję w sobie jedenastoletniego chłopca, którym byłem, kiedy pierwszy raz usłyszałem te dźwięki. Krew wciąż żywiej podryguje w żyłach.

Wśród hodowców najlepszych pieczarek – Leaf Hound, Growers of Mushroom, 1971

Może gdybym był szalonym poszukiwaczem, trafiałbym na takie wynalazki częściej. Może nie dość pasji we mnie, może zbyt wiele oporu wewnętrznego, by szperać w internecie. Jeśli tego brak, co pozostaje innego, jak zdać się na przypadek – słuchanie, zwykle nie w całości, pewnych Trójkowych audycji?

[more]

Chyba już kilkanaście tygodni temu, dzięki Wojciechowi Mannowi, natknąłem się na Leaf Hound. Fenomenalną kapelę z przełomu lat 60. i 70., która nagrała

jedną, jedyną płytę

i przepadła bez wieści na całe dziesięciolecia. To, co zagrał Pan Wojciech, dotknęło najczulszych muzycznych miejsc we mnie. Jeszcze w trakcie audycji poszperałem trochę – i wrzuciłem żonie, lepiej obeznanej z elektronicznymi mediami, zadanie domowe na bliżej nieokreśloną przyszłość: zakupić album na Amazonie. I oto wielkanocny zając przykicał pod nasz dach, niosąc m.in. „nowego” Hendriksa  (serdeczne pozdrowienia dla Pań i Panów z działu muzycznego katowickiego MM – za uśmiech i życzliwość) oraz właśnie LH.

Zaczynali jako Black Cat Bones w 1969 roku, z Paulem Kossoffem i Simonem Kirke’em, którzy szybko się zwinęli, by utworzyć Free. I jeśli mamy szukać porównań, to chodzi właśnie

o Free, o Cream i Led Zeppelin.

Słucham tego materiału i kręcę głową: jak taka kapela mogła się nie przebić, rozpaść nagle? Peter French, świetny wokalista, odszedł do Atomic Rooster, by jeszcze w tym samym 1971 roku nagrać z nimi płytę, a zaraz potem trafił do Cactusa. O reszcie słuch zaginął, może z wyjątkiem kuzyna Frencha, Micka Hallsa, który do dziś jest uznanym muzykiem sesyjnym. Reaktywacja – w innym składzie – nastąpiła w 2006 roku, w 2007 ukazał się album Unleashed, ale o nim może przy innej okazji.

Zdaję sobie sprawę, że ciągle skręcam w stronę grania, które ma już czterdzieści i więcej lat. Nie jest to muzyka mojej młodości, byłem wtedy za smarkaty. Ale nuty posiane w mojej głowie przez starszych braci, gdy wystawałem ledwie nad stół, wydały owoc stokrotny. I co poradzę na to, że właśnie wtedy w rocku działo się najwięcej, że wspaniałych wykonawców było tak wielu, że na niektórych świat się nie poznał, że niektórym zabrakło cierpliwości, szczęścia, łaski krytyków i słuchaczy?

W przypadku Leaf Hound

zapomnienie to bardzo niezasłużone.

Trafnie napisał na swoim blogu Gregor – że ten krążek nie zawiera utworów szczególnie wybijających się ponad inne, ale wszystkie prezentują poziom, który składa się na znakomity wynik dziesięcioboisty. List nie cierpię, klasyfikacji, kto przed, a kto za – i kim. Ale LH to bez wątpienia czołówka. Mocne, stylowe łojenie. Coś, co kocham najbardziej.

Ten album ma dziś – poza wieloma innymi – walor szczególnie nie do pogardzenia: to stara, znakomita muzyka, której nie tylko nie zdążyliśmy nauczyć się na pamięć, ale nawet polizać. Tym większa więc radość słuchania.

I na koniec jeszcze jedna refleksja. W momentach bardzo nieodległych od White Room czy Crossroads Creamów albo Thank You czy What Is And What Should Never Be LedZep, w chwilach gdy frazowanie frontmana jednoznacznie kojarzy się z wokalem Planta, moja myśl wraca do pewnego passusu zawartego w haśle Budgie w Rock Encyklopedii Wiesława Weissa (skądinąd znakomitym wydawnictwie): „Zyskała opinię epigońskiej grupy hardrockowej, zachłannie i bez skrupułów korzystającej z osiągnięć takich zespołów, jak Black Sabbath i Led Zeppelin”.

Leaf Hound tak samo czerpali, ale z pojęciem epigoństwa w odniesieniu do materiału powstającego pól roku, rok, a nawet trzy lata po utworach, z którymi kojarzy nam się to, co słyszymy – byłbym dziś bardzo ostrożny. Zmiana perspektywy, jaka dokonuje się wraz z upływem lat, przewartościowuje, nieraz wielokrotnie, dokonania w sztuce. Także – w rocku.

Mądra/głupia – starość/młodość

W kwietniu 2005 roku, po śmierci, a przed pogrzebem Jana Pawła II, mieliśmy bardzo szczególny tydzień. W publicznej telewizji przejawiło się to tak, że zamiast wcześniej ustalonego programu, zamiast obowiązującej ramówki – zrobiło się siedem dni gadających głów. Statycznie, w fotelach, przed kamerami w studiu zasiadali bardzo różni ludzie. Łączyła ich metryka – wszyscy mieli grubo po pięćdziesiątce. Byli to ci, którzy niejedno już przeżyli i potrafili swoje doświadczenia albo zsyntetyzować, albo interesująco zanalizować.

[more]

Było takich programów bardzo wiele. Siadało się przed telewizorem i z wielkim zainteresowaniem słuchało tych siwych w większości głów. Michał Ogórek zawarł wtedy interesujące spostrzeżenie w swym cotygodniowym felietonie w „Gazecie Telewizyjnej”. Napisał mianowicie, że w tych szczególnych okolicznościach uwolniliśmy się w TV od kultu młodości. Do studia wpuszczono starych ludzi, pozwolono im mówić na żywo do kamery – i było to niejednokrotnie niezwykle pasjonujące. Młodość natomiast – pisał – ma to do siebie, że trzeba ją filmować dwadzieścia cztery godziny na dobę (pił tu do programów typu „Big Brother”), by potem z biedą zmontować z tego pół godziny.

*

Od opozycji mądra starość i głupia młodość są jednak wyjątki. Najważniejszym z nich wydaje mi się rock’n’roll. Muzyka młodych, muzyka, w której pierwsze, oryginalne wykonanie najczęściej jest tym najważniejszym. Muzyka buntu, sprzeciwu. Wobec starych, wobec panującego porządku. Rock, siłą rzeczy, był zrazu muzyką młodych. Zastępy dwudziesto- i – z rzadka – trzydziestolatków zabrały się za robienie hałasu na scenie. Dziś pierwsi z nich, jeśli dożyli, są już po siedemdziesiątce. I podobnie ich fani.

Bardzo charakterystyczne jednak, że zarówno w złotych latach 60., jak i późniejszych, najwspanialsze płyty wychodziły z głów i spod rąk ludzi trochę przed lub trochę po trzydziestce. Tak to jakoś w rocku było i jest, że kiedy mówimy o dziełach największych, zwykle są one dziełem ludzi od kilku lat obecnych na rynku. Okrzepli, rozwinęli się, dojrzeli. Udoskonalili warsztat kompozytorski i wykonawczy. A jednocześnie – wciąż są młodzi i nadal zdziwieni porządkiem świata. Biały album Beatlesów, Let It Bleed  Stonesów, Dark Side of The Moon Floydów, by wymienić tylko największe spośród największych.

Są oczywiście, jak zawsze, odstępstwa od tej reguły. Znakomite albumy nagrywali wykonawcy zaledwie tuż po dwudziestce (np. Led Zeppelin), znakomite nagrywają – dziś – też i ci, którzy od kilku dekad wciąż są na scenie (np. Robert Plant – dwa ostatnie krążki). Ale najwięcej arcydzieł rockowych jest efektem talentu ludzi w okolicach trzydziestki. Jeszcze ciągle ze świeżymi pomysłami, a już w pełni ukształtowanych, jeszcze bezkompromisowych, a już świadomie operujących warsztatem.

Naprawdę, trudno mi znaleźć inny przykład, inną dziedzinę. Na pewno  sportowcy w większości dyscyplin, czasem tancerze (estetyka zupełnie mi obca). Ale poza tym? Kto? Nie widzę.

(20 maja 2012) 

Po drugiej stronie bigbitu – Breakout, Na drugim brzegu tęczy, 1969

Blackout i potem Breakout – kolejne wspomnienie z dzieciństwa. Pocztówka z utworami Anna i Moje srebro to głos gitary, śpiewanymi jeszcze przez Stanisława Guzka, czyli Stana Borysa. A jakiś czas później w domu pojawia się w albumowej okładce Na drugim brzegu tęczy.

Kochałem tych polskich hipisów miłością kilkuletniego miłośnika muzyki. Ich kolorowe stroje, długie włosy i bardzo nowe wtedy w Polsce brzmienie. Moim szczególnym ulubieńcem był Michał Muzolf, basista, który nagrał z zespołem tylko tę jedną płytę, by potem stanąć na czele formacji Hard Road, którą nawet miałem okazję zobaczyć na żywo w Wiśle.

[more]

Oszaleliśmy wtedy na punkcie

Gdybyś kochał, hej.

Ilu zdawało sobie sprawę z tego, że jest to jeden wielki cytat (zostańmy przy tym terminie) z Hey Joe Hendriksa? Po Polanach, Skaldach i Niemenie był to kolejny wykonawca wyrastający ponad średnią krajową, intensywnie koncertujący nie tylko w Polsce, ale i Holandii, skąd członkowie zespołu poprzywozili sobie świetny na owe czasy sprzęt.

Głos Miry Kubasińskiej, nosowy i niezbyt duży, nie budził nigdy zachwytów, Nalepa wyczuwał od samego początku, że ten „instrument” niekoniecznie dobrze pasuje do całości. Dlatego kolejne płyty – w tym bardzo ważnego w dziejach polskiego rocka Bluesa – nagrał bez swojej ówczesnej żony. Ten debiut fonograficzny był jednak wyjątkowy. W składzie, zamiast planowanego pierwotnie drugiego gitarzysty, pojawił się Włodzimierz Nahorny, świetny muzyk jazzowy (kompozytor m.in. słynnego Jej portretu) i zagrał na saksofonie oraz flecie.

Płyta powaliła

ładunkiem energii i mocą gitar.

Józef Hajdasz niemiłosiernie okładał swoje bębny – o czym po latach mówił lider, że za gęsto i za głośno – ale nie on jeden wtedy tak grał. Jak posłuchać Gingera Bakera (Cream) czy Nebeskiego (Polanie), jest bardzo podobnie. I, przyznam, wcale mi to nie przeszkadza. Jeśli Polanie poruszali się w klimatach rhytmandbluesowych, Skaldowie bogatymi harmoniami przywodzili na myśl Beatlesów, to Nalepa z koleżeństwem wyraźnie wychwycił najnowsze trendy w zachodniej muzyce – początki hard rocka spod znaku Hendriksa i Led Zeppelin. Nahorny nie był pierwszy, bo saksofony albo flety, w rękach Wandera czy Polarka, pojawiały się już w rockowych składach, ale swoimi solówkami wyraźnie dodał smaku tej odkrywczej wtedy u nas muzyce.

Krążek stanowił

piękne zwieńczenie lat sześćdziesiątych.

I zbyt niepokorne zdaniem ówczesnych decydentów – muzyka była za głośna, włosy za długie, stroje za kolorowe. Wniosek? Breakout mają zniknąć z mediów, a już szczególnie z telewizji.

Longplay ten jest w dorobku grupy dziełem osobnym. Słychać bowiem na nim fascynacje wspomnianymi już czołowymi gitarami rockowymi, a  niedługo potem lider zespołu skłonił się ku klimatom Mayallowskim – kierując się w stronę czystego bluesa, czemu pozostał wierny do końca swej artystycznej drogi.

Choroby, okrutne i bezlitosne, przedwcześnie zabrały z tego świata zarówno Mirę Kubasińską, jak i Tadeusza Nalepę. Jednak ich dzieło znacznie lepiej znosiło i znosi próbę czasu niż polityczne i gospodarcze dokonania sekretarzy sprzed lat. I jest w tym, na szczęście, jakaś dziejowa sprawiedliwość.

Gorąco zachęcam do sięgnięcia po te nagrania. Dlatego, że należą one do najbardziej znaczących w pierwszych latach mocnego grania nad Wisłą. Dlatego, że przeprowadzają to granie przez rzekę dzielącą nieporadny jeszcze czasem bigbit od dojrzałego rocka. I wreszcie dlatego, że

Nalepa

jest jedynym konsekwentnym stylistycznie łącznikiem pomiędzy dawnymi i nowymi czasy w polskim gitarowym graniu. Przez kilka dekad należał do najważniejszych postaci na muzycznym rynku, a przez jego zespoły przewinęło się kilkudziesięciu znaczących instrumentalistów z Józefem Skrzekiem na czele. Poszłabym za tobąNa drugim brzegu tęczy albo Powiedzieliśmy już wszystko zasługują na naszą szczególną pamięć. Lecz przecież całej płyty słucha się z dużą przyjemnością.


Powrót do ogrodu dźwięków – Soundgarden, King Animal, 2012

Czwórgłowe bóstwo – zwane nie Światowidem, a grunge’em – po latach podnosi swoją trzecią głowę. A właściwie podniosło dwa lata temu, a teraz raczy nas nową, pierwszą od szesnastu lat studyjną płytą. Soundgarden to powrót pełnoprawny, w oryginalnym składzie i – o ile można tak po latach powiedzieć – w starym brzmieniu.

[more]

Przyznam, że ten zespół kręcił mnie mniej niż Pearl Jam, Nirvana czy Alice In Chains. Za mało w jego graniu było rokendrolowej finezji spod znaku Led Zeppelin, za mało swingu, za dużo dość płaskiego metalowego łomotu. To sprawiało, że smakowite w moim odczuciu kąski musiałem wyławiać z całości.

W przypadku nowej płyty nie jest inaczej. Ale – co istotne – nie jest gorzej.

Nie ma mowy o odgrzewanych kotletach.

Otrzymaliśmy materiał w pełni porównywalny z tym dawnym, z jego zaletami i słabościami. Ilekroć chłopaki zwalniają, Chris Cornell schodzi z wysokiego „C” – jest interesująco i przyjemnie.

Krążek zaczyna się od singlowego przeboju – Been Away Too Long, bardzo zdrowej porcji łojenia, potem są dwa typowe dla SG mocniejsze numery, by w czwartym, A Thousand Days Before, przenieść słuchacza w okolice klimatów zeppelinowsko-orientalnych. Następny utwór jest z kolei zdecydowanie sabbathowski – gdyby tak podłożyć głos Osbourne’a, moglibyśmy dać się zwieść…

Bones of Birds przywodzi na myśl Black Hole Sun. Nie jest jednak tak monumentalny, a – odwrotnie – poza refrenem wręcz wyciszony. Chyba będzie zyskiwać przy kolejnych przesłuchaniach. Wyeksponowany bas przy wybrzmiewającej gitarze mile łechce uszy.

Później wchodzimy, aż do dziesiątej pozycji, w stany średnie, w takie granie, które niczym szczególnym się nie wyróżnia w morzu gitarowej konfekcji, a już z pewnością średniej ogrodowej.

Ciekawiej robi się na koniec.

Ostatnie trzy numery zdecydowanie pracują na poziom całej płyty. Tempo zwalnia, mniej gitarowych nakładek, więcej tu muzyki do autentycznego smakowania. Świetnie brzmi misternie zbudowany, do samego mocnego finału, Eyelid’s Mouth z gościnnym udziałem Mike’a McCready’ego (gitarzysty Pearl Jam). Cóż, to kompozycja Matta Camerona, który bębni teraz i w PJ, i w SG. Czy może być jeszcze lepiej? Okazuje się, że tak. Album kończy znakomity numer Cornella – Rowing.

Podsumowując – po takim finale nie mam więcej pytań. Rokendrolowe arcydzieła powstają dziś niezwykle rzadko. Jeśli dostajemy do rąk krążek, który w całości jest zdecydowanie do słuchania, jeśli w kilku utworach zespół wznosi się – nie waham się tego napisać – na swój najwyższy poziom, to czego więcej chcieć?

Czego? By Cameron wziął kumpli z obu zespołów i zagrał z nimi we Wrocławiu, jak się już o tym tu i ówdzie mówi. Jeśli tak się stanie, wybiorę się na taki koncert na pewno.

Głos nie z tej Ziemi, czyli z Merkurego

Gdy w grudniu 1980 roku został, w wieku czterdziestu lat, zastrzelony John Lennon, miałem osiemnaście lat. Wtedy czterdziestka wydawała mi się pokaźnym wynikiem. Gdy jedenaście lat później umarł Freddie Mercury, a miał pięć więcej niż Lennon, myślałem już inaczej.

Dziś sam mam pięć krzyżyków na karku, co ciągle do mnie nie dociera i wciąż – mimo różnych problemów – chce mi się żyć. Wciąż wierzę, że jeszcze parę ciekawych rzeczy przede mną.
Ileż mogli jeszcze skomponować obaj wymienieni wyżej artyści, ile płyt mogli wydać, wspaniałych piosenek napisać, ile dać niezapomnianych koncertów!

[more]

Od razu powiem, że

Queen

właściwie nigdy nie należeli do tej grupy wykonawców, których darzyłem szczególną atencją. Poza może samym początkiem, a tym dla mnie była prezentacja w 1978 roku – w audycji, a jakże, Piotra Kaczkowskiego – krążka Jazz. Pewnie dlatego mam do tego albumu słabość do dziś. Rok później ukazał się dwupłytowy koncert Live Killers ze świetną, gitarową wersją We Will Rock You.

The Game, mimo dobrej singlowej zapowiedzi w postaci tytułowego nagrania, rozczarowywał. Nigdy nie polubiłem syntezatorów w queenowskim wydaniu. Nie rozumiałem, jak mając w składzie tak rasowego gitarzystę, jakim jest Brian May, można odwalać taką popelinę. Płyty studyjne w latach 80., nieliczne zresztą, szły swoją drogą. Jednak na koncertach, jak to zwykle się dzieje w takich przypadkach, dosypywania do pieca było znacznie więcej, czego znakomitym przykładem jest rejestracja występu na Wembley z 1986 roku, wydana sześć lat później, już po śmierci FM.

Innuendo (luty 1991), tworzona ze świadomością, że to już

nieuchronny koniec,

była powrotem do tych rozwiązań brzmieniowych i harmonicznych, które uczyniły z zespołu gwiazdę. Czyli, po prostu, do rokendrola – i tym większy był sukces tej płyty, naznaczonej nie tylko śmiercią, ale i powrotem do wielkiej formy artystycznej.

Powtórzę: ani Queen, ani tym bardziej solowe dokonania Mercury’ego nie rzucały i nie rzucają mnie na kolana. Ale z dwoma istotnymi zastrzeżeniami. Mianowicie: po pierwsze, mowa jest o bardzo ważnej w historii rocka grupie, mającej w swym dorobku wiele znakomitych utworów, a wśród nich – genialną Bohemian Rapsody (zobacz na fanpage’u Blog and rolla). Kompozycję, którą od lat na swej prywatnej topliście wszechczasów umieszczam w pierwszej trójce, obok Hey Jude Beatlesów i Stairway To Heaven Zeppelinów.

I, po drugie, mówimy o bardzo zdolnym kompozytorze i fenomenalnym

wokaliście, jedynym i niepowtarzalnym

wśród rockowych śpiewaków. Póki żył, chyba nie do końca uświadamialiśmy sobie, o jakiej skali głosem jest obdarzony. Brał te rockowe doły i – zwłaszcza – góry gór, Himalaje absolutne, falsety bynajmniej nie fałszem znaczone, jakby z rękami w kieszeni. Lekko i bez wysiłku, biegając przy tym ze statywem po scenie albo waląc w klawiaturę (pianistą akurat wybitnym nie był). Skalę jego głosu, niewyobrażalne możliwości niektórzy uświadomili sobie bardzo wyraźnie dopiero podczas transmisji koncertu poświęconego jego pamięci, który odbył się 20 kwietnia 1992 roku. Wystąpiło w nim wielu znakomitych artystów, wielu zmierzyło się z utworami Queen, ale – co dla niejednego rockfana było wielkim zaskoczeniem – jedynie George Michael dał im radę.

Freddie Mercury zostawił po sobie wiele sierot, oddanych fanów grupy do dziś są bowiem wielkie rzesze. Ale największymi sierotami są jego kumple z zespołu. John Deacon dał sobie spokój z muzyką, ale May z Rogerem Taylorem wciąż próbują grać kawałki Queen. Nie protestowałem, gdy przy mikrofonie stawał stylowy Paul Rodgers (ex-Free), ale teraz… Hm.

Tak. Wielki Fredek był – i jest nadal – tylko jeden.

Celebration Day – One’s More, One’s More Time

Miało być dzisiaj o pewnym panu. On oczywiście nie wie, że o nim napisałem, ale z pewnością nie pogniewałby się, gdyby usłyszał, że powodem zwłoki w opublikowaniu tekstu jest dzień szczególny, absolutnie wyjątkowy. Celebration Day. Zwłaszcza że 10 grudnia 2007 roku był jednym ze świadków natchnionego występu kwartetu (czy ktoś z Was domyśla się, o kim mowa?).

Nie potrafię przejść do milczącego porządku nad dniem wydania tego albumu, tak jak nie mogłem oprzeć się pokusie, by raz jeden w życiu nabyć album Led Zeppelin natychmiast po jego pojawieniu się w sprzedaży. Następnej takiej okazji może po prostu nie być.

[more]

Wrzesień 1990 (ze starych notatek)

Wczoraj po południu byli u nas Andrzejowie, pokazałem bratu nowe nabytki, z których najbardziej zwrócił jego uwagę Led Zeppelin IV.

Wszystko znane na pamięć, lecz przecież frajda z położenia krążka na talerz gramofonu wielka. Muzyka porywająca – i wzruszająca. Brzmiąca świeżo, klarownie i – budząca nostalgię. To już tyle lat…

Kolejny raz rozpływaliśmy się w zachwycie dla muzyki przełomu lat 60. i 70. Dla tego niepowtarzalnego sprzężenia zjawisk muzycznych, kulturowych i socjologicznych, dzięki któremu możliwe stało się stworzenie wartości w muzyce drugiej połowy XX wieku wyjątkowych.

Andrzej: „Teraz już tylko pozostaje powielanie starych wzorców bądź stworzenie czwartego wymiaru muzyki, który – być może – będzie całkowicie niestrawny dla naszych, wychowanych na rock’n’rollu, uszu”.

Cóż, tamte lata to był czas wielkich muzyków, którzy stworzyli wielką muzykę, wraz z upływem lat widać, jak bardzo żywotną i inspirującą. Zresztą, w przypadku LedZep mowa jest o gigantach rocka – jednej z najlepszych grup w ogóle, zaś zdaniem wielu, w tym i moim, absolutnie największej spośród grających cięższą odmianę tej muzyki, hard czy tam heavy, czy jak go zwał. Dziś widać, że i najbardziej inspirującej kolejne rzesze wykonawców.

A propos – kiedy zdarza mi się słuchać tego strashnego speedu i innych hellłejów metalnych, kiedy już brakuje mi oddeathu, wtedy myślę sobie: o LedZu, czemu oni się tak męczą?!

Listopad 2012

Lata lecą, a tu się nic nie zmienia. Tylko klasyka stała się jeszcze bardziej klasyczna. Słucham tej starej-nowej muzyki, odczuwając jedyne w swoim rodzaju wzruszenie. I te ciary na plecach, wciąż i wciąż.

Tak sobie myślę, że może nie byłoby to całkiem od rzeczy, a i Bóg przed rozmową ze mną się pewnie nie pogniewa, jeśli w urnie z moimi prochami znajdzie się miejsce na mp3, a z zawieszonych na tej urnie słuchawek doleci do uszu paru zgromadzonych łojenie LedZep. Może być z Celebration Day. Bez większego znaczenia, który konkretnie kawałek.