Od winyli do instalacji – Od Cranacha do Picassa – Muzeum Narodowe we Wrocławiu

Jak się niedawno było w Wiedniu, w Muzeum Historii Sztuki, Belvederze i Albertinie, jak się ma na świeżo Tycjana w Rzymie – jeden Cranach, jeden El Greco, Tintoretto, Rubens, Miro i Picasso, dwa van Dycki może nie rzucają na kolana, ale wsiada się w samochód i jedzie z Katowic do Wrocławia. Stoi się w półgodzinnej kolejce, powstrzymuje, aby nie warknąć na starszą panią, która jak w Peerelu musi stać przedstojącemu, czyli mi, prawie na plecach. Trochę przed trzynastą wchodzi do kilku niedużych sal. Wyłącza się dźwięk w komórce, bo to przecież muzeum i szacowna wystawa.

[more]

W nieokazałym środku – zaskakujące – szum. Ludzie głośno rozmawiają, odbierają telefony, panie z obsługi nie tylko nie upominają, ale zachowują się czasem równie głośno. O trzynastej wszystkich wypraszają, bo pomieszczenia nie są klimatyzowane, a

o dzieła dbać trzeba

i w związku z tym o odpowiednią wilgotność powietrza. W porządku, zostaliśmy o tym wcześniej poinformowani. Co zrobić z dwudziestoma minutami przerwy?

Idziemy z żoną do innych sal, oglądamy depozyty Archidiecezji Wrocławskiej. Nagle naszą uwagę skupia niespodziewany dźwięk. To pani z obsługi dolewa z konewki wody do nawilżacza powietrza. Idziemy jeszcze do paru innych sal. Na dziedzińcu muzeum dzieje się coś dziwnego. Ja, profan, nie znam się na sztuce bardzo współczesnej. Na instalacjach. Dwa stanowiska z siedziskami i ekranami jak w salonie gier, takiż hałas, słyszalny w wielu pomieszczeniach muzeum, idealne tło do konsumowania zarówno Cranacha, jak i piętnastowiecznych rzeźb śląskich. W fotelach, trzymając kierownice, ciągle siadają jacyś podnieceni ludzie płci obojga.

Instalacja

to, zdaje się, płyty OSB z marketu budowlanego, tworzące coś w rodzaju toru, po którym poruszają się pojazdy zdalnie sterowane obsługiwane przez tych siedzących w fotelach. Autka jadą po torze wyłożonym od środka płytami gramofonowymi. Nałożonymi jedna na drugą, powyginanymi, pociętymi, przytwierdzonymi kołkami do konstrukcji. Płytami nie wiem jakich wykonawców, ale ciśnienie mi podskakuje, bo swoje stare winyle do dziś mam w niezłym stanie, w woreczkach albo papierowych kopertach, w dobrze utrzymanych okładkach.

Ale to sztuka, na której się nie znam, której nie rozumiem. Ogłupiający dźwięk prawie młota udarowego zagłuszający własne myśli, za to z pewnością ułatwiający odbiór tych staroci sprzed wieków bądź paru dziesięcioleci. Kto by się tam przejmował Rubensem lub Miro, jakimiś zramolałymi bohomazami, kiedy

świat i sztuka idą naprzód.

A odbiorcy tej na wskroś współczesnej instalacji mają rozpalone oczy i uśmiechy na twarzach, są wyraźnie podnieceni. W odróżnieniu od tych w większości smutasów oglądających pobazgrane deski lub płótna.

Ach, jeszcze coś dla ciała – kawiarnia. O wpół do drugiej półki wymiecione są z czegokolwiek do zjedzenia, jakiegoś zawieruszonego choćby kawałka ciasta. Pozostaje herbata – czarna, ale z wodą o temperaturze przeznaczonej do parzenia zielonej. No cóż. I jeszcze wizyta w toalecie. Przed jej opuszczeniem wycieram nie tylko ręce, ale i podeszwy butów, aby tego, na czym musiałem stanąć w kabinie, nie roznieść po korytarzu.

Opuszczamy piękny, choć trochę zaniedbany wewnątrz gmach i wzdychamy na wspomnienie ciszy, klimatyzacji, odpowiedniego oświetlenia i paru innych rzeczy w muzeach dużych i mniejszych na Zachodzie.


Na początku był Chuck Berry

Keith Richards: „Jak powiedziałem, kiedy wprowadzałem go do Hall of Fame [1986], ukradłem każdy riff, który kiedykolwiek zagrał”.

Marek Garztecki: „Szczupły, przystojny „chłopiec z gitarą” stworzył nowy typ młodzieżowego bohatera i uznany został za jedną z najbardziej fascynujących osobowości estradowych naszych czasów. Był pierwszym murzyńskim wokalistą, który stał się idolem białej młodzieży amerykańskiej. On też jako pierwszy zrobił decydujący krok od czarnego rythm and bluesa do nowego multikolorowego tworu zwanego rock and rollem”.

[more]

W 1978 roku zbiegły się w moim życiu dwa bardzo istotne muzyczne epizody: w swojej „Tonacji Trójki” Dariusz Michalski prezentował

mistrzów rock and rolla.

To wtedy pierwszy raz w dużej dawce zetknąłem się z piosenkami Berry’ego – i zwariowałem. A pod choinką parę miesięcy później znalazłem prezent od brata – książkę Marka Garzteckiego Rock. Od Presleya do Santany, a w niej krótki, ale cały rozdział poświęcony temu gitarzyście, wokaliście i kompozytorowi. I od tamtej pory wiem, że od tego faceta wszystko się zaczęło. Skończyły się rokendrolowe wprawki, zaczęło bezkompromisowe łojenie.

Urodził się w 1926 roku, był jednym z sześciorga rodzeństwa, jednak nigdy nie zaznał biedy. W 1944 roku został zatrzymany pod zarzutem kradzieży i spędził trzy lata w poprawczaku. Potem wahał się, czy zostać fryzjerem, czy muzykiem. Zwyciężyła miłość do muzyki, z którą – jak każdy Murzyn – zetknął się jako dziecko w kościele. W 1952 roku miał już swoje stałe trio. Grupa była jedną z pierwszych profesjonalnych wykonujących R&B.

Berry chciał trafić do Chicago, miasta tętniącego wtedy graniem. Dobił się do sławnego już Muddy’ego Watersa, został wysłuchany i parę dni później obaj znaleźli się w wytwórni

Chess Records.

Zespół nagrał trzy utwory, a wśród nich Maybellene. Jeden z braci Chessów zasugerował zmianę aranżacji, dodanie mocnego beatu i… bomba poszła w górę. To był maj 1955 roku, utwór szybko stał się numerem jeden list przebojów w całych Stanach.

Berry koncertował w największych salach, bijąc rekordy popularności. Jeszcze w tym samym 1955 wylansował następny przebój – Roll Over Beethoven, a w kolejnych trzech latach School Day, Rock And Roll Music, Sweet Little SixteenJohny B. Goode.

Jak pisze wspomniany już M. Garztecki, stał się

pierwszym poetą rokendrolla,

śpiewał o świecie widzianym oczami nastolatka, ucznia, o pierwszych miłościach i rodzicielskich nakazach. Pojawiają się nawet wątki związane z ubóstwem i segregacją rasową, w mocno zawoalowanej formie, ale były to przecież lata pięćdziesiąte.

U szczytu sławy, w 1959 roku został powtórnie aresztowany, tym razem pod zarzutem uwiedzenia nieletniej. Okazało się, że dziewczyna była znacznie starsza, trudniła się prostytucją i nikt do niczego jej siłą nie zmuszał. Sędzia jednak ciągle zwracał się do niego „ty czarnuchu” i Berry ostatecznie poszedł siedzieć – tym razem na blisko dwa lata.

I wszystko się zmieniło – przede wszystkim on: stał się odludkiem, żona zażądała rozwodu, starzy przyjaciele odwrócili się od niego. Zmieniał się też rock. Berry musiał zaczynać niemal od początku.

I tak naprawdę

już nigdy się nie podniósł.

W 1972 roku co prawda powrócił na szczyty list przebojów kawałkiem My Ding-A-Ling, znów mógł grać w wielkich salach koncertowych, ale dawnej popularności na dłużej nie odzyskał. W 1979 roku wymiar sprawiedliwości raz jeszcze upomniał się o niego – odsiedział cztery miesiące za fałszerstwa podatkowe.

Najbardziej interesuje nas jednak dzieło, a nie sam człowiek. Dziesięć pierwszych lat, bo okres 1955-1964 jest tym najważniejszym, tym, kiedy powstały wszystkie istotne utwory Berry’ego. Piosenki, bez których nie sposób mówić o początkach rokendrola, o jego kamieniach milowych. Rola artysty, jego

wpływ na następne pokolenie twórców

– przede wszystkim brytyjskich – z Beatlesami i Stonesami na czele, jest nie do przecenienia. Ten zadziorny facet nieźle narozrabiał w dziejach popkultury.

Od bodaj kilkunastu miesięcy są dostępne w Polsce znakomite dwupłytowe kompilacje Universalu w serii Gold. Wśród nich zremasterowany wybór piosenek Chucka Berry’ego – definitive collection, ponad dwie godziny grania. Pięćdziesiąt piosenek, które ukazują wszystko, co najistotniejsze w dorobku mistrza. Oprócz wyżej wymienionych jeszcze Wee Wee HoursCarol, Little Quennie, Memphis, Tennessee czy Nadine, by wymienić tylko niektóre z najsłynniejszych. Rewelacja – za jedyne 22,99 zł.

 

 

Weather Report

W niedzielę, mam nadzieję, Paul McCartney i Flaming Pie.

Wyrwane z kontekstu: Thin Lizzy, Hey You

W odstępie kilku miesięcy świat ujrzały dwie piosenki o tym samym tytule. Pierwsza pochodzi z The Wall Floydów, stanowiąc jeden z najjaśniejszych punktów dwupłytowego albumu, o tej drugiej mało kto dziś pamięta.

[more]

Irlandzki band, na którego czele stał Phil Lynott, choć nigdy nie wytyczał nowych rockowych szlaków, w latach 70. stanowił dobre nawiązanie do prostoty tej muzyki sprzed dwóch dekad. W okresie, gdy rozpadli się Deep Purple, dołowali Black Sabbath, gorzej wiodło się Led Zeppelin, stanowili ścisłą czołówkę mocnego grania. Świetną wizytówkę grupy stanowi koncertowy Live And Dangerous (1978).

Dzisiaj sięgam jednak do nagrania z 1980 roku kończącego bardzo udany album Chinatown. Lynott miał rękę do gitarzystów – współpracował z TL Gary Moore, a na tej płycie słychać Snowy’ego White’a.

Hey You to kawał solidnego rokendrolowego łojenia zbudowany na bazie powracającej reggae’owej zagrywki (przy okazji mały cytat z The Police). A w środku – żaden tam grzeczny kominek za szkłem w living roomie, tylko żar buchający z wielkiego pieca hutniczego.

Lynott, lider i mózg zespołu, zmarł w 1986 roku w wieku zaledwie trzydziestu sześciu lat. To, że dziś można ujrzeć w prasie anonse o występach kapeli o nazwie Thin Lizzy, również w Polsce, wydaje mi się nadużyciem, zwłaszcza w kontekście bezustannie zmieniającego się przed laty składu. Cóż, kasa nie śmierdzi.

Weather Report

W czwartek – Chuck Berry. Czas najwyższy było o nim napisać.

Nowe sytuacje – Tape Reels

Ufam, że nie cierpię na przerośnięte ego. Gdzie Blog and rollowi do Piotra Kaczkowskiego i jego serii Minimax.pl, gdzie do świetnych trójkowych audycji dla debiutantów Piotra Bukartyka (szkoda, że „spadły” z anteny). Mam świadomość, że podpisanie listy obecności na tym blogu niczego nie załatwi i nie ułatwi. To takie oświadczenie woli – obu stron – że się zgadzamy, by się w tym miejscu pojawić. Zapraszam ewentualnych chętnych. A dziś, na naprawdę dobry, gitarowy początek – Tape Reels z Tarnowskich Gór, zaś następnym razem Nils Project.

[more]

O TR pierwszy raz usłyszałem we wrześniu ubiegłego roku. Jakiś miesiąc temu napisałem do chłopaków, ruszyła wymiana mejli. Poprosiłem ich o parę zdań o sobie i ostatnio od Iwo Nowaka, basisty zespołu, otrzymałem taki list:

„Tape Reels – trio bardzo spontaniczne.

Spotkaliśmy się właściwie przypadkiem, więc zaskoczeniem dla nas samych była przyjemność wspólnego grania. Siedzieliśmy w podobnej muzyce i jak się okazało, każdy z nas poszukiwał w niej podobnych emocji, stąd wspólna chęć ich wyrażenia – na początku był to korzenny rock z bluesem, sięganie do ich źródeł, energia, żywiołowość i niezależność. Ale także rozwój.

Stąd później przyszło uczucie, że coś się zmienia – może zaczęliśmy się bardziej rozumieć, może dojrzeliśmy, ale może też stawaliśmy się coraz bardziej otwarci i śmiali. Trzeba iść do przodu i zaskakiwać, wytworzyć nową jakość, dlatego teraz poszerzamy paletę dźwięków, czerpiąc z przeróżnych źródeł, syntezując i eksperymentując w obrębie znanych nam obszarów (a każdy z nas w różne strony zerka).

Brud i czysta uroda, wspomnienia i palenie mostów.

Co prawda dużo już zostało na świecie zagrane, więc nigdy nie unikniemy jakichś porównań czy zbieżności z innymi artystami. Ale wierzymy, że da się odświeżyć stylistykę rockową, nawet romansując z muzyką retro – każdy istniejący element można przecież wykorzystać w inny sposób, może nawet stwarzając coś na modłę naszych czasów. Dlatego dzisiaj trudno nam powiedzieć, co z tego wyjdzie, nie wiemy, co zagramy za rok, za dwa. Lecz chcielibyśmy, żeby było to coś szczerego, coś, co ludzie będą mogli sami odkryć. I może w końcu pokiwają głową i powiedzą: To jest dobre. Czyli tak samo, jak myślimy my”.

Tape Reels powstał pod koniec 2010 roku w składzie: Bartek Pokrywka – gitara, wokal, Adam Budziński – perkusja, Iwo Nowak – gitara basowa. W 2012 zespół nagrał w studiu MaQ Records swoją

pierwszą EPkę.

Jeszcze raz oddajmy mu głos: „Dwa dni, cztery utwory – to wystarczyło, aby zatrzymać w nagraniach całą energię, która towarzyszyła zespołowi podczas pracy w studiu”.

Dotychczasowe osiągnięcia kapeli to przede wszystkim pierwsze miejsce w konkursie młodych zespołów „Gazety Co Jest Grane na Europejskie Targi Muzyczne 2012” i występ w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie oraz nieco wcześniejsze zwycięstwo w przeglądzie ParkRock w Tarnowskich Górach. Ponadto gitarzysta jest kilkakrotnym laureatem, w tym na solo gitarowe, katowicko-chorzowskiego Festiwalu Gitary Elektrycznej.

Tyle o grupie. Od siebie dodam tylko, że jej muzyka bardzo przypadła mi do gustu. Osadzona jest w klimatach przełomu lat 60. i 70., a te kocham szczególnie. Starzy mistrzowie odchodzą, ale ich granie wciąż inspiruje. Proponuję nadstawić ucha.

P.S. Te utwory jeszcze lepiej brzmią na portalu Reverbnation. Czyściej, z szerszym pasmem, więcej tam wysokich tonów.

Weather Report

We wtorek, jeśli nic złego się nie wydarzy, ”Wyrwane z kontekstu” i Thin Lizzy.

Wstydź się, Trójko!

Wczoraj wieczorem radiowy program trzeci Polskiego Radia uraczył nas benefisem Piotra Kaczkowskiego z okazji jego pięćdziesięciolecia pracy dziennikarskiej. Pół wieku stuknęło Panu Piotrowi w marcu, okolicznościowe obchody odbyły się w Fabryce Trzciny. W Trójce oczywiście mówiono i o jubileuszu, i o imprezie (choć o tej niewiele), ale nic ponadto. Zdziwienie pierwsze.

[more]

Ktoś – kto? – przypomniał sobie wreszcie, że należałoby uhonorować ikonę dziennikarstwa muzycznego nad Wisłą w jego macierzystej redakcji, trochę późno, ale dobrze, że w ogóle. Choć od dawna moje upodobania muzyczne są zaledwie w małej części Panapiotrowymi, zasiadłem przed radioodbiornikiem. Bo przecież nie mogę zapomnieć, przez kogo to wszystko,

kto tak naprawdę zaraził mnie muzyką.

Dwie godziny, powinno być nostalgicznie, wspomnieniowo, pięknie.

Zdziwienie drugie, a może już trzecie. Trójka ma liczną redakcję muzyczną, wielu pracujących w niej panów przyznaje, że czują się uczniami Pana Piotra. Oczywiste byłoby, gdyby program poprowadził Piotr Baron albo Marek Niedźwiecki. Jezu, są przecież jeszcze Piotr Metz i Piotr Stelmach. Ktokolwiek, byle mający pojęcie o tym, czym przez całe swoje życie zajmuje się Kaczkowski.

A tu redaktor Andrus. Miałem swoje – słuchacza – uwagi do niego już wcześniej, ale teraz mogę powiedzieć, że go po prostu nie lubię. A ponieważ taka ze mnie męska zołza, że jestem pamiętliwy, już go nie polubię.

Trójko, jak mogłaś

wpaść na tak szatański pomysł,

by oddać prowadzenie tej imprezy facetowi, który jeśli się na czymś zna, to nie na muzyce, a na kabarecie (to wielkie słowo w odniesieniu do większości dzisiejszej „twórczości” na tym polu, lecz niech będzie)? Jak mogłaś powierzyć mu przygotowanie całości, ani przez moment – wygląda na to – nie patrząc na ręce? Andrus nie umie być człowiekiem drugiego planu, zawsze musi brylować, sypać dowcipami. Jeśli jego rozmówca odważy się powiedzieć coś, z czego śmieje się publiczność (wczoraj Grzegorz Turnau), to ten zaraz musi ripostować – czasem śmiesznie, czasem mniej. Andrus zagaduje swojego rozmówcę, buduje długie pytania, tym dłuższe, im mniejsze ma pojęcie o tym, o co zapytać. Tak było wczoraj – i było mi wstyd, że tego słucham. Było mi wstyd, że Pan Piotr musi tego słuchać. Było mi wstyd, że Trójka firmuje jubileusz swego mistrza przygotowany na tak niskim poziomie.

Bo po pierwszych wistach redaktora A. na scenie pojawił się… No właśnie, Kazik. Nie słucham dziś całych audycji Pana Piotra, ale kiedyś słuchałem. I nie przypominam sobie jego szczególnej atencji dla Kultu. Raczej dla Perfectu, wczesnej Lady Pank, ówczesnej Budki Suflera, Maanamu. Ale dobra, Staszewski palnął coś o słuchaniu „Muzycznej Poczty UKF”, niech będzie.

Jednak potem podziało się coś takiego, że

chciałem schować się pod stół.

Coś o kabarecie. O rany – Kaczkowski i kabaret? Nie, oczywiście, Andrus i kabaret. To jest grunt, na którym konferansjer (pardon, gwiazda) czuje się pewnie, jak ryba w wodzie. Wyszli jacyś żałośni szansoniści, pieprzyli długo i nieśmiesznie, żal było słuchać. I wtedy wszedłem na Trójkowego fejsbuka, by od razu napisać, co o tym myślę. Droga Trójko, wiedz o tym, że nie ja jeden nie mam stacji radiowych przed Tobą, że jesteś słuchana, lubiana, ale też oceniana. I nie wolno Ci, programowi z takimi tradycjami, popełniać tak ciężkich grzechów jak wczoraj!

Mojego złego wrażenia nie naprawili już ani Zbigniew Preisner, ani Adam Nowak, ani – jak zwykle dowcipny, w subtelnym stylu Starszych Panów – Grzegorz Turnau.

Pal licho Mirosław Czyżykiewicz, Kaczkowski ostatnio znów o nim ciepło się wyrażał, więc niepotrzebnie się czepiam. Ale co robiła tam Maria Czubaszek, skądinąd jedna z moich ulubionych? I gdzie podziali się ci, którzy mogli Jubilatowi zadać

parę mądrych pytań?

Gdzie byli Weiss, Królikowski, Niedźwiecki, Baron i paru innych tego wieczoru? Tych, dla których muzyka – jak dla Pana Piotra – jest całym światem? Też, jak ja, przy głośnikach? I czy też wstydzili się, byli zażenowani jak ja?

Pan Andrus już wczoraj miał swój benefis. Świetnego samopoczucia nic mu pewnie nie zmąci. Ani „tykanie” tych, z którymi jest na „pan”, ani ewentualny, spóźniony opieprz dyrektor Jethon. Jej zresztą też wypada podziękować za to, że ten wieczór wyglądał właśnie tak.

A Panu Piotrowi ciągle należy się coś normalnego. Z kolegami dziennikarzami muzycznymi oraz paroma zaprzyjaźnionymi muzykami rockowymi. Bo rock, a nie inne klimaty (z całym szacunkiem dla Nowaka i Turnaua), jest najbliższy redaktorowi.

Nie przegap, Trójko, czegoś.

Takich momentów, które się zapamiętuje – gdy siadali obok siebie, wspominając początki tej stacji radiowej, Kaczkowski, Witold Pograniczny i Marek Gaszyński. Gdy Kaczkowski rozmawiał z Franciszkiem Walickim. Albo z Wiesławem Weissem. To są ludzie, o których Andrus pewnie nie słyszał, a którzy budowali w Polsce scenę rockową, muzyczne radio i prasę. Kolejnym takim momentem mógł, powinien być, wczorajszy wieczór.

Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą. Na przykład Marek Jackowski ani Panu Piotrowi, ani nam już nie zagra.

Jeźdźcy burzy odchodzą

Zawsze kiedy umierają ludzie znani, lubiani przez nas, cenieni – świat robi się mniejszy i smutniejszy. Gdy te śmierci dopadają nas w odstępie kilku dni – ból jest jeszcze większy. I świadomość, że skoro odchodzą, to i my, ich wielbiciele sprzed wielu już lat, też młodzi nie jesteśmy. Nasze autorytety i nasi idole w coraz większej grupie są już „tam”. Biologia jest bezwzględna i nieubłagana.

[more]

Dopiero co mieliśmy możliwość obejrzeć w sobotnie wieczory w TVP Kultura historię powstania pierwszego, a potem ostatniego albumu The Doors – L.A. Woman – wydanych za życia Jima Morrisona. Wielki zespół, dwie najlepsze płyty w jego dorobku. Wspaniałe opowieści całej trójki: Raya Manzarka, Robbiego Kriegera i Johna Densmore’a.

I kolejny raz rodzi się pytanie, ile trzeba, by przejść do historii? I drugie, jakiż ta historia przybierze ostatecznie kształt? Tych czterech starannie wyedukowanych młodych ludzi intensywnie działało ledwie parę lat. Wszystkie ważne nagrania powstały w okresie 1967-1970. To, co po śmierci Morrisona zrobili trzej panowie, nie może się już równać skalą dokonań z twórczością The Doors. No i druga kwestia – co zostanie z rokendrola za kolejnych pięćdziesiąt lat? Wydaje się, że wiele z tego, co dzisiaj, ale czy na pewno? Jeśli Chuck Berry, Beatles, Rolling Stones, Dylan czy Doors przetrwali próbę ponad lub niemal półwiecza, to może ostaną się także w przyszłości jako ci z grona najważniejszych?

Ray Manzarek, wnuk polskich emigrantów urodzony w 1939 roku, zmarł wczoraj w Niemczech. Każdy, kto miał okazję popatrzeć na zapisy z koncertów słynnego kwartetu, musiał zapamiętać jego charakterystyczną sylwetkę. Kwadratowa szczęka, okulary, spokój – intelektualista przy klawiaturze. I ten klawiszowy bas, który obsługiwał jedną dłonią, drugą wyczyniając niezłe hołubce na organach. W pięknym Hyacinth House przypomniał o swych korzeniach, cytując Chopina.

– Hej, staruchu!

– Hej, Ray, jak się masz?

– Świetnie. Myślałem, że pojechałeś do Nowego Jorku.

– Nie, zostałem tu (…). Piszę…

– Piszesz? A co piszesz?

– O, nic takiego. Po prostu piosenki.

– Piosenki? – ucieszył się Ray. – Zaśpiewaj mi jakąś.

Jim usiadł na piasku. Ray ukląkł naprzeciw niego. Jim zaczął się kołysać, wyciągając ręce na boki i przesypując piasek między palcami. Przymknął oczy. Wybrał pierwsze wersy Moonlight Drive. Słowa popłynęły powoli i wyraźnie:

 

 Popłyńmy do księżyca / ooch

 W górę, po fali przypływu

 Zanurzmy się w wieczorze, tam

 Gdzie we śnie kryje się miasto…

 

Kiedy skończył, Ray wykrzyknął:

– To najlepsze cholerne teksty, jakie słyszałem! Chodź, założymy zespół rockandrollowy i zarobimy milion dolarów!

– Otóż to – odpowiedział Jim. – Właśnie o tym myślę przez cały czas.*

 

Czy są już po pierwszej od lat próbie? I jaką tym razem piosenkę Jim zaśpiewał Rayowi?

 

_____________________

* Fragment książki Nikt nie wyjdzie stąd żywy Jerry’ego Hopkinsa i Danny’ego Sugermana. Polskie wydanie w przekładzie G. Grątkowskiego. Britannica Press & Education 1992.

Raz i wystarczy – The Australian Pink Floyd Show, Katowice, Spodek, 15 maja 2013

Nigdy nie byłem na koncercie Floydów, żałuję. Wiesław Weiss przed laty, gdzieś na początku lat 90., opisywał swoje wrażenia z dwóch kolejnych występów zespołu, które dane mu było obejrzeć. Pierwszy wprawił go w zachwyt, po drugim, gdy zorientował się, że wszystko jest powtarzane w najdrobniejszych szczegółach, że pewne guziki muszą być naciśnięte w ściśle określonym momencie, że reżyseria spektaklu dominuje nad spontanicznością grania na żywo, był trochę rozczarowany.

[more]

Aussie byli już w Spodku kilkakrotnie,

lecz ja dopiero teraz, wysłuchawszy wielu pochlebnych opinii znajomych i nieznajomych, zdecydowałem się pójść. Trzeba wreszcie, mimo wcześniejszej nieufności, zobaczyć i wyrobić sobie własne zdanie. Bez uprzedzeń, bez nastawiania się, że będzie tak lub siak.

Od dawna już nie mam nabożnego stosunku do dokonań Pink Floyd, dosyć chyba poukładane – na własny oczywiście użytek – opinie w głowie, swoje typy. Oraz wiele sympatii dla pierwszych płyt grupy, tych z lat 60., ze szczególnym uwzględnieniem The Piper At The Gates of Dawn. I niechęć do późnych albumów – ze dwa lata temu zatrzymałem w połowie odtwarzanie The Division Bell – znudzony i niemile zaskoczony swoją własną reakcją. Aż tak bardzo przeszła mi miłość do tej kapeli? Albo ten krążek  po prostu się zestarzał?

Cokolwiek mówić, jej dorobek to jednak

rockowe sacrum.

I właśnie: czy do – podkreślam – rockowego sacrum należy, paradoksalnie, podchodzić w sposób kanoniczny, na kolanach, wręcz z partyturą w rękach? Czy przeniesienie takiego zabiegu z filharmonii do wielkich hal jest właściwym zabiegiem? I czy coś tu zmieni fakt, że kiedyś umrą wszyscy pamiętający wielkich rocka (tak jak znacznie bezpieczniej mówić o drugiej wojnie światowej, gdy świadków tamtych wydarzeń gotowych zaprotestować, że to przecież nie tak było, coraz mniej). To, co odróżnia muzykę dwudziestowieczną od tej starszej, także – a może zwłaszcza – rokendrolową, to dostęp do płyt, do pierwszych wykonań. Już kiedyś o tym pisałem, a po występie obejrzanym w środę utwierdzam się w przekonaniu, że rock to muzyka oryginału.

W niczym nie pomagała mi świadomość, że pewnie w 2013 roku nikt tego materiału nie zagrałby lepiej niż tych kilku ludzi, nie wyłączając samego Pink Floyd. Pełna kompatybilność zapisu na osobistym twardym dysku, czyli w mojej głowie, z tym, co docierało do moich uszu,

odwzorowanie oryginału w skali 1:1

z niewielkimi i rzadkimi odstępstwami, tylko upewniło mnie w przekonaniu, że nie mam do czynienia ze sztuką, a rzemiosłem. W majestacie prawa autorskiego, z pieczątką PF, ale tylko odtwórstwem. Dobrym, starannym, rzetelnym, ale zaledwie odwzorowaniem dzieła mistrzów. Prawie jak z kopistami dzieł wielkich mistrzów malarstwa. Wymaga to niebylejakich umiejętności, ale jest dziełem eunuchów. Ci, miast stanąć w szranki i próbować grać swoje, odstąpili od tego zamiaru, właściwie mierząc skalę własnych talentów i stwierdzając, że więcej kasy zarobią na graniu cudzych niż własnych kawałków. A jak już grać cudze, to najlepiej te, które wciąż świetnie się sprzedają.

Absolutnie nie potępiam, nie gardzę, nie czuję się lepszy od tych, którym się podobało. Uwierzcie mi, wręcz im zazdroszczę. Bo oni byli szczęśliwi, słysząc tę muzykę, wyszli zadowoleni ze Spodka. Podczas gdy mnie to granie pozostawiło całkowicie obojętnym – najgorsze, co może być. Muzyka to emocje, ich wyzwalanie w słuchaczach, dostarczanie wrażeń, wzruszeń. Na to zawsze czekałem i czekam, tego pragnę, słuchając płyt i chodząc na koncerty. Ale tym razem ta łaska nie była mi niestety dana.

Zaczęli od odegrania,

na czterdziestolecie wydania,

całości Dark Side of The Moon.  Po On The Run wiedziałem już, że ten koncert mnie nie porwie. Clare Torry wykonująca wokalizę w The Great Gig In The Sky była jedyna i wyjątkowa, choć trzy dziewczyny śpiewające każda po fragmencie dały sobie radę. Kolejny raz podziwiałem linię basu w Money, fantastyczny finał tego utworu, ale im bliżej końca, wciąż mocniej zastanawiałem się, czy poza tym, że wszystko byłoby wtedy większe – stadion, scena, widownia, czterech panów Pinków Floydów wywarłoby na mnie większe wrażenie. Do cholery, muszę wierzyć, że tak, bo inaczej zwątpiłbym w siebie jako odbiorcę.

Australijczycy widać wątpili w dostateczną moc ostatnich minut Ciemnej strony, bo pierwszą część występu zakończyli trochę ni gruchy, ni z pietruchy The Happiest Days of Our Lives i Another Brick In The Wall Part 2.  

Po cichu liczyłem, że w drugiej części usłyszę trochę starszych nagrań, ale widać TAPFS za punkt honoru wzięli sobie, by dość

radykalnie zmieniać program koncertów

w kolejnych trasach. Skoro poprzednio było nieco z lat 60., tym razem pojawiło się to, za czym nie przepadam. Rozpoczęli od In The Flash!, co jakby stworzyło klamrę z końcem pierwszej części i usprawiedliwiało obecność przed przerwą Cegły, było trochę z A Momentary Lapse of Reason. I to zgromadzenie w krótkim odstępie czasu monumentalnych, powyciąganych nut Gilmoura nie zrobiło na mnie dobrego wrażenia. Podobnie jak oczywistości w postaci Shine On You Crazy Diamond (niestety – Part 1) i Wish You Were Here, One of These Days (najstarszy kawałek grany w środę) i koniec w postaci Comfortably Numb oraz na bis Run Like Hell. Znacie? To posłuchajcie.

Boleśnie przewidywalny.

I repertuar, i sposób podejścia do materii muzycznej. Rock – powtórzę raz jeszcze, co pisałem w pierwszym blogowym wpisie, jest muzyką oryginału. A jeśli coverów, to wnoszących nową jakość. Na proste kopiowanie, nawet jeśli wymagające sporych umiejętności, jest albo za wcześnie o jakieś pięćdziesiąt lat, albo – czego osobiście bym sobie życzył, nie będzie miejsca nigdy. Miejsca po tej stronie, gdzie mówimy o dokonaniach artystycznych. O sztuce.

Stoję, stoję, czuję się… – Marek Jackowski nie żyje

I znów robi się smutno. Bo zmarły dzisiaj Marek Jackowski to jedna z legend polskiej muzyki drugiej połowy XX wieku. Na przełomie lat 60. i 70. grał z Markiem Grechutą w Anawie, potem współpracował z Osjanem. Właśnie z Milo Kurtisem przyszło mu założyć zespół o nazwie Maanam.

[more]

Nigdy nie byłem wielbicielem tej kapeli, bo nie należałem do wyznawców talentu Kory. Nie sposób jednak nie docenić skali zjawiska, zwłaszcza w pierwszych latach 80., jakim był ten zespół. I kompozycji, które w przytłaczającej większości były autorstwa Pana Marka.

Zmarł w wieku sześćdziesięciu sześciu lat. Dla dwudziestolatków to kosmos, dla pięćdziesięciolatków – wyczuwalna przyszłość. Wielki żal, bo odszedł ktoś bardzo ważny w dziejach polskiego rocka.

Jedna chyba z ostatnich „Szans na sukces” odbyła się z udziałem jego, Bodka Kowalewskiego i Ryszarda Olesińskiego (lub Pawła Markowskiego, nie pamiętam). Wojciech Mann, trochę chyba wzruszony obecnością tych panów obok siebie, na jednej kanapie, namawiał ich do zastanowienia się nad powrotem. Czy była to tylko kurtuazja, czy też tęsknota za czasami, gdy byliśmy młodsi, trudno dociec. Dziś wiadomo, że Maanam ze swoim liderem nigdy już nie zagra.

Film. Nie przeszkadzać!

Nie żebym się czuła jakąś specjalistką od seansów z muzyką na żywo, ale wtorkowy sprowokował mnie do zabrania głosu na ten temat.
Zobaczyłam „Gabinet doktora Caligari” Roberta Wienego z muzyką Józefa Skrzeka. Nie tylko z muzyką, tancerzami na scenie również… Jeszcze raz podkreślam, nie widziałam takich filmów wiele, raptem cztery, ale wydaje mi się, że mogłabym służyć radą tym, którzy chcieliby spróbować sił w tej dziedzinie sztuki, bo że jest to coś odrębnego, nie mam wątpliwości.

[more]

  1. Po pierwsze i najważniejsze – drogi Twórco (i Odtwórco) muzyki – obejrzyj film, i to najlepiej nie raz, a razy kilka. Na własne oczy się przekonasz, co to za historia i jak ją zilustrować muzyką, po swojemu, by powstała nowa jakość. To jest możliwe. Przekonałam się podczas „Brzdąca” (z Contemporary Noise Sextet) czy tegoż „Gabinetu…”, do którego przygrywał St. James Hotel.
  2. Niekoniecznie muzyka, która powstała wcześniej, będzie pasować do obrazu. Więc nie staraj się za wszelką cenę upchnąć swoich nawet najpiękniejszych kompozycji. Mogą pasować jak nie przymierzając wół do karety. Sopranistka do morderstwa.
  3. Spróbuj dopasować muzykę do filmu – akcentować zwroty akcji, punkty kulminacyjne, kolejne części filmu (zwłaszcza gdy pojawiają się takie plansze na ekranie). Ideałem jest wymyślenie motywów przewodnich czy towarzyszących szczególnej sytuacji, postaci. Absolutnie niedopuszczalne: „co innego widzisz, co innego słyszysz”.
  4. Nie na darmo nazywa się to „seans z muzyką na żywo”. Nie odwrotnie. Nie usiłuj więc odwrócić uwagi widzów. Oni przyszli na film, a muzyka ma być dopełnieniem. Wprowadzanie na scenę tancerzy jest ponurym żartem, zagraniem twórcom filmu na nosie.
  5. Nie staraj się za wszelką cenę zagłuszać myśli widzów – muzyka ma wydobyć z filmu intencje reżysera, aktorów – łomot dobiegający spod ekranu skutecznie to uniemożliwia.
  6. W czasie seansu obserwuj ekran – improwizacja jest możliwa, czasem ze znakomitym skutkiem (świetne „Metropolis” z samotnym podówczas Józefem Skrzekiem, samotnym, bo nieotoczonym licznym zespołem wykonawczym).
  7. A do tego wszystkiego – trochę pokory, trochę fantazji, własnego spojrzenia na kino nieme – i będzie dobrze.

Czego życzę w imieniu swoim i rzeszy zwolenników tego rodzaju sztuki, o czym niezmiennie świadczą wypełnione sale kinowe podczas seansów z muzyką na żywo.

Blog & rok – feat. The Best Drummer Whole of The World

BLOG AND ROLLOWI stuknął rok. Dziś mogę sobie wyobrazić, co – mniej więcej, jeśli nic złego się nie wydarzy – będzie za kolejnych dwanaście miesięcy. Ale w maju 2012 nie śmiałem nawet zastanawiać się, czy w ogóle, a jeśli tak, to w którym miejscu będę w dniu pierwszej rocznicy.

Dziękuję za to, że jesteście. Bez Was nie miałoby to żadnego sensu. Pozdrawiam serdecznie. Nieco rozgorączkowany. Dlaczego, o tym poniżej.

[more]

*

„Lepiej to już było”. To takie pieprzenie starego zgreda, który tęskni do czasów, w których był młody. Młodość każdy ma bądź miał jedną. I przecież nie było tak, że przed 1989 rokiem bolała każda przeżyta godzina, że parszywość była wszechogarniająca. Tym bardziej nie umiem oprzeć się wrażeniu, że jeśli zdarza się stawiać znak równości między telewizją a sztuką wysoką, znacznie częściej dotyczy to czasu dawno (tym niemniej słusznie) minionego. W połowie lat 70. władza ludowa dała narodowi wolne soboty. Żeby jednak przypadkowego społeczeństwa nie rozpuścić, po jednej w miesiącu. I stało się tak, że grupa ludzi wymyśliła, by w taki gratisowy dzień karmić ludzi godziwą rozrywką. O „Studiu 2” już inni, bardziej kompetentni, wypowiadali się wielokrotnie, ja pozwolę sobie wspomnieć o jego małym, acz bardzo istotnym fragmencie. Ze zgniłego Zachodu pozwolono mianowicie zaimportować program z pacynkami, Muppet Show.

*

Było wielu perkusistów. Trudno nie pamiętać o Gingerze Bakerze, o Johnie Bonhamie z Moby Dickiem na czele i o wielu, wielu innych. W Spodku kilkanaście lat temu Carl Palmer w czasie okładania swojego zestawu instrumentów zdejmował tiszerta, cyrkową sztuczką budząc nie tylko moje uznanie. Ale żadnego bębniarza nie kochałem tak jak tego. Nie było magnetowidów, nagrywarek, internetu, więc mogłem go podziwiać tylko raz w miesiącu. I na jego pojawienie się przed kamerą czekałem z niecierpliwością. Grał nie tylko górnymi i dolnymi kończynami, grał całym sobą. I jakby tego było mało, czasami śpiewał. Animal, Zwierzak.