Ptasie mleczko na czerwonym jęzorze

pobrane33

Tylko Fripp mógł wpaść na pomysł pełnoprawnego zatrudnienia w zespole faceta grającego na skrzypcach nie jako instrumencie tworzącym tło, lecz jednym z wiodących. I jeszcze tego perkusjonisty, nie bez kozery pozującego do zdjęcia w piłą w rękach…

[more]

*

1973? Należy do Pink Floyd i ich dzieła nad dziełami, opus magnum – The Dark Side of The Moon. 1973? Dla mnie

jeden z tych magicznych,

wspominałem bowiem o tym parokrotnie, że czas zastąpienia w moim domu pocztówek dźwiękowych magnetofonem szpulowym zbiegł się z zamianą dominujących gitar na syntezatory. A przecież tamten rok dla muzyki progresywnej jest zdecydowanie najlepszy – poza wymienioną wyżej, ukazują się wtedy krążki: Genesis – Selling England By The Pound, Yes – Tales From Topographic Ocean i Emerson, Lake & Palmer – Brain Salad Surgery. Gdzieś bardzo blisko są Jethro Tull z A Passion Play, a nawet Electric Light Orchestra z On The Third Day, kolejne płyty wydają m.in. Manfred Mann’s Earth Band czy Gentle Giants. Jak dorzucić do tego jeszcze Houses of The Holy Led Zeppelin, Sabbath Bloody Sabbath Black Sabbath,  The Who i ich Quadrophenię, Lou Reeda z Berlinem, Roxy Music z For Your Pleasure, McCartneya i Band On The Run, Eltona Johna z Goodbye Yellow Brick Road, Mike’a Oldfielda z Tubular Bells, Steely Dan z Countdown To Ecstasy oraz szalony Raw Power The Stooges – uświadamiamy sobie, że było to wyjątkowe dwanaście miesięcy, nie pierwsze i nie ostatnie, ale jedne z niewielu aż tak znaczących. Jednakże zarówno ten zestaw, jak i mój prywatny wybór najlepszych płyt wszech czasów byłby niepełny, gdyby zabrakło w nim Larks’ Tongues In Aspic kapeli dowodzonej przez Roberta Frippa, czyli King Crimson. Albumu, który – tak jak krążek Floydów – ukazuje się w marcu 73.

*

Jedna z niewielu płyt, które moi bracia mieli nagrane w całości – bo też 

taśm magnetofonowych

mieli niewiele. Dziś aż trudno się nie dziwić, gdy rozebrać na części pierwsze operację nagrywania muzyki z audycji radiowych na dość podłym sprzęcie, w wersji monofonicznej. Lecz przecież tak było: wielu fanów miało dostęp do muzyki taki – albo żaden.
Więc znałem tę płytę, zaprezentowaną z pewnością w jednej z audycji Piotra Kaczkowskiego, od zawsze. W 1977 roku, gdy zawartość nielicznych taśm poddawałem wielokrotnej samodzielnej lekturze – zwariowałem i pokochałem. I nie odkochałem się nigdy, a gdy teraz słucham tych nagrań z jubileuszowego, wydanego w trzydzieści lat po analogowej premierze krążka kompaktowego, mój zachwyt nie jest ani trochę mniejszy. Ba! – raczej większy, ponieważ emocje wspiera jeszcze głowa, ponieważ teraz mam świadomość, jaki ogrom znakomitych płyt ukazał się do marca 1973, a jaki – choć już znacznie mniejszy – przez kolejne czterdzieści pięć lat. I jak ciągle znakomicie na tym tle wypada Larks’.
W 1972 roku, w zaledwie trzy lata po genialnym debiucie, Fripp montuje zupełnie nowy skład, można rzec – trzecią odsłonę KC. Przy mikrofonie, z gitarą basową przewieszoną przez ramię, staje John Wetton (pozyskany z Family), za bębnami zasiada Bill Bruford, do niedawna w Yes, ponadto formację zasilają skrzypek David Cross i Jamie Muir grający na przeróżnych instrumentach perkusyjnych, który niedługo po nagraniu płyty zamyka się w buddyjskim klasztorze. Zmiana dokonuje się także na posadzie autora tekstów: Richard Palmer-James (nb. pierwszy gitarzysta Supertramp) zastępuje Pete’a Sinfielda (który niebawem znajduje zatrudnienie w EL&P).

Bruford wspomina: 

„To naprawdę było piekło

– bo nikt nie mógł się zdecydować, jaką muzykę mieliśmy grać”. Ostatecznie dochodzi do nagrania swoistej trylogii, którą uzupełniają Starless And Bible Black oraz Red, płyt – wreszcie? – spójnych stylistycznie, zaś fanom dających oddech w postaci głosu tego samego frontmana. Tyle tylko, że po kolejnych dwóch latach, w 1974, jest już pozamiatane: Fripp rozwiązuje zespół. I to w chwili, gdy ten wspina się na sam szczyt.
Spójnych stylistycznie? Dekadę później sporą karierę zrobiło określenie „odjazd”, na przykład w odniesieniu do niesamowitych nowych płyt. Pierwszy raz usłyszałem je z ust znajomego, który zachwycił się… Three of A Perfect Pair (1984), zupełnie innego zespołu o tej samej nazwie: King Crimson. Larks’ to piekielny odjazd – z jednej strony potężne riffy gitary znane już z 21st. Century Schizoid Man, liryczność, zwłaszcza olśniewającej miniatury Book of Saturday, w stylu I Talk To The Wind, symforockowa przestrzeń w stylu Epitaph czy tytułowych kompozycji z dwóch pierwszych albumów w Exiles, ale wszystko to zaprawione jest szalonymi improwizacjami z okolic muzyki współczesnej, tzw. konkretnej, albo jazzu. Tylko Fripp mógł wpaść na pomysł pełnoprawnego zatrudnienia w zespole Crossa, faceta grającego na skrzypcach (lub altówce), nie jako instrumencie tworzącym tło, lecz jednym z wiodących. I jeszcze ten perkusjonalista Muir, nie bez kozery pozujący do zdjęcia w piłą w rękach… Jednak ucho, przynajmniej moje, ogarnia to zdecydowanie lepiej niż dokonania Zappy. Amerykanin nie daje słuchaczowi większych szans, by zaczepić się o melodię czy harmonię, jego muzyka sprawia wrażenie, jakby była niemożliwa do odtworzenia na żywo bez pomocy partytury. Fripp tymczasem raz po raz daje wytchnienie, powracając do odwiecznego kanonu muzyki europejskiej. Jego i jego kolegów 

odloty

w jakiś sposób przywodzą na myśl te o kilka lat wcześniejsze The Cream – Bruce’a, Claptona i Bakera. Jeśli jednak trio BBC robiło to na bazie bluesa, gitar i przystawek, u Frippa żadne granice już nie istnieją.
Cream przypominam tu nieprzypadkowo. Jeden z najpiękniejszych w moim odczuciu fragmentów muzyki rockowej, finał pierwszej części utworu tytułowego z Larks’  – te niespełna dwie minuty od jedenastej minuty i czterdziestej sekundy – całego wyjętego jakby z ówczesnych telewizyjnych teatrów sensacji („Kobry”) jest tak niesamowity także z tego powodu, że ani nie eksploatuje, ani nawet nie ogrywa fantastycznego konceptu z gitarą basową w roli głównej i wtóryjącym jej skrzypcom (lub altówce, nie potrafię rozstrzygnąć). Całkiem jak w Badge Claptona i Harrisona, gdzie powalające wejście gitary rozbrzmiewa tylko raz. 
Dlatego tak cenię sobie robotę Roberta Frippa i różnych jego kolegów. Poszukiwacz ciągle żądny nowych wrażeń przez wiele lat gnał ciągle do przodu, ani myśląc okopać się w rozpoznanych rewirach – w tej strefie komfortu własnego, ale też – i może przede wszystkim – słuchaczy. Stąd tyle wcieleń – jego i jego formacji. Stąd bezustanne wymykanie się wszelkim szufladom: 

progresja Frippa

zdaje się nie do opanowania, nie do ogarnięcia. Zupełnie inaczej niż ta floydowska, yesowa czy Genesis (oczywiście do 1976 roku). Może tylko Keitha Emersona da się jakoś z nim porównać, choć w tym przypadku mamy do czynienia z fascynacją klasyczną muzyką europejską i czerpaniem z jej formuły. Zaś z tych zasłuchanych, umiejętnie czerpiących z – między innymi – KC z tego okresu wymienić należy rodzime SBB.

Na zasadzie żartu jeszcze jedno spostrzeżenie. Mocny, pulsujący w refrenie gitarowy numer, jakim jest Easy Money, został umieszczony w tym samym miejscu na krążku analogowym – jako otwierający drugą stronę – co Money Pink Floyd. To oczywiście przypadek (przypominam, że obie płyty ukazały się w marcu 73), ale…
Dark Side of The Moon zgarnęła całą pulę: dziewięćset trzydzieści siedem tygodni obecności na liście „Bilboardu” to rekord już chyba nie do pobicia. Od lat uparcie uciekając od rankingów i innych zestawień wiem jednak, że gdybym miał spędzić resztę życia na bezludnej wyspie i mógł zabrać na nią tylko dziesięć płyt, i Dark Side, i Larks’ znalazłyby się wśród nich. 

(King Crimson, Larks’ Tongues In Aspic, 1973)

[W NaTemat: 26 marca 2018]

Sierota po Gregu Lake’u

pobrane3

Nie znajduję drugiego męskiego tak seksownego głosu w rocku, tak bardzo uwodzącego, głębokiego, tak urzekająco i jednocześnie zupełnie nieckliwie brzmiącego w nastrojowych balladach.

[more]

*

Osobista linia horyzontu coraz bliżej. Dowodów na to mam aż nadto: pierwsze cyfry peselu stają się coraz bardziej zamierzchłą przeszłością, narodzin wokół mnie coraz mniej, za to informacji o śmierci wciąż przybywa.

Tych szczególnie bolesnych również. Z poprzedniego pokolenia w rodzinie ostali się bardzo nieliczni, umierają też ci, którzy swoim życiem czy dziełem wpłynęli na mnie szczególnie. Gdy umiera ktoś spośród tych najbardziej lubianych i cenionych muzyków, mam wrażenie, że oto odszedł człowiek naprawdę bliski, niemal członek rodziny.

Bo przecież od zawsze był w moim domu, tym czy innym, na taśmach magnetofonowych, a potem płytach. Był ze mną za sprawą głosu, gitary czy innego instrumentu. Wyzwalał wielkie emocje, wzruszał – a przecież: czy można wpływać mocniej na drugiego człowieka niż wtedy, gdy – na przykład muzyką – dociera się do jego najintymniejszych zakamarków? Jako fana może mnie nie interesować życie prywatne muzyka, czy ćpał, pił, miał jedną albo wiele żon oraz gdzie i z kim spał ostatniej nocy. Najbardziej istotne jest to, że ktoś taki był ze mną za sprawą tego, co w nim najlepsze, najpiękniejsze: talentu.

Kilka miesięcy temu wspominałem Keitha Emersona i w głowie mi nie postało, że końca 2016 roku nie doczeka też inny członek słynnego tria. Tymczasem 7 grudnia, w wieku sześćdziesięciu dziewięciu lat, walkę z rakiem przegrał Greg Lake.

*

Tak się złożyło, że dla mojego starszego rodzeństwa, przynajmniej w pewnym okresie, końca lat 60. i przez całe 70., rozbudowane formy muzyczne z użyciem baterii instrumentów klawiszowych stały się istotniejsze niż ostre brzmienie gitar. Czy ja, kilku-, a potem kilkunastoletni chłopak mogłem pozostać wolny od wpływu braci? Pozostać zupełnie obojętnym, gdy szczególną atencją darzyli oni grupę Emerson, Lake & Palmer?

Cóż, mogło być pewnie i tak, ale – do dziś – pozostaję głęboko nieobojętnym. Mimo że minęło od tamtego czasu parę dziesiątków lat, przetrawiłem mnóstwo różnej muzyki, na szczenięce emocje nałożyła się chłodna analiza, a z niektórych dawnych miłości pozostały jedynie zgliszcza albo obojętne wzruszenie ramion.

Co tu dużo mówić, najprzyjemniejsza w słuchaniu muzyki nagranej dawno temu jest konstatacja, że młodzieńcza i nieopierzona czasem miłość przerodziła się w dojrzałe uczucie, że ta czy inna płyta wkładana po raz enty do odtwarzacza nieodmiennie powoduje żywsze bicie serca.

Jak popatrzę na swoje regały z płytami, coraz trudniej znaleźć na nich te pozycje, które nagrane zostały przez zespoły, których wszyscy członkowie do dzisiaj żyją, podobnie rzecz się ma z wieloma wykonawcami tworzącymi pod własnym nazwiskiem . AC/DC – nie żyje Bon Scott, Allman Brothers Band – Duanne i Gregg Allmanowie, Beatles – John Lennon i George Harrison, David Bowie, Leonard Cohen, Cream – Jack Bruce, Doors – Jim Morrison i Ray Manzarek, Eagles – Glenn Frey, Emerson, Lake & Palmer – dwaj pierwsi. A to ledwie cząstka, zaledwie początek alfabetu. 

Przy słuchaniu muzyki coraz częściej pojawia się więc to ukłucie w sercu fana, że wielu spośród nich już nie ma, ukłucie szczególnie mocne, co zrozumiałe, na świeżo, krótko po usłyszeniu czy przeczytaniu wiadomości o śmierci. Bolesna refleksja dotycząca przemijania, nieodwracalności. Ten ból łagodzi nieco fakt, że po nieprzeciętnych coś zostaje, ich już nie ma, ale oddziałują nadal: pisarze, malarze, kompozytorzy, muzycy – non omnis moriar.

*

Grega Lake’a (ur. 1947) słychać na kilkudziesięciu albumach. Zaryzykuję precyzyjną liczbę: siedem z nich to płyty wybitne – dwie King Crimson i pięć EL&P. Wśród nich In The Court of The Crimson King (1969) i debiut EL&P (1970) to krążki przełomowe, tworzące nową jakość w muzyce rockowej, prowadzące ją w rejony wcześniej nieodkryte. Jak popatrzeć w metryki twórców, okazuje się, że stworzyli te płyty ludzie bardzo młodzi, a przecież skala ich talentu oszałamiała i oszałamia nadal.

Wielkie grupy w sporej mierze stoją wybitnymi wokalistami – głos to pierwszoplanowy instrument, trudno być świetnym śpiewakiem w słabej grupie i, odwrotnie, trudno być dobrą grupą ze słabym wokalistą. W tej mojej muzycznej karmie, początek biorącej w drugiej połowie lat 60., głos Grega Lake’a na zawsze już pozostanie  wyjątkowy: nie znajduję drugiego męskiego tak seksownego wokalu w rocku, tak bardzo uwodzącego, głębokiego, tak urzekająco i jednocześnie zupełnie nieckliwie brzmiącego w nastrojowych utworach, najczęściej zresztą autorstwa samego Lake’a.

Muzyk trafił na swojej muzycznej drodze na dwie bardzo silne osobowości, Roberta Frippa zamienił na Keitha Emersona, iskry leciały wielokrotnie, lata mijały, a rany nie chciały się goić. Lake nie był dość mocny, by samodzielnie pokierować zespołem, jednakże jako współautor przeszedł do historii rocka. 

Jego głos nieodłącznie kojarzyć się będzie z pierwszym wcieleniem King Crimson, choć na In The Wake of Poseidon (1970) był już tylko gościem. Epitaph z jednej, 21st Century Schizoid Man z drugiej oraz I Talk to The Wind z trzeciej strony. Będąc członkiem EL&P zapisał się jako autor wspaniałych ballad: Lucky Man kończącego pierwszy album, a napisanego podobno jeszcze w bardzo wczesnej młodości, From The Beginning, Still… You Turn Me On, C’est la vie czy antyświątecznego I Believe In Father Christmas.

Ktoś powie, że te wspomniane siedem płyt to przecież zaledwie pięć lat: 1969-1973. Zgoda, życzyłbym jednak sobie samemu i każdemu tak wybitnego kawałka biografii. I całej tak bardzo niepospolitej.

*

Lista tych, co odeszli, jest w tym roku okrutnie długa. Ale jako facet po pięćdziesiątce od dawna już nie mam złudzeń: świat, który zastałem wkraczając najpierw w młodość, a potem w dorosłość, odchodzi coraz bardziej w przeszłość. A więc także ten świat najbardziej ukochany – muzyczny.

[W NaTemat: 18 grudnia 2016]

Keith Emerson: smak dzieciństwa

keith_emerson

Stwierdzenie, że dom rodzinny w głównej mierze kształtuje nas jako ludzi, to frazes. Ale to właśnie tamte szczenięce lata nie pozwalają mi obojętnie przejść nad tą śmiercią, tym bardziej wstrząsającą, że samobójczą. A chodzi przecież o człowieka, który w listopadzie skończyłby siedemdziesiąt dwa lata.

[more]

*
Rock progresywny, nawet w swej pierwotnej, wzorcowej postaci, dzielił i dzieli słuchaczy.

Jedni go kochają, inni nienawidzą,

traktują jako nadęte, pretensjonalne zaprzaństwo wobec źródeł rokendrola. Dla mnie prawie wszystko skończyło się w 1980 roku wraz z rozpadem SBB, co potraktowałem jako ostatni gwóźdź do trumny – po rozwiązaniu King Crimson, przejściu w popowe klimaty Genesis, bijatykach na scenie i rozstaniu Andersona z Yes i rozwiązaniu Emerson, Lake & Palmer. Mija trzydzieści sześć lat, a w moim podejściu do tematu nic się nie zmieniło. Nic z późniejszych dokonań nie było mnie w stanie ująć, poruszyć. Ani wymienieni, ani Pink Floyd, ani kolejne pokolenia takich wykonawców.

Wracam jednak do smaków dzieciństwa, tego raju utraconego, częstokroć przaśnego, a jednak wyjątkowego. Do tej

karmy,

jaką otrzymałem z rąk, z racji takich a nie innych muzycznych wyborów, starszych braci. Bo tak mieli oni w tamtym czasie, końca lat 60. i początku 70., że gitary zaczęli traktować nieco pogardliwie, za rockowy uniwersytet uznając właśnie instrumenty klawiszowe i rozbudowane formy. Chcąc nie chcąc, nasiąkałem tym – na przykład Thick As A Brick Jethro Tull, Close To The Edge Yes czy pierwszymi płytami ELP.

Cały ten efekt został jeszcze wzmocniony w 1976 roku, gdy Polskie Nagrania wydały skróconą o dwa utwory wersję Autumn 67 – Spring 68 – zatytułowaną Keith Emerson & The Nice!  Płytę, którą – choć zakupioną przez braci – mam w swoich zbiorach.

Rok 2016 zaczął się fatalnie, od informacji o śmierci Davida Bowiego, i co kilka, kilkanaście dni docierają do nas kolejne smutne wieści. Jednak z powodów opisanych wyżej ta najnowsza zabolała mnie najbardziej, dotykając szczególnie mocno istotnego elementu osobistych muzycznych korzeni.

*
Prawdziwa kariera Keitha Emersona, urodzonego 2 listopada 1944, zaczyna się wraz z zawiązaniem formacji The Nice. I jest to jeszcze jeden dowód potwierdzający niemającą sobie równych

wyjątkowość roku 1967

w muzyce. Rokendrol dojrzewał w niewiarygodnym tempie, stając się przekazem coraz doskonalszym artystycznie i formalnie. O biegłości w zakresie opanowania gry na poszczególnych instrumentach można było mówić w odniesieniu do coraz większej liczby muzyków. Tyczyło to tak gitarzystów, z Hendriksem i Claptonem na czele, jak i wszystkich innych. Wśród panów zasiadających do klawiatur zaczęli się pojawiać tacy, którzy posiadali gruntowne wykształcenie muzyczne.

Wielu – wracam do myśli z początku tekstu – złorzeczy takiemu przekazowi, odsądza od gitarowej czci i wiary. Ale nie zmienia to w niczym faktu, iż pojawili się wtedy, z końcem lat 60., pierwsi muzycy świadomi tego, że rock jest nie tylko buntem wobec zastanych wartości społecznych czy kulturowych, nie tylko przekazem stającym w opozycji do wszystkiego, co było przed nim, ale jest też kolejnym ogniwem w historii muzyki. I  mogącym czerpać z dorobku poprzednich pokoleń, a nie tylko go – świadomie albo, częściej, po dyletancku – odrzucać.

Jednym z pierwszych był właśnie Keith Emerson: człowiek o klasycznie ustawionej głowie i szalonym, rokendrolowym temperamencie. I kto wie, chyba najbardziej ze wszystkich muzyków tego świadomym, pragnącym połączyć te

dwie estetyki.

Instrumenty klawiszowe nie miały przed nim żadnych tajemnic. Problemem było raczej najpierw okiełznanie wyobraźni, a parę lat później – zmęczenie materiału. Czasy były szalone. Ilości koncertów w roku mogące dziś przyprawić o zawrót głowy, między nimi kolejne wejścia do studiów nagraniowych, by zarejestrować materiał na następny album. Wyczerpujące tempo, któremu potwornie ciężko było sprostać.

Historia pop music najwyraźniej przyznaje rację tym, którzy postawili na atawizm, na pierwotność, prostotę środków wyrazu. Długowieczność Rolling Stones, Dylana czy Claptona są tego najlepszymi dowodami. Rock progresywny, art rock, rock symfoniczny – dość szybko wyczerpał swoją formułę, stając się przekazem, zwłaszcza w wydaniu następców, mało wiarygodnym, artystycznie podejrzanym. A jeśli ukazywały się podobne w klimacie rzeczy wybitne, jak O.K. Computer Radiohead, raczej nie kojarzono ich z rockiem progresywnym. W tej działce nie udało się nigdy to, co w gitarowym graniu uczynił punk albo grunge.

A jednak, uparcie to powtarzam, moja słabość do tamtych lat, tamtych płyt, kilku wykonawców tego nurtu nie maleje.  I nikt – ani Wright, ani Banks – może poza Wakemanem przez  pewien czas – nie może równać się z Emersonem, gdy chodzi o wirtuozerię i brawurowe przetwarzanie, stosowanie patentów muzyki klasycznej w rocku. Co z tego, że jego najistotniejsze dokonania to, w zaokrągleniu, jedna dekada? Kilkanaście płyt, w tym „tylko” parę wybitnych? Iluż wykonawców potrafi utrzymywać się na topie przez kilkadziesiąt lat? Garstka zaledwie. Pewnie fakt, iż od tamtego okresu minęło czterdzieści lat, był osobistym problemem artysty, człowieka, który nie potrafił dogonić siebie sprzed lat, ale z punktu widzenia historii rocka – Emerson na zawsze pozostanie bardzo ważną postacią.

*
Cztery lata z The Nice, 1967-70, potem intensywne poszukiwanie najlepszych muzyków na Wyspach Brytyjskich, by stworzyć supertrio. Odmawia Hendrix, odmawia jego bębniarz, Mitch Mitchell, odmawia Jon Hiseman (Colloseum).  Ostatecznie akces zgłaszają Greg Lake z King Crimson i Carl Palmer z Atomic Rooster. Z pierwszym z nich miłość przez lata była szorstka.

Ogień i woda

nie zawsze miały po drodze. Nie zapomnę – skądinąd nieszczególnie udanego i krótkiego  – koncertu ELP w katowickim Spodku w 1997 roku. Szalejący przy syntezatorach Emerson, Palmer okładający bębny, w trakcie solówki jak cyrkowiec zdejmujący tiszert – i stojący przy mikrofonie niczym rzymski posąg Lake. Z Palmerem chemia była zdecydowanie większa.

„Keith był delikatną duszą, która kochała muzykę i dawała z siebie wszystko na koncertach. Jego umiejętności klawiszowe jeszcze długo nie będą miały sobie równych. Był pionierem, a jego innowacyjny muzyczny geniusz wzruszał nas wszystkich: w świecie rocka, muzyki klasycznej i jazzu. Zawsze będę pamiętał jego ciepły uśmiech, doskonałe poczucie humoru, przykuwające uwagę występy i oddanie muzyce. Miałem wielkie szczęście, że go znałem i miałem okazję tworzyć razem z nim” – powiedział perkusista na wieść o śmierci przyjaciela (cyt. za antyradio.pl).

*
The Nice (Emerson, Davison, Jackson, O’List) zwrócili na siebie uwagę opracowaniem fragmentu musicalu West Side Story Leonarda Bernsteina, America. Ale zespół brał na tapetę także Bacha, Czajkowskiego czy Sibeliusa.

Nie inaczej działo się w zespole EL&P. Po kilku miesiącach prób zadebiutował on na festiwalu rockowym na wyspie Wight latem 1970, a pierwsze tournée po kraju zakończył wielkim koncertem w Royal Albert Hall. W listopadzie ukazał się pierwszy album tria, uznawany za jeden z najbardziej spektakularnych debiutów w historii rocka. I znów Bach, Janáček, Bartok. Trzeci album, koncertowy Pictures At An Exhibition (1971) to opracowanie muzyki Musorgskiego uzupełnionej fragmentem Dziadka do orzechów Czajkowskiego. Oczywiście, zarzutów o zwulgaryzowanie klasyki nie brakowało.

Nie miejsce tu na analizę dyskografii zespołu, ale jeśli ktoś chciałby pochylić się nad tym, co najważniejsze, to powinien sięgnąć po pięć pierwszych płyt. Poza dwiema już wymienionymi, jeszcze po Tarkusa (1971), Trilogy (1972) i Brain Salad Surgery (1973).

*

Keith Emerson cierpiał na chorobę zwyrodnieniową prawej ręki. Od pewnego czasu mógł grać, używając tylko ośmiu palców. Od lat zmagał się z depresją.  W nocy z 10 na 11 marca ciało muzyka zostało znalezione w jego domu w Santa Monica. Z raną postrzałową głowy.

[W NaTemat: 13 marca 2016]

Camel: taki ładny bezdech

camel_breathless

Miałbym opory, by Camel wymienić jednym tchem z King Crimson czy Pink Floyd. Jeśli największe firmy tamtych czasów stanowiły szpicę „First Division”, to Wielbłąda usytuowałbym gdzieś w środku stawki. Ale jak to bywa z ligowymi średniakami, czasami potrafią skutecznie powalczyć z drużynami z czołówki.

[more]

*

Powroty do przeszłości bywają ryzykowne. Dlatego też, pominąwszy permanentny niedoczas, lękam się powrotu do lektur, które zachwyciły mnie w studenckich czasach, boję się  – kto wie? – może wręcz brutalnej weryfikacji wrażeń po latach, a tym samym odebrania sobie ciepłych wspomnień i… jakiejś cząstki siebie.

Podobnie jest z muzyką, pewnymi wykonawcami, płytami z różnych powodów odłożonych na całe dziesięciolecia na bok. Im wcześniej, im bliżej początku dźwiękowych penetracji usłyszanych, tym bardziej naznaczonych emocjami i w ten sposób bardziej wystawionych na bolesną konfrontację.

Za krążkiem 

Breathless

grupy Camel rozglądałem się w ogólnie znanych sklepach muzycznych od dawna. Nie intensywnie, ale miałem go, jak wiele płyt poznanych dawno temu, w pamięci. Breathless to moje osobiste początki – już nie pakiet z dzieciństwa otrzymany od starszych braci, a samotne mierzenie się z muzyką. Jakieś dwa zimowe „Minimaksy” i zarejestrowanie na jednej z pierwszych swoich taśm magnetofonowych całego materiału.

Było wtedy tej muzyki tak mało – a jeszcze mniej miałem możliwości jej zapisu – że wszystko, co posiadałem w domu w postaci płyt i taśm, zostało wielokrotnie, gruntownie odsłuchane – z taką intensywnością, że niemal każda nuta z tamtych lat odciśnięta została na twardym dysku, czyli w głowie.

*

Koniec lat 70. był 

schyłkową fazą rocka progresywnego

w swym pierwotnym kształcie, wyraźnym wyczerpywaniem się artystycznej formuły, gdy chodzi o czołowych reprezentantów tego nurtu (choć, trzeba od razu dodać, że nie inaczej działo się z bliższą źródeł muzyką gitarową: rozpadały się albo dołowały takie formacje jak np. Deep Purple czy Black Sabbath).

Miałbym opory, by Camel wymienić jednym tchem, w jednym szeregu z King Crimson czy Pink Floyd. Jeśli największe firmy tamtych czasów stanowiły szpicę „First Division”, to Wielbłąda usytuowałbym gdzieś w środku stawki. Ale jak to bywa z ligowymi średniakami, czasami potrafią skutecznie powalczyć z drużynami z czołówki – i to niekoniecznie licząc na słabszą tamtych dyspozycję.

Rok 1978 jest – przypadek? – dość osobliwym momentem w dziejach rocka symfonicznego. Dla pełnego obrazu warto może jeszcze zacząć niniejszy wywód od krążka o kilkanaście miesięcy starszego: wydanego w styczniu 1977 roku Animals Pink Floyd. Zawierającego trzy co prawda rozbudowane, jak dawniej, kompozycje, ale jak nigdy dotąd i nigdy potem dające bardzo dużo miejsca mocno brzmiącej gitarze Davida Gilmoura. Gitarze, nigdy co do tego nie miałem wątpliwości, doskonałej, zwłaszcza w numerach z drugiej strony wydawnictwa analogowego: Pigs (Three Different Ones) oraz Sheep. Na podobne łojenie pozwalał sobie wcześniej tylko lider King Crimson, Robert Fripp, ale KC to w ogóle osobliwy i całkiem osobny rozdział w dziejach rocka.

W marcu 1978 okrojone do tria Genesis wydaje ...And Then There Were Three..., 20 września, na swoje dziesięciolecie, grupa Yes publikuje Tormato, dwa dni później ukazuje się album Camel, zaś 18 listopada Love Beach Emerson, Lake & Palmer, zdecydowanie najsłabszy z wymienionych.

*
Camel, podobnie jak Genesis, Yes i EL&P w pierwszej części swej płyty, 

odchodzi od długich form,

nawiązuje do struktury – częstokroć bardzo przebojowej – piosenki. A podobnie jak u Floydów – na plan pierwszy raz po raz wypuszczana jest soczysta gitara elektryczna, niebylejakiego zresztą majstra, jakim jest Andy Latimer, czasem riffująca jak u zespołów hardrockowych. Ta mieszanka progresywno-hardrockowo-popowa przyniosła bardzo ciekawe efekty. 

Rozbuchane formy zdecydowanie dożywały swoich dni, zaś w późniejszych realizacjach, grup-następców, częstokroć przybierały karykaturalną i wręcz niestrawną postać. Pop spod znaku Genesis też broni się średnio, ale jest to pewnie skutkiem kontekstu wielkiej próby, jaki tworzą wcześniejsze dokonania bandu w pięcio- i czteroosobowym składzie. 

Camelom natomiast udała się na tym krążku trudna sztuka połączenia tych elementów w zwartą i artystycznie bardzo udaną całość. Wpłynęło na to, jak zawsze, kilka czynników. Świetna forma kompozytorska i wykonawcza – utwory w zdecydowanej większości są po prostu bardzo dobre i po mistrzowsku wykonane. Typowe motywy progresywne, wygrywane na klawiszach, ścieśnione zostały do skondensowanych, kilkuminutowych utworów. Nie ma miejsca na nudę, jest za to na konstatację, ile się może wydarzyć w tak krótkim czasie. 

Urzekają głosy

– aż trzech muzyków na tej płycie śpiewa główne partie wokalne, trudno powiedzieć, który lepiej. Uwodzi już na samym początku, w tytułowej piosence, ciepły, ale nie przesłodzony głos Richarda Sinclaira. Przez gitarę akustyczną i nieco jazzujący bas przebija się – na zmianę – a to obój, a to flet, a to saksofon drugiego wielkiego fachury, Mela Collinsa (trudno zliczyć tych, z którymi zagrał w swej karierze), stanowiące wielką ozdobę całości. Z krainy łagodności i powłóczystych dźwięków klawiszy raz po raz wytrącają nas soczyste uderzenia gitary Latimera, dodając piosenkom tempa i dynamiki. 

Od progresji Camel ucieka jeszcze na dwa inne sposoby: czuje się wpływ znakomitej i bardzo popularnej w tamtym okresie formacji amerykańskiej, Steely Dan i, szerzej, całego kwitnącego wówczas, elektrycznego ze swej natury jazz-rocka (choćby Weather Report – w The Sleeper). Muzycy nie wzbraniają się też przed podróżami w minione wieki, jak w stylowym i bardzo nastrojowym Starlight Ride.

*

Album po latach brzmi bardzo dobrze, pewnie – paradoksalnie – tym lepiej, że nigdy nie był szczególnie popularny nad Wisłą i utwory z niego właściwie są na antenie radiowej nieobecne. Kompozycje brzmią zdecydowanie szlachetniej niż wspomniane wyżej, zbyt popowe wydawnictwo Genesis, a jednocześnie – w wielu przypadkach – są bliższe przebojowej, mainstreamowej piosence niż połamane faktury Yes. Poczucia humoru też członkom zespołu nie zabrakło, czego dowodem jest Down On The Farm.

Sześć lat później Tomasz Beksiński zaraził mnie – i nie tylko mnie – muzyką ze Stationery Traveller. Dynamiczny Breathless broni się jednak zdecydowanie lepiej niż momentami przelukrowany album z 1984 roku.

(Camel, Breathless, 1978)

[W NaTemat: 18 stycznia 2016]

Grzegorz Turnau w kolejnej drodze do Krakowa

gt_7

Skala talentu artysty zadziwia. Lata biegną, a jego umiejętność wymyślania fantastycznych piosenek wydaje się – niczym u McCartneya – bez granic. W ten sposób konsumujemy to ciastko – i ku swej radości wciąż możemy je mieć, a każdy kęs powoduje zachwyt nad szlachetnością nut i wykonania.

[more]

*

Muzyczny ród Miśkiewiczów stanowi łącznik między albumami, przy których w ostatnich dniach zatrzymałem się na dłużej. W trio Marcina Wasilewskiego na perkusji gra Michał Miśkiewicz, zaś jego siostra Dorota – nie pierwszy raz zresztą – pojawia się w nowych nagraniach Grzegorza Turnaua – kompozytora, aranżera i producenta całości, a także autora tekstu jednej z pieśni. 

Ale 7 widoków w drodze do Krakowa jest też, jak nigdy dotąd w takich rozmiarach, dziełem 

oboisty Mariusza Pędziałka. 

To on właśnie wraz ze swoją żoną odkrył  dziewiętnastowieczne dekoracyjne malowidła ścienne w czasie remontu jednej z krakowskich kamienic. Malowidła, które stały się inspiracją do powstania całego krążka. A na nim instrument Pędziałka, w kilku utworach wyeksponowany na tle orkiestry kameralnej, brzmi wyjątkowo.*

*

Jakieś dziesięć-dwanaście lat temu, kiedy moi synowie pobierali przez pewien czas lekcje muzyki – w rozmowie z ich młodym nauczycielem powiedziałem:- Z całego polskiego rocka najlepszy jest Grzegorz Turnau.

Pośmialiśmy się wtedy trochę, a dziś – słuchając nowej płyty Pana Grzegorza – mógłbym tylko to zdanie powtórzyć. Oczywiście, z rockiem GT ma niewiele wspólnego, co zupełnie nie przeszkadza wielu miłośnikom gitar elektrycznych wsłuchiwać się w jego kolejne propozycje. Zwłaszcza że ci o nieco bardziej zaawansowanych peselach począwszy od płyty Tutaj jestem wyraźnie mogą w jego twórczości dosłuchać się tropów z okolic tria Emerson, Lake & Palmer: uwodzicielsko głębokich wokali w stylu Grega Lake’a oraz harmonicznych i aranżacyjnych 

rozwiązań nieodległych od klasycznych,

a tymi chętnie posługiwał się w swych kompozycjach Keith Emerson.

Nowe utwory Turnaua znów mocniej budzą te skojarzenia, a to z racji zatrudnienia, obok stałego zespołu towarzyszącego liderowi, Śląskiej Orkiestry Kameralnej pod dyrekcją Michała Nesterowicza. Zrobiło się więc nobliwiej, wręcz filharmonicznie, chwilami pachnie Vivaldim i jego koncertami z obojem w roli głównej. Jednakże piosenki są krótkie lub bardzo krótkie – i ta czasowa kondensacja sprawia, że mniej chętnie nastawieni do takich dźwięków nie powinni czuć się osaczeni czy zmęczeni. Piękno w najczystszej postaci po prostu płynie ku nam w każdej sekundzie.

 

Skala talentu artysty zadziwia. Lata biegną, a jego umiejętność wymyślania fantastycznych piosenek wydaje się – niczym u McCartneya – bez granic. W ten sposób konsumujemy to ciastko – i ku swej radości wciąż możemy je mieć, a każdy kęs powoduje zachwyt nad szlachetnością nut i wykonania. Na nowej płycie 

jedziemy do Krakowa

i dojechać nie możemy, krążąc po Czernej, Tyńcu, Krzeszowicach czy Tenczynie. I w zasadzie gród Kraka tym razem możemy sobie darować, bo okolice, po których oprowadza nas Turnau, są niepospolitej zaiste urody.

Na koniec jeszcze jedno – wspominałem o tym już nieraz, ale powtórzę: krótkie płyty, zwłaszcza jeśli bardzo udane, mają tę dodatkową przewagę, że nie sposób się nimi nasycić. Czterdzieści sześć minut z 7 widokami upływa jak z bicza strzelił, głośniki milkną, a ja myślę sobie „To już, koniec?”. I natychmiast mam ochotę ponownie wcisnąć „play”.

(Grzegorz Turnau, 7 widoków w drodze do Krakowa, 2014)

_____

* Wszystko, co piękne pochodzi akurat z albumu To tu, to tam, za to  klip zgrabnie wpisuje się w klimat najnowszego dzieła.

[W NaTemat: 7 grudnia 2014]

Epitafium na dworze karmazynowego króla

king_crimson_1

Jeśli przed laty jakaś grupa szczególnie wymykała się z szuflady z napisem „rock symfoniczny” czy też „progresywny”, do której zwyczajowo ją wkładano, z pewnością chodzi o King Crimson.

[more]

Niespokojny duch, kameleon,

gitarzysta, lider tej kapeli, Robert Fripp, szukał bezustannie. Składy więc ciągle się zmieniały, zmieniało się instrumentarium, zmieniali się wokaliści. Zakres stylistyczny, w jakim poruszał się zespół, też był wyjątkowo szeroki – od hard rocka, poprzez patenty progresywne, aż po rozwiązania charakterystyczne dla muzyki poważnej czy jazzu. No i ten kompletny odjazd w 1981 roku, gdy KC w jedyny w swoim rodzaju sposób (na [i]Discipline[/i]) wyprzedzili o parę lat wszystko, co działo się w rocku. 

Ten 

rozrzut stylistyczny

dotyczy już debiutanckiego krążka – In The Court of The Crimson King – wydanego w 1969 roku. Otwierający płytę 21st Century Schizoid Man to znakomity, oparty na hardrockowym riffie kawałek wzbogacony partią instrumentów dętych. Najdelikatniej jak można sobie wyobrazić tkane są balladowe i zarazem psychodeliczne I Talk To The Wind oraz Moonchild. Tyle że, bagatela, w tym drugim utworze wszystko się rozjeżdża: raz w stronę freejazzowych improwizacji, a w innym miejscu (tu sięgam do „Rock encyklopedii” Wiesława Weissa) Weberowskiego punktualizmu. No i wreszcie mamy klasykę rocka symfonicznego, dwie pozycje nawiązujące do muzyki symfonicznej z XIX stulecia, w których dominują partie melotronu: tytułowa oraz Epitaph.

Najcelniej zdefiniował muzykę zespołu sam Fripp: „Podstawą twórczości King Crimson jest zorganizowana anarchia: wyzwalanie potężnych sił chaosu, a następnie szukanie dróg powrotu do stanu równowagi”. 

Na tym arcydzielnym bez wątpienia albumie po raz pierwszy pojawia się też jeden z moich szczególnie ulubionych głosów – 

Greg Lake.

Tu jeszcze jako pełnoprawny członek zespołu, rok później, na bliźniaczym albumie In The Wake of Poseidon, już jako gość. Bo po drodze zdążył stać się członkiem supertria Emerson, Lake & Palmer.

(King Crimson, In The Court of The Crimson King, 1969)

[W NaTemat:   lutego 2014]

Greg Lake i U2 – I Believe In Father Christmas

Okres świąt to – niestety – także czas muzycznej konfekcji. Karmienia nas przez cały grudzień z różnej maści głośników staropolskimi „Jingle Bells” albo „White Christmas”. Mam w domu kilkanaście wydawnictw z kolędami i – basta. Starczy, bo i tak zaraz uciekam w stronę tego, czego najchętniej słucham przez cały rok.

[more]

Greg Lake przed laty dał artystyczny upust niechęci do komercjalizacji świąt. Zrobił to na tyle dobrze, że jego utwór, opublikowany na [i]Works Volume 2[/i] (1977) tria Emerson, Lake & Palmer, stał się sporym przebojem i do dziś powraca, choć na szczęście rzadziej, w okolicach końca roku. Na szczęście, bo w ten sposób nie został zajechany do imentu. Mimo iż też doczekał się niejednej interpretacji.

Ponieważ przed rokiem w podobnych dekoracjach zamieściłem pierwotną wersję, dziś pozwolę sobie zaprezentować inne wykonanie, w którym Lake’a wspomaga na flecie sam Ian Anderson, lider Jethro Tull.

A z zestawu kolejnych interpretacji proponuję U2 z 2008 roku, która pojawiła się przy okazji kampanii – firmowanej przez Bono – związanej z walką z AIDS w Afryce.

[W NaTemat: 25 grudnia 2013]

Emerson, Lake & Palmer: Lucky Man

Po rozpadzie The Nice Keith Emerson przymierzał się do sformowania nowej kapeli, ani chybi – supergrupy. Akces do niej zgłosił sam Jimi Hendrix, ale Emerson odmówił, twierdząc, że nie chce zatrudniać gitarzysty.

[more]

Może rzeczywiście tak myślał w tamtym momencie, a może przestraszył się, że nie będzie władcą absolutnym? Ostatecznie w składzie tria znalazł się przecież Greg Lake. Gitarzysta innej miary niż Hendrix, choć jego partie gitary akustycznej do dziś robią wrażenie, przede wszystkim jednak świetny wokalista, jakim objawił się na pierwszej płycie King Crimson – In The Court Of The Crimson King (1969). Za bębnami usiadł Carl Palmer, dotychczasowy członek Atomic Rooster. I…

W 1970 roku EL&P wydali swój pierwszy album. Znakomity, jeden z najlepszych nie tylko w ich dorobku, ale w całym nurcie rocka symfonicznego. Krążek, który wieńczy przepiękny Lucky Man. Utwór otwierający jednocześnie pokaźny zestaw ballad autorstwa Lake’a, z odlotową partią syntezatora na koniec.

Jeden z moich najwspanialszych smaków dzieciństwa, którego termin przydatności do spożycia nie minie nigdy.

Wyrwane z kontekstu (3): King Crimson, Cadence and Cascade

W 1970 roku, w parę miesięcy po wydaniu debiutanckiego In The Court of The Crimson King, zespół Roberta Frippa miał już gotowy drugi album – In The Wake Of Poseidon. Śpiewał na nim, tak jak na pierwszym, Greg Lake. Z tą różnicą, że tym razem już tylko gościnnie, bo w międzyczasie stał się członkiem supertria Emerson, Lake & Palmer.

[more]

I z jednym wyjątkiem – właśnie wywołanym do tablicy utworem, w którym wokalnie udziela się trudno rozpoznawalny dziś Gordon Haskell. Ten pan, po wielu, wielu latach, miał swoje pięć minut przy okazji wydania albumu Harry’s Bar i piosenki How Wonderful You Are.

Współpraca Frippa z Haskellem nie trwała długo. Nawet po wielu latach ten drugi mówi o tym z żalem – że za swój udział w powstaniu utworu nie ujrzał ani funta itp. Nie wiem, co mówił na ten temat Fripp. Dla nas, fanów, nie to jest najistotniejsze. Haskell odszedł z zespołu zaraz po nagraniu kolejnej płyty, Lizard, jeszcze w tym samym, 1970 roku.

Nad Cadence and Cascade warto się pochylić. Jest przecudnej urody.

Sowie śpiewam a ludziom – Grzegorz Turnau, Teatr Rozrywki, Chorzów, 10 grudnia 2012

Po tym koncercie nie mam wątpliwości, że Grzegorz Turnau powinien nagrać jeszcze jedną płytę koncertową – unplugged. Właśnie taką, kameralną, z piosenkami rozpisanymi na głos, fortepian i akustyczną gitarę Jacka Królika. Uroda tych utworów jest tak wielka, że przy znakomitym warsztacie wykonawczym wystarczy ascetyczna – choć tylko z pozoru prosta – aranżacja.

[more]

Turnau w moim prywatnym rankingu już dobrych parę lat temu przebił Marka Grechutę – wieloletnią obecnością na scenie i kolejnymi płytami wciąż wysokiej próby. To naprawdę dane jest tylko najlepszym – Pan Grzegorz, bez względu, czy gra swoje, czy sięga po cudze kompozycje, czyni z nich

coś bardzo własnego.

Czasem, śmiem sądzić, lepszego od oryginału. (Pierwszy raz to wrażenie dopadło mnie kiedyś w czasie festiwalu piosenki w Opolu, gdy Stanisław Sojka wykonał Jana Serce Seweryna Krajewskiego – i z plastikowo zaaranżowanego kawałka wydobył całą jego urodę. Podobnie Turnau – gdy zaśpiewał Bynajmniej Wojciecha Młynarskiego, zrobił to, jak zawsze, stylowo i po stokroć lepiej wokalnie).

Koncert zaczął się od Herbertowskiej Czułości – i od razu zostaliśmy wprowadzeni w liryczny klimat całego występu. Usłyszeliśmy piosenki starsze i nowsze, a wszystkie zabrzmiały znakomicie. Parę ładnych lat temu w tym samym miejscu artysta ogrywał materiał z przygotowywanej do wydania płyty Tutaj jestem. Raz po raz spoglądaliśmy wtedy z bratem na siebie oczarowani i zdumieni. Ileż w tej muzyce klimatów Emersonowskich! Nie wiem, na ile świadoma to inspiracja, w sumie nie jest to istotne. Jednak, dodam od razu, inspiracja w najlepszym tego słowa rozumieniu. A że na dodatek, w dolnych rejestrach, głos lidera przypominał wokal Grega Lake’a, robiło się ciepło na sercu. I tak jest już do dzisiaj.

Prócz autorskiego materiału, Turnau sięgnął po Grechutę, w Historii pewnej podróży wspaniale parodiując swojego mistrza. To samo uczynił jeszcze na koniec, udatnie podrabiając Karpiela Bułeckę w Na plażach Zanzibaru.

Sięgnął też po

klasykę anglosaską

Jealous Guy Lennona, we fragmencie zaśpiewaną w oryginale, a w części w swym młodzieńczym „przekładzie”, z czego śmiał się sam wykonawca, a my razem z nim. Nieco później Bracka przeszła w Scarborough Fair Simona i Garfunkela, w którą artysta wplótł z kolei fragmencik piosenki z serialu „Stawiam na Tolka Banana” (Stare miał dżinsy, starą koszulę). Nie mogło też zabraknąć Starszych Panów (m.in. O Kutno!) i obok nich Billy’ego Joela (She’s Always The Woman będącego coverem piosenki Wasowskiego i Przybory – tak, tak! – Moja dziewuszka nie ma serduszka, też zresztą wykonanej). Na bis jeszcze raz Grechuta – Motorek – oraz, przedświątecznie, Wigilijna Święta Noc.

Sto minut wybornego grania okraszonego uroczą, lekką i dowcipną konferansjerką to naprawdę wspaniały pierwszy wieczór tygodnia. Żadnego taniego efekciarstwa, kunsztowna gra Jacka Królika i fortepianowe pasaże gwiazdy wieczoru służyły – jak zawsze – muzyce.

Koncert miał w nazwie

„piosenki sowie”,

co – jak wyjaśnił Pan Grzegorz – wzięło się kiedyś z banalnej literówki. Sowa, słusznie czy nie, jest symbolem mądrości. A piosenki, które ma w repertuarze artysta, zawsze skłaniały do refleksji i zadumy, bo są po prostu mądre. I bardzo szlachetnie wykonywane – tak na płytach, jak i na koncertach. Grzegorz Turnau gra i śpiewa nie sobie a muzom, lecz subtelnie, inteligentnie i z poczuciem humoru – czyli sowie. Gra nam, ludziom, tym wszystkim, którzy chcą go słuchać. A warto.