Peter J. Birch w pałacowej piwnicy

images3

Bardzo przyjemne wnętrze Piwnicy Pałacu Kultury Zagłębia w Dąbrowie Górniczej było miejscem, gdzie pierwszy raz dane było mi oglądać na żywo Piotra Brzezińskiego, legitymującego się kilkuletnim stażem estradowym, a wciąż bardzo młodego songwritera pochodzącego z Wołowa na Dolnym Śląsku.

[more]

Wyjście tylko z gitarą na scenę, choćby niedużą, to bardzo 

trudna sztuka.

Nawet Bob Dylan odstąpił od tego po paru latach, zamieniając gitarę akustyczną na elektryczną i dokooptowując paru muzyków. Peter J. Birch, bo pod takim pseudonimem ukrywa się polski artysta, przynajmniej póki co, walczy sam, na dodatek jeszcze śpiewając teksty w języku angielskim. Z jednej strony  pozwala mu to w proporcjach jeden do jednego przekraczać granice (a czyni to często) i występować w Czechach, Niemczech albo innych krajach, z drugiej – na pewno utrudnia przekaz, a tym samym przebicie się na rodzimym rynku.

A ma wszelkie dane ku temu. Dysponuje

świetnym głosem,

w sytuacji koncertowej niczym nie różniącym się od tego na płytach, przez ponad godzinę dając bez problemu radę. Jeśli coś mnie zaczęło uwierać, to tylko nadmierne używanie wokaliz. Jeśli artysta nie potrafi z nich zrezygnować, to może wystarczyłoby odsunąć się wtedy nieco od mikrofonu?

Gdy chodzi o instrumentarium, ograniczyło się ono do gitary akustycznej, harmonijki ustnej w bodaj dwóch piosenkach oraz w jednym przypadku do komputerowego podkładu. Tego ostatniego spodziewałem się więcej, ale – pytany po występie Peter J. – bez entuzjazmu, raczej ironicznie skomentował ów aranż. Stąd, jak widać, bierze się ostrożne  podejście do takich rozwiązań. Co innego zespół towarzyszący, tego muzyk nie wyklucza, ale – wiadomo – większy, elektryczny skład wszystko zmienia: listę płac, wymogi sali itp. To już nie tylko wsiąść do pociągu z jednym pudłem.

Pieśni i piosenki się bronią, wiele z nich to 

potencjalne przeboje,

talentu kompozytorskiego bowiem nie można PJB odmówić. Inspiracje są rozległe, choć stylistycznie najbliżej oczywiście do Amerykanów – Townesa Van Zandta, wspomnianego Dylana czy Johnny’ego Casha, a więc folk, alt country – tzw. americana. Dziś Brzeziński ma na koncie cztery solowe albumy, występy na Open’erze i OFF Festivalu. Czy dane mu będzie zakosztować szerszej popularności, czy też pozostanie artystą  znanym tylko pewnej, mimo iż coraz większej, grupie słuchaczy?

(Peter J. Birch, Pałac Kultury Zagłębia, 17 października 2018)

Park Jurajski (po raz kolejny i nie ostatni)

pobrane25

Profesor Tadeusz Sławek powiedział niedawno, iż bardzo żałuje, że nie udało mu się – jako rektorowi Uniwersytetu Śląskiego – zrealizować pomysłu przyznania doktoratu honoris causa Mickowi Jaggerowi.

[more]

Chyba wszyscy słuchający tego fani zarówno profesora, jak i rocka uśmiechnęli się, ja też. Choć od razu pomyślałem, czemu nie Paulowi McCartneyowi, skoro Beatlesi są zespołem bliższym Sławkowi niż Stonesi. No tak, ale Lennon, bardziej uwodzący swymi niekonwencjonalnymi wypowiedziami i zachowaniami, nie żyje, a McCartney to nie całkiem ten typ osobowości. Więc Jagger, jako frontman największej kapeli świata – jest oczywistym wyborem.

The Beatles i The Rolling Stones.

Ostatnie publikacje tych drugich, zwłaszcza zaś album On Air, wciąż dowodzą silnych związków obu zespołów oraz – po kilku dekadach – przypominają pierwsze lata działalności, czasy Sierżanta Pieprza i Their Satanic Majesties Request, ciągłego zerkania na siebie nawzajem – ze wskazaniem jednak na częstsze podpatrywanie kolegów przez Toczące Się Kamienie. I teraz jest podobnie: kilka lat temu wyciągnięto z archiwów radiowe, dokonane dla BBC, nagrania The Beatles, więc teraz światło dzienne ujrzały podobne rejestracje The Stones. Powiem od razu: dla mnie o wiele ciekawsze, starannie wyselekcjonowane, ograniczone do muzyki, pięknie oczyszczone. W oryginalnym składzie, bez Micka Taylora czy Rona Wooda, za to z Brianem Jonesem i Billem Wymanem.

TRS najpierw, przy okazji wydania Grrr!, zadeklarowali odwieszenie instrumentów na kołki, a zaraz potem dostali kolejnego, potężnego

wiatru w żagle.

W krótkich odstępach czasu fani otrzymali rejestrację koncertu w Hyde Parku (Sweet Summer Sun), znakomity film Olé  Olé  Olé! o trasie po Ameryce Południowej, nowy, bardzo dobry album z zestawem pierwszych inspiracji – Blue and Lonesome i teraz wzruszający On Air. Częstotliwość zawrotna, przypominająca tę z lat 60. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Stonesi wpisują się w tę mało liczną grupę starych gwiazd, które jakby czując kurczenie się czasu, stają się jeszcze bardziej aktywne. (Nawet jeśli wziąć poprawkę na to, że ostatnie publikacje to głównie nagrania na żywo).

Jak ich kumpel Bob Dylan, który rozkręcił się ostatnio do tego stopnia, że w ubiegłym roku wydał album aż trzypłytowy, Triplicate, trzeci już z piosenkami z okolic American Songbook. Nie ustępuje mu Van Morrison, który w 2017 w odstępie trzech miesięcy opublikował dwie nowe płyty. O Neilu Youngu też nie sposób nie wspomnieć, choć on od wielu już lat prawie nie wychodzi ze studiów nagraniowych albo innych „budek telefonicznych” i wydaje swoje kolejne płyty w ilościach niemal hurtowych.

No i dobrze, 

no i na zdrowie.

Bo kto i czego im dzisiaj zabroni? Dawno temu pasja stała się ich robotą, czego można tylko pozazdrościć, gdyż to dane jest nielicznym. A jeśli wziąć pod uwagę miarę talentu, którego starczyło nie na rok i nie na pięć lat, a całe pół wieku, na to, by łączyć radość z muzykowania z radością dawaną innym swoimi nagraniami – trzeba się tylko nisko pokłonić. Tak dochodzę kolejny raz do niezbyt odkrywczej konstatacji, że nic tak dobrze nie konserwuje jak ulubiona forma aktywności. Oraz drugiej: że sztuka jest górą – nad polityką, gorzałą, dragami, seksem i czym tam jeszcze.

Do wymienionych nazw i nazwisk dodać jeszcze trzeba paru innych (choć boję się, że kogoś tu pominę) – tych, co nagrywają nieco rzadziej albo bardzo rzadko – jak Paul Simon – ale wciąż trzymają poziom: Eric Clapton, Paul McCartney, Robert Plant,  Elton John (ten zapowiedział koniec – trasą koncertową, bagatela, trzyletnią), Carlos Santana czy Mark Knopfler.

Moje 

muzyczne puzzle

wysypały się z pudełka w latach 60. Do dziś próbuję je jakoś poskładać. Wciąż z nieskrywaną ochotą na rzeczy tzw. stare, na płyty z czasów, gdy w rocku wszystko działo się pierwszy, a nie setny raz. I wybaczam sobie, że w tej puzzlowej układance tak niewiele jest miejsca na rzeczy nowsze i całkiem nowe, że coraz częściej zbywam je wzruszeniem ramion. Stosując jeszcze jedno porównanie: moja studnia jest już prawie pełna, ciężko dolać do niej choćby szklankę. Zwłaszcza czegoś, co średnio komponuje się z dotychczasową zawartością. Bo coraz trudniej zachwycać się czymś niedawno powstałym, gdy tyle się już słyszało. Gdy serce wyłożone jest dźwiękami z lat 50. – 70. I co z tego, że ubiegłego stulecia?

[W NATemat: 25 lutego 2018]

Dylan potrojony

pobrane8

Dylan należy do grona tych, co to już nic nie muszą, tych, co dawno już udowodnili, co mieli do udowodnienia. Jemu wolno wszystko – po zdradzieckiej zamianie gitary akustycznej na elektryczną, po nawróceniu się na chrześcijaństwo – dziś, jako prawie siedemdziesięciosześcioletni pan, świata zadziwiać nie ma już zamiaru.

[more]

*

Coraz trudniej znaleźć mi powód, by kolejny raz oddać się krotochwilnej czynności pisania, zwłaszcza że pisanie to dotyczy spraw tak niepoważnych, jak muzyka nie-poważna. I tym bardziej, że bardziej uprawnionych do tego nie brakuje i co ja pomiędzy nimi mogę takiego osobnego napisać (i, proszę mi wierzyć, nie jest to z mojej strony mizdrzenie się prowincjonalnej pensjonarki).

Gdy jednak nowy album wydaje mistrz i noblista, a więc 

primus inter pares

w gronie nobliwych gigantów pop music, czuję się, choćby po cichu, wywołany do tablicy. Bo choć – jak niedawno znów mówił Filip Łobodziński, tłumacz tekstów i wykonawca piosenek BD na dwóch krążkach DYLAN.PL – Robert Zimmerman nie jest u nas ani szczególnie znany, ani lubiany, to ja zakochany jestem w nim miłością fana z każdym rokiem, z każdą płytą coraz bardziej. 

Dylan umocował się w moim domu chyba jeszcze zanim poszedłem do szkoły (albo niewiele później), gdzieś na styku lat 60. i 70., gdy moi bracia zrujnowali swoje nastoletnie budżety i wydali ówczesne 120 zł na supraphonowski – czechosłowacki – składak jego piosenek. Płyta, w przepięknej, błyszczącej na granatowo okładce odeszła kilka lat później wraz z kolejną zerwaną znajomością młodszego z moich starszych braci, ale wspomnienie – jak widać – zostało. No i, przede wszystkim, został Dylan ze swoją kopalnią piosenek. Jako dorosły już facet zadurzyłem się w nim powtórnie równe dwadzieścia lat temu, w czym wielki udział miał Paweł Kostrzewa i jego codzienne wówczas, dwugodzinne programy w Trójce. Time Out of Mind (1997) rzuciło mnie na kolana, od tamtej pory kupuję każdy kolejny album artysty, a co kilka miesięcy dorzucam do tego zestawu jakiś starszy krążek.

Dylan należy do grona tych, co to 

już nic nie muszą, 

tych, co dawno już udowodnili, co mieli do udowodnienia. Nawet do odbioru Nagrody Nobla, wciąż najważniejszej literackiej nagrody na świecie, po raz pierwszy przyznanej nie pisarzowi, a szarpidrutowi, podszedł z sobie tylko właściwą dezynwolturą. Jemu wolno wszystko – po zdradzieckiej zamianie gitary akustycznej na elektryczną, po nawróceniu się na chrześcijaństwo – dziś już, jako prawie siedemdziesięciosześcioletni pan, niczym świata nie zadziwi (świat zresztą jakiś czas temu zidiociał i ekscytuje się raczej głupotą niż nielicznymi przejawami mądrości).Triplicate to trzyczęściowa, trzypłytowa i trzecia część trylogii – wespół z Shadows In The Night i Fallen Angels – trzy porcje po, w niewielkim zaokrągleniu, trzydzieści dwie minuty. Tym, co z pewnością zaskakuje, jest tempo wydawania tych albumów:

rok po roku,

co Dylanowi nie zdarzyło się od bardzo dawna. Nie wiem, czy to efekt świadomości, że czas się kurczy i że trzeba się spieszyć. Jednakże słuchając tych nagrań jestem o niebo szczęśliwszy niż przy słuchaniu równie rozpędzonego Neila Younga czy, sięgając do sąsiedniej parafii, przy oglądaniu filmów Woody’ego Allena. Ci dwaj mają bowiem poważny problem z utrzymywaniem w swych kolejnych propozycjach wysokiego poziomu, podczas gdy BD w starej skali ocen niezmiennie gra po prostu na bd.

 
Jego młyn miele kolejny raz pieśni z zestawu The Great American Songbook i robi z tego mąkę wyborną. Wyciszone aranżacje i kameralne wykonania zachwycają, a stare piosenki lśnią zupełnie nowym blaskiem. Wiem, że to świętokradztwo w takim kontekście, ale przypomina mi się, jak przed laty, na opolskim koncercie poświęconym Agnieszce Osieckiej, Stanisław Sojka usiadł do fortepianu i wydobył zupełnie nieoczekiwaną – przynajmniej przeze mnie – urodę z piosenki Uciekaj, moje serce, w oryginale wypitolonej na potrzeby serialu telewizyjnego przez kompozytora Seweryna Krajewskiego.

Nie porównuję, niech mnie Bóg broni, kompozycji Krajewskiego do uświęconych pieśni zza oceanu, chcę tylko nieśmiało zaznaczyć, jak wiele może uczynić inna 

aranżacja.

Dylan z piosenek pełnych orkiestrowego rozmachu i niejednokrotnie połyskliwego blichtru w stylu kasyn Las Vegas wydobywa subtelność, delikatność i oszałamiająco, po prostu, piękne melodie. A gdyby jeszcze komuś przyszło do głowy, że i w takiej aranżacji mogliby pokusić się o ich zaśpiewanie na przykład Celina Dionova albo Matt Dusk, to bluesowe skrzeko-chrypienie mistrza sprawia, że myślimy jednak o półmroku niewielkiego klubu, może i zadymionego i z brzękiem szkła przy barze, ale wręcz zabójczo stylowego. 

Dylan – jak on to robi?! – nagrywa nie swoje zupełnie po swojemu.  Czyż to nie najmocniejszy dowód, że jest i sam czuje się elementem amerykańskiej kultury, ogniwem w łańcuchu zaoceanicznego muzycznego tygla? Jest w tak znakomitej formie, że już nie mogę się doczekać kolejnej płyty. Mam wielką nadzieję, że tym razem z jego nowymi piosenkami. A zresztą, niech robi co chce. Byleby ciągle chciał.

(Bob Dylan, Triplicate, 2017)

[W NaTemat: 7 maja 2017]

Dlaczego Bob Dylan powinien odebrać Nagrodę Nobla 5

Dylan_nobel1

Gdy 13 października ogłoszono, że Bob Dylan został laureatem literackiej Nagrody Nobla, byłem jednym z wielu, którzy bardzo się z tego faktu ucieszyli. Gdy ostatnio artysta oświadczył, że nie przybędzie na ceremonię jej wręczenia, zmartwiłem się. Też – z pewnością – jak wielu.

[more]

*

Gdyby jurorzy Dylanowi takiego Nobla przyznali, (…) otworzyliby literaturę na twórczość, która kiedyś była jej naturalną częścią, a dziś umiejscawiana jest zazwyczaj na literackich peryferiach,  najchętniej zaś – poza literaturą. Chodzi (…) o utwory, w których słowo nie jest sekwencją czarnych liter na białej kartce, ale żywym głosem, wspólnikiem rytmu i melodii.

(z książki Jerzego Jarniewicza, All You Need Is Love. Sceny z życia kontrkultury. Wyd. Znak 2016)

*

Gdy 13 października ogłoszono, że Bob Dylan został laureatem literackiej Nagrody Nobla, byłem jednym z wielu, którzy bardzo się z tego faktu ucieszyli. Pozwoliłem sobie wtedy na fb napisać: „Użyję wielkich słów, ale dzień ku temu dziś szczególny: literacki Nobel dla Boba Dylana to ostatnia pieczęć na nobilitacji rock and rolla, pop music czy jak tam zwać to coś zapoczątkowane w drugiej połowie XX wieku. Ostateczne uznanie jako wielkiego, znaczącego zjawiska w kulturze i – po prostu – w dziejach ludzkości”. Gdy ostatnio artysta oświadczył, że nie przybędzie na ceremonię jej wręczenia, zmartwiłem się. Też – z pewnością – jak wielu.

*

To, iż władcy tego świata lubią ogrzać się w blasku chwały artystów, jest stare jak świat. Historia pełna jest przypadków obecności na dworach cesarskich czy królewskich pisarzy, malarzy albo kompozytorów, nie mówiąc o „instytucji” mecenatu, który niejednemu artyście pozwalał dostatnio żyć lub ratował go przed nędzą.

Rokendrol, jak żaden inny ruch kulturalny, na wielką skalę skanalizował bunt młodych przeciw zastanemu porządkowi, skostniałym układom społecznym, przeciw imperialnym zakusom wielkich i mocnych. Rozwój mediów tylko wzmocnił tę i tak potężną falę, umożliwił rozlanie się jej pod wieloma szerokościami geograficznymi, przekraczając i łamiąc granice ustalone przez ówczesną politykę.

Można było udawać, że właściwie nic się nie dzieje, próbować całą tę bombę społeczną i kulturową zamiatać pod globalny dywan, ale nie sposób było twierdzić, że tego zjawiska nie ma. Zwłaszcza gdy z początkiem lat 60. hałas elektrycznych gitar i śpiew wokalistów z rąk czarnoskórych został przejęty przez coraz bardziej zagniewaną białą młodzież po obu stronach Atlantyku.

Już w 1965 roku The Beatles zostali uhonorowani Orderem Imperium Brytyjskiego w uznaniu zasług na polu rozsławiania Zjednoczonego Królestwa w świecie, a najstarszy z członków zespołu, John Lennon, nie miał wtedy ukończonych nawet dwudziestu pięciu lat. Z nie tak odległej przeszłości pamiętamy spotkania Vaclava Havla jako prezydenta Czechosłowacji ze Stonesami. Barack Obama wraz z małżonką wzięli parę lat temu udział w wielkiej gali poświęconej Led Zeppelin. Wojewoda śląski w latach 90., Marek Kempski, też korzystał z okazji, by spotkać się z gwiazdami rocka występującymi w katowickim Spodku – np. z Robertem Plantem i Jimmym Page’em. Przykłady można mnożyć.

Dziś nie sposób wyobrazić sobie drugą połowę XX stulecia w zachodnim świecie bez tego, co nazywa się popkulturą, bez rokendrola. Zjawisko, choć z czasem niosące coraz mniejszy ładunek społeczny, wciąż trzyma się dzielnie, choć przeistoczyło się w potężną gałąź gospodarki i narzędzie w rękach obrotnych biznesmenów. I choć z wielu gwiazd uczyniło multimilionerów, nadal nie całkiem pozbawione jest elementu buntu. A, co najistotniejsze, stało się już jednym z ogniw dziejów kultury, a nie – jak postrzegano to przez pierwsze dekady – ruchem rozsadzającym koło historii. Dość szybko zaczęto dostrzegać walory artystyczne, jakie niósł przekaz najwybitniejszych reprezentantów tego coraz bardziej skomplikowanego zjawiska – przekaz zarówno muzyczny, jak i literacki. Tym ostatnim coraz powszechniej zajmowali się historycy literatury, zaś flirty, mniej lub bardziej udane, z muzyką tzw. poważną, z orkiestrami symfonicznymi i śpiewakami operowymi, a tym bardziej ze środowiskiem jazzowym, od dawna już nie są niczym szczególnym. Rokendrol wszedł do kulturowego mainstreamu – tym łatwiej i bardziej bezkonfliktowo, im bardziej łagodnieli z wiekiem ich wielcy i niejednokrotnie najbardziej obrazoburczy przedstawiciele – uładzony świat coraz mniej ryzykował, wpuszczając na swe salony siwiejących rokendrolowców. Tych znaków wszelakich, iż establishment zaakceptował zjawisko, jest aż nadto dużo, ale też trudno, by było inaczej, skoro wielu dzisiejszych polityków i biznesmenów jest młodszych od gwiazd rocka, skoro na ich muzyce się wychowywali i z nią wkraczali w dorosłość. Muzyka rockowa w świadomości lwiej części przedstawicieli zachodnich nacji odgrywa znacznie większą rolę niż literatura czy malarstwo.

*

Z Nagrodą Nobla, jak z każdym tego typu przedsięwzięciem, bywało różnie. W przypadku tej literackiej psioczono nie raz na akademię za dokonane wybory, na jej polityczną poprawność i różne „parytety”, którymi usiłowała i usiłuje się posługiwać (np.geograficzne, płciowe czy polityczne). Psioczono za to, komu nagrodę przyznała, i za to, że komuś jej nie przyznała (czasem: nie zdążyła), choćby Jorge Luisowi Borgesowi, pisarzowi argentyńskiemu, który podobno bardzo cierpiał z tego powodu.

Bob Dylan znajdował się na liście nazwisk już od dawna, bodaj od lat 90. – „rywalizowała” z nim jeszcze Wisława Szymborska. Wówczas przez kilka kolejnych lat wymieniało się go głośno jako jednego z najbardziej prawdopodobnych kandydatów.

A potem zrobiło się jakby ciszej, a czas biegł nieubłaganie – pieśniarz ma dziś siedemdziesiąt pięć lat. Obawiałem się, że pomysł, by wreszcie dać Nobla muzykowi rockowemu, autorowi, za przeproszeniem, tekstów piosenek – rozejdzie się po kościach i w końcu umrze wraz ze śmiercią artysty. Nobilitacje rokendrola i rokendrolowców odbywały i odbywają się od dawna na przeróżne sposoby, ale tej kropki nad „i”, postawienia wreszcie znaku równości między poetami, powieściopisarzami oraz autorami tekstów piosenek – Nobla dla rockmana wciąż brakowało. Niczym ostatniej perły w bogato inkrustowanej koronie. I dobrze się stało, że gremium doszło chyba do podobnych wniosków. No bo jeśli nie Dylan, to kto?

*

Bob Dylan właściwie od początku był kimś osobnym. To jasne – aby być wybitnym, nie można być takim jak wszyscy. Trzeba iść co najmniej jeden krok z przodu, przecierać nowe szlaki, a nie podążać tymi już wydeptanymi.

Robił swoje. Został okrzyknięty zdrajcą i Judaszem już w połowie lat 60., gdy zamienił gitarę akustyczną na elektryczną. Fani protestowali i odwracali się od niego, a on – pewny swoich racji i wyborów – szedł dalej. I fani wracali.

Dziś, gdy jest starszym panem, o niepodważalnym i ogromnym dorobku, nikt o zdrowych zmysłach nie zaprzeczy już randze jego dokonań, wielkim walorom literackim pisanych przez niego tekstów – wierszy, poezji po prostu. Wiekiem i pozycją tłumaczymy wiele z jego zachowań: przechodzimy do porządku także nad dwutygodniowym milczeniem po ogłoszeniu tegorocznego werdyktu Akademii Królewskiej. Gdy jednak oświadcza, że do Skandynawii nie przyjedzie, bo trzymają go jakieś inne zobowiązania, moje serce się burzy. 

Robercie Zimmermanie, nie czujesz potrzeby, by to zrobić dla siebie? Zgoda, lecz zrób tę ostatnią rzecz dla zjawiska, którego stałeś się jednym z niekwestionowanych liderów, jego ikoną: wsiądź w samolot i odbierz tę nagrodę.

Bo dzieje ludzkości to także takie różne – krótkie, acz pamiętne i znaczące chwile: czyjegoś hołdu komuś złożonego, składania podpisów przez bardzo ważnych ludzi pod bardzo ważnymi dokumentami, wielkiej chwały lub też medali wręczanych sportowcom na olimpiadach. A więc wiwatujących, bijących brawo tłumów, błysków fleszy i kamer, które to wszystko uwiecznią. 

By kiedyś w przyszłości każdy, kto zechce, mógł zobaczyć, jak w 2016 roku pierwszy spośród rockmanów, genialny artysta drugiej połowy dwudziestego i początku dwudziestego pierwszego stulecia odbiera z królewskich rąk najważniejszą literacką nagrodę na świecie. Rozumiem, że nie zależy Ci na tym, ale powinieneś to zrobić. Przez wzgląd na pamięć tych, co umarli – Jima Morrisona, Johna Lennona czy Leonarda Cohena. Przez wzgląd na zastępy tych, co od drugiej połowy lat 50. poprzedniego wieku szarpali i szarpią struny gitar, okładają klawisze i walą w bębny. Przez wzgląd na miliony rockfanów rozsianych po całym świecie.

Dylan In The Night

dylan_shadows

Bob Dylan, kompozytor niezliczonej ilości genialnych pieśni wykonywanych przez niezliczone rzesze śpiewaków na całym świecie – uczynił z cudzych kompozycji coś bardzo charakterystycznego dla siebie, niepowtarzalnego.

[more]

Moskwę i Lizbonę dzieli chyba wszystko: wiele granic, klimat, kultura, historia. Łączy te miasta właściwie jedynie przynależność do jednego kontynentu, Europy. Z Nowego Jorku do Los Angeles jest niemal taka sama odległość jak ze stolicy Rosji do stolicy Portugalii, a przecież wszystko, co pomiędzy nimi, to – jakkolwiek bardzo złożona – jedna Ameryka, jedno państwo. I, co bodaj najistotniejsze, wspólny język. Z tej hybrydy, z tego patchworku, z bezustannego przenikania się wszelakich zjawisk rodziły się i rodzą wciąż rzeczy wyjątkowe.

*

Piosenki są jak marzenia senne,

które człowiek stara się urzeczywistnić. Jak nieznane kraje, które pragnie odwiedzić. Piosenkę można napisać wszędzie, w przedziale kolejowym, na jachcie, w siodle – bycie w ruchu pomaga. Czasami nawet ludzie wielkiego talentu nie tworzą piosenek, bo nie są w ruchu. Ja też nie byłem w ruchu, przynajmniej fizycznie. Ale pisało mi się tak, jakbym był. Czasami inspiruje cię to, co widzisz i słyszysz„.*

*

Rokendrol ze wszystkimi swoimi przyległościami rósł i dojrzewał w kulturowej, obyczajowej i jakiej tam jeszcze opozycji wobec zastanego w połowie lat 50. i – zdecydowanie bardziej – w latach 60. porządku świata. Dziś sam od dawna jest częścią historii. Jego najwybitniejsi i, po prostu, najstarsi żyjący przedstawiciele niczego nie muszą już udowadniać, zapisali się na kartach nie tylko popkultury ostatniego półwiecza. Ze swych katedr, monumentów i gwiazdorskich galaktyk, z pozycji rockowych mentorów mogą już – bynajmniej nie tylko z powagą starożytnych mędrców – otwarcie przyznawać się do tego, że ich talenty nie rozkwitły na bezludnych, dalekich wyspach wśród jeszcze odleglejszych mórz, ale że dorastali i dojrzewali w wielokulturowych i, najoczywiściej, 

wielopokoleniowych tyglach.

Tworzyli coś nowego, odrębnego, ale jednocześnie wciąż poddani byli takim czy innym wpływom. Mając – jak na genialnych muzyków przystało – uszy szeroko otwarte, chcąc nie chcąc wchłaniali różne rzeczy, muzykę, którą zastali z chwilą pojawienia się na świecie, której słuchali ich rodzice, która dominowała w stacjach radiowych, muzykę wcześniejszych pokoleń.

Dziś ci mędrcy niczego nikomu nie muszą już udowadniać. Z dobrotliwym uśmiechem, z dystansem wobec siebie i świata przynależnym ludziom w okolicach siódmego krzyżyka spokojnie mogą przyznać się światu, że słuchali i słuchają, że w głowach mają i że kochają także takie nuty, do których za żadne skarby nie przyznaliby się pół wieku temu.

 

Paul McCartney, Eric Clapton i teraz Bob Dylan. Shadows In The Night – dziesięć piosenek, trzydzieści parę minut. Łączy je to, że wszystkie powstały w czasach „przedrokendrolowych”, wszystkie pojawiały się na Broadwayu i w Hollywood, wszystkie miał też w swym repertuarze

Frank Sinatra.

To Ameryka w blasku świateł: mieniąca się złotem, ale i blichtrowata, Ameryka oszałamiających damskich kreacji oraz świetnie skrojonych fraków i smokingów, ale i pełna tandety. Wymuskana, olśniewająco gładka, lecz także mdła od nadmiaru kiczu.

Kontrakt z tą wytwórnią był zwieńczeniem ciągu nieoczekiwanych wydarzeń, nigdy nie nastawiałem się na współpracę z dużą firmą płytową. Gdyby ktoś mi powiedział, że będę nagrywać dla Columbii, jednej z największych wytwórni w kraju, mającej w swoich szeregach gwiazdy głównego nurtu, takie jak Johny Mathis, Tony Bennett czy Mitch Miller, nie uwierzyłbym„.*

*

Konteksty z biegiem lat nieuchronnie odchodzą w niepamięć, pozostaje natomiast sztuka, w tym przypadku – piosenki: znakomite i, jak widać na załączonym przykładzie, wciąż będące wdzięcznym materiałem do obróbki. Jeśli Rod Stewart, ubrany w białą koszulę i czarny garnitur, idealnie wpisał się w główny nurt,  by odzyskać trochę dawnej popularności i zasilić konto świeżą gotówką – dał zliftingowaną, ale po staremu lukrowaną wersję 

American Songbook, 

to artysta innej – najwyższej – miary zrobił z tych utworów coś bardzo swojego: wieloosobową orkiestrę zamienił na kilkuosobowy, kameralny skład, gwałtowne instrumenty dęte zamienił na delikatnie znaczone dźwięki gitary. Samemu sobie pozostawił tylko… głos. Od Sinatry różniący się wszystkim. Dylan od lat już bardziej chrypi, niż śpiewa, bardziej skrzeczy, niż idealnie trzyma linię melodyczną, a przecież wciąż pozostaje mistrzem nad mistrze, z cudzych piosenek – on, kompozytor niezliczonej ilości genialnych pieśni śpiewanych przez niezliczone rzesze śpiewaków na całym świecie – uczynił coś tak bardzo charakterystycznego dla siebie, niepowtarzalnego. Tak, jak to tylko on potrafi. 

*

Wielkie sceny amerykańskich teatrów, blask rewii czy papierosowy dym ekskluzywnych kasyn zamieniamy na coś niewymuszonego, kameralnego, pozostającego w półmroku. Zamiast ociekającej dolarami produkcji otrzymujemy nagrania zrobione na setkę w jednym lub dwóch podejściach. Stary folkowiec, bluesman z paroma kumplami podśpiewuje równie stare amerykańskie hity. Jest pięknie. Play it again, Bob.

(Na talerzu lub w szufladce: Bob Dylan, Shadows In The Night, 2015)

[W NaTemat: 22 lutego 2015]

_________________________________

* Bob Dylan, Kroniki, tom I, Wyd. Czarne 2014.

Jedyny taki Band

band_1

To była szkoła życia – z pieniędzmi bywało różnie, czasem chodzili głodni, ale jako objazdowa trupa musieli nauczyć się grać właściwie wszystko, aby sprostać oczekiwaniom słuchaczy. A z tym bywało różnie, czasem groźnie – w takim na przykład Teksasie to niejeden klient miał i mocno w czubie, i spluwę w kieszeni.

[more]

*

Magia miejsca. Czy to był tylko przypadek, że wielki festiwal rockowy chciano zorganizować w miejscu, gdzie osiadł jeden z gigantów pop music, Bob Dylan – czyli w Woodstock? Że gdy ostatecznie impreza przeniosła się do Bethel, czterdzieści mil obok, nazwa pozostała?

Magia miejsca. Powracający do zdrowia po poważnym wypadku motocyklowym, wyciszony Dylan tworzy z przyjaciółmi z The Band w swej posiadłości studio nagraniowe, w którym powstają utwory oraz dwie płyty wybitne i zupełnie inne od „obowiązujących” wtedy w rocku trendów – John Wesley Harding i trochę później Music From Big Pink.

Big Pink 

– tak właśnie nazywała się farma uwieczniona na rewersie okładki pierwszej płyty kapeli (i wiele lat potem, w 1993, na awersie Jericho). Zaś ostateczna nazwa zespołu wzięła się stąd, że wszyscy okoliczni mieszkańcy nie mówili inaczej o sąsiadach muzykach niż „The Band” po prostu.

*

W filmie opowiadającym o powstawaniu pierwszego albumu formacji, wyemitowanym w TVP Kultura w znakomitej serii „Classic Albums”, jeden z muzyków powiedział coś takiego: „Kiedy byliśmy młodzi, chcieliśmy podbijać świat. Dziś wiemy, że najważniejsze to pomagać sąsiadom”. 

Tylko jeden członek zespołu wywodził się z wielkiego miasta, z Toronto – Jaime Robbie Robertson. Najpierw był inżynierem dźwięku w zespole, ale zaraz potem gitarzystą, zresztą jednym z najwybitniejszych w historii rocka – Dylan nazwał go „matematycznym geniuszem gitary”. Był półkrwi Indianinem, półsierotą i dorastając, niemal cały wolny czas poświęcał doskonaleniu gry. Pozostali urodzili się w miejscach dalekich od zgiełku świata. Wyrastali blisko natury – i muzyki. Szybko opuścili swe rodzinne domy, pomocnik rzeźnika, późniejszy basista Rick Danko nawet tak szybko, że zapomniał zabrać ze sobą płaszcz. 

Zdecydowanie więc mówimy o 

naturszczykach, 

a nie ludziach kształconych w fachu. Parę lat nauki w szkole muzycznej miał za sobą tylko pianista Richard Manuel, zaś Garth Hudson pogrywał na organach wykonanych domowym sposobem przez swojego ojca, a później dorabiał, grając na kościelnych organach w firmie pogrzebowej prowadzonej przez wujka.

Komponowali własne bądź opracowywali cudze piosenki zupełnie pod prąd czasowi, jakby za nic mając ówczesny rokendrolowy ferment i zachłyśnięcie się decybelami. Mistrzowie? Najwyraźniej tak, muzyka kapeli – w ten sposób zagrana, zaaranżowana i wykonana – bez wątpienia mogłaby powstać w każdym późniejszym czasie.  Jeśli szukalibyśmy najkrótszej definicji americany, byłby nią właśnie The Band.

Formacja jak żadna inna przeniosła rocka poza wszelkie rozumiane wówczas, pod koniec lat 60., formuły. Jako jedyni tak konsekwentnie robili swoje, tak bardzo wyrwali się ze swojej epoki. Co ciekawe i rzadko spotykane – ku uwielbieniu publiczności, krytyków i innych muzyków. Dla tych ostatnich stanowili 

wielką inspirację:

połączenie w składzie fortepianu i organów przejęli od nich Procol Harum, ucha nadstawiał m.in. Eric Clapton, po wielu utworach widać wyraźnie, że zafascynowani brzmieniem The Band byli nawet skręcający w stronę jazzu Donald Fagen i Walter Becker, liderzy Steely Dan. Organowe intro w Chest Fever niewątpliwie dobrze było znane Jonowi Lordowi. Rozmiary wzajemnego – z Dylanem – oddziaływania na siebie przez lata współpracy trudno ocenić. I pewnie także przecenić.

*

Wszystko zaczęło się w 1960 roku. Pochodzący z Arkansas 

Ronnie Hawkins

prawdziwą gwiazdą rokendrola stał się właśnie w Kanadzie. Razem z nim trafił tam perkusista Levon Helm, zaś resztę składu akompaniującego pod nazwą The Hawks stanowili wspomniani Kanadyjczycy. Wspólne trzy lata z Hawkinsem to była szkoła życia – z pieniędzmi bywało różnie, czasem chodzili głodni, ale jako objazdowa trupa musieli nauczyć się grać właściwie wszystko, aby sprostać oczekiwaniom słuchaczy. A z tym bywało różnie, czasem groźnie – w takim na przykład Teksasie to niejeden klient miał i mocno w czubie, i spluwę w kieszeni.

Potem za mikrofonem stanął Helm, do bębnów natomiast coraz częściej z konieczności zasiadał Manuel. W ogóle, różnorodność wykonywanego repertuaru spowodowała, iż każdy z członków grupy opanował grę na kilku instrumentach. To czas kształtowania się stylu, który w naturalny sposób bardzo mocno osadzony był w tradycji amerykańskiej muzyki ludowej. Jego charakterystyczny wyróżnik stanowi wspomniane współbrzmienie organów i pianina, mające źródło w gospel. Nie sposób nie dostrzec też wokali – śpiewali wszyscy, a ich chórki są wyjątkowej urody.

Przełomem okazało się

spotkanie z Dylanem

w 1965 roku. Było to cudowne zrządzenie losu tak dla obu stron, jak i fanów muzyki drugiej połowy XX wieku. Jeśli ich współny występ w Hollywood Bowl (1965) walnie przyczynił się do powstania psychodelic, o tyle wymienione na wstępie albumy – z końca 1967 oraz 1968 – stanowiły całkowite jego zaprzeczenie, pójście odmienną, własną drogą.

*

Debiut płytowy odniósł niebywały sukces. Potwierdził wszystko to, co stanowiło siłę kapeli akompaniującej Dylanowi. Bajecznie kolorowa okładka, kojarząca się z malarstwem końca XIX i początku XX wieku, na przykład z Gauguinem albo Matisse’em, wyszła spod pędzla samego Dylana. Jego autorstwa były też piosenki otwierające i zamykające krążek, ale to, co znalazło się pomiędzy nimi, ukazywało 

piekielnie zdolnych

muzyków i kompozytorów.

Wytwórnia uszczęśliwiona wynikami finansowymi pierwszego krążka postanowiła umieścić zespół w luksusowej willi i tam stworzyć mu studio i warunki do nagrywania nowego materiału. Rezultat kolejny raz był zachwycający. Album, którego okładkę stanowiło tym razem proste, czarno-białe zdjęcie członków zespołu (bliźniaczo podobne do tego z John Wesley Harding), ukazał się równo z Abbey Road The Beatles, a przez pierwsze dwa tygodnie sprzedawał się zdecydowanie lepiej. Popularność ugruntowała też zapewne obecność jednej z najsłynniejszych piosenek grupy, The Weight, pochodzącej z pierwszej płyty, w nie mniej słynnym filmie Easy Rider (1969).

W Capitolu albo zafałszowali bilans kosztów, albo rzeczywiście realizacja płyty w tak komfortowych warunkach okazała się bardzo droga. Dość, że zupełnie nie wpłynęła na poprawę stanu kont bankowych muzyków. Następna pozycja w dyskografii, Stage Fright, musiała na tym ucierpieć: skromne tym razem warunki realizacji nagrań zdecydowały o słabszym efekcie finalnym i mniej entuzjastycznym odbiorze słuchaczy.

Późniejsze lata, koncerty i płyty zdecydowanie jednak umocniły pozycję The Band. Ale to może zostawię już sobie na inną opowieść.  W tym miejscu wypada jednak wspomnieć, że w 1976 roku doszło do

oficjalnego pożegnania

najstarszego wtedy na świecie grającego nieprzerwanie zespołu. Wielki koncert, z kolacją dla pięciu tysięcy widzów, odbył się z udziałem mnóstwa gwiazd – Joni Mitchell, Muddy’ego Watersa, Boba Dylana, Ronniego Hawkinsa, Emmylou Harris, Vana Morrisona, Erica Claptona, Neila Younga, Neila Diamonda, Ringo Starra i innych –  i został wydany jako trzypłytowy album The Last Waltz (1978). Pod tym samym tytułem pojawił sie też film w reżyserii Martina Scorsesego.

Rozstając się, członkowie grupy nie wykluczali wspólnych występów w przyszłości. I w 1983 roku doszło do wznowienia działalności, a po upływie kolejnej dekady także nowych nagrań płytowych. Tyle że już w innych, zmieniających się składach – bez Robertsona, który poświęcił się karierze solowej, a od 1986 roku bez Manuela, który popełnił samobójstwo (jeszcze jeden przypadek problemów związanych z uzależnieniem narkotykowym). 

Kresem aktywności zespołu okazała się śmierć Richarda Danko w grudniu 1999 roku. Danko zmarł we śnie, w swoim domu w Marbletown, niedaleko Woodstock. W 2007 zmarł Richard Bell, członek zespołu w latach 90. (a wcześniej pianista w zespole Janis Joplin), natomiast w 2012 Levon Helm.
*

W Polsce

trudno mówić o szczególnej popularności The Band – zarówno przed laty, jak i tym bardziej teraz, gdy zespół już nie istnieje. Kiedyś audycji muzycznych w ramówkach było niewiele, więc i możliwości mocno ograniczone. Może pamięć mi nie dopisuje, ale nasączona amerykańskimi patentami muzyka nie znalazła szczególnego wyznawcy wśród ówczesnych dziennikarzy radiowych. 

Sam pamiętam, że gdy jako nieopierzony nie tylko muzycznie szesnastolatek w grudniu 1978 roku pochłaniałem książkę Rock. Od Presleya do Santany, najmniej rozumiałem z rozdziału zatytułowanego „Najlepsza banda świata”. Wtedy zresztą aby mnie coś porywało, musiało mieć albo syntezatory na pierwszym planie, albo mocne gitary. Lata jednak płyną, człowiek się zmienia – i dostrzega oraz docenia zupełnie inne niejednokrotnie rzeczy niż dawniej.

Obiema rękami podpisuję się pod opinią Marka Garzteckiego, autora wymienionej wyżej pozycji: „Muzyka The Band może wydawać się bardzo prosta, ale jest to ten najtrudniejszy rodzaj prostoty, który wynika ze świadomej selekcji wszelkich elementów zbędnych”. To z kanadyjsko-amerykańską kapelą łączy innego giganta, JJ Cale’a.

Dwa pierwsze albumy zespołu są dzisiaj do złowienia w ogólnie znanych sklepach za śmieszne pieniądze. Są oczywiście zremasterowane, zaopatrzone w obszerne książeczki oraz zawierają pokaźny zestaw dodatkowych nagrań. Wielka uczta dla oka i, co najistotniejsze, dla ucha.

[W NaTemat:31 sierpnia 2014]

Błazen i złodziej na wieży strażniczej

jwh1

Pod pozycją numer cztery na pierwszej stronie płyty znalazł się jeden z najsłynniejszych utworów w historii muzyki rockowej – „All Along The Watchtower”, w 2004 roku sklasyfikowany przez magazyn „Rolling Stone” na czterdziestym ósmym miejscu.

[more]

*

W maju 1966 roku ukazuje się podwójny album Boba Dylana Blonde On Blonde, zawierający takie utwory jak I Want You czy Just Like A Woman. Dwa miesiące później muzyk ulega bardzo poważnemu wypadkowi motocyklowemu i milknie na długie wtedy półtora roku. 

Psychodelia

opanowuje świat, do boju ruszają Jefferson Airplane, Grateful Dead, The Doors, Velvet Underground i Pink Floyd, The Beatles nagrywają Sierżanta Pieprza, tymczasem Dylan najpierw przez długie tygodnie walczy o życie i zdrowie, a potem zamyka się w swej posiadłości w znanej skądinąd miejscowości Woodstock pod Nowym Jorkiem. Nie udziela wywiadów, unika ludzi, za to intensywnie oddaje się lekturze Biblii i Tory. Z kumplami z The Band tworzy prywatne studio nagraniowe, w którym wciąż nagrywa nowe piosenki.

Wreszcie, w ostatnich dniach 1967 roku, do sklepów trafia krążek

John Wesley Harding.

Chyba najbardziej oczekiwany – i zaskakujący – w tamtym okresie. Krytycy kolejny raz porównują artystę do proroka. W pełnym rozkwicie flower power oraz psychodelii Dylan przedstawia niezwykle oszczędnie zaaranżowany materiał rozpisany na głos i obsługiwane przez siebie gitarę akustyczną, harmonijkę oraz pianino, a ponadto gitarę basową, gitarę hawajską i bębny: dwanaście piosenek nagranych w trzy- lub czteroosobowym składzie, bliższe wiejskiej Ameryce niż czemukolwiek innemu. Pod prąd kolorowym czasom jest też czarno-biała okładka płyty, a na niej zdjęcie przypominające fotografie pionierów albo band rabusiów. 

W tym zestawie pod pozycją numer cztery na pierwszej stronie znalazł się

jeden z najsłynniejszych utworów w historii 

muzyki rockowej – All Along The Watchtower, w 2004 roku sklasyfikowany przez magazyn „Rolling Stone” na czterdziestym ósmym miejscu. Stąd musi być jakieś wyjście – mówi błazen do złodzieja. A ten drugi powiada: Między nami wielu jest takich, co sądzą, że życie to tylko żart. Lecz ty i ja mamy to już za sobą. Dość udawania, robi się późno. Album Dylana jest ostatnim z grona najistotniejszych wydawnictw w zachwycającym muzycznie 1967 roku.

Piosenka doczekała się olbrzymiej liczby coverów, ale bezdyskusyjnie najważniejszym z nich jest ten pierwszy. Ten, w którym dominującym instrumentem jest gitara elektryczna, a jej przecież nie było w pierwowzorze. Wersja pojawiła się dziesięć miesięcy później, w pażdzierniku 1968, na ostatnim albumie grupy

The Jimi Hendrix Experience

Electric Ladyland.

Bardzo wielu znaczących artystów znajduje się na liście interpretatorów tego utworu: niedawno zmarły Bobby Womack, Grateful Dead, Jan Akkerman (gitarzysta Focusa), Taj Mahal, Neil Young (sam i z Pearl Jam), U2, Dave Matthews Band, Brian Ferry, Lisa Gerrard, są nawet polskie interpretacje – Brygady Kryzys i Martyny Jakubowicz. Żadna jednak – choć nie brak wśród nich porywających – nie wniosła nic ponad te dwa pierwsze, kanoniczne, genialne wykonania.

[W NaTemat: 18 sierpnia 2014]

Joni Mitchell – urocza kosmitka w objęciach Martyny Jakubowicz

jakubowicz_burzliwy

Granie cudzych kawałków jest stare jak świat. W Polsce uwieczniono w postaci nagrań płytowych sporo takich projektów. Śpiewano m. in. pieśni Okudżawy, Zembaty nagrał krążek z utworami Cohena, bluesowa ekipa zarejestrowała „Tribute to Eric Clapton”. Śmietana sięgnął po Hendriksa, Turnau wziął na tapetę piosenki Starszych Panów i Grechuty, Raz, Dwa, Trzy – Osieckiej i Młynarskiego, Sojka – Osieckiej i Niemena. Efekty, jak to z coverami bywa, są różne: od zachwycających po takie sobie.

[more]

Martyna Jakubowicz doczekała się

hołdu

w postaci 30-tych urodzin. Sama natomiast sięgnęła parę lat temu po utwory mistrza, wydając płytę Tylko Dylan (2005), a ostatnio na rynku pojawił się album, na którym wykonuje piosenki Joni Mitchell. Powiem tak: jakie to ładne sąsiedztwo na moich półkach z płytami – Jakubowicz i Janerka. Płyty obojga kupuje się w ciemno, natychmiast. Jeśli jest w tym zawarte jakieś ryzyko, to na pewno niedotyczące poziomu artystycznego.

Posłuchaj Marta, Kłopoty to jej specjalność, Tyle zalet miał – to był początek, 1982 rok. A w styczniu następnego nagrała swój pierwszy album – Maquillage – z udziałem znakomitych muzyków: Nowaka i Niekrasza (TSA), Ryszki (Krzak), Bierzniewskiego i „Skiby” Skibińskiego (Kasa Chorych).

Kiedy będę starą kobietą

i W domach z betonu nie ma wolnej miłości z tekstami pierwszego męża, Andrzeja Jakubowicza, to klasyka polskiego rocka.

Parę lat starszy, w 1992 roku byłem na jej koncercie w Teatrze Rozrywki w Chorzowie. Skład znów powalający: Waglewski, Piotrowski, Głuch, Rękosiewicz, Pospieszalski, Rusek, Korecki. To był znakomity koncert i z wielką radością odnotowałem fakt, że ukazał się na dwupłytowym wydawnictwie Kołysz mnie. Od tamtej pory nie miałem wątpliwości, że MJ należy do moich szczególnie ukochanych artystów. To przeświadczenie ugruntował kolejny, bardzo dobry album: Dziewczynka z pozytywką Edwarda (1995).

Później o Pani Martynie zrobiło się ciszej, by nie rzec – cicho. Jednakże gdy dowiedziałem się, że nad płytą z piosenkami Dylana pracuje wspólnie – znów – z Wojciechem Waglewskim, byłem pewien, że jest na co czekać. I nie pomyliłem się.Teraz, po kolejnych ośmiu latach, sięgnęła po inną ikonę muzyki drugiej połowy XX wieku, a w tekście umieszczonym na okładce płyty nazwała ją uroczą kosmitką –

Joni Mitchell.

Śpiewanie coverów takich gigantów to zadanie karkołomne i niezwykle ryzykowne. Dlatego że wcześniej brali się za to inni giganci sceny rockowej, folkowej i popowej. Dlatego że te utwory wciąż żyją, stanowiąc kamienie milowe tej muzyki, nawet jeśli tu, między Odrą a Bugiem, nie do końca jesteśmy świadomi skali tego zjawiska. W dodatku Jakubowicz porwała się nie na pojedyncze utwory, lecz postanowiła nagrać całe płyty.

Skalę talentu MJ można mierzyć na różne sposoby. Jednym z nich jest umiejętność dobierania sobie współpracowników. Pani Martynie się nie odmawia, nie odmawiają najlepsi – Wojciech Waglewski czy, teraz, Marcin Pospieszalski – biorący na siebie główny ciężar pracy polegający na nowych aranżacjach piosenek. I oto, łapiąc się za bary z Himalajami muzyki rozrywkowej, tworzą zupełnie nową jakość. Przed ośmiu laty dostaliśmy Dylana, ale i Jakubowicz, dziś mamy Mitchell, lecz również wspaniałą Jakubowicz. A ponadto Andrzeja Jakubowicza, wielkiego majstra od tekstów, który równie świetnie jak sam pisze, potrafi też wziąć się za tłumaczenia.

Kobiecie do metryki zaglądać nie wypada, ale upływu czasu ukryć się nie da. Tymczasem

głos Martyny Jakubowicz

jest wciąż krystalicznie czysty, nadal znaczony świetną dykcją. I ciągle, jak przed laty, wysoki. Po prostu młody.Tegoroczna jesień w naszym kraju to wysyp płyt śpiewających dam: Edyty Bartosiewicz, Anity Lipnickiej, Ani Rusowicz, Misi Furtak (Tres b). Dla mnie jednak nowy album najważniejszej, obok Katarzyny Nosowskiej, wokalistki w historii polskiego rocka jest bezkonkurencyjny. I urzekająco piękny – od pierwszej do ostatniej nuty.

(Na talerzu lub w szufladce: Martyna Jakubowicz, Burzliwy błękit Joanny, 2013)

[28 listopada 2013]

Sześćdziesiąty siódmy

Zabawa się skończyła. Od narodzin minęło kilkanaście lat i oto rock’n’roll utracił dziewictwo. Nie stało się to nagle, bez sygnałów i zapowiedzi, ale wreszcie objawił się światu jako dorosła, piękna kobieta w pełni świadoma swych zalet i wdzięku. Jednak wewnętrznie bardzo skomplikowana.

[more]

Łupnęło tuż po Nowym Roku – 4 stycznia 1967 roku na rynku pojawił się pierwszy album

The Doors.

Jeśli wzrastanie w siłę zjawisk noszących nazwy The Beatles i The Rolling Stones wymagało czasu, o tyle w tym przypadku debiut płytowy od razu wyniósł zespół do roli gwiazdy największego formatu. Płyta zawiera m.in. słynne Light My Fire oraz The End (ten drugi wykorzystany został dwanaście lat później przez Coppolę w znakomitym filmie Czas apokalipsy). Tak zaczęła tworzyć się legenda intensywnie przeplatająca wspaniałą muzykę z problemami osobowościowymi, z niszczącą siłą alkoholu i – przede wszystkim – narkotyków.  

W marcu w sprzedaży pojawia się pierwszy krążek

Velvet Underground

zatytułowany The Velvet Underground And Nico. Za sprawą tekstów otwarcie mówiących o narkotykach (Heroin) szybko wycofany z rynku, ale i tak okazał się z czasem jednym z najważniejszych albumów rockowych w historii. Surowe brzmienie, przegląd stylistyk od folku po psychodelię zachwyca i inspiruje innych do dziś.

12 maja ukazuje się w Wielkiej Brytanii (1 września w Stanach) pierwsza płyta Jimiego Hendriksa –

Are You Experienced?

z tak fantastycznymi numerami jak Hey Joe czy Purple Haze. Tu też, jak w przypadku Doorsów, mamy do czynienia z genialnym debiutem oraz początkiem gitarowo-narkotycznego tańca ze śmiercią. Wielki Jimi, gdyby żył, właśnie dziś obchodziłby siedemdziesiąte urodziny.

Także w maju, tyle że po drugiej stronie oceanu, do studia wchodzą członkowie pierwszej supergrupy, za jaką uznawana jest

The Cream.

Bruce, Clapton i Baker rejestrują materiał na drugi krążek, Disraeli Gears, który ukazuje się w listopadzie. To na nim znajdują się dwa klasyczne już utwory: Strange Brew i Sunshine Of Your Love.

Podobnie jak Cream, na swoim – także drugim – albumie kierowali się w stronę psychodelii

Jefferson Airplane.

Surrealistic Pillow zawiera dwie znakomite kompozycje wokalistki zespołu, Grace Slick – White Rabbit oraz Somebody To Love.

Co jednak powiedzieć o debiucie

Pink Floyd

The Piper At The Gates Of Dawn – który w sklepach pojawił się 5 sierpnia? To był dopiero kompletny odlot muzyczno-narkotykowo-oniryczny. Dla ówczesnego lidera grupy, Syda Barretta, stanowił wspaniały początek i jednocześnie, za sprawą używek, koniec artystycznej kariery. Wciąż naćpany zupełnie nie nadawał się do grania, stał na scenie, brzdąkając cały czas jeden akord. Wkrótce zastąpił go David Gilmour. 

Z używkami eksperymentowali wtedy praktycznie wszyscy rockmani, z tego powodu popadali też raz po raz w tarapaty, jak na przykład – wraz z gronem przyjaciół – Keith Richards, na którego dom w lutym tamtego roku zrobiła nalot policja.

Nie przeszkodziło to Stonesom przyjechać do Polski i 13 kwietnia zagrać w warszawskiej

Sali Kongresowej.

Co prawda dwa lata wcześniej odwiedzili nasz kraj The Animals (ci od The House of The Rising Sun – to tak dla młodszych czytelników), ale to właśnie występ toczących się kamieni stał się katalizatorem przemiany świadomościowej ówczesnych nastolatków w naszym kraju. Chemiczna bomba pełna imperialistycznego, zgniłego hałasu wybuchła, o ironio, w miejscu, w którym odbywały się kolejne zjazdy przewodniej siły narodu, jaką przez cztery dekady była Polska Zjednoczona Partia Robotnicza.

1 czerwca ukazuje się

Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band

Beatlesów, uważany za najważniejszy koncept album i, w ogóle, za jedną z najlepszych płyt w historii pop music. Czwórka z Liverpoolu niczego już wtedy nie musiała udowadniać, rok wcześniej wydała znakomity Revolver, a jednak kolejny raz zadziwiła świat. Trudno tu wskazywać jakieś utwory, bo całość jest świetna, wspomnę jednak With a Little Help From My Friends (rozsławione potem przez Joego Cockera), When I’m Sixty-Four i Lucy In The Sky With Diamonds (moje wytłuszczenia dotyczą jednej z wersji interpretujących tytuł). 

W czerwcu tego roku odbył się też pierwszy wielki festiwal muzyczny –

The Monterey International Pop Festival.

Zabrakło na nim bardzo wielu liczących się wówczas wykonawców, ale zagrali m.in. Jimi Hendrix Experience, Janis Joplin, The Who, Greatful Dead, Jefferson Airplane, Otis Redding oraz Simon i Garfunkel.

The Rolling Stones

swoje najlepsze płyty mieli nagrać trochę później, ale i tak światło dzienne ujrzały w 1967 roku dwa krążki – Between The Buttons (zawierający choćby Yesterday’s Papers) oraz Their Satanic Majesties Request (She’s A Rainbow, 2000 Man).

We wrześniu pojawiła się na rynku druga płyta Doorsów – Strange Days, potwierdzająca klasę zespołu (Love Me Two Times, Moonlight Drive, When The Music’s Over).

9 listpada wychodzi pierwszy numer

„Rolling Stone Magazine”,

jednego z najbardziej opiniotwórczych czasopism zajmujących się muzyką czy, szerzej rzecz ujmując, kulturą.

Pod koniec roku (w USA 1 stycznia 1968) ukazuje się drugi album Hendriksa Axis: Bold As Love, a na nim Little Wing oraz Castles Made Of Sand. Podobnie jak w odniesieniu do Doors – umacniający pozycję wykonawcy na rynku.

27 grudnia pojawia się w sprzedaży nowa płyta

Boba Dylana

John Wesley Harding, a na niej All Along The Watchtower. Po psychodelicznych szaleństwach wcześniejszych albumów otrzymujemy porcję stylistycznej ascezy, od strony tekstowej wspartych elementami religijnymi czy wręcz mistycznymi. Dylan znowu wyprzedza czas. Śpiewa: „Wielu jest pomiędzy nami takich, którzy sądzą, że życie to tylko żart. Ale ty i ja mamy to już za sobą. Nie ma więc co udawać, pora robi się późna”.

Tak, żarty zdecydowanie się kończyły. Zjawisko zwane rock’n’rollem stawało się wielkim, największym w powojennych czasach przeżyciem pokoleniowym po obu stronach oceanu. Wolna miłość, orgie, alkohol, narkotyki – to wszystko zdawało się nie mieć granic. Poza tą jedną, najważniejszą – śmiercią. Brian Jones, Jimi Hendrix, Janis Joplin, Jim Morrison nie dali rady, zmarli zdecydowanie przedwcześnie, przegrywając z nałogami. A jednocześnie rock całymi seriami zaczął wyrzucać z siebie płyty dobre i bardzo dobre. A między nimi – arcydzieła.

There Is No Future (For Rock’n’roll) – ?

Rock’n’roll trzyma się nieźle, starzy rockmani – znacznie gorzej.

[more]

Pierwsze pokolenie…

punkt wyjścia, panowie, którzy zaczynali w latach 50., różnie: niektórzy grają już w niebiańskiej orkiestrze, nieliczni są jeszcze tutaj. Chuck Berry, w moim odczuciu pierwszy wielki, od dawna już się nie udziela. Jerry Lee Lewis w 2010 roku wydał płytę. Jaką? Ze swoimi największymi przebojami opracowanymi na nowo, zagranymi wespół z najpilniejszymi uczniami.

Drugie pokolenie…

azymut, punkt odniesienia – ci, co zaczynali w latach 60. – też nieuchronnie zbliżają się do mety. Biologia jest nieubłagana. Pierwsi spośród nich umierali przedwcześnie: w katastrofach lotniczych, wypadkach samochodowych i motocyklowych, z przedawkowania alkoholu i/lub narkotyków. Potem przyszły choroby. Teraz – wszystko to razem plus nieuchronna starość. Sam też nie wiem, jak jeszcze długo będę mógł ten proces obserwować. Jak to będzie, gdy umrą ikony rocka – gdy zabraknie Beatlesów, Stonesów, Dylana, gdy wykruszą się następni wielcy?

Filharmonia

Pozostaną płyty i rejestracje koncertów, pozostaną oryginały. Ale czy ich muzyka będzie grana na żywo – tak jak Vivaldiego, Chopina, Mozarta? Czy przeniesie się do filharmonii, stając się muzyką przeszłości dla wybranych? Czy aby zobaczyć rozbijanie gitar na koniec koncertu, usłyszeć wykrzyczane do mikrofonu there’s no future, no future for me! będziemy zakładać garnitury albo – też zgodnie z savoir vivre’em – znoszone dżinsy, kolorowe koszule albo czarne tiszerty?

Czy to będzie miało sens, ta muzyka, jak się dziś upieram, oryginału, grana przez wykształconych w akademiach muzycznych instrumentalistów i wokalistów? Czy w sklepowych przegródkach z muzyką klasyczną znajdziemy kiedyś Beatlesów pomiędzy Bachem i Beethovenem? Bo przecież oni wszyscy w swoim czasie tworzyli muzykę ku rozrywce – ?

Revival bands

Albo jeszcze inaczej. Zadanie to przejmą kapele typu revival. To właściwie już się dzieje. Sale koncertowe wypełniają się podczas występów The Australian Pink Floyd czy The Musical Box, grającego stare kawałki Genesis. Dawno temu, na początku lat 80., przy pełnej widowni wystąpił w Spodku RFN-owski The Beatles Revival Band. I co? Hm, było zawodowo i wzruszająco.

Więc?