JAZZART Festival w Katowicach (Lars Danielsson Quartet, Courtney Pine, Maciej Obara International Quartet)

Po raz pierwszy, przygotowany w pośpiechu, przy okazji wkładający kij w jazzowe mrowisko w stolicy Śląska. Trzy dni (28-30.04.2012), kilkanaście koncertów. Ostatecznie zdecydowałem się na trzy. Wiek już nie ten, coraz gorzej znoszę maratony muzyczne, a dla doznań estetycznych też lepiej, gdy jest ich mniej, nie nakładają się na siebie wzajem.

[more]

Sobota, Rialto. Courtney Pine z projektem „Europa”. Na co dzień saksofonista, tym razem zagrał na klarnecie basowym. Obok niego perkusja, bas i piano (niezwykłej urody pani, o włosach opadających prawie za krzesełko, na którym siedziała). Mieszanka niesamowita, przekładaniec wolnych i dynamicznych kawałków, które raz po raz przeistaczały się w ekstatyczną improwizację wszystkich muzyków. Afro-karaibskie korzenie lidera mieszały się z rytmami zasłyszanymi gdzieś podczas, jak rozumiem, tras koncertowych po starym kontynencie. Inspiracje skandynawskie, greckie i inne mieszały się ze sobą nieustannie. Do tego urocza, niegwiazdorska konferansjerka. Kawał muzyki, interesująco spędzony wieczór.

W poniedziałek wybór padł znów na Rialto, na Maciej Obara International Quartet. Obara na saksofonie, Dominik Wania na fortepianie i sekcja z Norwegii – Ole Morten Vagan na basie i Gard Nilssen na perkusji. Poznali się w Kent na festiwalu jazzowym, Obara stwierdził, że dobrze byłoby zrobić coś w tym składzie.

Odjechane to było momentami zupełnie, totalna improwizacja. Ale ci młodzi przecież ludzie potrafią już bardzo wiele, więc trudno się dziwić gorącej reakcji publiczności. Obara w sumie dzielił się dźwiękami swojego instrumentu oszczędnie, stąd na plan pierwszy wysunął się wspaniały kontrabasista. Vagan grał porywająco, raz po raz łamiąc harmonie smyczkami bądź odwrotnym ułożeniem dłoni na gryfie. Brawura i poczucie humoru jednocześnie. Kolejna porcja dobrej energii ze sceny – muzyki na poziomie, kontaktu muzyków ze sobą i z publicznością. Jazz ma się dobrze, podobnie jak przyjaźń skandynawsko-polska urzeczywistniana na scenie w nie wiadomo którym już pokoleniu.

Na deser zostawiłem sobie koncert niedzielny. Katedra ewangelicko-augsburska przy ulicy Warszawskiej, Lars Danielsson Quartet. Wielka postać europejskiego jazzu, u nas najlepiej znana ze współpracy z Leszkiem Możdżerem i Zoharem Fresco.

Przez siedemdziesiąt minut Bóg istniał na pewno i był Skandynawem. Do uszu zgromadzonych docierały aksamitne, pastelowe dźwięki prosto z nieba. Ukojenie, spokój, harmonia doskonała. Anioły unoszące się pod sklepieniem. Bas lidera, piano, bębny i delikatna gitara elektryczna. Jazz? Może po prostu Muzyka, cudnej urody melodie rozpisane na jazzowe instrumentarium, zagrane z wielkim znawstwem przedmiotu i wirtuozerią. Asceza wnętrza świątyni, jej świetna akustyka – tylko potęgowały efekt.

Państwo wybaczą, czy po takiej uczcie można iść na kolejne przyjęcie? Przecież z takimi dźwiękami trzeba pokornie wrócić do domu, unosząc się nieco w powietrzu, ułożyć się do snu. I zostać z nimi przynajmniej do rana.

3 maja 2012

Dodaj komentarz