Jako wychowanek radiowej Trójki raz po raz sprawdzam swoje stare i nowsze ślady na katowickiej częstotliwości 99,7 MHz. Wychodzi na to, że moje muzyczne upodobania, kształtowane przed laty przez Piotra Kaczkowskiego, są dziś dość odległe od klimatów wciąż bardzo obecnych w programach redaktora. Nie przesadzając z wpływami, bo to w moim wieku po prostu niemożliwe, już od dawna znacznie bliżej mi do propozycji Wojciecha Manna. Wielokrotnie zabarwionych niegdysiejszym „Bielszym odcieniem bluesa”, kiedyś – wspólnym dziełem jego i Jana Chojnackiego.
[more]
Bliżej do źrodeł rokendrola,
do nieskomplikowanego gitarowego grania, które – w moim odczuciu – lepiej znosi upływ czasu niż uwznioślające próby progrockowe. Świetne kiedyś, w swych pierwszych i najlepszych realizacjach, ale dziś zwykle nieświeże i pretensjonalne. Bliżej do źródeł, choć niekoniecznie do bluesa w czystej postaci.
Lay Down Sally, czyli piosenka z płyty Slowhand (1977), zaprezentowana przed laty przez P. Kaczkowskiego, wydała mi się, nastolatkowi, błaha i zupełnie na aucie rockowych dokonań. A dziś jest tak, że wciąż lubię, jak band dosypie do pieca, ale coraz bardziej pomlaskuję z zachwytu nad takim, bez przeproszenia, popierdalaniem Knopflera czy Claptona. A ten ich luz to – najwyraźniej – patent nieodżałowanej pamięci JJ.
Na The Road to Esondido składa się
czternaście utworów,
dwanaście z nich to kompozycje Cale’a, pod dwiema, raz jako współautor, podpisany jest Clapton. A więc znane proporcje. E. C., wiadomo, jako instrumentalista jest majstrem z tych najprzedniejszych. Tyle że od dawna już nienadużywającym, także ślizgania się po gryfie. Dzięki temu lekkie i zwiewne piosenki JJ zyskują rys gitarowego mistrzostwa, nie tracąc nic ze szlachetnej prostoty i łagodności. Plejada gwiazd wśród sajdmenów tak samo doskonale wie, jak należy wykonać swoją robotę.
Efekt jest wspaniały,
zdecydowanie ponadczasowy, godzien tej jednej jedynej Grammy, jaka stała się udziałem Cale’a – w 2008 roku. Wchodzimy w świat dźwięków daleki od wypełnionych terminarzy, szalonego tempa wielkich miast, hałasu klaksonów i wykrzykiwanych przekleństw. Co prawda tylko na niespełna godzinę, ale jak to dobrze, że byli i ciągle wśród nas są tacy, którzy z ucieczki od zgiełku potrafili i potrafią uczynić sposób na życie. Bo to właśnie dzięki ich muzyce my sami możemy codziennemu wariactwu uszczknąć kwadranse smakowitego wyciszenia.
Są tacy muzycy, kompozytorzy, którzy nie odnieśli szczególnego komercyjnego sukcesu, natomiast cieszą się wielkim poważaniem kolegów po fachu. Często tych, którym udało się zyskać wielki rozgłos i trwałą pozycję w branży. Kimś takim od lat jest JJ Cale. Jest i pewnie będzie przynajmniej tak długo, jak żyć będą ci, dla których stanowił inspirację, którzy rozsławili napisane przez niego piosenki, którzy wciąż je grają na swoich koncertach. Jest i będzie, choć od 26 lipca o nim samym mówimy w czasie przeszłym.
[more]
Amerykański gitarzysta, kompozytor i autor tekstów John Weldon Cale urodził się 5 grudnia 1938 roku. Grał właściwie wszystko: rocka, bluesa, a nawet jazz. Nagrywał i występował z największymi. Przede wszystkim z Erikiem Claptonem, który rozsławił jego <em style="font-family: Verdana; text-align: Cocaine i AfterMidnight. Z Neilem Youngiem, który nazwał go najwspanialszym, obok Hendriksa, gitarzystą rockowym. Do inspiracji jego grą i twórczością przyznawali się tak różni twórcy, jak Mark Knopfler, Brian Ferry czy Carlos Santana.
Mimo że jego debiutancki singiel ukazał się w 1958 roku, dopiero czternaście lat później, w 1972 roku, światło dzienne ujrzał pierwszy album artysty. Otwierał go Call Me The Breeze, który wkrótce potem stał się jednym ze sztandarowych numerów Lynyrd Skynyrd. Łącznie Cale wydał nie za dużo, bo czternaście studyjnych płyt. I zaledwie jedną koncertową – w 2001 roku. Za nagrane wspólnie z Claptonem dzieło – The Road ToEscondido (2006) – otrzymał dwa lata później Grammy za najlepszy album bluesowy. Na płycie Mr. Erika, Old Sock, zagrał po raz ostatni – we własnym utworze Angel.
To, że Clapton stał się Slowhandem, dokonało się z pewnością pod niemałym wpływem Cale’a. Prostota, zredukowanie artystycznych środków wyrazu tylko do tych absolutnie niezbędnych – to coś, co stało się bardzo bliskie Markowi Knopflerowi, zwłaszcza w okresie po rozwiązaniu Dire Straits.
Ludzie odchodzą, muzyka zostaje. Czasem, w dobrym wyborze na płycie, do kupienia za niewielkie pieniądze. Bo chodzi nie tylko o te najsłynniejsze, ale też na przykład o takie kawałki, jak Magnolia, Crazy Mama, Hey Baby czy Change Your Mind. Uroda tych i wielu innych piosenek warta jest znacznie, znacznie więcej…
Mogę dzisiaj spokojnie powiedzieć, że widziałem już w swoim życiu bardzo, bardzo wiele koncertów. W latach 80., gdy były – jeśli chodzi o gości z Zachodu – rzadkością, w latach 90., gdy udało mi się spełnić sporo muzycznych marzeń. I wciąż chodzę, i wciąż jeszcze coś jest do zaliczenia. Jak w przypadku Erica Claptona, którego nie dane było mi usłyszeć w Spodku w 1979 roku, kiedy miałem lat siedemnaście, a dopiero teraz, gdy mam na liczniku trzy razy więcej.
[more]
Dużo już tego widziałem, już nie tak łatwo mnie zachwycić, oczarować, porwać. Lecz przecież nadal
mam tę swoją ekstraklasę,
dziś o wiele bardziej stabilną niż kiedyś, i E. C. zdecydowanie się do niej zalicza. Więc, choć od dawna już się nie nastawiam przed koncertem, walczę z ewentualnymi „warunkami wstępnymi” – łapię się na tym, że wobec wspomnianej ekstraligi mam jednak wymagania większe. Stąd też pewne obawy, jak rok temu przed występem Petera Gabriela w Oświęcimiu, jak przed omawianym tu piątkowym koncertem, jak przed McCartneyem w Warszawie, na którego podobno bilety rozchodzą się wyjątkowo kiepsko.
Atlas Arena była pełna, bilety na Mr. Erica sprzedały się jak ciepłe bułeczki. Jako mieszkańcy Katowic, dwa małżeństwa, trochę zbyt późno zdecydowaliśmy się podpisać listę obecności i nie pozostało nam nic innego, jak zadowolić się biletami na płycie.
I, nim wreszcie przejdę do meritum, muszę Wam się do czegoś przyznać. Grzebię w pamięci – kiedyż to ostatni raz stałem w dużej hali na płycie? I wychodzi mi, że w Spodku na Nazareth ze trzydzieści lat temu. Bozia nie obdarzyła mnie szczególnym wzrostem, zwłaszcza w dzisiejszym pojęciu, więc miałem w piątek poważny problem.
Póki grał
Andy Fairweather Low
występujący przed gwiazdą wieczoru (nazwisko tego walijskiego gitarzysty pojawia się m.in. w opisie płyty Unplugged), składałem to na karb tego, że suporty zwykle grają na ćwierć mocy. Ale potem wyszli ci, na których wszyscy czekali, i pozostałem ze swym problemem. Mało basów, świszczące wysokie tony. Do cholery, przecież to niemożliwe, aby Clapton był tak kiepsko nagłośniony! Trochę późno, ale wreszcie mnie olśniło – że efekt słyszalny w moich uszach to sprawa ludzkiej ściany przede mną. Zmieniłem miejsce, stanąłem przy schodach, co nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem i… Wreszcie widziałem całą scenę, a – co najważniejsze – muzyka rozbrzmiała rewelacyjnie. Nie mogę sobie wybaczyć, że nie przemyślałem tej kwestii przed koncertem.
Clapton, mimo iż z mojej listy najwyżej cenionych artystów, nie jest tym, którego karierę śledzę bardzo uważnie. Jest przecież już bardzo długa, miała swoje wzloty i słabsze momenty. Kocham Cream, Blind Faith, Derek And The Dominos, lecz do późniejszych rzeczy, z paroma wyjątkami, z Unplugged na czele, nabożnego stosunku nie mam. Ale, ale – w wielkim jego dorobku jest całe mnóstwo przepięknych, znakomitych utworów. No i co w przypadku koncertu niezwykle istotne – Pan Eric na żywo to osobna bajka, czego dowodzą liczne albumy live.
Wielokrotnie już w tym blogu manifestowałem swoją niechęć do gitarowych sprinterów, tych prędkopalcych narcyzów, co to zdają się pojęcia nie mieć, że w muzyce najważniejszy jest swing, feeling.
Clapton to stara, dobra, najlepsza szkoła.
Czas, gdy – na konferencji prasowej w Warszawie w 1979 roku, zapytany, czy widzi jakichś następców, odparł bardzo nieskromnie: „Nie… nie!” – ma już dawno za sobą. Jak się ma sześćdziesiąt osiem lat, to z pewnością należy się cieszyć, że zdrowie dopisuje, że wciąż można robić to, co się kocha. Bez oglądania się na cokolwiek i kogokolwiek, trendy, mody, nowe brzmienia i najpopularniejszych w danym czasie wykonawców. Clapton już nic nie musi, a jedynie może. Gdy gra na żywo, tysiącom ludzi, ważne jest, by miał swój dzień, był w swej raczej lepszej niż gorszej formie, by granie sprawiało mu frajdę większą niż dzień wcześniej i może dnia następnego. By dobrze odebrał miejsce, w którym przyszło mu grać, i ludzi, którzy przyszli go posłuchać i reagują raz tak, raz inaczej.
Co do tego miałem pewne obawy, bo hala, choć nowa, szczególnego wrażenia ani na zewnątrz, ani – co istotniejsze – w środku nie robi, pozostając w swej betonowo-stalowej wymowie jakby w stanie wciąż półsurowym. Ponadto
reakcja publiczności
w paru miejscach, m.in. przy Layli, gdy w obrzydliwym, opolsko-sopockim stylu zaczynała klaskać na raz, a z rzadka na dwa, i to bardzo nierówno, jest chyba w stanie wyprowadzić niejednego artystę z równowagi. Najlepiej rozwiązał tę kwestię kiedyś Goran Bregovič. Gdy zagrał pierwsze dźwięki czegoś bardzo znanego, a ludzie – dawaj – zaczęli klaskać, odpalił krótko: „Don’t clap, don’t clap!” i załatwił sprawę aż do końca występu. Clapton tego nie zrobił, ale też – najwyraźniej – nie zdenerwował się tym, grał niewzruszony do samego finału.
Trudno dyskutować nad repertuarem. Cokolwiek wybrane zostanie spośród kilkudziesięciu płyt, zawsze będzie jedynie małą cząstką. Zawsze można mówić, że zagrał to, a mógł zagrać tamto. Klasyków nie zabrakło – była wspomniana Layla w wersji unplugged, Były Bagde, Crossroads, Wonderful Tonight, Lay Down Sally i Cocaine na koniec, zaś na bis Sunshine of YourLove i High Time We Went. Było elektrycznie i akustycznie.
Istotniejsze wydaje mi się podejście lidera i jego zespołu do muzycznej materii. A to dowodziło
maestrii wprost niezwykłej.
Objawiającej się bluesową prostotą, z jaką muzycy podchodzili do kolejnych tematów, i jazzową wirtuozerią, kiedy – po wielekroć – każdy z muzyków (z wyłączeniem sekcji) miał swoje solówki. Czy trzeba dodawać, że wspaniałe, wybornie smakujące, dowodzące wielkiego kunsztu?
Właśnie tak wyobrażam sobie robotę gigantów sprzed lat. Kondycja fizyczna jeszcze niczego nie utrudnia, palce wciąż są posłuszne głowie, forma wokalna dopisuje, a jednocześnie ma się ten błogosławiony dystans do siebie i wszystkiego wokół wynikający z dobrze pojętego doświadczenia. Clapton zaprezentował się jak przystało na wielkiego bluesowego mistrza – znakomicie od strony wykonawczej i z wielkim luzem dostępnym tylko wybitnym instrumentalistom. Oraz, co zaraźliwe w najwspanialszy dla słuchających i obserwujących sposób – z wielką radością grania. Dziesięć roześmianych osób na scenie obejmujących się i kłaniających na koniec występu kilku tysiącom uśmiechniętych i wiwatujących fanów było najlepszym tego dowodem.
Jakby ktoś czterdzieści parę lat temu, a nawet znacznie później, powiedział, że rockowi wymiatacze nagrywać będą takie płyty, stukalibyśmy się w czoło. Muzyka, która jak żadna wcześniej, gwałtownie, prądem i decybelami, protestowała przeciw zastanemu porządkowi, sama sklasyczniała. Tak jak jej najsłynniejsi przedstawiciele, którzy nie tylko nie boją się Boga, ale i fanów. Bo wiedzą, że na nowych już specjalnie liczyć nie mogą (i chyba im szczególnie na tym nie zależy), a dawni starzeją się tak samo jak ich idole. I tak samo, w większości, łagodnieją z wiekiem.
[more]
I trudno nie zauważyć przy okazji tego krążka pewnej prawidłowości, wpisywania się w pewne szersze zjawisko – Clapton zrobił płytę bardzo podobną m. in. do tej McCartneya sprzed roku. Tam zresztą zagrał staremu kumplowi-Beatlesowi w dwóch kawałkach, teraz doszło, co prawda w jednym tylko numerze, do rewanżu. Obaj panowie sięgnęli po
piosenki sprzed wielu dziesiątków lat,
także tych z czasów przedrokendrolowych. U Mr. Erika sąsiadują ze sobą Gershwin, Tosh i J.J. Cale. Ten ostatni pojawia się teź osobiście, śpiewając i grając na gitarze we własnej kompozycji z 1981 roku, Angel. Od nazwisk może zakręcić się w głowie: Chaka Khan, Steve Winwood, Steve Gadd, Chris Stainton, Jim Keltner, Taj Mahal i wielu innych.
Niechętnych i obojętnych wobec Slowhanda ten album nie przekona, starzy fani powinni być zadowoleni. Ja sam, przyznam, do gorących wyznawców Claptona nie należę. Bluesbreakers, Cream, Blind Faith, Derek and The Dominos – owszem, ale potem zrobiło się – w moim odczuciu – mniej interesująco, choć pojawiały się też takie cudeńka, jak Unplugged.
Clapton właściwie zaniechał komponowania,
klejąc swoje kolejne płyty z materiału pisanego przez innych. Cokolwiek jednak mówić, jest artystą tej miary, że zawsze odciskał na tych utworach bardzo wyraźne i charakterystyczne, rozpoznawalne natychmiast piętno.
Nie inaczej jest w przypadku Old Sock, na której podpisany jest tylko pod jedną piosenką, a resztę wziął skądinąd. Jest to jednak granie bardzo wytrawne. Stonowane, oszczędne w stosowaniu środków artystycznego wyrazu – dlatego podobają mi się nawet kawałki reggae, których jest parę na tym albumie, a za gatunkiem tym szczególnie nie przepadam. Bardzo pięknie brzmi też Claptonowska wersja Still Got TheBlues Garry’ego Moore’a, wydobywająca z zajechanego dość numeru subtelność i, po prostu, piękno.
Album bez zaskoczeń,
granie raczej dla starych. Bo oni (znaczy tacy jak ja) bardziej skłonni są używać muzyki nie tylko do ładowania akumulatorów, ale i wyciszenia. Jest jednak w tej płycie – nie pierwszej i nie ostatniej nagrywanej przez rockmanów pozornie od niechcenia, przy okazji – wyraźnie odczuwalna wielka maestria. Trzeba naprawdę bardzo dobrze władać instrumentami, by efekt końcowy był właśnie taki. To granie tych, którzy niczego już udowadniać nie muszą, bez jakiejkolwiek napinki, a ich kunszt objawia się jakby mimochodem.
Jeszcze nie pochyliłem się, by skrobnąć coś o spóźnionym zakupie najnowszej płyty Black Country Communion, a tu dochodzi do mnie wieść, że Joe B. postanowił opuścić szeregi zespołu, zaś parę dni później pozostałych trzech panów oświadcza, że pragnie kontynuować współpracę i dokooptować nowego gitarzystę (Panie Mateuszu, pozdrowienia!). A wszystko już pod nowym szyldem.
[more]
Trochę żal, bo trudno sobie wyobrazić godnego następcę Bonamassy. Ten jednak jest człowiekiem tak zajętym, tak często nagrywającym i koncertującym, że trudno się dziwić, iż nie nadąża z obsługą wszystkich projektów.
I właśnie nie wiem, czy
aktywność muzyka, zupełnie niedzisiejsza,
jest jego zaletą, czy wadą. Czy tych płyt z jego nazwiskiem nie otrzymujemy za wiele i za często, czy jesteśmy w stanie je dostatecznie dobrze przetrawić, nie mówiąc już o stęsknieniu się za kolejną porcją nagrań.
Joe porusza się po dawno już odkrytych traktach, jest białym gitarzystą – wirtuozem zapatrzonym w bluesa. I w swych mistrzów: Claptona, Page’a, Hendriksa. Gra dla starych wychowanych na tych dźwiękach i młodych, których nie skusiły nowoczesne brzmienia, lecz finezyjne bluesrockowe swingowanie.
3 lipca 2012 roku został w wiedeńskiej operze zarejestrowany akustyczny występ J. B., dwa dni potem grał w Zabrzu. Byłem, widziałem. Dwupłytowy album, dwadzieścia jeden utworów, to miód na skołataną duszę i piękne przypomnienie wrażeń wyniesionych z koncertu na Śląsku.
Unplugged to wielkie wyzwanie,
któremu potrafili i potrafią sprostać tylko wybitni instrumentaliści. Gitara elektryczna pokryje jeszcze te czy inne niedostatki warsztatowe, instrument akustyczny obnaży je bezlitośnie. Dlatego ci, co grają na sześciu strunach jak przy ognisku (np. taki bardzo popularny i poważany zespół, na którego czele stoi jeszcze bardziej poważany artysta urodzony w marcu 1963 roku) w ogóle nie powinni brać się do tej roboty. Bo to wtedy nie tylko nie swinguje, ale wręcz rani uszy chyba każdego choć trochę osłuchanego ze starym rockiem słuchacza.
Bonamassa nie musi się tego obawiać.
Jest wybornym stylistą,
niezłym wokalistą, obok siebie ma czterech bardzo, bardzo solidnych muzyków. I to stanowi pełną gwarancję, że – jeśli ktoś kocha te klimaty Zeppelinowskie, Clapto-nowe, a zwłaszcza stare, te wszystkie patenty bluesowe zastosowane przez najwybitniejszych wykonawców z przełomu lat 60. i 70. – wyjdzie z koncertu Bonamassy w pełni zadowolony. Albo będzie zastanawiał się, czy wyjmować jego nowy album z szufladki. W parę dni po zakupie, w moim przypadku, tylko po to, by disc 1 zamienić na disc 2 albo – co za zbieg okoliczności – na nowego Claptona.
Clapton właściwie nigdy nie był gitarzystą rajdowym. Moc Cream (Bruce-Clapton-Baker), okrzyczanej pierwszą supergrupą w dziejach rocka, nie polegała przecież na szaleńczym tempie grania, a na rockowym ładunku podłożonym pod bluesa.
[more]
Badge (dzieło Claptona i Harrisona) to swego rodzaju głos z zaświatów, kawałek pochodzący z albumu Goodbye (1969), wydanego już po rozpadzie zespołu, po zaledwie dwuipółletnim okresie działalności.
Z pozoru prosty, niespełna trzyminutowy utwór utrzymany w średnim tempie. Ale co Mr. Eric robi w jego środku! To obłędne gitarowe wejście przyprawiało w końcu lat 60. – a i później też – o zawrót głowy niemal każdego miłośnika ostrego grania. I, co zupełnie dobijało, zostało zagrane jeden jedyny raz! Aby to niesamowite coś usłyszeć ponownie, trzeba było puścić piosenkę raz jeszcze. W moim domu była to pocztówka w kolorze brudnego różu.
Niedługo potem, w 1970 roku, świat ujrzała Layla, swą urodą przyćmiewając wcześniejsze kompozycje gitarzysty, w tym i Badge. Ale na koncertach Clapton wracał do wspólnej z Beatlesem kompozycji wielokrotnie, m. in. na dwupłytowym albumie OneMore Car, One More Rider (2002). Nie skąpiąc już ani sobie, ani słuchaczom przecudnej urody dźwięków gitary.
Spełniło się sporo moich muzycznych marzeń. Zobaczyłem na żywo Planta i Page’a, The Rolling Stones, U2 – by wymienić tylko tych najukochańszych. A jednak – wciąż, mimo upływu tylu lat, z odrobiną zdziwienia noszę to w sobie, a teraz dzielę się z Wami: koncertem mojego życia jest występ Eltona Johna w katowickim Spodku w – no właśnie – 1984 roku.
[more]
Byłem do niego nieźle przygotowany, ale też – co tu dużo mówić –
trudno nie znać tychpiosenek.
Jeszcze w połowie lat 70. jeden z moich braci pożyczył od kogoś znakomitą Greatest Hits, a na niej dziesięć największych przebojów artysty z pierwszych lat kariery. Krążek był w naszym domu może z miesiąc, więc bardzo dobrze zapoznałem się z jego zawartością. Daniel, Your Song, Saturday Night Alright (For Fighting) – palce lizać. Krótko przed przyjazdem do naszego kraju EJ wrócił na szczyty list przebojów utworami z bardzo udanej płyty Too Low For Zero.
Tylko – czego tu się spodziewać? Wszystko, co zachodniego widziałem dotąd, było odgrzewaniem kotletów, zwykle z marnym skutkiem: UFO, Nazareth, Budgie. Wszyscy oni mieli mniej lub bardziej dość. Siedemdziesiąt minut i ucieczka ze sceny.
To, co dane było mi ujrzeć w kwietniu 1984, jeszcze dziś, gdy o tym pomyślę, wbija mnie głębiej w fotel. Tak dla tych młodszych, jeśli czytają te słowa: w grudniu 1981 roku wprowadzono w Polsce stan wojenny, zamarło wszystko, życie kulturalne w szczególności. Ów stan zniesiono w lipcu 1983, ale wszechogarniająca mizeria trwała dalej. Było smutno, pusto i zwykle nieciekawie. I oto przyjeżdża do Polski artysta ze ścisłej czołówki, po paru słabszych latach znów na samej górze, ze znakomicie sprzedającym się albumem. Otóż to – nie w Polsce przecież. Tu nadal oknem na świat jest Trójka i nagrywanie płyt z radia. Żaden wykonawca zachodni nie ujrzał w tamtym czasie na swoim koncie ani funta tytułem tantiem z demoludów.
Wrażenie robiła już sama scena,
na której zainstalowano trzy podświetlane (na niebiesko, żółto i czerwono) jakby wielkie bębny, podia. Elton John wyszedł na scenę ubrany w śliczny czerwony, sztruksowy smoking i nieodłączny kapelusz. Żona podpowiada, że zasiadł do białego fortepianu. Obok niego stanęła wypróbowana od lat ekipa. Dobry pop, ten dryfujący blisko rokendrola, na żywo zwykle brzmi dobrze – mocniej, bardziej gitarowo. Tyle że ci faceci nie brzmieli dobrze – a znakomicie! Nie jestem w stanie po latach przypomnieć sobie, od czego zaczęli, ale poczucie, że jesteśmy w środku czegoś magicznego, narastało wśród pełnej widowni przez może pierwszy kwadrans. A potem Spodek po prostu odleciał. Całą degrengoladę, dziadostwo połowy lat 80. pozostawiliśmy gdzieś na zewnątrz. Muzyka, absolutnie fantastyczna – uniosła nas w nieznany dotąd wymiar.
Zespół grał największe przeboje gwiazdy wieczoru, co jeden to piękniejszy, przeplatając to świetnymi kawałkami z nowej płyty – I’m StillStanding, I Guess That’s Why They Call It The Blues i innymi. Było lirycznie i rockowo na przemian. Trudno mi powiedzieć, na ile reakcja – nieśpiewającej przecież – polskiej widowni była inna, wyjątkowa. O to trzeba by zapytać Eltona Johna. Ale, najwyraźniej, i jemu, i kumplom grało się znakomicie.
Zwariowali zupełnie – po kiego diabła w jakiejś zapyziałej komunistycznej Polsce grali prawie dwie i pół godziny?! Bis, jeszcze dwa kawałki? Dla nas, ubogich ludków ze Wschodu? A po niemilknących brawach jeszcze jedno wyjście na scenę? Wyszedł sam. Raz jeden nie miałem nic przeciw elektronicznej perkusji. To z jej towarzyszeniem – i oczywiście fortepianu – zaśpiewał Song For Guy. Ukłonił się, potwornie już zmęczony, i powiedział krótkie „Thank You. Good Night”. I zostawił nas samych.
W muzycznym siódmym niebie,
spełnionych i szczęśliwych, w zupełnie nierzeczywistym świecie, który zabraliśmy w sercach i głowach ze sobą, do domów, wracając późną porą przez opustoszałe, nocne i szare miasto do łóżek, do swoich spraw. Do swojego życia, jedynej młodości, jaka była nam dana.
Parę lat później najbardziej zbuntowani w Polsce – starzy i młodzi – kolejny raz i wreszcie skutecznie upomnieli się o prawo do normalności. W 1984 roku Elton John uświadomił uczestnikom trzech jego występów – w Katowicach, Warszawie i Gdańsku – że rockfanom w tej części Europy też przynależny jest kawałek muzycznego tortu najwyższej jakości, że niby czemu mamy na niego nie zasługiwać. Pokazał, jak wygląda prawdziwy koncert wielkiego artysty.
EJ nie jest tym, którego karierę śledzę ze szczególną uwagą. Ale gdy publiczna TV przed kilku laty transmitowała jego koncert z Sopotu, usiadłem przed ekranem. I choć w domu to już nie to samo, dawne emocje powróciły. Przez szacunek dla klasy i ciągle wysoką formę koncertową muzyka.
Gdyby Eric Clapton wyszedł w Spodku na scenę 18 października 1979 roku, może to o jego występie pisałbym takie słowa. Widać jednak musiało minąć cztery i pół roku – i kolejne dwadzieścia dziewięć – by należały się one Eltonowi Johnowi. Cylindry i meloniki, kaszkiety i berety z antenką – z głów!
W latach siedemdziesiątych, choć już nie tak gnuśnych jak poprzednia dekada, władza wciąż dbała o to, by przyszłość narodu, czyli młodzież – nie przesiąkała zbyt mocno kulturą zgniłego Zachodu, by nie miała z nią zbyt częstego bezpośredniego kontaktu. Występy gwiazd muzyki popularnej należały między Odrą a Bugiem do rzadkości, a już koncerty artystów z najwyższej półki były czymś absolutnie wyjątkowym, co zdarzało się raz na wiele lat.
[more]
Przeszukując w czerwcu stare piwniczne kartony, natknąłem się niespodziewanie na półtorastronicowy maszynopis, o którego istnieniu zupełnie zapomniałem. Z niewielkimi korektami, jako znak czasu, pozwalam go sobie w tym miejscu zamieścić.
*
Dziwna to była historia. Jest nas, braci G., trzech. Andrzej, całe życie zawodowe będący dziennikarzem sportowym, odpuścił sobie 17 października 1979 roku mecz Holandia – Polska w Amsterdamie w ramach eliminacji do mistrzostw Europy (było 1-1). Cwańsi od niego, stwierdziliśmy z Grzegorzem, że w środę obejrzymy mecz, a w czwartek pójdziemy na koncert.
* * *
Po powrocie ze szkoły do domu szybko zjadam obiad i – w drogę. Na koncert jedyny w swoim rodzaju, ostatni już występ w Polsce Erika Claptona!
Pośpiech, choć ponad półtorej godziny do rozpoczęcia koncertu. Nic dziwnego, lekkie podniecenie. Dlatego też niepotrzebnie denerwuję się, gdy autobus ucieka mi sprzed nosa. Kupuję jeszcze gumy do żucia w pobliskim sklepie i po dziesięciu minutach jadę już do centrum Katowic. W Brynowie przesiadka do tramwaju, który zawiezie mnie pod sam Spodek.
Po kilkunastu minutach jestem pod halą. Jest prawie szósta, jeszcze godzina. Spokojnie idę pod sam obiekt. Z bratem umówiony jestem na dwadzieścia minut przed rozpoczęciem koncertu, krążę więc po balkonie od bramy do bramy. Jest dość zimno, zaczyna padać deszcz.
Spotykam trzech kolegów ze szkoły, którzy chcą kupić bilety lub w mniej legalny sposób dostać się do środka. Mówię im, że będą dwa do sprzedania (mieliśmy z bratem w sumie cztery wejściówki). Każę czekać, a sam ponownie ruszam w poszukiwaniu brata. Tłok spory, boję się, że możemy się rozminąć. Ale nie – w końcu jest. Mówię mu, że są chętni do zakupu i idziemy do kolegów.
Został jeden, bez pieniędzy, i prosi, abyśmy poczekali – on ich poszuka. Po pięciu minutach zjawiają się. Jakiś facet, widząc bilety w naszych rękach, podchodzi i pyta, czy nie mamy wolnego.
– Niestety, już nie.
– Cholera, swój spaliłem w piecu!
Pechowiec…
Szybko o nim zapominamy. Bramy już otwarte, do siódmej został kwadrans. Wchodzimy więc do środka i po małych perypetiach dostajemy się na właściwy sektor. Widoczność znakomita, niemalże na wprost estrady, na której kręci się jeszcze ekipa techniczna. Zwracamy uwagę na sprzęt nagrywający, ustawiony w pobliżu nas, brat mówi, że można by porobić świetne zdjęcia. Rozmawiamy trochę o aktorach spektaklu, który już lada chwila powinien się zacząć.
Powyżej nas pani z obsługi rozmawia – co wynika z wymiany zdań – ze swoją córką. Mówi o wspaniałej atmosferze, jaka panowała na występie Claptona dzień wcześniej. Pan Eric nie chciał na sali widzieć służby porządkowej i tak też się stało.
Brat jest coraz bardziej podniecony, ja siedzę spokojnie. Wreszcie głos z megafonów:
– Za chwilę przedstawię państwu muzyków towarzyszących Erikowi Claptonowi.
Niecierpliwimy się – już przecież kilka minut po siódmej. Ekipa techniczna ciągle coś jeszcze robi na scenie. Sporo gwizdów.
…
– Bardzo państwa przepraszamy, ale koncert nie odbędzie się.
Spoglądamy z bratem na siebie i bierzemy to za dobry (?) żart. Jednak publiczność w większości zdecydowanie rusza z miejsc. Żadnego sprostowania! Wreszcie pojmujemy, że to nie kawał, a obsługa techniczna cały czas po prostu demontuje sprzęt. Ogarnia nas – i chyba wszystkich – bezsilna wściekłość.
– Bardzo państwa przepraszamy, ale koncert nie odbędzie się z powodu wypadku Erika Claptona. Sytuacja ta zaistniała naprawdę nie z naszej winy.
Cały czas przeraźliwe gwizdy, ale to przecież nie pomoże. Plujemy sobie w brodę.
Spiker podaje, że zwrot pieniędzy od jutra w kasach. Najbardziej z pyszna mają się ci, którzy przepłacili – zapłacili konikom 500-600 złotych zamiast 100, a może nabyli nawet bezpłatną wejściówkę (były takie dla ówczesnych VIP-ów).
Najkrótszy koncert świata i temu podobne hasła padają wśród zawiedzionej i wściekłej publiczności opuszczającej Spodek. I sporo nieśmiesznych żartów. Taka okazja już się raczej nie powtórzy…
Tak więc wróciliśmy do domu nie pełni wspaniałych wrażeń, lecz przedwcześnie i w minorowych nastrojach.
Ponoć przyczyną odwołania koncertu – jak donosiła nazajutrz prasa – była „depresja” gitarzysty spowodowana nagłym, w pełnym blasku reflektorów, wtargnięciem służby porządkowej w połowie pierwszego katowickiego koncertu – w celu uspokojenia części, rozwydrzonej, widowni demolującej krzesła. Być może.
Eric Clapton miał zakontraktowane w Polsce cztery występy: 15 i 16 października w Warszawie, 17 i 18 października 1979 roku w Katowicach. Odbyły się tylko trzy…
Wiosna. Ciepły, słoneczny dzień. Zieleń i kwiaty w pełnym rozkwicie. Ogrodowymi ścieżkami przechadza się przystojny młodzieniec we fraku i cylindrze. Przez otwarte na oścież drzwi z salonu słychać dźwięki fortepianu. Mężczyzna kieruje swe kroki w tamtą stronę. Na palcach wchodzi do domu. Przy białym fortepianie siedzi młoda kobieta, cała w tiulach i koronkach. Smukłymi palcami dotyka klawiszy instrumentu, gra coś niesłychanie pięknego i zwiewnego. Młodzieniec zdejmuje nakrycie głowy i staje przy instrumencie, zafascynowany muzyką i widokiem zniewalającej kobiety.
– Jak pani cudownie gra… – mówi nieśmiało po chwili.
– A, tak sobie tylko popierdalam.
[more]
Ten stary dowcip przypomina mi się od czasu do czasu, gdy słucham, jak gra na gitarze Mark Knopfler. Na samym początku zespół Dire Straits porównywano do Wishbone Ash (np. red. Majewski w tygodniku „Razem”), a Knopflera do Boba Dylana za sprawą podobnie „niedbałego” wokalu. W 1979 roku doszło zresztą do pierwszego spotkania obu panów, co zaowocowało jedną z najsłynniejszych płyt amerykańskiego barda – Slow Train Coming. A potem – potem ani grupy, ani jej lidera nie porównywano już do nikogo.
Pan Marek pojawił się ze swoją muzyką jak gapa, spóźniony o jakieś dziesięć lat. Na Wyspach rebelia punkowa szalała w najlepsze, a on z kumplami zaproponował piosenki napisane w klimacie przełomu lat 60. i 70., wirtuozerską grą przywodząc na myśl Erica ‘Slowhanda’ Claptona.
Jeszcze przed i oczywiście po definitywnym – jak się zdaje – rozwiązaniu Dire Straits Knopfler udzielał się w przeróżnych konfiguracjach personalnych, zapraszał i był zapraszany do nagrań wielu płyt. Pojawiają się wielkie i największe nazwiska w showbiznesie ostatniego półwiecza.
Od lat regularnie nagrywa też płyty solowe. Po trzyletniej przerwie w tych dniach ukazał się Privateering – album aż dwupłytowy. I co? Już dawniej zastanawiałem się, co by się działo, gdyby w świat poszła informacja, że szykuje się nowy krążek Dire Straits, gdyby któraś z ostatnich płyt nie była podpisana jego nazwiskiem, a sygnowana przez zespół. Branża pewnie by zamarła, wielu przyklękłoby na jedno, a może i na dwa kolana w pokornym oczekiwaniu. I chyba nikt nie czułby się rozczarowany. Może nie powalony nową muzyką zespołu, ale na pewno nie byłoby mowy o rozczarowaniu.
Bo Mark Knopfler jest bardzo zdolnym artystą – znakomitym gitarzystą, z tych, co z żadnym Usainem Boltem czy innym Vai się nie ścigają, ale i piekielnie utalentowanym kompozytorem. Gdy wśród obecnych nowości na rynku jego album pojawia się obok krążka Boba Dylana, gdy wrzucam je po sobie do szufladki – porównania są nieuchronne, tym bardziej że podobieństw jest zdecydowanie więcej niż różnic.
Sułtan swingu dziś, jeśli mu wierzyć, skłania się ku korsarstwu i wciąż bardziej i bardziej kieruje ku źródłom, coraz więcej w tym graniu czystego bluesa. Ale to, co zawsze było potężnym atutem jego kompozycji – ogromna melodyjność – pozostaje ciągle na pierwszym planie. Dwadzieścia utworów to naprawdę spora dawka, ale o znużeniu nie ma mowy. Knopfler zmusza słuchacza do tego, by zwolnić, zatrzymać się, w zadziwieniu nadstawić bardzo uważnie ucha. Bo to granie starego mistrza – piękne melodie zaaranżowane i wykonane lekko, a jednocześnie z wielkim kunsztem. Słucham i na chwilę koduję w głowie: „To nowy Dire Straits”. Wspaniałe, warto było czekać.
Privateering – nowy album Marka Knopflera, kiedyś lidera wielkiej formacji, a dziś solisty, który ciągle utrzymuje się w znakomitej formie. Można klękać, ale nie o to chodzi. Należy się wyciszyć, aby posłuchać. Należy posłuchać, aby się wyciszyć.
Z rock’n’rollem jest jak z pokerem. Ściśle określona liczba kart, do matematycznego wyliczenia ilość możliwych kombinacji. A jednak ciągle jest tak, że jedni z biedą, od wielkiego święta, trafiają dwie pary, a wybrani, jak Joe Bonamassa, nie schodzą poniżej streeta.
[more]
Bo niby, gdy nadstawić ucha, wszystko już było, w 2012 roku w takim graniu trudno o coś nowego: mamy riffy z Led Zeppelin, Cream, Free, Hendriksa, a nawet Police, a przecież tym, co stanowi o wartości nagrań (i wykonań!) tego gitarzysty, jest ich porywająca świeżość i lekkość.
Bonamassa podąża muzyczną ścieżką wytyczoną na przełomie lat 60. i 70. przez, przede wszystkim, Page’a i Claptona. Przyznaję, że szczególnie przeze mnie ukochaną. To rock’n’roll mocno osadzony w bluesie, do tego wirtuozowskie operowanie instrumentem, swing – biegłość obu rąk służąca muzyce, a nie – jak w przypadku Satrianiego czy Vai – popisom rodem raczej ze sceny cyrkowej.
Pierwszy set unplugged, tyle że z premierowym materiałem, był dziełem Led Zeppelin na ich trzeciej płycie z 1970 roku. Bonamassa poszedł tropem mistrzów. Ruszył z akustycznymi wersjami swoich utworów w trasę, na której znalazło się miejsce na jedyny w Polsce, zabrzański koncert. Zabrał ze sobą Irlandczyka Gerry’ego O’Connora grającego na banjo, skrzypcach i mandolinie, Szweda Matsa Westera na harfie klawiszowej, Portorykańczyka Lenny’ego Castro na przeróżnych przeszkadzajkach i Amerykanina Arlana Schierbauma na saloonowym pianinie, akordeonie czy fisharmonii. Ruszył z wersjami utworów, co warto podkreślić, starannie przygotowanymi – w tym graniu nie było miejsca na niedopracowane dźwięki.
Precyzyjny w każdym elemencie lider (począwszy od ram czasowych koncertu: początek punktualnie o 20.00, koniec 21.30 i kwadrans na dwa bisy) nic nie pozostawił przypadkowi, absolutnie nie tracąc przy tym lekkości i finezji. Grał porywająco, korzystając z bardzo bogatego zestawu gitar ustawionych półkoliście za nim, skupiony, z rzadka zagadując do słuchaczy. Oprawa wizualna koncertu bez szaleństw, ale nie o to przecież chodzi. Publiczność zgromadzona w hali dobrze wiedziała, po co tam przyszła: dla muzyki – starych, nieśmiertelnych – mam nadzieję – dźwięków, które za sprawą jednego z najwybitniejszych dziś gitarzystów bluesowych i rockowych, urodzonego w 1977 roku Amerykanina rozbrzmiały w całej swej okazałości. Z przyjemnością skonstatowałem, że wśród tych, którzy posiadali bilet na wczorajszy koncert, było niewiele mniej pań niż panów. I wiem skądinąd, że też bardzo im się podobało.
Zastanawiające natomiast jest to, że – z jednej strony – na parkingu widać było samochody z rejestracjami z odległych województw, a jednocześnie widownia w około dwudziestu procentach świeciła pustkami. Popularność Bonamassy w Polsce chyba ciągle mierzona jest miarą radiowej „Trójki”, trudno bowiem wyobrazić sobie, by jego kawałki prezentowały stacje komercyjne. Ale ta popularność ciągle rośnie, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że artysta regularnie odwiedza Polskę. Kiedy przyjedzie więc z elektrycznym składem, zrobię wszystko, by podpisać listę obecności.