Tęskniąc za Rolling Stones

richards

Jest w tych piosenkach cały, niemiłosiernie obity przez ponad pół wieku grania bagaż bluesowo-rokendrolowo-country’owo-reggae’owy. Obity, poodzierany – a przecież podany przez bardzo niemłodego już gwiazdora-łobuza w sposób konsekwentnie nieskomplikowany i pełen wdzięku.

[more]

*

W rocku prawdopodobnie nie wydarzy się już nic spektakularnego, pozostanie tylko mieszanie stylów i czasów. Ale dopóki są ci, którzy to robią, swingując (w moim odczuciu swing musi być – to musi kołysać, pulsować, a więc zdradzać bluesowe korzenie – których nie ma już np. metal) – będę odnajdywał frajdę w słuchaniu tego samego zrobionego na nowo. I wciąż będzie we mnie chęć, by dotrzeć do tych, którzy zrobili to jako pierwsi. Stąd np. miłość – od szesnastego roku życia – do Chucka Berry’ego. Stąd zachwyt nad wieloma nowymi płytami  gigantów – białasów, którzy są już takimi samymi klasykami jak ich mistrzowie Murzyni. 

I coraz częściej gdzieś mają wycyzelowaną, wielomiesięczną produkcję, trzymanie linii melodycznej czy oszałamiający aranż. Liczy się 

krew, pot i wzruszenie,

prawda starych ludzi. Tylko że gdy padają wciąż niby te same, tak dobrze znane nazwiska, to warto pamiętać, że nie jest ich aż tak wiele jak czasem może się zdawać, że to naprawdę najwięksi i najlepsi. Tylko oni przetrwali dziesięciolecia burz, ryzykownego seksu, gorzały i dragów – i po półwieczu na scenie wciąż jeszcze mają coś dla zaproponowania. Może niekoniecznie dwudziestolatkom, bo ci w większości nigdy nie dotrą do korzeni, ale takim wariatom jak ja. Mają dla kogo grać i nagrywać. Richards, Van Morrisson, Clapton, McCartney, Dylan, Young, a w Polsce o dekadę młodszy Waglewski (dla mnie Dobry wieczór to opus magnum Pana Wojciecha).

Mam to tuż pod skórą. Regularnie szczepiąc się przeciw grypie, z wiekiem coraz bardziej nieodporny jestem na propozycje tych, których słuchałem, wystając ledwie ponad stół. Zarówno na rzeczy stare, jak i te dopiero co wydane. Pewnie miesza się we mnie zazdrość z powodu  tego, iż potrafili oni z pasji uczynić jeden wielki sens życia, zazdrość z powodu skali talentu, oraz niemal synowskie wzruszenie, że ciągle są aktywni i nie mają nic ze starych ramoli.

Nigdy nie przepadałem za wokalem Keitha R., nie wsłuchiwałem się w jego poprzednie solowe propozycje płytowe. Jednak teraz, powodowany pewnie

wielką tęsknotą

za nowymi nagraniami Stonesów, z radością i uwagą pochyliłem się nad porcją jego nagrań. 
Nie ma w nich nic, czego bym się nie spodziewał. I muszę szybko zaznaczyć: na szczęście. Jest cały ten niemiłosiernie obity przez ponad pół wieku grania bagaż bluesowo-rokendrolowo-country’owo-reggae’owy. Obity, poodzierany – a przecież podany przez bardzo niemłodego już gwiazdora-łobuza w sposób konsekwentnie nieskomplikowany i pełen wdzięku. Z prostych piosenek wydobywa on tyle lekkości, urody i, co chyba najistotniejsze, świeżości i radości grania, że nie sposób pozostać obojętnym na te dźwięki.

Na ten głos skrzeczący jak inny bóg pop music, Bob Dylan. Na wycieczkę w rejony czarnych bluesmanów z gitarą akustyczną w dłoniach  w otwierającym całość utworze tytułowym. Na kolejny, po latach,  ukłon dla największego  rokendrolowca, Chucka Berry’ego, w Blues In The Morning (z liniami basu i fortepianu cytującymi standardy CB). Na kilka szybszych i wolniejszych gitarowych numerów, które mogłyby stanowić ozdobę każdego albumu Rolling Stones w ostatnich czterdziestu latach, choćby Nothing On Me i Something For Nothing. Jest też, jakże mogło by jej zabraknąć, nostalgia – za takie przerywniki w łojeniu również pokochaliśmy kiedyś Toczące Się Kamienie. Jest jej jakby więcej niż dotąd u Richardsa – cóż, lata lecą – choćby w pięknych numerach Robbed Blind czy walcującym Goodnight Irene. Jest…

A zresztą, posłuchajcie lepiej sami.

(Keith Richards, Crosseyed Heart, 2015)

[W NaTemat:22 listopada 2015]

Księga urwisów, czyli The Rolling Stones znów na scenie

sweet_summer

Zbójeckie miny. Paru chłopaków zerwało się z trzech ostatnich lekcji, by w ustronnym miejscu rozprawiczyć butelkę taniego wina, wypalić po parę papierosów, a jak się uda – poderwać jakieś dziewczyny. Złapani na gorącym uczynku, w pełnym blasku świateł, próbują pokryć wstyd i nieczyste sumienia zgrywą, zawadiackim uśmiechem. I, cóż za szczęściarze, kolejny raz im się udaje.

[more]

Jak ja ich za to kocham, jak ja im zazdroszczę! Żeby z życia uczynić

niekończącą się balangę,

żeby w wieku lat nastu raz na zawsze, na kolejne ponad pół wieku, tak nawiać czasowi! Nawiać od całego jego smutku, od monotonii czy wręcz nudy, od bycia do bólu poważnym i odpowiedzialnym na co dzień. Bycia prawowitym obywatelem, przykładnym synem, ojcem, mężem, kochankiem. Żeby tak – zgoda, do pewnego momentu – rwać panienki ile wlezie, ciupciać, chlać, ćpać, urządzać orgie w samolotach przelatujących z Europy do Stanów lub z powrotem. Dać się zamykać glinom w różnych miejscach na świecie – i umykać wymiarowi sprawiedliwości. Robić tyle głupich rzeczy i wciąż ściągać spodnie, pokazując, gdzie się to wszystko ma. Balansować na cienkiej granicy między życiem a śmiercią z przedawkowania i przez długie lata 

wywalać światu jęzor

na okładkach kolejnych płyt. 

I, mimo różnych zakrętów zespołowych losów, przez pięćdziesiąt lat wciąż gromadzić tłumy fanów. Dziś, lekko licząc, ze trzy pokolenia – gotowych wydać spore pieniądze, poświęcić czas, by przejechać setki kilometrów lub mil, aby zobaczyć ich w akcji. 

Dokładnie rok temu dzieliłem się z Wami paroma refleksjami przy okazji Grrr!, a teraz trzymam w dłoniach kolejne trzypłytowe wydawnictwo Glimmer Twins i spółki (DVD + 2 CD). Gdy pierwszy raz wrzuciłem krążek DVD do szufladki, znów ściśnęło mnie w gardle. Twarze poorane latami niezbyt higienicznego prowadzenia się, siwe włosy czy inne ślady upływu czasu. I do tego te nie do pomylenia z żadnym innym zespołem błyski w czterech parach oczu. Jak oni to robią?!

Jeszcze jedna porcja ich grania na żywo. Do diabła, 

jak bardzo na żywo! 

Wokół nich zmieniło się, poza królową brytyjską, niemal wszystko, a oni z wiosełkami w rękach wychodzą przed tłum ludzi oszalałych ze szczęścia i sami – najwyraźniej – są szczęśliwi, że mogą kolejny raz zagrać i dostarczyć innym tyle frajdy.

Trzy rzeczy zwracają moją szczególną uwagę. Pierwsza to ta, że Keithowi Richardsowi… urósł brzuszek.

Druga – że na materiał muzyczny albumu składają się głównie piosenki z najwspanialszego okresu TRS (ale przecież nie tylko ich, a całego rocka), czyli przełomu lat 60. i 70. A to mnie niepomiernie cieszy, bo Honky Tonk Women, Jumping Jack Flash, You Can’t Always Get What You Want i wiele innych numerów z tamtego czasu należy do moich najukochańszych. Tak samo, jak absolutnie topowymi pozostaną krążki Let It Bleed oraz Get Yer Ya-Ya”s Out.

Trzecia – to powtarzająca się przy okazji jubileuszowej trasy

obecność Micka Taylora. 

Faceta, który stał się członkiem kapeli po śmierci Briana Jonesa i pierwszy raz zagrał właśnie podczas darmowego koncertu w Hyde Parku w 1969 roku. Muzyka, który sam opuścił zespół, bo nie mógł pewnych rzeczy wybaczyć kumplom. 

Odnoszę wrażenie, że MT szczególnie uważnie wpatrywał się w nieprzebrane tłumy ciągnące się gdzieś hen, daleko. Gdy kłaniał się w szerokim, kilkunastoosobowym składzie wykonawców po odegraniu Satisfaction na koniec występu i jeszcze raz, już tylko w ścisłym gronie – on, Jagger, Richards, Watts i Wood. Wood, jego następca, który poklepał go po ramieniu na powitanie na scenie, gdy Taylor pojawił się na niej pierwszy raz, by zagrać wspólnie z dawnymi kolegami Midnight Rambler. Czy podtatusiały, utyty, ale wciąż najbardziej stylowy gitarzysta w dziejach tego zespołu nie pomyślał sobie: „Co ja wtedy najlepszego zrobiłem?”.

I może nie chodzi tu wyłącznie o stan konta, lecz po prostu o to, że energii w występ w klubie dla setki ludzi albo na stadionie dla pięćdziesięciu czy więcej tysięcy wkłada się podobną ilość, ale głowa działa jakoś inaczej.Pozostawiam już te rozważania. To ewentualne problemy Taylora, a nie moje.

You Can Always Get What You Want

– mógłby powiedzieć Jagger jako jeden z nielicznych ludzi na świecie, jako jeden z niewielu w showbiznesie. Nawet jeśli szczęście jest czymś, co tylko czasem dotyka ludzi, a nie stanem, który pojawia się i trwa. Pod koniec filmu widzimy mikrofon przypięty do statywu i obok spadający liść. Mikrofon opuszczony, ale – najwyraźniej – tylko na chwilę. I czekający, by siedemdziesięcioletni dziś wokalista znów podbiegł do niego i zaczął śpiewać. Liście opadają, a kamienie toczą się nadal. Jak gdyby nigdy nic.

Ponad dwie godziny muzyki. Znacie? Oczywiście, że tak. To posłuchajcie i zobaczcie. Koniecznie.

(The Rolling Stones, Sweet Summer Sun. Hyde Park Live, 2013)

[W NaTemat: 29 grudnia 2013]

Na początku był Chuck Berry

Keith Richards: „Jak powiedziałem, kiedy wprowadzałem go do Hall of Fame [1986], ukradłem każdy riff, który kiedykolwiek zagrał”.

Marek Garztecki: „Szczupły, przystojny „chłopiec z gitarą” stworzył nowy typ młodzieżowego bohatera i uznany został za jedną z najbardziej fascynujących osobowości estradowych naszych czasów. Był pierwszym murzyńskim wokalistą, który stał się idolem białej młodzieży amerykańskiej. On też jako pierwszy zrobił decydujący krok od czarnego rythm and bluesa do nowego multikolorowego tworu zwanego rock and rollem”.

[more]

W 1978 roku zbiegły się w moim życiu dwa bardzo istotne muzyczne epizody: w swojej „Tonacji Trójki” Dariusz Michalski prezentował

mistrzów rock and rolla.

To wtedy pierwszy raz w dużej dawce zetknąłem się z piosenkami Berry’ego – i zwariowałem. A pod choinką parę miesięcy później znalazłem prezent od brata – książkę Marka Garzteckiego Rock. Od Presleya do Santany, a w niej krótki, ale cały rozdział poświęcony temu gitarzyście, wokaliście i kompozytorowi. I od tamtej pory wiem, że od tego faceta wszystko się zaczęło. Skończyły się rokendrolowe wprawki, zaczęło bezkompromisowe łojenie.

Urodził się w 1926 roku, był jednym z sześciorga rodzeństwa, jednak nigdy nie zaznał biedy. W 1944 roku został zatrzymany pod zarzutem kradzieży i spędził trzy lata w poprawczaku. Potem wahał się, czy zostać fryzjerem, czy muzykiem. Zwyciężyła miłość do muzyki, z którą – jak każdy Murzyn – zetknął się jako dziecko w kościele. W 1952 roku miał już swoje stałe trio. Grupa była jedną z pierwszych profesjonalnych wykonujących R&B.

Berry chciał trafić do Chicago, miasta tętniącego wtedy graniem. Dobił się do sławnego już Muddy’ego Watersa, został wysłuchany i parę dni później obaj znaleźli się w wytwórni

Chess Records.

Zespół nagrał trzy utwory, a wśród nich Maybellene. Jeden z braci Chessów zasugerował zmianę aranżacji, dodanie mocnego beatu i… bomba poszła w górę. To był maj 1955 roku, utwór szybko stał się numerem jeden list przebojów w całych Stanach.

Berry koncertował w największych salach, bijąc rekordy popularności. Jeszcze w tym samym 1955 wylansował następny przebój – Roll Over Beethoven, a w kolejnych trzech latach School Day, Rock And Roll Music, Sweet Little SixteenJohny B. Goode.

Jak pisze wspomniany już M. Garztecki, stał się

pierwszym poetą rokendrolla,

śpiewał o świecie widzianym oczami nastolatka, ucznia, o pierwszych miłościach i rodzicielskich nakazach. Pojawiają się nawet wątki związane z ubóstwem i segregacją rasową, w mocno zawoalowanej formie, ale były to przecież lata pięćdziesiąte.

U szczytu sławy, w 1959 roku został powtórnie aresztowany, tym razem pod zarzutem uwiedzenia nieletniej. Okazało się, że dziewczyna była znacznie starsza, trudniła się prostytucją i nikt do niczego jej siłą nie zmuszał. Sędzia jednak ciągle zwracał się do niego „ty czarnuchu” i Berry ostatecznie poszedł siedzieć – tym razem na blisko dwa lata.

I wszystko się zmieniło – przede wszystkim on: stał się odludkiem, żona zażądała rozwodu, starzy przyjaciele odwrócili się od niego. Zmieniał się też rock. Berry musiał zaczynać niemal od początku.

I tak naprawdę

już nigdy się nie podniósł.

W 1972 roku co prawda powrócił na szczyty list przebojów kawałkiem My Ding-A-Ling, znów mógł grać w wielkich salach koncertowych, ale dawnej popularności na dłużej nie odzyskał. W 1979 roku wymiar sprawiedliwości raz jeszcze upomniał się o niego – odsiedział cztery miesiące za fałszerstwa podatkowe.

Najbardziej interesuje nas jednak dzieło, a nie sam człowiek. Dziesięć pierwszych lat, bo okres 1955-1964 jest tym najważniejszym, tym, kiedy powstały wszystkie istotne utwory Berry’ego. Piosenki, bez których nie sposób mówić o początkach rokendrola, o jego kamieniach milowych. Rola artysty, jego

wpływ na następne pokolenie twórców

– przede wszystkim brytyjskich – z Beatlesami i Stonesami na czele, jest nie do przecenienia. Ten zadziorny facet nieźle narozrabiał w dziejach popkultury.

Od bodaj kilkunastu miesięcy są dostępne w Polsce znakomite dwupłytowe kompilacje Universalu w serii Gold. Wśród nich zremasterowany wybór piosenek Chucka Berry’ego – definitive collection, ponad dwie godziny grania. Pięćdziesiąt piosenek, które ukazują wszystko, co najistotniejsze w dorobku mistrza. Oprócz wyżej wymienionych jeszcze Wee Wee HoursCarol, Little Quennie, Memphis, Tennessee czy Nadine, by wymienić tylko niektóre z najsłynniejszych. Rewelacja – za jedyne 22,99 zł.

 

 

Weather Report

W niedzielę, mam nadzieję, Paul McCartney i Flaming Pie.

Tak krawiec kraje, jak mu materii staje – The Rolling Stones, It’s Only Rock’n’roll, 1974

W 1977 roku znalazłem się we Francji i stamtąd przywiozłem ten krążek. Bracia ubolewali co prawda, że mój wybór nie padł na coś starszego, ale jeśli wtedy miałem jakieś pojęcie o muzyce, to było ono dość blade. I gra mi teraz w tle ten sam egzemplarz – gdy się dba o płyty, powiem nieskromnie, to i po wielu latach da się ich bez zgrzytania zębami słuchać. To w ogóle jedna z pierwszych płyt w moim zbiorze, przeszła ze mną praktycznie całą muzyczną drogę, w ciągu kilku lat, może poza tytułowym utworem, całkowicie przesuwając punkty ciężkości.

[more]

To ostatni album Stonesów, na którym gra

Mick Taylor.

Odszedł sam, doprowadzając swoją decyzją do wściekłości i Jaggera, i Richardsa. Jedna z wersji powiada, że musiał się ratować, bo podjął współpracę z zespołem jako wegetarianin, a kończył jako narkoman.

Jako wielki wyznawca tej kapeli, ze wzruszeniem wspominający pierwsze z nią spotkania w swoich czasach jeszcze przedszkolnych, jak i z czułością pochylający się nad ostatnimi dwiema nowymi piosenkami, sądzę, że z gitarzystów trzech: Jonesa, Taylora i Wooda – Mick był zdecydowanie najlepszy.

Świetny technik, bluesman o wirtuozowskich zapędach.

To chyba nie przypadek, że nagrania z jego udziałem brzmią do dziś najlepiej. Że, oczywiście, są to utwory z najwspanialszego okresu zespołu, ale też nagrane przez najlepszy skład Stonesów.

Dziesięć kawałków, z których najpierw – jako piętnastolatkowi – podobały mi się te najostrzejsze, ale po roku, może dwóch latach zaczarowały ostatnie utwory na obu stronach longplaya – najpierw Fingerprint File, a potem Time Waits For No One. Dwa szlachetne, ponadsześciominutowe dzieła. Oba w średnim tempie, kojarzące się, zwłaszcza ten drugi, z arcydziełami na Let It Bleed. To najjaśniej świecące gwiazdy w tym zbiorze.

Dorzucić należy jeszcze piosenkę tytułową, pierwotnie pisaną przez Jaggera dla Davida Bowiego (zupełnie nie rozumiem, dlaczego na ostatnich składakach TRS skróconą o dobrą minutę, to barbarzyństwo). No i osobliwe stonesowskie reggae, Luxury.

Ten album, przez lata się utarło, uznawany jest za jeden ze słabszych w dorobku grupy. O rany, nie! Nie podzielam tej opinii, potem nie raz było gorzej. I – powtórzę, co już parę razy pisałem w innych miejscach –

tzw. słaby album wielkiej grupy

i tak będzie lepszy od dobrej płyty niezłego zespołu. Ronnie Wood ze swoją gębą co prawda pięknie wkomponował się w skład, ale gdzie mu tam do Taylora. Toczące się Kamienie pozostały wspaniałą, jedyną w swoim rodzaju kapelą rokendrolową, ale ich korzenie bluesowe wyraźnie straciły na głębokości wraz z odejściem Micka Krawca.

Jak się czyta wspomnienia muzyków zespołu, ich bezustanne zmaganie się z używkami, kobietami, prawem i policją, aż trudno uwierzyć, że w takich warunkach można było nagrywać kolejne płyty i jeździć w kolejne trasy koncertowe. Przecież, gdyby byli wypoczęci, wolni od nałogów, nie okupowali – jak Richards z Jaggerem – pierwszych miejsc na liście rockowych gwiazd-kandydatów do przeniesienia się w stanie odurzenio-upojenia w zaświaty, mogliby pracować o wiele wydajniej.

Ale czy na pewno?


Na pięćdziesięciolecie największego rock’n’rollowego zespołu świata

W znakomitym filmie Martina Scorsesego Shine A Light (W blasku świateł) mamy przede wszystkim zapis porywającego koncertu The Rolling Stones w nowojorskim Beacon Theater jesienią 2006 roku. Ale są też niezwykle starannie wyselekcjonowane fragmenty dokumentów poświęconych słynnym muzykom, ich szczególnie celne wypowiedzi.

[more]

– Długo już występujecie? – dziennikarz pyta młodziutkiego Micka Jaggera.
– Dwa lata.
– Jak długo jeszcze planujesz to robić?
– Nie wiem. Nie sądziłem, że będę to robił aż dwa lata. Na początku nie uważaliśmy, że wyjdzie z tego coś dużego. Nagrywamy piosenki już dwa lata i wciąż uchodzimy za nową grupę. Naprawdę nie wiem. Myślę, że damy sobie radę jeszcze co najmniej przez rok.

 *

Sierpień 1972.

– Wyobrażasz sobie, że mając sześćdziesiąt lat nadal robisz to samo? – pytanie do frontmana Stonesów.
– Bez trudu.
– Naprawdę?
– Oczywiście.

  *

– Kto jest lepszym gitarzystą, ty czy Keith? –  pytanie skierowane do Rona Wooda.
– On wie, że ja – pada po chwili odpowiedź.

Cięcie.

– Jak ty byś na to odpowiedział? – to z kolei do Richardsa.
– Nikt nie chce być najlepszy.
– On powiedział, że jest najlepszy.
– Wiedziałem, że tak powie – zaśmiał się Richards. – Ale prawdę znam ja. Obaj jesteśmy marni, ale razem jesteśmy lepsi niż dziesięciu innych.

 *

W 1978 roku, w bardzo dobrej na tamte czasy książce Rock. Od Presleya do Santany, Marek Garztecki rozdział poświęcony Stonesom – Toczący się kamień mchem nie porasta  – kończył następująco:

„Czy jednak owa dawka świeżej krwi (mowa o nowym gitarzyście, Ronniem Woodzie, który zastąpił Micka Taylora, oraz o kontrakcie z nową wytwórnią płytową) wystarczy, aby przedłużyć istnienie grupy o dalszych parę lat? Tego prawdopodobnie nie wiedzą nawet sami jej członkowie. Niełatwo bowiem sprostać wymaganiom legendy, która dawno już przerosła swych twórców.

Czas upływa. Na grobie Briana Jonesa wyrosła już gęsta trawa i chyba nawet najwierniejsi jego wielbiciele zapomnieli już o swym dawnym bożyszczu. Jakie będą losy reszty członków zespołu – tego oczywiście nikt nie jest w stanie przewidzieć. Amerykańscy krytycy muzyczni prowadzą osobliwą ankietę zatytułowaną: Kto będzie następną ofiarą śmiertelną spośród muzyków rockowych. Dwa pierwsze miejsca zajmują na niej Keith Richards i Mick Jagger”.

*

Niedługo po opublikowaniu tej książki, pod koniec lat 70. i na początku 80., za sprawą używek rozstali się z życiem m.in. Keith Moon, bębniarz The Who, Bon Scott, wokalista AC/DC i John Bonham, perkusista Led Zeppelin. Członkowie Rolling Stones żyją do dziś i dorobili się zawrotnych fortun. Ale, co najważniejsze, ciągle grają i najwyraźniej nadal sprawia im to olbrzymią przyjemność. Kilku pokoleniom fanów również, o czym świadczą pełne widownie podczas kolejnych tras koncertowych zespołu.

A wracając do filmu – jak patrzę na te sterane przez czas, ale roześmiane jak u niesfornych chłopców gęby, na tę bezustanną balangę na scenie i na widowni, to myślę sobie, że moja miłość fana do Stonesów jest bezwarunkowa. Od czasów, gdy niewiele wystawałem ponad stół.


Tom Waits, Bad As Me (2011)

Wojciech Mann powiedział kiedyś, że nie cierpi tych wszystkich podsumowań, klasyfikacji, tego określania, co w mijającym roku było “naj”. Zgadzam się z nim. Sztuka (mówmy o rzeczach, o których mówić warto) nie poddaje się tego typu opisowi. Można się w to bawić, sporządzać rankingi, patrzeć, co sprzedaje się najlepiej, ale jest to niewiele warte, bo bardzo doraźne, sporządzane na szybko, na kolanie. Potem mijają lata, dekady całe – i z tych na gorąco tworzonych zestawień niewiele zostaje. Ważne okazuje się częstokroć wcale nie to, co zebrało najpochlebniejsze opinie recenzentów. Wiele domniemanych arcydzieł ginie bezpowrotnie w mrokach czasu.

[more]

Nie wiem, jak będzie z Waitsem. Moje ucho podpowiada mi, że chyba nieźle, ale pewności nie mam. Bo takich płyt ukazuje się trochę od pewnego czasu. Inność Waitsa polega na instrumencie, którym się posługuje – czyli głosie.

Bo z jednej strony jest to wszystko znakomicie wyprodukowane, zgrane w odpowiednich proporcjach. Szlachetna – jak się zdaje – ponadczasowa muzyka, nowa, ale odwołująca się do starych brzmień, tych z lat 60. i 70. Plejada znakomitych gości z Richardsem na czele, co dziś akurat jest bardzo modne – kto z tych wielkich ocalał, przeżył, nie zapił się i nie zaćpał, ma dziś koło sześćdziesiątki albo i więcej –  często gra razem z innymi podobnymi sobie. Rockmani, podobnie jak jazzmani, coraz częściej spotykają się przy okazji takich jednopłytowych, jednotrasowych projektów.

Ale z drugiej strony – właśnie ten aparat gębowy Wuja Toma: to coś absolutnie pierwotnego, niewystudiowanego, a przez lata wypracowywanego w różnych zapyziałych, pełnych papierosowego dymu i oparów alkoholu barach czy po prostu spelunach. Coś, co przywodzi na myśl pierwszych, czarnych bluesmanów z Południa. Ta pierwotność, która nie pozwoliłaby Waitsowi przecisnąć się przez pierwsze selekcyjne sito ogniska muzycznego na poziomie przedszkolnym, a jest wartością z okolic muzycznego doktoratu co najmniej.

I to – zderzenie perfekcji wykonawczej, świetnych realizacji studyjnych z barwą jego głosu – jest czymś, co Waitsa wyróżnia wśród wykonawców nagrywających dzisiaj. Z jednym może wyjątkiem, którego nb. bardzo mi – jako gościa – na tym krążku brakuje, ale ten pan nie udziela się na płytach innych artystów – Boba Dylana. Śmiem twierdzić, że jego dokonania z ostatnich kilkunastu lat są bardzo bliskie Waitsowi.

Dziś nowa płyta Toma W. wydaje się znakomita (i zwarta – jak pięknie, że trwa tyle, co stare winyle, trochę ponad czterdzieści minut!). Ale czy ta znakomitość i smakowitość ocaleje przez lata, trudno wyrokować. Starzy, dobrzy rockmani często idą w ostatnich latach w takie muzyczne klimaty, które wymykają się prostym stylistycznym określeniom i czasowym przyporządkowaniom, ale czy ta brzmieniowa ponadczasowość, dziś wydająca się dużą wartością tych płyt, będzie taką za lat dziesięć, trzydzieści – nie wiadomo.

grudzień 2011