Bigbitu wybicie się na niepodległość

1967 rok pozostanie w dziejach szarpidructwa elektrycznego rokiem wyjątkowym. Na świecie zabawa zdecydowanie się skończyła. Rokendrol przechodził w fazę dojrzałą artystycznie i zbuntowaną przeciw zastanemu porządkowi – politycznemu, społecznemu i kulturowemu. The Beatles nagrali „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”, Rolling Stones aż dwa krążki – „Between The Buttons” i „Their Satanic Majestics”, Bob Dylan „John Wesley Harding”

[more]

To także w tamtym, 1967 roku Stonesi wywrócili do góry nogami myślenie polskiej młodzieży, grając w samym sercu socjalistycznego organizmu – Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki. Ale nie był to pierwszy w Polsce kontakt na żywo z anglosaską kapelą. Dwa lata wcześniej odwiedzili nas The Animals. A ci zamieszali w kotle nie tylko polskich odbiorców nowej muzyki, ale także ich twórców. Razem z Anglikami jeździli po naszym kraju 

Polanie.

Pal diabli występy, ale to, co nie mniej istotne, rozgrywało się po nich, wieczorami i nocami w pokojach hotelowych. Mimo problemów językowych panowie Puławski, Wander, Nebeski i bracia Bernolakowie spędzili z Burdonem, Price’em i ich kumplami mnóstwo czasu i do reszty zwariowali na punkcie rythm and bluesa.

Gdy dwa lata później, po powrocie z wielomiesięcznego pobytu w RFN i Danii, weszli do studia, by nagrać swoją pierwszą płytę, byli zawodowcami. Nawet jeśli nie sposób nie zauważyć, że świat zrobił kolejny krok naprzód, że „tam” pojawili się tacy giganci ostrego grania jak Cream czy Hendrix, muzyka Polan robi potężne wrażenie. 

Jedyny, jak się miało wkrótce okazać, longplay zawierał tylko siedem piosenek po polsku. Druga strona składała się z coverów: The Animals, Raya Charlesa, The Kinks czy Lovin’ Spoonful. Jeśli dorzucimy jeszcze małą płytkę, wydaną nieco później, zawiarającą trzy kolejne interpretacje, tym razem utworów Charlesa i The Artwoods (zespołu Arta Wooda, w którym zaczynał Jon Lord, późniejszy założyciel Deep Purple), to mamy wyraźnie określone muzyczne credo polskiego kwintetu.

Całkiem niedawno Andrzej Nebeski opowiadał, że zespół rozpadł się przez… kobiety. Cóż, nie pierwszy i nie ostatni to taki przypadek. Osobiście nie mogę tego odżałować – ci faceci grali tak, że do dziś z przyjemnością w każdej sekundzie każdej piosenki można posłuchać dowolnego instrumentu. A mocny wokal Piotra Puławskiego w niczym nie ustępował głosom frontmanów wielu kapel anglosaskich.

Od połowy lat 60. działał w Rzeszowie zespół

Blackout,

na czele którego stał Tadeusz Nalepa. Śpiewał w nim Stanisław Guzek, lepiej znany potem jako Stan Borys. W 1967 roku nagrana została jedyna duża płyta kapeli. Może najmniej znacząca z czterech tutaj wymienianych, ale sygnalizująca coś, co miało się wydarzyć, w zmienionym składzie i pod nową nazwą, kilkanaście miesięcy później. Gitara lidera już wtedy zwracała uwagę, a wielkim przebojem stała się Anna. Pamiętać należy także o prostest songu Te bomby lecą na nasz dom. Osobiście mam wyjątkową słabość do pocztówkowego wspomnienia z dzieciństwa, prostego wyznania artysty rockowego – piosenki Moje srebro to głos gitary.

W 1967 roku ukazała się także debiutancka płyta

Skaldów.

Tutaj mamy do czynienia z innymi inspiracjami – głównie chodzi o The Beatles i to wcale nie o te rokendrolowe numery. Jeśli uwzględnimy fakt, że czwórka z Liverpoolu, choć mająca już za sobą nagranie Revolvera (1966), sama też dopiero wchodziła w swój najlepszy, dojrzały okres twórczy, dzieło braci Zielińskich robi jeszcze większe wrażenie. Zespół równie mocno jak z Wysp Brytyjskich czerpał z folkloru. A co stanowiło kolejny potężny atut – stronę tekstową powierzył poetom, najlepszym, co widać z perspektywy czasu, autorom, którzy zechcieli pisać dla twórców rockowych: Leszkowi Aleksandrowi Moczulskiemu, Agnieszce Osieckiej i Wojciechowi Młynarskiemu.

I wreszcie album, którego tytułowa piosenka jak żadna inna wzbudziła ogólnonarodową dyskusję i międzypokoleniowy spór. Co to za sposób przekazu, jak można tak nie tyle śpiewać, a drzeć się na całe gardło?

Czesław Niemen

nie był już debiutantem, ale Dziwny jest ten świat stanowił pierwszą w całości propozycję jego i jego zespołu, Akwareli. Propozycję bardzo dojrzałą. Tu inspiracje sięgały za ocean, do muzyki czarnych, przede wszystkim Otisa Reddinga oraz Raya Charlesa. Krążek, jako pierwszy w historii polskiej fonografii, otrzymał status „Złotej Płyty”.

Bigbit, ugrzeczniony jak jego nazwa (wymyślona przez Franciszka Walickiego), strawna – w odróżnieniu od imperialistycznego rock and rolla – dla ówczesnych czynników, powoli odchodził w przeszłość. Rola Niebiesko- i Czerwono-Czarnych z Adą Rusowicz, Wojciechem Kordą, Katarzyną Sobczyk czy Karin Stanek nieuchronnie się marginalizowała. Coraz większa część młodzieży chciała już czegoś więcej niż tylko  nieskomplikowanej muzyki. Śmiała się z wielu banalnych piosenek Czerwonych Gitar, cepeliady No To Co czy kiczowatości Trubadurów. Nic dziwnego. Za chwilę do drzwi studiów nagraniowych nad Wisłą mieli zapukać Breakout i Klan. Oraz Marek Grechuta, którego utwory były może nie rockową, ale z pewnością kolejną propozycją dla wymagającego odbiorcy.

[W NaTemat: 11 listopada 2013]

Jak zaraziłem się odrą, świnką i muzyką

Od czego to wszystko się zaczęło? Szukam w pamięci jakiegoś konkretnego, pierwszego muzycznego obrazu, ale – jak to zwykle bywa – znajduję nie jeden, ale strzępy przynajmniej kilku.

Mam parę lat i biorę do ręki plik bardzo starych płyt, wytwarzanych z kruchego szelaku, tych na 78 obrotów. Jedna z nich spada na podłogę i tłucze się. Z niepokojem spoglądam na rodziców siedzących obok, ale mama tylko mówi: „Nic się nie stało”.

[more]

Jakaś, jedna z wielu, popołudniowa „sesja muzyczna” – uświadamiam sobie, że dopóki rock’n’roll nie zawładnął głowami i sercami moich starszych braci, zdarzało się, iż słuchaliśmy płyt całą rodziną – pamiętam jakieś pocztówki z Małym księciem Katarzyny Sobczyk czy piosenkami Krystyny Konarskiej oraz sióstr Panas.

W drugiej połowie lat 60. pojawia się „Symfonia” – sporych rozmiarów

radioodbiornik z gramofonem

w jednej obudowie. Wyposażony był w tzw. magiczne oko – charakterystyczną lampę będącą wskaźnikiem dostrojenia do częstotliwości nadawania wyszukiwanej stacji. Posiadał otwieraną z góry pokrywę, w tylnej ścianie wycięty otwór, aby móc zmieścić na talerzu płytę długogrającą. Ponadto przełącznik obrotów: 78 (na najstarsze, łamliwe), 45 (na single i tzw. czwórki) i 33 i 1/3 obrotu na minutę na LP.

Pierwsze „epokowe” wspomnienie – to, które odmieniło życie i świadomość dwóch nastoletnich chłopaków i jednego pięcioipółletniego brzdąca. 1968 rok, styczniowa wizyta mojej znacznie starszej kuzynki z mężem. I obok urodzinowego prezentu dla mamy –

Dziwny jest ten świat,

czyli pierwsza długogrająca płyta Czesława Niemena. Nie zapomnę błysku, jaki mieli w oczach moi bracia, Grzegorz i Andrzej (ja też, choć znacznie mniej z tego rozumiałem). Tego pietyzmu i nabożnej czci, z jaką Grześ wyjął krążek z okładki, a następnie foliowego worka, i położył na talerzu. Podniósł ramię, jak to się wtedy mówiło, adaptera, odchylił je w prawo, co powodowało uruchomienie napędu talerza, i delikatnie położył igłę na „rozbiegówce” płyty.

Muzyczne drogi rodziców i nas, trójki ich synów, rozeszły się bezpowrotnie. Ta płyta to było nawet nie cięcie nożycami – to było

uderzenie topora.

Lawina ruszyła. Młodość moich braci, a moje dzieciństwo, to najwspanialszy okres w muzyce rokendrolowej. Wtedy nie mogliśmy tego wiedzieć, takie rzeczy widać dopiero z pewnego oddalenia, z perspektywy czasu, ale nikogo nie muszę przekonywać, że okres 1967-1975 zaowocował najwspanialszymi płytami rockowymi.

Drugie istotne wspomnienie – tata z Andrzejem powracający „z miasta”. Ojciec na zakupach to w ogóle był w naszym domu ewenement, ale on kupujący magnetofon, kiedy już wiedział, że pod rodzinnym dachem nie będzie rozbrzmiewać łagodna i banalna piosenka pop o tradycjach francusko-włoskich, to wydarzenie bez precedensu (bo też nigdy potem nie przyłożył ani ręki, ani portfela (poza paroma płytami-prezentami przywiezionymi ze Związku Radzieckiego), ani ucha do naszych fascynacji.

A jednak – wtedy, w późnojesienny wieczór 1970 roku – stali w drzwiach z

ZK120,

produkowanym w Polsce na licencji Grundiga. Prostym, dwuścieżkowym magnetofonem szpulowym, ale przecież pozwalającym nagrywać prezentowane w Trójce utwory zachodnich wykonawców (w tamtych czasach nikt nie mówił o takich kwestiach, jak prawa autorskie). Podniecenie Grzesia mieszało się z żalem i złością, że to nie on był obecny przy zakupie, że przecież, jako esteta i uczeń Technikum Radiowo – Telewizyjnego, wybrałby lepszy egzemplarz.

Ale po chwili było już tylko podniecenie. Pierwsze nagranie dokonane za pomocą zwykłego mikrofonu marki Tesla, który stanowił załącznik do magnetofonu. Słowa „Spóźniłem się” Andrzeja dotyczące ułamka sekundy, o który zbyt późno włączył nagrywanie, i palec na ustach Grzegorza.

Parafrazując Jerzego Pilcha: powiedzieć, że do dziś pamiętam ich płonące spojrzenia, to nic nie powiedzieć.

 



Wszystko mi mówi, że wciąż kocham starych Skaldów

Jest taka grupa, której cztery pierwsze płyty stanowią kanon. Chodzi oczywiście o Led Zeppelin i hard rocka. A w moim domu, dawno, dawno temu, podobny ślad zostawili dwaj polscy wykonawcy: Czesław Niemen i Skaldowie. I on, i oni nagrali znacznie więcej, ale – w obu przypadkach – te pierwsze cztery albumy ukształtowały w sporej mierze kręgosłupy muzyczne moich braci i mój.

[more]

Kochałem je miłością cielęcą, kilkuletniego dzieciaka, kocham te piosenki i dziś. Z jednej strony zakichana to przewaga, że tyle widzę, patrząc wstecz, wciąż bardziej przerażony, że aż tyle i ciągle więcej. A z drugiej – sporo świeżych, dziecięcych i młodzieńczych fascynacji przerodziło się w dojrzałe uczucie. Bardzo przyjemne, bo perspektywa się wydłuża, kontekstów przybywa, a pewne stare płyty smakują jak wina z dobrych roczników.

Skaldowie uosabiają to, co

najszlachetniejsze w polskiej muzyce rozrywkowej,

i to nie tylko przełomu 60. i 70. lat, ale pojmowanej szerzej. Teksty pisali dla nich nawet nie tyle dobrzy tekściarze, co po prostu poeci: Leszek Aleksander Moczulski, Agnieszka Osiecka czy Wojciech Młynarski. To wartość trudna do przebicia przez jakiegokolwiek innego wykonawcę. To jest po prostu literatura.

Gdy myślę o warstwie muzycznej – drugi raz gnę się w pół pełen uznania. Wykształcenie muzyczne braci Zielińskich od początku przekładało się na dużą, coraz większą kulturę muzyczną. Krakowowi szczególnie blisko jest do Tatr, więc tej góralszczyzny nie brakowało w ich kompozycjach. Ale było to wyważone, nieepatujące folklorem i jego rytmami, a umiejętnie wplecione w całość.

Jeśli natomiast szukać anglosaskich tropów, to nasuwają mi się dwa. Przede wszystkim The Beatles. Bezczelna świadomość i pewność, że w piosence można zawrzeć znacznie więcej, niż wydawało się dotąd. Że to, choć forma zaledwie trzy-czterominutowa, mogą być kunsztowne skonstruowane dzieła, pięknie oszlifowane diamenty. No i – chórki oraz obfite korzystanie ze smyków.

Drugi – to Jethro Tull, pochylenie nad klasyką, bogactwo aranżacji, włożenie do jednego utworu tego, co słabsi rozłożyliby na dwie, trzy piosenki.

Wreszcie – nie wolno nie wspomnieć o backing vocals – nikt nie robił tego z takim bezpretensjonalnym i dziewczęcym wdziękiem, jak Alibabki. Trudno więc się dziwić, że na rewersie okładki drugiej płyty znalazł się tekst także i o nich (były to takie czasy, w których wydawca sądził, iż wypuszczenie na rynek krążka w okładce bez artykułu o wykonawcy będzie edytorskim niedopatrzeniem).

Skaldowie, z dłuższą przerwą, funkcjonują do dzisiaj, wciąż jeszcze realizują nowe nagrania, ale recepcja przeciętnego słuchacza urywa się gdzieś na latach siedemdziesiątych. Nieszczęsne pomylenie pierwszego z przywołanych wyżej poetów z liderem podziemnej Konfederacji Polski Niepodległej, które sprawiło, że zespół zniknął z mediów, zbiegło się w czasie z wyraźną obniżką formy artystycznej. Zespół wciąż bardziej i bardziej oddalał się od poziomu prezentowanego w pierwszych latach działalności.

Skaldowie powstali w 1965 roku, dwa lata później ukazał się ich

debiutancki album

(z piosenkami Uciekaj, uciekaj, Nocne tramwaje, Zabrońcie kwitnąć kwiatom). Wygrywali wtedy przeróżne przeglądy, plebiscyty, przebijając w nich nawet Czerwone Gitary, grające przecież znacznie prostszą muzykę. Propozycje krakowian były sporym wyzwaniem dla ówczesnej młodzieży.

Jak wielki dokonał się postęp, widać po materiale składającym się na drugą płytę Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał (1968). Na szybko kilka tytułów: Nie całuj mnie pierwsza, Będzie kolęda, Sady w obłokach, Dwudzieste szóste marzenie. W Śpiewam, bo muszę mamy co prawda deklarację literacką, pióra Agnieszki Osieckiej, ale pewnie nieźle obrazującą status materialny ówczesnych artystów: „Za dwa pomidory, za pół kilo gruszek – śpiewam, bo muszę”. Odkuć się nieco pozwoliły dopiero znaczone sukcesami wojaże po Związku Radzieckim, Węgrzech i NRD.

Ledwie co polskim nastolatkom dane było zachłysnąć się gitarami podłączonymi do wzmacniaczy, a już pojawili się ci, którzy, wzorem najzdolniejszych wykonawców zachodnich, zaczęli tę konwencję rozsadzać. Andrzej Zieliński, kompozytor i aranżer większości utworów, nie obawiał się niczego. Cytaty na pograniczu plagiatu – Zapomniany młyn czerpiący ze Still I’m Sad The Yardbirds – zdarzają się w dorobku grupy niezmiernie rzadko.

U Skaldów

nie ma ostrych gitar,

jest sięganie do tradycji piosenki z czasów przedrokendrolowych, odważne stosowanie orkiestry. Kolejne utwory olśniewają urodą, pięknymi i jednocześnie niebanalnymi melodiami i – o czym już wspomniałem – świetnymi tekstami. Wygrywali plebiscyty na najlepszą grupę bigbitową miesiąca czy roku, a wciąż wymykali się rockowi (w wąskim rozumieniu tego zjawiska). Jak w ich piosence z trzeciej płyty, Króliczku – nie chodziło o to, by znaleźć formułę, ale by jej ciągle szukać. I to zespołowi w pierwszych latach, na pierwszych płytach znakomicie się udawało.

Trzeci album Cała jesteś w skowronkach (1969) to szczytowe osiągnięcie grupy. Patrzę na tytuły – perła za perłą, jedenaście znakomitych piosenek. Tytułowa, Prześliczna wiolonczelistka, Medytacje wiejskiego listonosza, Wieczór na dworcu w Kansas City. 20 sierpnia 1968 roku autobus, którym jechał zespół, uczestniczył w poważnym wypadku. Andrzej Zieliński tak wspominał swoje szpitalne myśli: „Że trzeba walczyć do ostatniej szansy, do ostatniego tchu. Że jeszcze w życiu wszystkiego nie powiedziałem. Że życie jest piękne…”. Również z takich doświadczeń zrodziły się te znakomite kompozycje.

W 1970 roku wyszła czwarta płyta Od wschodu do zachodu słońca. Mocniejsza, rockowa. Z pobytu zespołu w USA lider przywiózł organy Hammonda – i to one zdominowały brzmienie. Najlepiej znany kawałek to Mateusz IV, dedykowany Niemenowi. Wtedy wydawało się, że materiał zawarty na tym krążku jest bardzo nowoczesny, nadążający za obowiązującymi trendami. Dziś widać, że zespół rzeczywiście bardziej zanurzył się w rocku, ale na kolejnych albumach z coraz słabszym artystycznie skutkiem.

Tu urywam tę i tak już długą opowieść. Historia zespołu toczyła się dalej, ale te cztery pierwsze płyty są najlepsze, kanoniczne. Nie zapominajmy o nich. I nie zapominajmy o Skaldach, bo to był w tamtym czasie  znakomity zespół. I jeśli wracamy do jego dokonań, to przede wszystkim właśnie tych z pierwszych płyt.

Pieśni piękne obiektywnie – Soyka śpiewa Niemena, Teatr Rozrywki, Chorzów, 28 stycznia 2013

W poniedziałkowy wieczór zasiadłam (to „a” nie jest literówką) w wypełnionym po brzegi Teatrze Rozrywki. Wśród publiczności – ludzie w różnym wieku, część to na pewno fani Niemena, część Soyki, a jeszcze inni jednego i drugiego wykonawcy. Taki był zresztą zamysł płyty i promującego ją koncertu – coś w rodzaju Mickiewiczowskiego O wieści gminna! ty arko przymierza między dawnymi i młodszymi laty.

[more]

Zaczęło się 

– przynajmniej dla mnie – nieszczególnie. Na scenie pojawił się kolektyw w składzie: Przemek Greger (gitara), Marcin Lamch (kontrabas), Kuba Sojka (perkusja) i Zbyszek Uhuru Brysiak (perkusjonalia). Wreszcie sam mistrz: Stanisław Soyka, który od lat nie przypomina już dawnego wokalisty jazzowego, tego nagrywającego Blublulę (1981) z interpretacjami standardów jazzowych i soulowych, uznaną przez dziennikarzy za najlepszy jazzowy album roku, występującego na scenach całej Europy m.in. z triem Wojciecha Karolaka czy Michałem Urbaniakiem, supportującego koncert Raya Charlesa, wreszcie wybieranego raz za razem przez czytelników magazynu Jazz Forum najlepszym wokalistą roku.

Dwadzieścia lat temu z okładem nastąpił popowy zwrot i narodził się Soyka. W 1990 artysta wylansował przeboje Cud niepamięci i Play It Again, zapowiadające jego najsłynniejszy album, czyli Acoustic. To z tego krążka w pierwszej części koncertu zabrzmiał zaśpiewany z widownią (a jakże) Cuuuuud niepamięci.

„Śpiewać każdy może… a nawet powinien” – oświadczył pan Stanisław, ale tu pozwolę się z nim nie zgodzić. Lubicie zawodzić na koncertach? Ja średnio, a już na pewno nie lubię być do tego zachęcana. Przeżyłam jakoś te wokalizy przy nasza wiara jest jak skała, nasza miłość jest szalona i absolutnie nic nie udałoby się nam bez miłości/absolutnie nic nie udałoby się nam gdy miłości brak. Ludziom się podobało. No i dobrze.


Ale po co ja to wszystko piszę

bo wyszli na scenę Alek Korecki – saksofon i flet (Young Power, Tie Break, Brygada Kryzys, Elektryczne Gitary, VooVoo, Ireneusz Dudek)  i trębacz Ziut Gralak (tu chyba łatwiej wymienić, z kim nie grał, bo angażuje się w tak wiele projektów) i zrobiło się bardzo stylowo.

Już słowa  na tym świecie rzeczy, których nie można kupić poparte taką sekcją dętą zabrzmiały o niebo lepiej – niebanalnie i z pazurem.

Gdy na scenie pojawił się gitarzysta Niemena, Tomasz Jaśkiewicz i zaczęliśmy konsumpcję dania głównego, atmosfera, ta muzyczna, zgęstniała i wreszcie można było się poczuć jak na jazzowym koncercie.

Popłynęły, jak to ładnie określił Soyka, pieśni piękne obiektywnie. I to zarówno te bardzo oczywiste, jak Dziwny jest ten świat czy Jednego serca, jak i te rzadziej przypominane (Sukces zaśpiewany ładnie z synem perkusistą – czyżby rósł kolejny wokalista z pałeczkami w rękach?). Dla mnie absolutnym majstersztykiem było dynamiczne, ba, wręcz psychodeliczne, Stoję w oknie, okraszone solówkami na saksofonie, trąbce i gitarze – Jaśkiewicza. Trzeba oddać Soyce, że dawał swoim znakomitym muzykom pograć – każdy miał swoje pięć minut, nawet kontrabasista (brawo!). Momentami koncert przeradzał się w jam session – widać było (a to chyba najprzyjemniejsze dla słuchaczy), że granie sprawia im przyjemność, którą chcą dzielić się z publicznością. Wydaje mi się, że do piosenek Niemena wokalista podszedł z większą pokorą i dyscypliną niż do swoich utworów. I przede wszystkim – nie wyśpiewywał wszystkiego od pierwszej do ostatniej nuty, gdzieś znikała ta – dla mnie przynajmniej – nieznośna maniera i zakochanie we własnym głosie.


Na koniec – pieśń Ojczyzna do słów Norwida.

Przez wzgląd na wieszcza nie będę złośliwie komentować. To już lepszym wyborem na bis był Dylan i The Times They Are A Changin’ (wiem, wiem, trochę to obrazoburcze), a nawet evergreen w rodzaju Tanga Memento vitae.

Drugi bis to przewrotny wiersz Miłosza Po osiemdziesiątceNiedługo skończy się cała parada/Co za różnica, wypada nie wypada.

Czy Niemenowi by się podobało? Tego się już nie dowiemy.

 

 



Lech Janerka – artysta osobny

Późnojesienne i zimowe, studenckie wyprawy do Koszarawy, do niemałego domu rodziców koleżanki z grupy. 1983 i 1984 – ileż par potworzyło się za sprawą tych eskapad! Wspinaliśmy się w piątkowy wieczór w górę, dźwigając mniej lub bardziej wypchane plecaki. Tylko jednemu z nas zawsze butelki uderzały jedna o drugą. W tych dziwnych czasach jego zadaniem było zadbanie, byśmy całej nocy nie spędzili przy herbacie albo wodzie mineralnej (Boguś, pozdrowienia i uznanie, że nie stłukłeś wtedy żadnej flaszki!).

[more]

To tam wywijaliśmy hołubce przy trójkowej liście przebojów, na której znajdowała się wtedy piosenka

Śmielej

(„Kiedy mówisz do mnie: ja no i ty, ja no i ty nic nie znaczy. Ja no i ty – mów inaczej”), a parę miesięcy później dopadała nas młodzieńcza nostalgia przy Strzeż się tych miejsc („Tu nie wolno głośno śmiać się i za dobre mieć ubranie”).

Pamiętam, że moje zupełnie pierwsze wrażenie dotyczące Klausa Mitffocha było takie – czy to nowy kawałek Republiki?

Parę lat potem w plebiscycie „Magazynu Muzycznego” na najlepszą polską płytę wszechczasów w pierwszej trójce znalazły się właśnie jedyny krążek Klausa oraz debiut solowy Lecha Janerki – Historia podwodna – przedzielone Enigmatic Niemena.

Album Klausa był powalający.

I nie taki prosty do ogarnięcia dla mnie – kogoś, kto do niedawna tkwił w rocku symfonicznym i mainstreamowym, gitarowym graniu, o punku słyszał, ale nie widział tych załóg za wiele na żywo. I, powiem szczerze, niewiele z tej estetyki rozumiał. Tyle że – KM nie mieścił się w niej tak całkiem, a właściwie tylko trochę. To nie byli już nastoletni chłopcy, umieli grać, a Pan Leszek pisał świetne teksty.

Zespół jednak rozpadł się bardzo szybko, a czas pokazał, że artystyczne racje były po stronie Janerki, który do dziś jest jedną z najważniejszych postaci w polskim rocku. Na każdą jego nową płytę czeka się z niecierpliwością. Bo wiadomo, że w tym graniu o coś chodzi, a teksty są często zgryźliwym komentarzem rzeczywistości – jednak na tyle uniwersalnym, że po latach nietracącym na aktualności, wciąż czytelnym dla słuchacza i niejednokrotnie zachwycającym grą skojarzeń.

*

Lech Janerka nagrywa rzadko,

w ostatnim czasie z czynnego uprawiania muzyki wyłączyła go kontuzja ręki, ale problemy – na szczęście – minęły. Płyty brzmieniowo różnią się od siebie. Mamy lżejsze, bardziej „popowe” Piosenki (1989) albo Plagiaty (2005), ale też wyraźniej eksponujące gitary Ur (1991) czy Bruhaha (1994). Łączy je wszystkie wzmocnienie niskich tonów: gitara basowa lidera i wiolonczela jego żony, Bożeny Janerki – rytm, gwałtowność połączone z płynnością i harmonią. Ponadto – zawsze świetni muzycy, których Pan Leszek starannie dobiera sobie na współpracowników.

I teksty: nigdy byle jakie, zawsze o czymś, będące bystrą i gorzką najczęściej obserwacją świata. Czasem też bardzo poetycką, jak na przykład w „Labiryntach”:

Labirynty mają swój ukryty sens

Nie chciałbym zbyt wiele o tym mówić

Ciemność i marzenia i więcej nie ma nic

A na zewnątrz waleczny świt pamiętam tylko przestrzeń

Bezkarny gwałt określeń

Początek snu a potem nic

P.S. Choć to setny wpis, to nie ja jestem w stanie wskazującym. I nie moją jest robotą tło w dołączonej piosence. Nie wiadomo czemu pojawia się okładka Historii podwodnej zamiast Piosenek. Czyżby dlatego, że te ostatnie na CD ukazały się dopiero w tym roku, więc okładki wcześniej nie dało się ściągnąć z internetu?

Po drugiej stronie bigbitu – Breakout, Na drugim brzegu tęczy, 1969

Blackout i potem Breakout – kolejne wspomnienie z dzieciństwa. Pocztówka z utworami Anna i Moje srebro to głos gitary, śpiewanymi jeszcze przez Stanisława Guzka, czyli Stana Borysa. A jakiś czas później w domu pojawia się w albumowej okładce Na drugim brzegu tęczy.

Kochałem tych polskich hipisów miłością kilkuletniego miłośnika muzyki. Ich kolorowe stroje, długie włosy i bardzo nowe wtedy w Polsce brzmienie. Moim szczególnym ulubieńcem był Michał Muzolf, basista, który nagrał z zespołem tylko tę jedną płytę, by potem stanąć na czele formacji Hard Road, którą nawet miałem okazję zobaczyć na żywo w Wiśle.

[more]

Oszaleliśmy wtedy na punkcie

Gdybyś kochał, hej.

Ilu zdawało sobie sprawę z tego, że jest to jeden wielki cytat (zostańmy przy tym terminie) z Hey Joe Hendriksa? Po Polanach, Skaldach i Niemenie był to kolejny wykonawca wyrastający ponad średnią krajową, intensywnie koncertujący nie tylko w Polsce, ale i Holandii, skąd członkowie zespołu poprzywozili sobie świetny na owe czasy sprzęt.

Głos Miry Kubasińskiej, nosowy i niezbyt duży, nie budził nigdy zachwytów, Nalepa wyczuwał od samego początku, że ten „instrument” niekoniecznie dobrze pasuje do całości. Dlatego kolejne płyty – w tym bardzo ważnego w dziejach polskiego rocka Bluesa – nagrał bez swojej ówczesnej żony. Ten debiut fonograficzny był jednak wyjątkowy. W składzie, zamiast planowanego pierwotnie drugiego gitarzysty, pojawił się Włodzimierz Nahorny, świetny muzyk jazzowy (kompozytor m.in. słynnego Jej portretu) i zagrał na saksofonie oraz flecie.

Płyta powaliła

ładunkiem energii i mocą gitar.

Józef Hajdasz niemiłosiernie okładał swoje bębny – o czym po latach mówił lider, że za gęsto i za głośno – ale nie on jeden wtedy tak grał. Jak posłuchać Gingera Bakera (Cream) czy Nebeskiego (Polanie), jest bardzo podobnie. I, przyznam, wcale mi to nie przeszkadza. Jeśli Polanie poruszali się w klimatach rhytmandbluesowych, Skaldowie bogatymi harmoniami przywodzili na myśl Beatlesów, to Nalepa z koleżeństwem wyraźnie wychwycił najnowsze trendy w zachodniej muzyce – początki hard rocka spod znaku Hendriksa i Led Zeppelin. Nahorny nie był pierwszy, bo saksofony albo flety, w rękach Wandera czy Polarka, pojawiały się już w rockowych składach, ale swoimi solówkami wyraźnie dodał smaku tej odkrywczej wtedy u nas muzyce.

Krążek stanowił

piękne zwieńczenie lat sześćdziesiątych.

I zbyt niepokorne zdaniem ówczesnych decydentów – muzyka była za głośna, włosy za długie, stroje za kolorowe. Wniosek? Breakout mają zniknąć z mediów, a już szczególnie z telewizji.

Longplay ten jest w dorobku grupy dziełem osobnym. Słychać bowiem na nim fascynacje wspomnianymi już czołowymi gitarami rockowymi, a  niedługo potem lider zespołu skłonił się ku klimatom Mayallowskim – kierując się w stronę czystego bluesa, czemu pozostał wierny do końca swej artystycznej drogi.

Choroby, okrutne i bezlitosne, przedwcześnie zabrały z tego świata zarówno Mirę Kubasińską, jak i Tadeusza Nalepę. Jednak ich dzieło znacznie lepiej znosiło i znosi próbę czasu niż polityczne i gospodarcze dokonania sekretarzy sprzed lat. I jest w tym, na szczęście, jakaś dziejowa sprawiedliwość.

Gorąco zachęcam do sięgnięcia po te nagrania. Dlatego, że należą one do najbardziej znaczących w pierwszych latach mocnego grania nad Wisłą. Dlatego, że przeprowadzają to granie przez rzekę dzielącą nieporadny jeszcze czasem bigbit od dojrzałego rocka. I wreszcie dlatego, że

Nalepa

jest jedynym konsekwentnym stylistycznie łącznikiem pomiędzy dawnymi i nowymi czasy w polskim gitarowym graniu. Przez kilka dekad należał do najważniejszych postaci na muzycznym rynku, a przez jego zespoły przewinęło się kilkudziesięciu znaczących instrumentalistów z Józefem Skrzekiem na czele. Poszłabym za tobąNa drugim brzegu tęczy albo Powiedzieliśmy już wszystko zasługują na naszą szczególną pamięć. Lecz przecież całej płyty słucha się z dużą przyjemnością.


Long live rock’n’roll, it live, let it live

Tym różnimy się od zwierząt, iż wiemy, że umrzemy. Wszyscy. Z biegiem lat tych śmierci wokół nas wciąż więcej i więcej. Coraz więcej tych, których znaliśmy, lubiliśmy, kochali, którzy dostarczali wzruszeń – a których nie ma już w tym jedynym znanym nam świecie. Każda śmierć wyjątkowa, tak jak wyjątkowe, niepowtarzalne jest życie każdego człowieka.

[more]

Czy można zastanawiać się, czy etyczne jest wartościowanie –

czyja śmierć ważniejsza,

a czyja taka sobie, jedna z wielu? Nieuchronnie zmierzając w swych rozważaniach w stronę muzyki, pomyślałem tak: czy bardziej należy żałować tych, którzy okazali się niezastąpieni – solistów, liderów grup, muzyków, bez których kumple nie wyobrażali sobie dalszej wspólnej działalności – od tych, którzy znaleźli swoich następców?

Spojrzałem ostatnio na okładkę analogowego wydania Najemnika Dżemu. Trzy do trzech. Trzech jest w tym zespole do dziś. Perkusista wrócił do macierzystego zespołu. Riedel i Berger dżemują już ze świętym Piotrem.

Każde działanie żyjących muzyków uważam za zasadne i uprawnione, nie czuję się upoważniony do jego moralnej oceny. Mogę tylko mówić o swoich wrażeniach, próbować dokonywać artystycznej oceny. Mówiłem już o tym, ale powtórzę: bardzo, bardzo się cieszę, że Dżem działa dalej. Cieszę się, bo muzyka zespołu jest ciągle wysokiej próby. Rozważanie, jak by to było,

gdyby żyli Rysiek i Paweł,

jest ze wszech miar niestosowne i niezręczne, Ból, żal, wzruszające wspomnienia – pozostają, ale budzimy się rano i trzeba dalej żyć.

Niemen, Grechuta, Nalepa, Ciechowski. Wymieniam tylko największych w polskiej muzyce drugiej połowy XX i początku XXI wieku. Tę listę, niestety, można by ciągnąć bardzo długo. Ona zawsze będzie otwarta i wciąż uzupełniana o kolejne nazwiska. Tych ludzi już nie ma, ale twórcze działanie jest tą cudowną sferą życia, dzięki której obdarzeni największym talentem pozostają na długo nie tylko w pamięci, ale przede wszystkim w głowach i sercach innych – za sprawą napisanych książek, namalowanych obrazów, skomponowanej i nagranej muzyki.

Ponad

pół wieku rock’n’rolla

to dużo i mało jednocześnie. Nie sposób dociec, ile znaczyć on będzie za kolejne pół wieku, za sto, dwieście lat w dziejach ludzkości. Jednocześnie jednak dla wielu żyjących dzisiaj rock jest czymś, bez czego trudno sobie wyobrazić świat. Tak się porobiło, że nawet tak wielka ilość hałasu i decybeli, niespotykana wcześniej w historii, dowodzi wrażliwości. Tej czy innej, ale wrażliwości.

Dla mnie muzyka – pojmowana od lat szerzej, ale jednak z akcentem na gitary i perkusję – jest jedyną używką, od której stale jestem uzależniony. A przecież nie ja jeden. Jest nas naprawdę bardzo, bardzo wielu. Niech żyje rokendrol. On żyje. Pozwólmy mu żyć.

Polska płyta wszechczasów – Niemen Enigmatic, 1970

Mój ojciec – i nie on jeden – mówił: „Wygląda i drze się jak małpa”. Ani rokendrola, ani kolorowych strojów, ani długich włosów Niemena, a potem innych, wielu nie było w stanie pojąć. A ja dziś, pisząc te słowa i wsłuchując się po raz nie wiadomo który w jego czwartą płytę długogrającą, wciąż jestem zdumiony, w jakie rejony zabrnął w 1969 roku najwspanialszy polski wokalista i jeden z najwybitniejszych kompozytorów. A może, po prostu, najwybitniejszy.

[more]

Niemen był artystą niespokojnym i niepokornym. Po paru latach współpracy z Niebiesko-Czarnymi utworzył własną grupę Akwarele, z którą nagrał swoje trzy pierwsze duże płyty. Ale gnało go dalej i dalej.

To Wojciech Młynarski namówił Niemena do skomponowania muzyki do Norwidowskiego

Bema pamięci żałobnego rapsodu.

Impulsem zaś od strony brzmieniowej była dość ciekawa okoliczność. W 1967 roku przyjechał na Jazz Jamboree Georgie Fame. Zagrał i odleciał, ale o jeden dzień dłużej w Polsce zostały jego organy Hammonda. Anegdota głosi, że Niemena niemal siłą trzeba było od nich odrywać, by móc je wreszcie spakować i odesłać na lotnisko.

No i ten zespół!

Czesław „Mały” Bartkowski na bębnach, Zbigniew Namysłowski i Zbigniew Sztyc na saksofonach, Michał Urbaniak na saksie i flecie, Tomasz Jaśkiewicz na gitarze i Janusz Zieliński na basie i gitarze – to pierwszy skład typu all stars w polskim rocku. A że w większości tworzyli go jazzmani – efekt artystyczny był nieprawdopodobny. Wokalnie wspomagały lidera Alibabki i chór R. Miazgi, co pozwoliło zbliżyć się z jednej strony do soulu, a z drugiej – do monumentalnych chorałów gregoriańskich.

Pamiętam dzień, gdy mój brat, Grzegorz, przyniósł te płytę do domu. Był to co prawda egzemplarz zakupiony za pieniądze kolegi i nazajutrz mu przekazany, ale wkrótce płyta zagościła w naszym domu na stałe (ach, te niedobory kieszonkowego!). Już sama

okładka robiła piorunujące wrażenie

– albumowe wydanie, ciemne, mroczne zdjęcia długowłosego i brodatego artysty przy własnych już Hammondach, te płonące na nich świece – i wszystko w grubej, złotej ramie: absolutny odjazd!

A potem płyta z pietyzmem zostaje położona na talerz gramofonu i… Wtedy, na świeżo, tej świadomości raczej nie mogliśmy mieć, zbyt mało zachodniej muzyki docierało do Polski. Z perspektywy czasu widać jednak bardzo wyraźnie – tym albumem Czesław Niemen zameldował się w ścisłej światowej czołówce, o czym – niestety – mało kto zza żelaznej kurtyny wiedział. Powstała płyta fenomenalna,

arcydzieło.

Przez kilka kolejnych lat, w różnych składach (przede wszystkim z późniejszym SBB) artysta nagrał kilka jeszcze świetnych krążków, ale poziomu NE już nie osiągnął.

Wciąż nurtuje mnie pytanie, dlaczego odmówił współpracy ówczesnej wielkiej gwieździe łączącej klimaty czarnej i białej muzyki – Blood, Sweet & Tears. Podobno w obawie, że będzie musiał zrezygnować z własnych pomysłów. Inaczej postąpił czeski wirtuoz instrumentów klawiszowych, Jan Hammer, który pograł trochę z Mahavishnu Orchestra Johna McLaughlina, a potem podjął solową karierę. Ale to już tylko akademickie rozważania.

Niemen Enigmatic

to cztery utwory skomponowane do wierszy poetów polskich: Norwida, Asnyka, Kubiaka i Przerwy-Tetmajera. Mistrzowskie kompozycje, perły nad perłami, zagrane przez najlepszych muzyków, jakich sobie można było wyobrazić w rockowym składzie. Aż się wierzyć nie chce, że tak znakomitym albumem Niemenowi przybyło niewielu mniej nowych antagonistów niż entuzjastów. Artysta bezustannie drażnił ówczesną władzę, zaś tym krążkiem rozsierdził ortodoksów nabożnie pochylonych nad klasyką literatury polskiej.

Płyta ukazała się w 1970, lecz nagrywana była w październiku 1969 roku. Anglosaskie gitarowe granie notowało już pierwsze wielkie dzieła, jednak rock progresywny najlepsze miał dopiero przed sobą. Co prawda prężnie działał w tamtym czasie The Nice z Keithem Emersonem na klawiszach, ale Pink Floyd mieli za sobą dopiero dwa studyjne albumy. Filmowy More natomiast ukazał się w lipcu, zaś Ummagumma w listopadzie 1969. Fantastyczny debiut King Crimson, In The Court of The Crimson King, pojawił się w sprzedaży 10 października 1969 roku. A tu, nad Wisłą, Czesław Niemen – bez baterii syntezatorów – stworzył swoje opus magnum i zarazem najwspanialszą płytę w historii polskiej muzyki rockowej.

Polanie

Myślę, że z Polanami – w polskim wymiarze – jest jak z Chuckiem Berrym. Nie byli pierwsi, wzięli się przecież z Niebiesko- i Czerwono-Czarnych (a przed nimi był jeszcze Rythm and Blues z Bogusławem Wyrobkiem), ale od nich zaczyna się między Bugiem a Odrą granie dorównujące ówczesnym anglosaskim dokonaniom.

[more]

Początki były niełatwe, nagrania radiowe, choć słychać już w nich niezłe możliwości muzyków, w gruncie rzeczy brzmią archaicznie – od strony kompozycji i realizacji nagrań bardzo jeszcze nieporadnie. Rozwój następował jednak błyskawicznie. Trasa z The Animals po Polsce, koncerty w klubach Danii i, przede wszystkim, NRF, gdzie wygrali w 1966 roku festiwal (w Hamburgu). Po nim przez pół roku występowali  co wieczór w różnych klubach, grając najlepszy wtedy repertuar z okolic bluesa, rocka i czarnej muzyki. Możliwości warsztatowe poszybowały wysoko w górę, kwintet zarobił też na wspaniały w polskich warunkach sprzęt.

Gdy wrócili do kraju, nagrali LP. Siedem kawałków na pierwszej stronie po polsku i pięć coverów po angielsku na drugiej. I wszyscy dotychczasowi ich prześmiewcy zostali z otwartymi ustami. Był już co prawda Niemen, ale on przecież nawiązywał bardziej do czarnych, Charlesa, Browna i, przede wszystkim, Reddinga, jednak właśnie oni tak dosypali do pieca, że aż trudno było uwierzyć, iż to grają Polacy. Granicząca z wirtuozerią sprawność wszystkich pięciu członków zespołu (braci Bernolaków, Wandera, Nebeskiego i Puławskiego), całkiem niezły wokal tego ostatniego, jego gitarowe solo w znakomitym Nieprawda, nie wierzę do dziś robi olbrzymie wrażenie. Pełne zawodowstwo.

Potem ukazała się jeszcze mała płyta, tzw. trójka, z dwoma utworami z repertuaru The Artwoods (zespół Arta Wooda, w którym na klawiszach grał Jon Lord) i Georgią Raya Charlesa. Była w prostej linii kontynuacją drugiej strony longa, nie pozostawiając wątpliwości co do umiejętności muzyków. I…

Coś się stało. Jeszcze do zespołu dołączył Wojciech Gąssowski (wokal), co było dziwne, zważywszy że dalej przecież pozostawał w składzie Piotr Puławski, ale niebawem wszystko się rozleciało. Nebeski  powołał do życia grupę O, która przekształciła się w ABC, a reszta zniknęła ze sceny. Wander prowadził przez wiele lat klub muzyczny w USA, w którym dla polonusów grały kolejne pokolenia rockmenów polskich. To był pierwszy taki przypadek w Polsce, że świetni muzycy tak nagle i bezpowrotnie zamilkli. Wielka, wielka szkoda.

Polanie byli ze mną zawsze. Miałem sześć lat, gdy ich płyta pojawiła się w domu. Ja rosłem, a te nuty ciągle głębiej wchodziły mi do głowy. W połowie lat 80. Polskie Nagrania wydawały serię reedycji płytowych, krążków z lat 60. i początku 70., łącznie dwadzieścia pięć płyt, i znalazło się w niej oczywiście miejsce na Polan. Kupiłem więc ustereofonicznioną wersję, a przede wszystkim – nowy egzemplarz płyty. I dalej jej słuchałem z niesłabnącą przyjemnością. A parę lat temu przyszła wreszcie kolej na CD. Jedyny krążek, do którego miałem dostęp przez całe życie. Jeden z tych, do których ciągle chcę mieć dostęp, do których wciąż wracam.

Nie wiem, nie rozumiem, dlaczego nagrania Polan nie pojawiają się od czasu do czasu na antenie Trójki, choć w pełni na to zasługują. Ale już się temu nie dziwię, z biegiem lat mam świadomość, że dotyczy to nie tylko tej grupy. W swej zarozumiałości będę się jednak upierał, że to ja mam rację, że Polanie wielkim zespołem byli. Że Tadeusz Nalepa mocno zerkał na początku istnienia Breakoutów w ich stronę. Że to od nich zaczęło się w Polsce porządne gitar łojenie, zaczął bezkompromisowy, nowoczesny  rock’n’roll. Że.

Szkoda, że zostało po nich tak niewiele, a w tej niewielkości jeszcze mniej materiału oryginalnego. Ale dobrze, że zostały te nagrania. Artyści przechodzili do historii za sprawą jednej książki, jednego obrazu, jednej płyty. Tak właśnie jest – z zachowaniem proporcji, w skali polskiego rocka – z Polanami.

Gienek Loska Band, Bielsko-Biała, 18 sierpnia

Gienek Loska wygrał program X Factor w 2011 roku. Wygrał tyleż zasłużenie, co niespodziewanie. Jest bowiem białoruskim naturszczykiem odpornym na wszelkie wpływy programowo-medialne, facetem, który za cholerę nie da się przerobić ani jeśli chodzi o gusta muzyczne, ani o swoją hipisowską proweniencję.

[more]

Nagrodą na wygranie Factora było przede wszystkim nagranie płyty. Już w tym momencie można było być pełnym obaw. Bo od lat polskie stacje telewizyjne serwują nam podobne programy, kreując gwiazdy świecące pełnym blaskiem, tyle że do ostatniego odcinka tego czy innego wyścigu. A muzyka to nie wyścig, a już na pewno nie bieg na sto metrów. To raczej dystans wielokilometrowy, wielosezonowy. Pod jednym wszakże warunkiem – że ma się światu do zaoferowania nie tylko głos dany od Boga, ale i talent, który pozwoli przekroczyć próg dla większości nieprzekraczalny – czyli najlepiej nawet zaśpiewanych, ale tylko coverów.

Gdzież są dziś ci, którzy zwyciężali w pierwszych Idolach? Ala Janosz usilnie walczy o możliwość, de facto, „powtórnego” debiutu. Szymon Wydra bije się z reaktywowaną Irą o mistrzostwo Radomia i okolic, obdarzona fenomenalnym rockowym głosem Ewelina Flinta po popelinowych dokonaniach przepadła bez wieści. Inaczej rzecz ma się z Anią Dąbrowską czy Moniką Brodką, które – po prostu – mają coś od siebie do zaproponowania i próbują ostać się dłużej na wątłym polskim rynku muzycznym. Moje rockowe serce rosło, słysząc głos Gienka Loski. Skojarzenia, jeśli mówimy o polskich wokalistach, są jednoznaczne. Zwłaszcza że chodził w Grodnie do tego samego liceum, co parę dekad wcześniej Czesław Wydrzycki, czyli Niemen. Drugi trop – to Ryszard Riedel.

Płyta mnie rozczarowała. Sam wokalista użył wczoraj określenia „Już nie Karpiel Bułecka, jeszcze nie Dżem” – i jest w tym sporo prawdy. Klimaty muzyczne są równie ewidentne jak tropy wokalne. Jesteśmy na przełomie lat 60. i 70. Jeśli w Factorze Loska śpiewał kawałki soulowe i rhytmandbluesowe, to teraz jesteśmy już na miedzy dzielącej bluesa i rocka. Lynard Skynard (wielokrotne pogwizdywanie à la Ronnie van Zant), wczesny Cocker i tym podobne. W rodzimym wydaniu – oczywiście Dżem i Cree. No właśnie, początki Cree zdawały się sygnalizować, że Dżemowi rośnie wielka konkurencja, ale później nie było już tak dobrze. Debiutowi płytowemu zespołu Gienka dość daleko do poziomu pierwszej płyty Cree. Dlaczego? W zasadzie trudno przyczepić się do materiału, bo to solidne, mainstreamowe kawałki sprzed lat. Rzecz w ich wykonaniu.

I dokładnie te same odczucia miałem podczas koncertu. To, gdy chodzi o czterech instrumentalistów, rzemieślnicy, całkiem nieźli i mający szansę stać się artystami, ale póki co rzemieślnicy. Słowa najbardziej krytyczne kieruję pod adresem najważniejszego obok Loski na scenie – Andrzeja „Makara” Makarewicza, gitarzysty, całkiem zresztą przyzwoitego, ale… Zbyt on, na moje ucho, metalowy albo co najmniej hardrockowy, za mało bluesowy. Jeszcze te palce nie dość finezyjnie przemieszczają się po gryfie, za ostro, za płasko, za szybko. Jeszcze trzeba się wsłuchać w Jerzego Styczyńskiego, podpatrzeć, jak on to robi. I może być naprawdę całkiem nieźle, wręcz bardzo dobrze. Oby! Życzę tego liderowi i zespołowi z całego serca.

Bo wydaje się, że pomysłów nie zabraknie – wczoraj zagrali dwa nowe kawałki. Ochoty do gry było aż nadto. Dość przypadkowa, jak to zwykle na darmowych koncertach bywa, publiczność umiarkowanie głośno domagała się bisów. Tymczasem, po półtoragodzinnym secie złożonym głównie z materiału z debiutanckiej płyty oraz coverów utworów Niemena (Płonąca stodoła, Jednego serca i Ciuciubabka), zespół nie dał się długo prosić i wyszedł na scenę, by zagrać jeszcze zeppelinowskie Thank You, a gdy już zrobiło się prawie pusto – dla najbardziej wytrwałych rozbrzmiały takty Whole Lotta Love z brawurowo weń wplecionym Break On Through (To The Other Side) Doorsów. W sumie godzina pięćdziesiąt – imponujący rezultat jak na tego typu występy.

Losce i jego kolegom bardzo się chce. Widać, że kochają to, co robią. Niezmanierowani, kipiący energią, świeżością – czują, że to jest ich pięć minut, że tej szansy nie wolno zmarnować. By przekuć na przykład wczorajszą ciepłą reakcję widowni na sprzedaż biletowanych już koncertów – gdzieś w przyszłości – oraz na kolejne płyty, które chcieliby nagrywać i znaleźć na nie nabywców. I niech tak się stanie. Bo słuchanie Gienkowego wokalu przenosi mnie w najukochańsze klimaty muzyczne. Bo to głos, stwierdzam bez zbędnego patosu, z tych absolutnie największych. I źle by się stało, gdyby został zmarnowany. Przez samego Loskę, przez nas, przez kulejący rynek. Przez parszywe okoliczności.

19 sierpnia