Urodziłem się, by grać na gitarze

guy_born

Jeśli dwudziestolatek oświadcza, że rythm & blues jest tym, co chce grać, że urodził się, by grać na gitarze, spotykają go albo pełne wyższości, ironiczne spojrzenia, albo dobrotliwe, ojcowskie uśmiechy kwitujące młodzieńcze deklaracje: „Pożyjemy, zobaczymy”. Jeśli podobne rzeczy mówi stary człowiek, który wiele już przeżył, a przede wszystkim o którym świadczą jego dokonania, kłaniamy się mu nisko, pełni szacunku i uznania.

[more]

Buddy Guy, wysoko ceniony przez branżę, przez gitarowych następców w osobach m.in. Hendriksa, Claptona czy Rolling Stones, długo czekał na należne mu, 

powszechne uznanie.

Doczekał go dopiero po pięćdziesiątce, w latach 90. (pewnie też dlatego zabrakło dla niego miejsca w pierwszym wydaniu „Rock Encyklopedii” Wiesława Weissa z 1991 roku). Już pod koniec lat 50. stosował na koncertach sprzężenia, ale Leonard Chess, szef Chess Records, nie godził się na nagrania studyjne z wykorzystaniem tego efektu. Jak wielki był to błąd, okazało się parę lat później, gdy podobną technikę zastosowali wspomniani Jimi Hendrix, dla którego Guy był wielkim mistrzem, i Eric Clapton w barwach The Cream.

W tamtym czasie, na przełomie lat 50. i 60., Guy zetknął się z największymi: Muddym Watersem, Williem Dixonem, Howlin’ Wolfem. Zwłaszcza ten pierwszy, pionier elektrycznego bluesa, wywarł na młodego muzyka olbrzymi wpływ. Dziś, po wielu latach, gdy nie ma już ani Watersa, ani Dixona czy Johna Lee Hookera, a w maju zmarł B.B. King (1925-2015) –

bluesowy tron

został zajęty przez dziadka Buddy’ego. Gitarzysta i wokalista 30 lipca skończył siedemdziesiąt dziewięć lat, więc przejęcie korony dokonało się po cichu, spokojnie i z pokorą oraz wielkim szacunkiem dla mistrzów. Krzepy i pomysłów mógłby mu pozazdrościć niejeden młodziak. Wciąż regularnie, co rok – dwa lata proponuje nowy materiał. W 2013 wydał znakomity Rythm & Blues, a w sierpniu bieżącego roku ukazał się nieustępujący mu Born To Play Guitar. (W nieskomplikowanym tytułowaniu kolejnych albumów jest sobie wierny od początku, weźmy ich tylko parę, tych sprzed lat: A Man And The Blues, Blues Today czy Play The Blues). Guy do nagrania płyty zaprosił kilku

dobrych znajomych,

na przykład z Van Morrissonem złożyli wspólnie hołd B.B. Kingowi w przepięknej, bodaj najlepszej na płycie piosence Flesh & Bone. Album kończy się jeszcze jednym wspomnieniem: Come Back Muddy. Muddy Waters zmarł w 1983 roku, ale – widać – wiekowy dziś Guy coraz częściej kieruje swe myśli ku wspaniałym poprzednikom, którzy przeszli już na drugą stronę. Tęsknie śpiewa:

Come back Muddy, the blues ain’t been the same.

Jednakże oprócz bluesów molowych, spokojniejszych, BG – jak na prekursora sprzężeń zwrotnych przystało – raz po raz dosypuje do pieca. Czyni to albo wespół z innym kumplem, Billym Gibbonsem (ZZ Top) w numerze Wear You Out, albo w „podstawowym” składzie na tym krążku – choćby w Whiskey, Beer & Wine czy wyjątkowo mi podchodzącym, stylowym 

Turn Me Wild.

Wiele razy już zdradzałem wielką słabość do mocnych, gitarowych pieśni utrzymanych w średnim tempie – mają takie w repertuarze na przykład Rolling Stones czy Pearl Jam. Ma też nasz Dżem – i jak się wsłuchać w Turn Me Wild, to trudno nie dostrzec… podobieństw do Detoksu. Równie znakomicie brzmi inny energetyczny numer – Smarter Than I Was. Przypuszczam, że refleksja typu „Ile mi jeszcze zostało?” u osoby dobiegającej osiemdziesiątki pojawia się nieco częściej niż u dwudziestolatka. Witalność Buddy’ego Guya i, co nie mniej istotne, dyspozycja artystyczna godne są najwyższego uznania. Król wciąż jest w bardzo wysokiej formie. A w otwierającym płytę, tytułowym utworze śpiewa:

I’m gonna keep on playing And on my dying day

A polka-dot guitar will be resting on my grave.

[W Natemat: 13 października 2915]

List do D.

dem_35

Panowie, do roboty, czas najwyższy dopracować kolejne numery, wchodzić do studia, wydobyć je na światło dzienne, wypluć je z siebie ku radości własnej i wszystkich fanów.

[more]

*

Mam znajomego, który od wielu lat twierdzi, że Dżem powinien dać już sobie spokój. Nie dyskutuję z nim, gdyż, po pierwsze, każdy ma prawo do takich czy innych sądów, a po drugie – rozmowa byłaby niemerytoryczna, ponieważ wiem, że nie zna nagrań grupy z ostatnich kilkunastu lat. A jednak ta myśl o odwieszeniu instrumentów na kołki pojawiła się w mojej głowie przy okazji najnowszego wydawnictwa – dostępnego w kilku wielopłytowych wersjach.

No bo tak: Maciej Balcar jest wokalistą Dżemu 

od 2001 roku,

czyli, chwalić Boga, lat czternastu. Przez ten czas na świat wyszły tylko dwa krążki grupy z premierowym materiałem: 2004 i Muza (ta akurat w rozmiarach, mierząc analogową miarą, dwupłytowego albumu). No dobrze, nie jedyny to taki przypadek, jeśli pod lupę wziąć zespoły z kilkudziesięcioletnim stażem estradowym. Pewien problem pojawia się, gdy spojrzeć, ile w tym samym czasie ukazało się pozycji koncertowych: Zabrze, Woodstocki, obficie wypakowane pudełka na trzydziestolecie oraz „Dżem symfonicznie” – i teraz znowu kolejny jubileusz. A już za cztery lata czterdziestolecie…

Uff, dużo tego, dużo kolejnych wersji od lat dobrze znanych z repertuaru koncertowego utworów. Te proporcje między krążkami studyjnymi i na żywo są już od paru lat mocno zachwiane. I aż ciśnie się na usta: „Co, znowu zapis koncertu?!”. Tyle tylko, że po chwili namysłu w sklepie, którą wybrać wersję, pudełko trzymam w dłoni i maszeruję do kasy. Może – bodaj pierwszy raz – bez dreszczyka emocji wkładam płyty do samochodowego, a potem domowego odtwarzacza. Lecz to tylko – okazuje się – wstęp do tego, by z każdą minutą słuchać uważniej i… powoli mięknąć. Wtapiać się w te dźwięki i znów zachwycać w najbardziej porywających chwilach.
Bo pal licho ente wersje Wehikułu czasu i paru innych utworów obecnych w każdym koncertowym zestawie, pal diabli te numery, które znamy na pamięć i niczym szczególnym nas i tym razem nie zaskakują. Nad nimi trzeba przejść do porządku jako nad pozycjami obowiązkowymi i odhaczyć. Po to, by ze szczególną uwagą 

pochylić się nad pieśniami,

których Dżem ma w repertuarze mnóstwo, a które w setlistach pojawiają się niezmiernie rzadko lub wcale. Utworów znakomitych i znakomicie – a jakże, to oczywiste – zagranych, odmiennie zaaranżowanych i wprowadzających sporo świeżego powietrza do całego czteropłytowego wydawnictwa. 

Wartością dodaną są utwory z płyt z Jackiem Dewódzkim wreszcie zaśpiewane przez Balcara (pominąwszy oczywiście ciągle wykonywany Zapal świeczkę), są porywające wykonania Ostatniego widzenia, Listu do M., Słodkiej czy Niewinnych,  są goście: z zagranicy Chris Duarte i Coco Montoya, big band pod dyrekcją Andrzeja Marko, orkiestra dęta kopalni „Staszic”, Partyzant – Krzysztof Toczko, a nade wszystko skrzypek Jan Gałach – jego granie stanowi szczególną przyprawę całości.

Można się zżymać na zespół, kręcić nosem nad nadmiarem publikacji koncertowych, a może – przede wszystkim – nad faktem, że tak rzadko docierają do nas nowe nagrania Dżemów. Bo wiemy, czujemy, słyszymy to po prostu, że ci faceci są wciąż w znakomitej dyspozycji, a to z kolei sprawia, że nie dopuszczamy nawet myśli, by mogliby uraczyć nas czymś słabszym. Więc czekamy, nasze 

czekanie

wystawiane jest na ciężkie, bardzo długie próby, tym dłuższe i bardziej podszyte lękiem, im bardziej czas pędzi do przodu, im bardziej czujemy, że nieuchronnie się kurczy, że nic nie może wiecznie trwać. I wołamy: Panowie, do roboty, czas najwyższy dopracować kolejne numery, wchodzić do studia, wydobyć je na światło dzienne, wypluć je z siebie ku radości własnej i nas wszystkich.

A tym, którzy ciągle gadają coś o odgrzewanych kotletach, powiedziałbym, że zdecydowanie pomylili adres. Żaden inny polski wykonawca spośród tych, co gdzieś w pierwszej połowie lat 80. wiedli rzędy dusz, nie radzi sobie tak dobrze do dziś; z szacunkiem mogę popatrywać jeszcze w stronę Perfectu, ale repertuar (ździebko starszej) Budki Suflera czy wokalistykę Janusza Panasewicza lepiej chyba przemilczeć. 

Ci, których muzyczne podniebienia ukształtowane zostały na soczystej wołowinie lat 60. i krwistym befsztyku kolejnej dekady, wśród nich i ja, nigdy nie znudzą się takim graniem. Nigdy nie miałem i nadal nie mam wątpliwości, że Dżem jako formacja anglosaska wymieniany byłby jednym tchem z Rolling Stones, Cream, Free, Allman Brothers Band czy Lynyrd Skynyrd. Los chciał, że panowie są stąd – dzięki czemu mamy ich blisko, znacznie bliżej niż wspomniane kapele. I gdy Jan Chojnacki znów kiedyś zapyta fanów: „I co na wieczność?”, to razem z tysiącami fanów krzyknę pełnym gardłem: „Dżem!”.

(Dżem, 35 urodziny, 2015)

[W NaTemat: 23 czerwca 2015]

Lynyrd Skynyrd: nie tylko „Sweet Home Alabama”

ls_2015

Wyborny zestaw utworów, bardzo dobra forma całego zespołu, wyraźna ochota do gry mimo ciągnącej się już od pewnego czasu trasy, zawodowstwo niepozwalające zagrać poniżej pewnego, naprawdę wysokiego poziomu – to wszystko sprawiło, że sympatycy LS mogli opuścić Torwar usatysfakcjonowani.

[more]

*

Coś, o czym młodzi muzycy pewnie marzyli całymi latami. By kiedyś móc stanąć i zagrać na jednej scenie ze swoimi mistrzami. Latem, przy pięknej pogodzie, na wielkim stadionie albo, niech tam, w Spodku pełnym wiwatujących fanów.

Włosy niektórym 

panom z Dżemu

zdążyły posiwieć, a nawet powypadać z głów, dwóch po drodze odeszło do lepszego (?) świata. Niedościgłe marzenia powoli zamieniały się w nie takie znów absurdalne pragnienia, w coś niezupełnie już nierealnego. Rok temu, na trzydziestopięciolecie, były plany, by wraz z jubilatami zagrała wielka firma. Szczegółów nie znam, mogę się tylko domyśłać, że dotyczyło to dwóch nazw: The Allman Brothers Band lub Lynyrd Skynyrd. Co nie udało się przed rokiem, zmaterializowało się teraz, 3 maja w Warszawie.

Rzeczywistość jednak skrzeczy – i to okrutnie. Nieprzepastny przecież Torwar ział i straszył pustkami. W hali zebrało się raptem około półtora tysiąca osób. W czasie występu Dżemu pod sceną była taka garstka, że ogarnęło mnie przerażenie. Koncert, który powinien być wielkim świętem muzyki, świętem bluesa i rokendrola, stał się czymś na kształt tajnego spotkania tych, co wiedzą lepiej, jakiejś sekty – a już na pewno rockowej sekcji dinozaurów na scenie i widowni. Smutne to, niepojęte, ale czy na fakty można się obrażać?

Dżem, na ćwierć mocy – zgodnie z ideą supportu, dał godzinny set złożony z od lat ogrywanych na żywo utworów: od najstarszych Małej alei róż i Cegły (na bis) po Do przodu i Partyzanta z wciąż ostatniej płyty studyjnej, czyli Muzy.

Sześćdziesiąt minut to – jak wiedzą bywalcy ich koncertów – czas, po którym zespół dopiero wchodzi na obroty piątego – szóstego biegu, tu natomiast okoliczności wymusiły opuszczenie sceny. Szału nie było, bo być nie mogło, ale Dżem jak zawsze zagrał znacznie powyżej średniej krajowej.

Lękałem się o to, jak wypadnie gwiazda wieczoru. Po sprawdzeniu w internecie danych z poprzednich koncertów wiedziałem, że należy oczekiwać 

czternastu numerów,

w tym jednego na bis. Zestaw stale powtarzany, czy nie będzie więc odczuwalny efekt zmęczenia materiału (muzycznego i ludzkiego), dodatkowo spotęgowany pustawą halą? Byłoby to trudne do zniesienia, po tylu latach wyczekiwania na pierwszy w naszym kraju występ legendarnej grupy.

Już pięć kawałków puszczonych w antrakcie – w tym Kashmir Led Zep, All Along the Watchtower Hendriksa, Crossroads Cream, Highway Star Deep Purple – zabrzmiało potężniej niż polski sekstet. Przy stole mikserskim dołożono więc mocy, ale to i tak – na szczęście! – była tylko zapowiedź tego, co miało wydarzyć się za chwilę.

Przy ostatnim klasyku, Thunderstruck AC/DC, zgasły światła, a w ułamek sekundy po jego zakończeniu powaliły nas potężne uderzenia gitar w utworze stanowiącym „list motywacyjny” Lynyrd Skynyrd – Workin’ For MCA. Wokal, bębny, klawisze, bas i aż trzy gitary (którym w niektórych kawałkach towarzyszył dwuosobowy damski chórek) uderzyły w  bębenki z taką siłą, że zostaliśmy natychmiast ogłuszeni. Ale stało się to w sposób najprzyjemniejszy z możliwych.
Półtoragodzinny występ LS to zbiór w stylu „The Best of”, co tu dużo mówić, po prostu wymarzony na 

pierwsze spotkanie 

z muzyką zespołu na żywo. Ale jednocześnie też nieco bolesna refleksja, że klasyczne albumy z lat 1973-78 znaczą zdecydowanie więcej w dorobku kapeli niż cały okres po reaktywowaniu, czyli 1987-2015, z którego nie usłyszeliśmy ani jednej piosenki. Nie czynię z tego zarzutu, bo lepiej otrzymać w pakiecie najstarsze, świetne numery aniżeli te późniejsze, w większości, niestety, słabsze.

*

Smakowity zestaw utworów, bardzo dobra forma całego zespołu, wyraźna ochota do gry mimo ciągnącej się już od pewnego czasu trasy, zawodowstwo niepozwalające zagrać poniżej pewnego, naprawdę wysokiego poziomu – to wszystko sprawiło, że sympatycy LS mogli opuścić Torwar usatysfakcjonowani.

Brzmienie formacja ma bardzo, 

bardzo mocne,

po coś w końcu są te trzy gitary. Na szczęście wśród decybeli nie zabrakło tego, co dla LS pierwotne: stylowego grania na granicy rokendrola i bluesa doprawionego czasem elementami country, czyli tego, co definiowane jest jako southern rock. Maszyna od razu wskoczyła na najwyższe obroty i pędziła bez zbędnych przerw między kolejnymi numerami, mimo iż Johnny Van Zant, jak na prawdziwego Amerykanina przystało, nie szczędził trzeciomajowych grepsów (miał nawet na sobie biało-czerwony element garderoby) i wciąż domagał się od publiczności aktywnego udziału w koncercie oraz gorącej reakcji. Ufam jednak, że uprzedzono go, iż lwia część fanów rekrutuje się z roczników nieuczonych w szkołach w mowie Szekspira i Yeatsa i że nie powinien oczekiwać chóralnego odśpiewywania kolejnych piosenek. Sytuację pod samą sceną – jak usłyszałem od osoby tam stojącej – ratowali podobno młodsi sympatycy kapeli.

*

Muzyczne marzenia wciąż się spełniają. Może niekoniecznie za każdym razem w upragnionych dekoracjach, ale na to wpływu już nie mam. Tym razem do pełni osobistego szczęścia zabrakło może jakichś trzydziestu minut, by jeszcze mocniej, jeszcze pełniej nasycić się ukochanymi od wielu lat utworami – których zestaw nieuchronnie przywodził na myśl wspaniały, koncertowy One More From The Road (1976). Ale i tak Sweet Home Alabama na zakończenie części zasadniczej oraz potężniejący z każdą minutą Free Bird na bis – aż do ekstatycznego finału – to coś, czego raczej nie da się zapomnieć.

Rokendrol eksplodował w latach 50. XX stulecia, mój pesel zaczyna się od szóstki – i 3 maja wieczorem kolejny raz miałem w serdecznym poważaniu opinie, że takie granie jest stare i niemodne. Otóż, jak widać i słychać, wciąż się tak gra. I raz jeszcze dane mi było dostąpić muzycznego nieba. Bo od środka cały jestem wyklejony rockiem, a w tej układance southernowych elementów nie brakuje.

(Lynyrd Skynyrd, Dżem, Warszawa, Torwar, 3 maja 2015)

[W NaTemat: 5 maja 2015]

Zmarł Jan „Kyks” Skrzek

kyks

Żeby tu, nad Wisłą – a ściślej: nad Rawą – być bluesmanem na wzór i podobieństwo czarnych Amerykanów, w odwiecznej opozycji natura – kultura cudownie uosabiać tę pierwszą – to zaiste wyjątkowe.

[more]

*

„Jo je najszczynśliwszy, jak moga zajechać do dom, do Michałkowic, i sie po ślunsku pogodać” – tak wiele lat temu, zaraz po rozpadzie SBB, powiedział Józef Skrzek, Józa, starszy brat Jasia.

Który nie miał tych problemów – był Ślązakiem z krwi i kości, naturszczykiem do bólu i łez radości. Takich jak on nie było i nie jest wielu. Żeby tu, nad Wisłą – a ściślej: nad Rawą – być bluesmanem na wzór i podobieństwo czarnych Amerykanów, w odwiecznej opozycji natura – kultura cudownie uosabiać tę pierwszą – to zaiste wyjątkowe. Józef, kształcony w muzycznych szkołach, zrobił karierę wykraczającą poza granice Polski. Obdarzony bez porównania większym, wspanialszym głosem Jan pozostał przez całe życie synem swej ziemi.

Wielokrotnie, zwłaszcza – przyznaję – przed laty, miałem go okazję słuchać na żywo: a to na Rawach Blues, a to na różnych spędach, jakich pełno było w latach 80., na wspólnych występach z bratem Józefem, a także gościnnie występującego przed Dżemem albo razem z tyskim bandem. Ujmujące w swej prostocie i bezpośredniości były jego piosenki i cały przekaz. Nie mogły ujść uwadze niepospolite umiejętności jako pianisty i harmonijkarza. Scena ukazywała inne jego oblicze – świetnego muzyka.

*

Jan Skrzek urodził się w 1953 roku w Siemianowicach Śląskich. Przygodę z muzyką rozpoczął jako dwudziestolatek, w jazzrockowym zespole Rak. Po raz pierwszy na okładce płyty jego nazwisko pojawiło się w 1981 roku – wziął udział w nagraniu ostatniej przed rozwiązaniem płyty SBB, Memento z banalnym tryptykiem. Później także uczestniczył w sesjach nagraniowych Józefa Skrzeka – albumów Wojna światów i Józefina.  W tym samym czasie – w 1983 roku – zagrał na płycie Elżbiety Mielczarek – Blues.

Jego pierwsza solowa płyta, Górnik Blues, ukazała się w 1986 roku, a dwa lata później drugi album, Nikt nie zawróci kijem Wisły. Kyksówka Blues (1989) i Nowy Świat Blues (1992) zostały nagrane z zespołem Bezdomne Psy (Leszek Winder, Jerzy Kawalec – obaj ex-Krzak – i Michał Giercuszkiewicz – ex-Dżem). Ich kolejna wspólna płyta (oraz jeszcze Rafała Rękosiewicza i Bronisława Dużego), Modlitwa bluesmana w pociągu, poświęcona Ryszardowi Riedlowi, uznana została bluesowym albumem roku 1997.

Po śmierci „Kawy” w 2003 roku Bezdomne Psy przekształciły się w Śląską Grupę Bluesową w składzie: Winder, Giercuszkiewicz, Mirosław Rzepa i Jan Skrzek. Kapela wydawała płyty i stale koncertowała. To właśnie koledzy z zespołu znaleźli nieprzytomnego Skrzeka w jego mieszkaniu.

Kyks  zagrał – na płytach, festiwalach czy pojedynczych koncertach – z całą armią muzyków bluesowych w Polsce. Ostatnie takie nagrania to znakomity – byłem, widziałem – koncert Pamięci Pawła Bergera Dżemu (wyd. 2007) oraz Piąta strona świata (2011) śląskiego rapera Miuosha.

Jan Skrzek zmarł 29 stycznia 2015 roku w Katowicach.

*

Pozostał ślunskim chopem, którego nie raz widywałem, jak szedł gdzieś z epą lub dwiema epami (reklamówkami) w rękach – niepozornym człowiekiem, robotnikiem, górnikiem, jakich wielu w tym miejscu na mapie. Na co dzień – zbyt prostolinijnego, naiwnego człowieka, by zabiegać o zaszczyty, sławę, o lepszy czy większy kawałek tortu od życia.

Kyks już umarł przed laty. W „Śmierci jak kromka chleba” Kazimierza Kutza, filmie o tragedii pierwszych dni stanu wojennego i wydarzeniach w kopalni „Wujek” zagrał jednego z zabitych górników. Teraz śmierć naprawdę przyszła po niego.

[W NaTemat: 29 stycznia 2015]

Dzień, w którym pękło niebo

dem_20_lat

Każdy, kto miał choć mgliste pojęcie o ówczesnych zakrętach losu Riedla, domyśliłby się, o co chodzi. Lecz przecież jednocześnie fan broni się przed podobnymi scenariuszami jak długo się da, nie dopuszcza takiej myśli do siebie. Zderzenie z prawdą, okrutną, bezlitosną, musi jednak w końcu nastąpić. I nastąpiło. W najbliższych wysłuchanych wiadomościach.

[more]

*

30 lipca 1994 roku. Spędzaliśmy czas wolny od pracy całą czteroosobową rodziną w górach, żona, ja i dwaj trzyletni synowie. Ci, co mają dzieci, wiedzą, że w takich okolicznościach trudno mówić o urlopie. Nawet największa rodzicielska miłość nie zwalnia z obowiązku posiadania oczu dookoła głowy. Korzystanie z mediów – wtedy (i dziś) najczęściej z radia – nie było łatwe. 

Gdzieś chyba około południa udało się to jednak zrobić. Trójka okropnie wówczas dołowała, natomiast okres świetności przeżywał RMF pod wodzą Piotra Metza. O, Dżem! – ucieszyłem się, słysząc swoją ukochaną kapelę. Po pierwszym utworze nastąpił jednak drugi, potem trzeci i kolejny. 

Każdy, kto miał wtedy choć mgliste pojęcie o zakrętach losu zespołu i jego frontmana, domyśliłby się, o co chodzi. Lecz przecież jednocześnie człowiek broni się przed podobnymi scenariuszami jak długo się da, nie dopuszcza takiej myśli do siebie, rozpaczliwie – w tym przypadku jako fan – szuka innego wytłumaczenia. Zderzenie z prawdą, okrutną, bezlitosną, musi jednak w końcu nastąpić. I nastąpiło. W najbliższych wysłuchanych wiadomościach.

Ryszarda Riedla, Dżem, widziałem wielokrotnie w akcji. Najczęściej w katowickim Spodku – między innymi przy okazji kolejnych edycji festiwalu Rawa Blues czy koncertów urodzinowych. To była wielka radość: patrzeć, jak zespół rośnie w siłę. Z niezłego staje się dobrym, z dobrego – znakomitym. Jak dojrzewa, tworząc kolejne świetne numery, jak fantastycznie wykonuje je na żywo. Nawet zaledwie dwudziestominutowy set na koniec jednej z Raw, w którym zagrali kawałki z przygotowanego dopiero do wydania Detoksu, robił piorunujące wrażenie. 

Zaliczam się do grona wielkich wyznawców całego dorobku formacji. Tego z Riedlem, jak i późniejszego. Dżem bez RR, a potem także i bez Pawła Bergera, jest nadal Dżemem. Czy bracia Beno i Adam Otrębowie, Jerzy Styczyński  i Zbigniew Szczerbiński wraz z Maciejem Balcarem oraz Januszem Borzuckim mogliby składać hołd pamięci swym zmarłym kolegom w lepszy sposób, niż to właśnie czynią – czyli grając dalej, dochowując wierności zarówno samym sobie, jak i Im?

[W NaTemat: 30 lipca 2014]

Po koncercie: czy „Myslovitz bez Rojka to już nie to” ?

W życiu pewne są tylko zmiany. To, że z różnych powodów zmieniają się składy grup rockowych, nie jest więc niczym szczególnym.

[more]

Jeśli spojrzeć wstecz, najbardziej za nic wszelkie okoliczności miał Robert Fripp, który wciąż dobierał sobie nowych współpracowników, łącznie z tymi szczególnie istotnymi – wokalistami, tymczasem Karmazynowy Król nagrywał kolejne świetne płyty. Wielcy mogą sobie na wiele pozwolić. 

Łagodny przebieg

miała wymiana Teda Turnera na Lauriego Wisefielda w Wishbone Ash. AC/DC po śmierci Bona Scotta błyskawicznie dokooptowali nowego wokalistę, Briana Johnsona, i nagrali z nim swoją najlepszą płytę. W Van Halen po odejściu Davida Lee Rotha zameldował się Sammy Hagar, zupełnie inny, ale też świetny frontman. Wychodzi na to, że poziom artystyczny tłumaczy jeśli nie wszystko, to bardzo wiele. Poziom i – trzeba dodać – chęć powiedzenia czegoś jeszcze ponad to, co już zostało powiedziane. Bo na przykład obecność nawet takiego głosu jak Paul Rodgers nie wydaje mi się dostatecznym usprawiedliwieniem kolejnych tras koncertowych pod szyldem Queen.

A w Polsce? Przed laty, gdy stan zdrowia nie pozwolił Krzysztofowi Jaryczewskiemu kontynuować współpracy z Oddziałem Zamkniętym, zespół uzupełnił Jarosław Wajk. Ale cóż z tego, jeśli wyraźnie zaczynało brakować pomysłów, a kolejne zmiany wokalistów tylko pogrążały formację. Podobny los spotkał Mafię po odejściu Andrzeja Piasecznego.Nieuchronnie zmierzam w stronę przypadku najsmutniejszego i najbardziej spektakularnego zarazem. 

„Dżem bez Riedla to już nie to”

– słychać było zewsząd. Kiedyś o tym pisałem, ale powtórzę: pamiętając o wcześniejszych śląskich przypadkach – SBB i Krzaka – gdy po rozpadzie grup muzycy, łącznie z Józefem Skrzekiem, niczego szczególnego już nie stworzyli, jako wielki fan tyszan prawie modliłem się, by grali dalej. Jacek Dewódzki nie zachwycał, nie za dobrze wpisywał się w bluesrockowy klimat nagrań kapeli, ale siła instrumentalistów była zbyt wielka, by całość zaczęła kuleć. Natomiast zatrudnienie w 2001 roku Macieja Balcara okazało się strzałem w dziesiątkę – Dżem wciąż jest po prostu wielki i miękko wylądował nawet po kolejnej tragedii – śmierci klawiszowca Pawła Bergera.

I jeszcze jeden przykład: Hey. Paradoksalnie, od odejścia pierwszego lidera, Piotra Banacha, gdy – wydawało się – dalsze losy zespołu stanęły pod wielkim znakiem zapytania, istotniejsza okazała się wolta stylistyczna, która dokonała się kilka lat później. Z rasowego, gdzieś na początku zanurzonego w grunge’u gitarowego zespołu Hey przeistoczył się w formację bardzo mocno opartą na brzmieniach elektronicznych. Ryzykując odwrócenie się fanów i utratę dotychczasowej pozycji.

Dżem, Hey i Myslovitz:

trzy wyjątkowo ważne w dziejach polskiego rocka zespoły. Pierwszy będzie niebawem świętował swoje trzydziestopięciolecie, dwa pozostałe mają już ponaddwudziestoletnią historię. Sporo bardzo ważnych dokonań – płyt i poszczególnych nagrań, które mocno zapisały się w głowach i sercach miłośników gitarowego grania między Odrą a Bugiem. Najwyższa półka na rodzimej scenie – tym trudniejsze więc i bardziej brzemienne w skutki decyzje, tym większe emocje fanów związane ze zmianami personalnymi czy – gdy mówimy o Heyu – stylistycznymi.

Myslovitz bez Rojka, Rojek bez Myslovitz – to stało się faktem dwa lata temu. Atmosfera w kapeli wyraźnie się oczyściła, bo jej duszna gęstość w ostatnim okresie funkcjonowania w poprzednim składzie była aż nadto odczuwalna. W 2013 roku światło ujrzała nowa płyta – [i]1.577[/i], a teraz Artur Rojek sygnalizuje swój powrót na scenę.

Myslovitz wystąpił wczoraj, 

półakustycznie, w Rialcie. 

W Katowicach, a więc właściwie na swoich śmieciach. Zespół dał długi, prawie dwuipółgodzinny koncert. W pierwszej godzinie zaprezentował materiał z albumu Korova Milky Bar, w drugiej części odegrał zawartość nowej płyty. Na długi bis złożyło się pięć piosenek z Miłości w czasach popkultury oraz Scenariusz dla moich sąsiadów. I?

Gdy słyszymy stare piosenki w nowych wykonaniach, porównania są nieuchronne, zderzenie tego, co pamiętamy, z tym, co słyszymy, odbywa się bezustannie, z utworu na utwór, z jednego wyśpiewywanego słowa na drugie. Rojek na żywo nigdy mnie nie zachwycał. Głos ma osobliwy, z pewnością nie taki, o którym powiedzielibyśmy: mocny, twardy, męski. Z trzymaniem linii melodycznej też miewał problemy. Ale – zwłaszcza dziś, po obejrzeniu w akcji nowego frontmana – nie mam wątpliwości, że był (jest) osobowością. Postacią wziętą z filmów Wernera Herzoga, takim

Nosferatu wampirem. 

Mimo niewielkiego wzrostu – demonicznym, charyzmatycznym, oszczędnym w komunikowaniu się z publicznością, ale potrafiącym skupić na sobie uwagę. Trzy występy starego Myslovitz, które dane mi było obejrzeć – w 2002 roku w Spodku, znakomity w 2005 roku na zakończenie pierwszego dnia festiwalu „Ku przestrodze” i bodaj w 2008 roku na Polach Marsowych pod Stadionem Śląskim miały w sobie sporo z tego, co zwykliśmy określać jako magię.

Wczoraj tej magii nie było. Ostrożny byłbym z mówieniem, że zespół bez Pana Artura to już tylko chłopcy z Mysłowic. Ale nie lubię takiego kumplowania się z widownią, nadmiaru wypowiedzianych, częstokroć zupełnie nieistotnych zdań. Jeśli koncert ma mieć coś z misterium, to tego rodzaju wypełniacze pomiędzy piosenkami zdecydowanie taki odbiór uniemożliwiają. 

Muzyka się jednak broni.

Świetne w wielu przypadkach utwory takimi przecież pozostają, a jest ich sporo zarówno Na Korovej, jak i na 1.577. Michał Kowalonek wyraźnie lepiej wpisywał się w nowy materiał. Czy tylko dlatego, że moje – i pewnie nie tylko moje – ucho było wolne od porównań? 

Ale nie przekonał mnie, że jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Czy nie jest nazbyt popowy, wręcz, jak powiedziała moja żona, boysbandowy? Na pewno, przynajmniej póki co, brak mu charyzmy – umiejętności bycia frotmanem z prawdziwego zdarzenia, który potrafi porwać słuchaczy, unieść w powietrze, zabrać ze sobą w podróż. Kowalonek jest bardzo młody, wiele jeszcze przed nim, może kiedyś tak się stanie. 

Pytanie tylko, czy zespół to udźwignie: czy jest w stanie ocalić zainteresowanie fanów przez kolejne lata. Czy bez Rojka, nawet proponując ciągle dobry, chwilami bardzo dobry materiał muzyczny, nadal będzie w stanie władać sercami i, co nie mniej ważne, portfelami słuchaczy? Wczoraj mogące pomieścić około czterysta osób Rialto było pełne. Więc?

(Myslovitz, Katowice, Rialto, 21 marca 2014)

Wciąż łyżkami jeść – Dżem, Chorzowskie Centrum Kultury, 3 października 2013

Dżem nigdy nie grał słabych koncertów. Powiem więcej: nigdy nie grał niezłych koncertów. Pierwszy raz usłyszałem ten zespół na żywo chyba trzydzieści lat temu, grali dobrze. Potem działo się tak, że byłem świadkiem ich występów co najmniej raz w roku. Widziałem, jak z dobrej kapeli stają się bardzo dobrą. Świetną.

[more]

I fantastyczne jest to, że lata lecą, skład – także w następstwie najsmutniejszych faktów – parokrotnie się zmieniał, a zespół pozostaje

osobnym rozdziałem w muzyce

nie tylko polskiej, ale, co powiedział już dawno temu Jan Chojnacki, także europejskiej. To formacja rodem z Południa Stanów.

Wzruszył mnie wczoraj Beno Otręba. Czwarty członek ZZ Top, który za sprawą amerykańskich służb przerzucony został na Śląsk, by graniem bluesa czynić znośniejszym komunizm. Był wyjątkowo ożywiony (Beno, nie komunizm), uśmiechał się raz po raz, podśpiewywał sobie momentami, co przywodziło na myśl lata 80., gdy wielokrotnie podchodził do tego samego mikrofonu co Riedel. Jak zawsze – mistrzowsko napędzał bas, raz po raz zabawiając się z młodszym bratem w stylu Status Quo.

Właśnie. Od dawna już przywykliśmy do tego, że gdy pora na gitarową solówkę, to – jak zauważył mój syn – spoglądaliśmy na prawo, w stronę Jerzego Styczyńskiego. Tymczasem wczoraj jeszcze jedno przypominało mi

Dżem sprzed trzydziestu – dwudziestu pięciu lat:

praktycznie równy podział solówek między Styczyńskiego i Adama Otrębę. Ten ostatni nie jest może tak efektowny, ale to także fachman z tych (Tych) nie tak znowu licznych stylowych w Polsce. Jak dobrze, że o sobie przypomniał.

Trochę żałowaliśmy, że koncert był takim Dżemem dla wszystkich, że odegrano chyba w komplecie wszystkie „naj”, a z ostatnich dwóch płyt tylko pięć kawałków – Diabelski żart i Do kołyski z 2004 oraz Do przodu, Nie patrz tak na mnie i Partyzanta z Muzy.

Ale – co tam! Wszystkie atuty zespołu, jakie znamy od dawna, wciąż pozostają atutami: radość grania, fantastyczny warsztat i szacunek dla publiczności. Choć część główna skończyła się po półtorej godzinie, wraz z dwoma pokaźnymi bisami zespół przebywał na scenie blisko sto pięćdziesiąt minut.

Co było

mniej oczywiste,

to początek – pięknie brzmiący Wiem na pewno wiem – nie kocham cię, następnie Boże daj dom (moje uszy chętnie usłyszałyby tu skrzypce) oraz – jeszcze jedno westchnienie za dawnymi latami, kiedy ten utwór był żelaznym punktem każdego występu – Nieudany skok.

Publiczność, zdecydowanie – średnio rzecz biorąc – starsza niż na przykład na festiwalu Ku przestrodze, była jednak wyraźnie zadowolona z tego swoistego „debestofu”. Podniosła się z miejsc przy Harleyu, pozostała tak przy Wehikule czasu, uszczęśliwiona była Cegłą oraz zwieńczeniem koncertu w postaci Whisky.

Ten whiskaczowy scenariusz powtarza się już chyba od kilkunastu lat: zaczyna Styczyński na gitarze akustycznej, a po paru minutach pojawia się właściwy temat i reszta instrumentów. Konstrukcja utworu – wypisz, wymaluj Cockerowskie

With A Little Help From My Friends,

czyli ekstatyczne never ending story. W pięknym wnętrzu odnowionego parę lat temu ChaCeKu, mieszczącego około czterysta osób, ze sceną na wyciągnięcie ręki, widać było, ile węgla przerzucił wczoraj Zbigniew Szczerbiński. Oj, nie oszczędzał się bębniarz Dżemu nic a nic. Gra w starym stylu – gęsto – jak Baker, Bonham, Nebeski czy Hajdasz.

Jerzy Styczyński robił swoje, tak samo Janusz Borzucki, zdecydowanie lepiej nagłaśniany w tej gitarowej przecież kapeli niż dawno temu Paweł Berger (to pewnie sprawa większych dziś możliwości technicznych). Maciej Balcar jest dla mnie, pisałem już o tym, właściwym facetem na właściwym miejscu. Nie wyobrażam sobie nikogo, kto równie pięknie wniknąłby w ducha tej kapeli.

Nie był to z pewnością jakiś szczególny koncert. Jeden z wielu tak dla zespołu, jak i starych fanów. I może właśnie dlatego z tym większą radością konstatuję, że poza mniejszą ilością i bielszym kolorem włosów większości członków zespołu, w Dżemie bez zmian. Czyli wciąż znakomicie.

Wyrwane z kontekstu: Dżem, Bym zobaczyć mógł i Jeden zwyczajny dzień

Ciężko było Dżemowi po śmierci Ryszarda Riedla, bardzo ciężko. Z jednej strony skończył się schizofreniczny problem, czy frontman wyjdzie dziś na scenę, czy też nie będzie w stanie i zagramy instrumentalny koncert. A z drugiej – to gadanie, którego osobiście nie cierpię – że Dżem bez Riedla to już nie to, że nie ma racji bytu. To, że kapela gra do dziś – i to jak! – jest najlepszym uzasadnieniem podjętych w trudnych chwilach decyzji.

[more]

Trzy studyjne albumy nagrane z Jackiem Dewódzkim dawały jednak pewne argumenty do ręki przeciwnikom. Było słabiej i Pod wiatr (1997). Ale też, dodajmy od razu, słabiej nie znaczy słabo.

Nawet jeśli w wywołanym albumie zignorujemy (czego osobiście nie popieram) osiem pierwszych numerów, za dwa ostatnie należą się zespołowi głębokie ukłony. Chyba nigdy niegrane na żywo, fantastyczne kompozycje braci Otrębów – pierwsza Adama, druga Bena. Jedyne w swoim rodzaju, Dżemowe pomieszanie bluesa i rocka, soczyste gitary. I na plecach dreszcze, ciary. I fenomenalna, gilmourowska solówka Jerzego Styczyńskiego w drugim z nich. A gdy utwór, zdaje się, już gaśnie, jeszcze pojawiają się monumentalne nuty Pawła Bergera, znów słyszymy dźwięk gitar, powraca refren. Po prostu piękne…

Wyrwane z kontekstu: Lynyrd Skynyrd, Sweet Home Alabama

Ian Gillan wspominał, że gdy dowiedział się, iż supportem Deep Purple podczas trasy po Stanach ma być Lynyrd Skynyrd, był ciężko zdziwiony. Skąd ich wytrzasnęli, co to w ogóle za kapela?! Przestał się dziwić, gdy zobaczył wypełnioną po brzegi widownię, wiwatujący tłum, podczas gdy z głośników dobiegały stylowe, rokendrolowe dźwięki.

[more]

O LS mówiło się, że anarchiści, rebelianci. Śpiewali o Południu, które zawsze miało i ma kompleksy wobec bogatej Północy. Ciężko było ich okiełznać, zachowywali się jak grupa rozrabiaków w szkole. Zresztą sama nazwa zespołu wzięła się ze zniekształcenia nazwiska znienawidzonego nauczyciela. Nagrywanie płyt zespołu wymagało anielskiej cierpliwości. Bo ci faceci lubili grać, ale na żywo. Mozolna praca w studiu była ponad ich cierpliwość, ciągle ktoś znikał, spowalniając lub zatrzymując proces powstawania nowego materiału.

Jakby tego wszystkiego było mało, w 1977 roku w katastrofie samolotowej zginęli, nie dożywszy nawet trzydziestki, wokalista Ronnie van Zant i gitarzysta Steve Gaines. Zespół odrodził się dziesięć lat później, a frontmanem został Johnny van Zant, brat Ronniego (gdyby po śmierci Ryszarda Riedla wokalistą Dżemu został jego syn, Sebastian, podobieństw tyskiego zespołu do LS mielibyśmy jeszcze więcej).

Lynyrd Skynyrd wypracował własny, łatwo rozpoznawalny styl łączący bluesa, rocka i boogie, ma w dorobku wiele wspaniałych kawałków. Ten jednak, otwierający album Second Helping z 1974, jest ponad wszystkie inne. To jak Satisfaction w dorobku Stonesów albo You Really Got Me Kinksów.

   Sweet home Alabama 

   where the skies are so blue 

   sweet home Alabama 

   Lord I’m coming home to you. 

Palce lizać – Dżem, Muza, 2010

Jako nieodrodny syn swego ojca, śniadania i kolacje najchętniej kończę kawałkiem białego pieczywa z dżemem. Uśmiecham się teraz, bo kto wie, czy to upodobanie nie zbiegło się w czasie, gdzieś w latach 80., z przejściem mojej miłości do Dżemu w dojrzałą fazę.

[more]

Na Muzę przyszło czekać długo,

bardzo długo, całe sześć lat. Bo tyle minęło od pierwszej płyty (2004) nagranej z Maciejem Balcarem, a zawierającej premierowy materiał. Lecz warto było. Otrzymaliśmy taką ilość nowej muzyki, która w wydaniu analogowym złożyłaby się na wydawnictwo dwupłytowe. Zabieg to zawsze ryzykowny, ale nie w przypadku tej kapeli.

Album jest znakomity, zdecydowanie najlepszy spośród tych wydanych po śmierci Ryszarda Riedla, perfekcją wykonawczą przywodzący na myśl Detox. Dżemy już od dawna potrafią robić w studiu nagraniowym to, co w pierwszym okresie działalności miało miejsce „tylko” na scenie. Czyli – z nut pozornie dość mocno już ogranych, wielokrotnie zastosowanych gdzieś przez kogoś w przeszłości wycisnąć wszystko, co się da – z lekkością i łatwością przynależną tylko instrumentalistom i stylistom największym.

Zaczyna się od Koniecznie, przypominającego nieco Autsajdera, zaś w samej końcówce tekstowo nawiązującego do Wehikułu czasu. Tam było o szyciu bluesa, tu – rokendrola.

Potem mamy

Partyzanta, rewelacyjny numer Zbigniewa Szczerbińskiego

i wielki przebój zespołu. I znów odnajdujemy jakieś paralele, tym razem z Najemnikiem.

Ani dużo, ani mało to właśnie przykład na to, jak z dźwięków bardziej oczywistych robi się co najmniej dobry utwór, ozdobiony znakomitymi solówkami – najpierw gitary, a zaraz potem organów Hammonda. Nie inaczej jest w bluesowym Bujam się.

Wolności dni to – po Partyzancie – znów moje emocje największe. Za reggae szczególnie nie przepadam, jednak tutaj – inaczej niż w Pawiu czy Whisky z pierwszego singla grupy, mamy aranż bluesowo-rockowy. W klimatach szczególnie bliskich członkom zespołu, ale i takim fanom jak ja.

Duch Duanne’a Allmana

unosi się nad tym utworem od początku, lecz to, co dzieje w finale, stanowi absolutny majstersztyk.

Zwalniamy tempo w To wszystko co mam. Wspaniały blues jakby wzięty z Zemsty nietoperzy albo Najemnika. Z kolei Do przodu gitarowymi zagrywkami nieodparcie kojarzy się z Lynyrd Skynyrd – takie to niby proste, a jakże smaczne.

I kolejny rewelacyjny numer – Za to, że żyje. Kręci mnie najróżniejsza muzyka, ale w Dżemie od lat najbardziej uwielbiam Allmanowską lekkość, nieprawdopodobną wręcz finezję, jaką olśniewają takie kawałki jak właśnie ten. Pozostajemy w podobnych klimatach przez kolejne prawie dziesięć minut, w tytułowym de facto Leci muza, delektując się stylowym bluesem i wspaniałą solówką Jerzego Styczyńskiego.

Nie patrz tak na mnie jest, jeśli dobrze pamiętam, pierwszym kawałkiem z tej płyty, który zespół zaczął ogrywać na koncertach. Świetny rokendrolowy numer, w którym jest

coś i ze Stonesów, i z Lynyrdów,

przypominający Harleya. Finał – o rany, który to już Dżemowy raz? – palce lizać.

Potem mamy najmocniejszy na krążku, ostry, gitarowy Strach, a na koniec jeszcze jedną perełkę – wielkiej urody walczyk, Szarą mgłę.

Dżem w wybornej formie. Do wszystkich starych atutów zespołu dochodzi, ale też przecież nie pierwszy już raz, pewność – w najlepszym rozumieniu tego  słowa – starych wyjadaczy, absolutna pewność tego, co i jak się robi. A ponieważ nie ma na Muzie słabszych kompozycji, efekt końcowy robi jeszcze większe wrażenie. Najlepszy album studyjny grupy od wielu lat. Kunsztowny, bardzo dojrzały, a przy tym tchnący świeżością i wielką radością grania.