Brzegi łagodne – Rumer: Seasons of My Soul, 2010

Z emocjami i nastrojami jest trochę tak, jak z kręceniem potencjometrem w odbiorniku radiowym w poszukiwaniu odpowiedniej stacji. Odpowiedniej do tego, co czujemy w danej chwili. Zwykle mamy te swoje ulubione, od lat, i darzymy je większym lub mniejszym zaufaniem. Jednak czasem korci nas, by poszukać czegoś jeszcze. Albo też, po prostu, wrócić w pewne dobrze znane miejsca, tyle że odwiedzane rzadziej.

[more]

I jeśli zwykle pragnę gitar, choć niekoniecznie dosypujących do pieca, czasem szukam

dźwięków dających ukojenie,

wydobywających z faceta pierwiastek kobiecy. Więc zdarza się, że mam ochotę na „lirykę, tkliwą dynamikę, angelologię i dal”, by posłużyć się fragmentem piosenki Grzegorza Turnaua. I ciepły damski głos zwykle lepiej mi pasuje do takich klimatów niż głos mężczyzny. Może też w ten sposób przejawia się tutaj moja orientacja zdecydowanie hetero, pragnienie, by kobieta uosabiała cechy kiedyś, dawno temu, przypisane jej płci, jej płci przynależne, a w ostatnim czasie coraz trudniej odnajdywane – i w wyglądzie, i w sposobie bycia istot statystycznie zdecydowanie piękniejszych.

Suzanne Vega czy może Eva Cassidy? Nie, to nie o nich, choć mogłoby być. Będzie o Angielce Sarah Joyce, urodzonej w Islamabadzie w 1979 roku, a występującej pod pseudonimem Rumer. Wokalistce, która dotąd wydała

dwa albumy

– Seasons of My Soul w 2010 i Boys Don’t Cry w 2012 – otwierała koncerty m.in. Burta Bucharacha i Eltona Johna. Właśnie ten pierwszy odkrył ją dla szerszej publiczności, usłyszał w jej głosie barwę tak dobrze kiedyś znaną – nieżyjącej już Karen Carpenter.

I takie to są nagrania. Nic, absolutnie nic nowego, odwoływanie się do klasycznej formy piosenki i aranżacji rodem często gdzieś z lat 70., tu i ówdzie nawiązujących do soulu. Ale głos mamy zdecydowanie biały, pięknie brzmiący w niskich rejestrach (wypisz wymaluj Carpenter) i

urzekająco, aksamitnie

w wyższych.

Jako całość jej debiut fonograficzny z pewnością nie poraża, ale jeśli na większą, a nawet całkiem dużą uwagę zasługują utwory stanowiące ponad pół płyty, to nie jest to mało. Do moich zdecydowanych faworytów należą Thankful, Healer i On My Way Home, piosenki pełne liryzmu, niezwykle nastrojowe, pięknie, delikatnie zaaranżowane. Ale kilka innych niewiele im ustępuje – Come To Me High, Slow czy Blackbird.

Rumer z rzadka pojawia się na antenie polskich stacji radiowych i chyba popularności nad Wisłą szczególnej nie zdobędzie. Świata też raczej nie podbije, ale swymi delikatnymi nutami jest w stanie ukoić niejedno skołatane serce.

Wyrwane z kontekstu: Red Hot Chili Peppers, Warped

To se už ne vrati. Nie wierzę, że Redhoci jeszcze kiedykolwiek zabrzmią tak jak przed laty. Tak samo, jak nie wgryzam się w rozważania o wyższości Johna Frusciante nad Dave’em Navarro albo na odwrót.

[more]

Początek albumu One Hot Minute (1995) od pierwszego słuchania do dziś wbija mnie w fotel równie mocno. Przed czterdzieści sekund, jak w thrillerze, rośnie napięcie. Stłumione dźwięki basu, bębnów i głosu Kiedisa. Bomba wybucha i wchodzi gitara Navarro. Zaczyna się fenomenalna jazda do przodu. Rokendrol w najpiękniejszej postaci – bezkompromisowy, bez trzymanki – prawdziwy czołg. Ale jest w tym potężnym hałasie funk, swing i melodia w refrenie. A razem z nią dołujące słowa: „Staczam się wciąż, wciąż, każdego dnia. Wypaczony i przerażony byciem tutaj, byciem tutaj”. Do bólu prosty riff, ale o to przecież w tej muzyce chodzi. W piątej minucie wyciszenie i powolna przesiadka do Aeroplanu.

Osiemnaście lat temu RHCP wydali swą ostatnią znakomitą płytę. Czas pokazał, jak bardzo olśniewający sukces komercyjny Californication (1999), mimo zachwytów na gorąco, nie przekłada się na trwałą wartość artystyczną. Nie mi oceniać, czego było więcej: odurzenia kasą czy niemocy twórczej. Prawda jest taka, że kolejne albumy zespołu, choć na półce stoją tuż obok, nie umywają się do Mother”s MilkBlood Sugar Sex Magik i One Hot Minute. We wszystkich trzech przypadkach kilkudziesięciu minut gorącej muzyki.

Wielka sztuka z pięknym ogonkiem – Genesis: A Trick of The Tail, 1975

Cała czwórka ma już dość. Tyłki przyrastają im do foteli. Ileż można słuchać swoich kawałków śpiewanych przez różnych dziwnych ludzi? Są zmęczeni, wściekli, znudzeni. Tyle czasu strawili, a tymczasem nikt nie zabrzmiał dostatecznie dobrze, by pomyśleli: „Tak, ten facet jest w stanie zastąpić Petera”. W którymś momencie Collins nie wytrzymuje, wstaje ze swojego miejsca i podchodzi do mikrofonu. Śpiewa tak, że Tony, Mike i Steve patrzą zdumieni po sobie. Jak mogli na to nie wpaść wcześniej, skoro Phil robił chórki do wielu kawałków, a nawet zdarzyło mu się zaśpiewać solo? „Koniec przesłuchań. Mamy wreszcie nowego wokalistę!”.

[more]

Gdy w 1974 roku, po nagraniu The Lamb Lies Down On Broadway i trasie koncertowej Peter Gabriel obwieścił kumplom, że odchodzi, miał zaledwie dwadzieścia cztery lata. Postawił ich

w trudnej sytuacji.

Kilka lat ciężkiej pracy wywindowało zespół na szczyt. Zdobyli sławę po obu stronach oceanu, osiągnęli bardzo dużo w sensie artystycznym. Wiedzieli, czego chcą. Ale bez Petera? Jak dadzą sobie radę bez tak ważnego instrumentu, jakim jest jego głos? Jak pociągną to dalej bez jego teatralnych pomysłów na występy, bez jego pomysłów muzycznych?

Płyta rozwiała wszelkie obawy. Genesis nigdy wcześniej nie brzmieli tak mocno, potężnie – i pięknie. Olbrzymie znaczenie miało tu odejście od bardzo długich form muzycznych, najdłuższy kawałek trwa osiem minut. Zwarta forma czasowa podwyższa jeszcze wielką wartość znakomitych kompozycji. Każdy utwór skrzy się od pomysłów, fantastycznych, a czasem olśniewających urodą melodii.

W 1975 roku

moc jest po stronie Genesis.

Muzycy udowadniają przede wszystkim samym sobie, że znakomicie radzą sobie z ciężarem związanym z kontynuacją działalności bez dotychczasowego lidera, że artystycznie robią wręcz kolejny krok do przodu. I biją na głowę konkurencję. King Crimson już nie ma, dokonania Yes i Emerson, Lake & Palmer budzą coraz większe wątpliwości, Sztuczce nie dorównuje też Wish You Were Here Floydów.

Steve Hackett i Tony Banks, którzy dostarczają najwięcej materiału na płytę, są u szczytu swych możliwości twórczych, ich wspólne Entangled to jedno z arcydzieł grupy i jeden z najpiękniejszych utworów w historii rocka. Kroku stara się im dotrzymać Rutherford. Razem z Banksem podpisany jest pod pełnym nostalgii Ripples. Przyznając się do słabości do pięknych melodii, muszę wskazać jeszcze kompozycję Banksa Mad Man Moon. Ale cały krążek jest wybitny. Dla mnie – jedno z rockowych arcydzieł.

 

Skład zespołu wydaje się optymalny – trzech mistrzów swych instrumentów, Banks, Hackett i Collins, poprawny basista Rutherford starający się dorównać kolegom – to nie może budzić żadnych wątpliwości. A raczej

zachwyt nad rozmachem nagrań.

Wokal Collinsa to też ze wszech miar cudowne zrządzenie losu – niby nowy, lecz przecież stary, już znany. Inny niż matowy głos Gabriela, ale – właśnie w tym czasie (1975-1980) znakomity.

Jako wielki fan Genesis do 1977 roku, do Second’s Out, nie mogę przeboleć, że Hackett tak szybko poszedł w ślady Gabriela. Bez jego kompozycji, bez jego gitar grupa straciła bardzo, bardzo wiele. Los sprawił, że osiągnęła ogromny sukces komercyjny, ale z wielką muzyką nie miało to już nic wspólnego.

Pilchopisanie lekturą „Dziennika” znaczone

Motto: „Wolę tych, co mówią: dobrze, że istnieje sztuka, bo prawda by nas zabiła”.

Najpierw dwa cytaty: „Przez lata pracy w rozmaitych redakcjach napatrzyłem się bez liku kolegów, powiedzmy, „dziennikarzy”, dla których opór materii słownej był równie niepokonywalny jak opór powietrza dla rodzimych futbolistów. W sumie zrozumiałe, że o kunszcie sztuki literackiej nikt tu nie chce mówić”.

[more]

„W życiu nie bardzo, kariera marna, marzenie – najczęściej jakieś literackie marzenie – prysło, zdawało się, że już jest po meczu, a nawet po dogrywce, a tu masz!! Jaka znienacka ocalająca niespodzianka! Nagle w ciemnym jak dusza nieudacznika tunelu błysnęło światło, potem jęło się przybliżać, potem robiło się coraz jaśniej, potem światło było jak euforia i na koniec złocista niczym klucz do wszystkich sezamów świata klawiatura się pokazała. Równie piękna jak dalekosiężna i wszechmocna.

Nagle ci, którzy z racji wszelakiej nikczemności głosu nie mieli i mieć nie powinni, głos zyskali, i to jaki! Tubalny! I z miejsca iluż odbiorców się pojawiło! Ilu wiernych i podziwu pełnych czytelników! Jaka publiczność!

„Na forach internetowych zawrzało” – nowa to fraza w polszczyźnie przez licznych jako znak ważnego jakiegoś wydarzenia społecznego bywa z powagą odbierana; w istocie jest wrzeniem szkoda gadać czego w szkoda gadać czym”.

*

Wchodzić z Jerzym Pilchem w polemikę to zajęcie wielce ryzykowne. Nawet ze świadomością, stuprocentową pewnością, że – ja go znam, on mnie nie, ja go czytam, on mnie nie. Biada temu, kto się Pilchowi pod pióro (kiedyś), albo, jak sam z niejakim żalem stwierdza, klawiaturę (teraz) nawinie! Toteż raczej, pokornie, zgadzać się najczęściej będę. Przez szacunek.

Dla rocznika, bo on czułość moją niezmiennie budzi, bo pierwsze roczniki pięćdziesiąte (52 i 54) to daty narodzin moich braci starszych. Wielkich i wybitnych, którzy już studiom wyższym się oddawali, gdy ja w piątej klasie powszechniaka pierwsze niegodne rodu trójczyny głęboko do tornistra przed ojcem chowałem, ba!, pały nawet upokarzające jąłem otrzymywać jako zapowiedź przyszłych – wielu pał kolejnych, a i niepowodzeń czy wręcz klęsk życiowych.

Ze zgredowego przeświadczenia mojego, że lepsze w świecie już było, że przede mną godniejsze pomieszkiwania na ziemskim padole roczniki się rodziły.

Przez szacunek polonisty, któremu w literaturze nie wyszło wcale, a w życiu też nie bardzo, dla polonisty, który talentów biblijnych nie zakopał, lecz pomnożył na chwałę boską i własną.

Dla frazy, bo Pilcha czytając, studencką miłość do Konwickiego Tadeusza na pamięć przywołuję. Frazy, co cudnie – miast jednego, po inżyniersku wycyzelowanego zdania w stylu dajmy na to Coetzeego, pięć albo i więcej całostek gramatycznych z podmiotem i orzeczeniem na czele przed oczy mi kładzie. Bym ślinił się zazdrośnie, ale też, co tu gadać, pomlaskiwał raz po raz, rozprowadzając po podniebieniu sypiące się zza Pilchowej pazuchy smakołyki.

Dla ziemi jego rodzinnej, która z Jawornikiem w szczególności, i moją jest arkadią wakacyjną. Bezprądową, bezwodną, ze źródełkiem bijącym na parceli tylko w nie dość suche lato, bezwygódkową – a jednak arkadią niedościgłą coraz bardziej.

Dla jego oglądu świata, który jakoś tak niezmiernie mi, maluczkiemu, bliski. Wielbię go i wielkości zazdroszczę, jak tylko zazdrościć potrafi katolik bezecny, co to już dawno przestał wierzyć w jeden święty, powszechny i apostolski kościół, lutrowi jak pień smreka dumnie wyprostowanemu, a jednocześnie o korzeniach rozległych i poplątanych.

*

Więc to prawda, że w internecie od grafomanów maści wszelakiej roi się aż mdli i na zwracanie ciężaru naturze drogą powrotną się zbiera. Że forum to grafomanum wielkie jest i jak wszechświat nieogarnione, że myśl najbardziej nawet nikczemną przyjmie jak własną, pomruku choćby niezadowolenia z siebie nie wydając. Bezmiar internetu, bardziej niż jakikolwiek inny bezmiar, niemierzalny jest żadną miarą. A jednak, Wisły kijem nie zawrócisz, nawet u źródeł, w Wiśle samej. To po pierwsze primo.

Po drugie – mój kolega Grześ H. zgrabnie zauważył, że wśród uczestników życia blogowego najwięcej jest blagierów, a garstka tylko artystów. Taka to garstka, dodam od siebie, że zasady Pareta nijak zastosować się nie da. 80:20? Za cholerę. Ale to i w realu już, jak ludzkość długa i szeroka, nie sprawdzało się i nie sprawdza nigdy. I chwała Bogu! Bo gdyby dwadzieścia procent ludzkiego wytworu myśli godne było uwagi naszej szczególnej – w stan wariactwa popadlibyśmy niechybnie i nieubłaganie, żadną mocą nie będąc w stanie takiej ilości ogarnąć. Na szczęście jest tego znacznie mniej. Od zawsze, a nie tylko odkąd internet stał się jeszcze jednym źródłem przekazu, hajdparkiem szalonego stwórcy.

Kto grafoman, kto geniusz? Kto literat, kto słowokleta niegodzien uwagi? Gdzie ta granica? Heinrich Heine rzekł, że pierwszy mężczyzna, który porównał kobietę do róży, był genialnym poetą, zaś drugi – grafomanem. Granica to jednak, jak tzw. życie uczy, cienka, licha i nie tak prosta jak wieszcz germański błyskotliwie powiada. Ilu ich jest, tych, co warto czytać w rękopisie, maszynopisie, wydruku komputerowym? Których warto wydać? Którzy dziesiątki, setki lat przetrwają? Już Norwid wieszczył, że syn może się nie poznać, o współczesnych nie mówiąc, że dopiero wnuk wielkość prawdziwą dostrzeże i od zapomnienia ocali.

O kogo warto się spierać – jak Abraham w cudnej żydowskiej targowicy z Bogiem o wystarczającą ilość sprawiedliwych? I gdzież ta granica? Czy tam, gdzie Stwórca na sądzie ostatecznym zakreśli linię oddzielającą ostatniego zbawionego od pierwszego potępionego? Jakaż różnica między nimi, ilość dobrych uczynków do przewin określona w proporcji będzie czy zwykłą różnicą bramek? I tak samo: gdzież ta różnica pomiędzy tym, którego jeszcze czytać warto, a tym, co pióro lub klawiaturę powinien ze wstydu spalić, a przynajmniej nie kalać swymi opuszkami plugawymi?

Im większy wór, a internet to wór bezdenny, tym trudniej ziarna od plew oddzielić. Robota to benedyktyńska, ale czy jednak całkiem niemożliwa, z góry na klęskę skazana? Jeśli z tej setki, co ja mówię, z tych tysięcy talent choć jeden blaskiem czystym i niepokalanym bijący, niczym bursztyn z morza, wyłowić się uda – to chyba warto? Zwłaszcza że, jak sam Pilch w innym miejscu pisze, w dziennikarskiej branży, w, za przeproszeniem, realu, wśród panów redaktorów wielu jest takich, którym nigdy nie dane będzie zgłębienie nie tylko meandrów, ale i podstaw zupełnych mowy ojczystej? Spostrzeżenie to celne i dające się rozciągnąć chyba na każde pole działalności ludzkiej, nie tylko piśmienniczej. Do adremu wracając, może z internetem, choć w paru, za to bezcennych przypadkach będzie tak jak z Maksem Brodem, co to woli ostatniej Franza K. nie wypełnił – i tym samym dzieje literatury w skali ogólnoświatowej odmienił?

To tyle. Więcej grzechów nie pamiętam. Już zamykam usta niegodne, już siadam w jednej z najdalszych ławek, by przed ironią i gromami choćby tylko z oczu ciskanymi nieco się uchronić. Milknę pokornie, w słuch się zamieniam. Siadam ostrożnie, by skrzypienie jakieś fałszywe krystalicznie górskiego powietrza nie przecięło, by żadnego słowa z ust Pilchowych nie uronić. Z resztkami wiary, że to nie jest ośla ławka.

(sierpień 2012)


 

Zespół z dobrego domu – St. James Hotel, St. James Hotel, 2011

Rokendrol to u swych źródeł muzyka buntu. Dziś już jednak znacznie rzadziej funkcjonuje na obrzeżach, rzadziej bierze się z biedy, z chęci wyrwania z niej i wykrzyczenia niezgody na zastany porządek. Blokowiska, wysypiska czy śląskie hasioki to od lat raczej domena hiphopu niż gitar i perkusji.
Rock trafił na salony, trafił do dobrych, najlepszych domów. Wyrosły ze dwa pokolenia wychowane na tej muzyce, buntujące się może przeciwko zestawowi rodzicielskich nakazów i zakazów, ale wychowane w tak czy inaczej rozumianym dobrobycie.

[more]

St. James Hotel powstał w 2009 roku z inicjatywy Jacka Raciborskiego i Tomasza Pełczyńskiego, którzy do dziś stanowią trzon zespołu. Gdy słucham nagrań grupy, gdy próbuję jej muzykę wpisać w szerszy kontekst, nazwać, właśnie „salonowe” skojarzenia – za sprawą frontmana – przychodzą mi do głowy. I, broń Boże, nie jest moją intencją dewaluowanie wartości takiego grania.

Elegancja w rokendrolu

to przecież nic nowego. Mistrzostwo w tej dziedzinie osiągnęli Bryan Ferry i jego Roxy Music. Wertując książeczkę dołączoną do płyty SJH, oglądamy zdjęcia czterech porządnie ubranych facetów wykonane w szacownych wnętrzach katowickiego kinoteatru „Rialto”.

Głos Tomasza Pełczyńskiego ma inną barwę, a jednak zdecydowanie z Ferrym mi się kojarzy. Podobnie jak tamten, nikogo nie wyprowadzi swym atawistycznym krzykiem albo piaskiem w gardle na ulicę. Za to dobra dykcja sprawia, że nie ucieka nam ani jedno wyśpiewywane słowo. Teksty może nie są rockową poezją, ale trzymają przyzwoity poziom.

Muzykę natomiast SJH tworzą zupełnie inną, bardziej korzenną niż Roxy Music. Grają ostro, czerpią z rocka wypływającego z bluesa, grają przy tym melodyjnie. I cały czas elegancko. W ich brzmieniu, inaczej niż w tekstach, nie ma brudu – ani zaniedbanych dzielnic Katowic, ani tych zamierzonych w studiu nagraniowym. Jeśli decydują się tak grać, to muszą sporo potrafić, bo soczyste, klarowne brzmienie instrumentów bezlitośnie obnaża ewentualne niedostatki warsztatowe. I panowie potrafią.

Ta muzyka nie rzuca na kolana, ale jej słuchanie powinno sprawić, jak sądzę,

dużo frajdy każdemu, kto lubi mainstream

i czerpanie z najlepszych wzorców gitarowego grania, a więc przełomu lat 60. i 70. Sami członkowie zespołu, gdy mówią o inspiracjach, akcentują alt country i wymieniają takie nazwiska, jak przede wszystkim D. E. Edwards, a ponadto Bukka White, Bob Dylan, Johny Cash i Nick Cave. I, choć nie miałem jeszcze okazji (poza grą do filmu) usłyszeć kapeli na żywo, to jestem przekonany, że wtedy mogą się pojawić te pierwotne dla rocka elementy – moc, żywiołowość i improwizacja. Ogień, który zdolny jest przenieść się ze sceny na widownię. Trzeba to będzie wreszcie sprawdzić.

Grupa nie jest nieznana, ale trudno mówić w jej przypadku o popularności. Ma jednak trochę znaczących osiągnięć na swym koncie – m.in. występy na Festiwalu „Ku przestrodze” (trzecie miejsce w konkursie 2010), Rawie Blues, Przystanku Woodstock i OFF Festiwalu – i to wszystko jeszcze przed nagraniem pierwszej płyty. Jej nagrania były też prezentowane w Trójce w audycjach Jana Chojnickiego czy Piotra Barona.

Pora na drugą płytę. Ciekaw jestem, w którą stronę to pójdzie. W części bluesowo-rockowej polskiej sceny miejsce po Harlemie z okresu Bezsennych nocy wydaje mi się ciągle nieobsadzone. I możliwe do zajęcia na znacznie dłużej.

*

Utworów SJH w wersji studyjnej prawie nie ma na YouTube. Zapraszam więc na stronę zespołu – i polecam zwłaszcza Huragan uczuć, W kłębach dymu oraz Na swoją obronę.

Wyrwane z kontekstu: The Mamas & The Papas, Monday Monday i California Dreamin’

Zespół utworzyli w 1964 roku Michelle i John Phillipsowie, Cass Elliot oraz Kanadyjczyk Denny Doherty. To, co znaczące w dziejach mieszanego kwartetu wokalnego, rozegrało się na przestrzeni lat 1966-68, mimo iż w 1967 roku doszło do pierwszego zawieszenia działalności. Dwie najsłynniejsze piosenki znalazły się na debiutanckiej płycie If You Can Believe Your Eyes And Ears (1966). Nigdy nie wypadły z obiegu, wciąż można je usłyszeć w przeróżnych radiostacjach.

[more]

Od niedawna jestem w posiadaniu dwupłytowego wydawnictwa w serii Gold Universalu, na który składają się trzydzieści dwa utwory. Wybór w pełni wystarczający, by zapoznać się z dorobkiem TM&TP. Szlachetnie opracowanych piosenek jest całe mnóstwo, więc słucha się tych płyt z wielką przyjemnością. A jednak właśnie te – California Dreamin’ i Monday Monday – uczyniły grupę nieśmiertelną.

Wokale tak charakterystyczne dla tamtych czasów, chórki, które znamy z nagrań Beatlesów, Beach Boysów czy The Byrds. Inspiracje folkiem, fascynacja ideologią hipisów, udział w słynnym Monterey Festival w 1967 roku. Proste i piękne harmonie, dziś – na fali powrotu do lat 60. – znów brzmiące świeżo i bezpretensjonalnie. Kawał bardzo szlachetnego popu.

*

Warto w tym miejscu wspomnieć, że John Phillips jest kompozytorem wielkiego przeboju Scotta Mc Kenziego z 1967 roku – San Francisco (Be Sure To Wear Some Flowers In Your Hair). A także to, że wiele lat później córka Phillipsów wraz z dwiema córkami Briana Wilsona z The Beach Boys próbowały pójść śladami rodziców jako Wilson Phillips. Ale szczególnie wielkiego sukcesu nie odniosły.

Weather Report

W czwartek, jak los pozwoli, kilka słów o St. James Hotel.


 

Z najwyższej półki – Eric Clapton, Łódź, Atlas Arena, 7 czerwca 2013

Mogę dzisiaj spokojnie powiedzieć, że widziałem już w swoim życiu bardzo, bardzo wiele koncertów. W latach 80., gdy były – jeśli chodzi o gości z Zachodu – rzadkością, w latach 90., gdy udało mi się spełnić sporo muzycznych marzeń. I wciąż chodzę, i wciąż jeszcze coś jest do zaliczenia. Jak w przypadku Erica Claptona, którego nie dane było mi usłyszeć w Spodku w 1979 roku, kiedy miałem lat siedemnaście, a dopiero teraz, gdy mam na liczniku trzy razy więcej.

[more]

Dużo już tego widziałem, już nie tak łatwo mnie zachwycić, oczarować, porwać. Lecz przecież nadal

mam tę swoją ekstraklasę,

dziś o wiele bardziej stabilną niż kiedyś, i E. C. zdecydowanie się do niej zalicza. Więc, choć od dawna już się nie nastawiam przed koncertem, walczę z ewentualnymi „warunkami wstępnymi” – łapię się na tym, że wobec wspomnianej ekstraligi mam jednak wymagania większe. Stąd też pewne obawy, jak rok temu przed występem Petera Gabriela w Oświęcimiu, jak przed omawianym tu piątkowym koncertem, jak przed McCartneyem w Warszawie, na którego podobno bilety rozchodzą się wyjątkowo kiepsko.

Atlas Arena była pełna, bilety na Mr. Erica sprzedały się jak ciepłe bułeczki. Jako mieszkańcy Katowic, dwa małżeństwa, trochę zbyt późno zdecydowaliśmy się podpisać listę obecności i nie pozostało nam nic innego, jak zadowolić się biletami na płycie.

I, nim wreszcie przejdę do meritum, muszę Wam się do czegoś przyznać. Grzebię w pamięci – kiedyż to ostatni raz stałem w dużej hali na płycie? I wychodzi mi, że w Spodku na Nazareth ze trzydzieści lat temu. Bozia nie obdarzyła mnie szczególnym wzrostem, zwłaszcza w dzisiejszym pojęciu, więc miałem w piątek poważny problem.

 

Póki grał

Andy Fairweather Low

występujący przed gwiazdą wieczoru (nazwisko tego walijskiego gitarzysty pojawia się m.in. w opisie płyty Unplugged), składałem to na karb tego, że suporty zwykle grają na ćwierć mocy. Ale potem wyszli ci, na których wszyscy czekali, i pozostałem ze swym problemem. Mało basów, świszczące wysokie tony. Do cholery, przecież to niemożliwe, aby Clapton był tak kiepsko nagłośniony! Trochę późno, ale wreszcie mnie olśniło – że efekt słyszalny w moich uszach to sprawa ludzkiej ściany przede mną. Zmieniłem miejsce, stanąłem przy schodach, co nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem i… Wreszcie widziałem całą scenę, a – co najważniejsze – muzyka rozbrzmiała rewelacyjnie. Nie mogę sobie wybaczyć, że nie przemyślałem tej kwestii przed koncertem.

Clapton, mimo iż z mojej listy najwyżej cenionych artystów, nie jest tym, którego karierę śledzę bardzo uważnie. Jest przecież już bardzo długa, miała swoje wzloty i słabsze momenty. Kocham Cream, Blind Faith, Derek And The Dominos, lecz do późniejszych rzeczy, z paroma wyjątkami, z Unplugged na czele, nabożnego stosunku nie mam. Ale, ale – w wielkim jego dorobku jest całe mnóstwo przepięknych, znakomitych utworów. No i co w przypadku koncertu niezwykle istotne – Pan Eric na żywo to osobna bajka, czego dowodzą liczne albumy live.

Wielokrotnie już w tym blogu manifestowałem swoją niechęć do gitarowych sprinterów, tych prędkopalcych narcyzów, co to zdają się pojęcia nie mieć, że w muzyce najważniejszy jest swing, feeling.

Clapton to stara, dobra, najlepsza szkoła.

Czas, gdy – na konferencji prasowej w Warszawie w 1979 roku, zapytany, czy widzi jakichś następców, odparł bardzo nieskromnie: „Nie… nie!” – ma już dawno za sobą. Jak się ma sześćdziesiąt osiem lat, to z pewnością należy się cieszyć, że zdrowie dopisuje, że wciąż można robić to, co się kocha. Bez oglądania się na cokolwiek i kogokolwiek, trendy, mody, nowe brzmienia i najpopularniejszych w danym czasie wykonawców. Clapton już nic nie musi, a jedynie może. Gdy gra na żywo, tysiącom ludzi, ważne jest, by miał swój dzień, był w swej raczej lepszej niż gorszej formie, by granie sprawiało mu frajdę większą niż dzień wcześniej i może dnia następnego. By dobrze odebrał miejsce, w którym przyszło mu grać, i ludzi, którzy przyszli go posłuchać i reagują raz tak, raz inaczej.

Co do tego miałem pewne obawy, bo hala, choć nowa, szczególnego wrażenia ani na zewnątrz, ani – co istotniejsze – w środku nie robi, pozostając w swej betonowo-stalowej wymowie jakby w stanie wciąż półsurowym. Ponadto

reakcja publiczności

w paru miejscach, m.in. przy Layli, gdy w obrzydliwym, opolsko-sopockim stylu zaczynała klaskać na raz, a z rzadka na dwa, i to bardzo nierówno, jest chyba w stanie wyprowadzić niejednego artystę z równowagi. Najlepiej rozwiązał tę kwestię kiedyś Goran Bregovič. Gdy zagrał pierwsze dźwięki czegoś bardzo znanego, a ludzie – dawaj – zaczęli klaskać, odpalił krótko: „Don’t clap, don’t clap!” i załatwił sprawę aż do końca występu. Clapton tego nie zrobił, ale też – najwyraźniej – nie zdenerwował się tym, grał niewzruszony do samego finału.

Trudno dyskutować nad repertuarem. Cokolwiek wybrane zostanie spośród kilkudziesięciu płyt, zawsze będzie jedynie małą cząstką. Zawsze można mówić, że zagrał to, a mógł zagrać tamto. Klasyków nie zabrakło – była wspomniana Layla w wersji unplugged, Były Bagde, Crossroads, Wonderful Tonight, Lay Down SallyCocaine na koniec, zaś na bis Sunshine of Your Love i High Time We Went. Było elektrycznie i akustycznie.

Istotniejsze wydaje mi się podejście lidera i jego zespołu do muzycznej materii. A to dowodziło

maestrii wprost niezwykłej.

Objawiającej się bluesową prostotą, z jaką muzycy podchodzili do kolejnych tematów, i jazzową wirtuozerią, kiedy – po wielekroć – każdy z muzyków (z wyłączeniem sekcji) miał swoje solówki. Czy trzeba dodawać, że wspaniałe, wybornie smakujące, dowodzące wielkiego kunsztu?

Właśnie tak wyobrażam sobie robotę gigantów sprzed lat. Kondycja fizyczna jeszcze niczego nie utrudnia, palce wciąż są posłuszne głowie, forma wokalna dopisuje, a jednocześnie ma się ten błogosławiony dystans do siebie i wszystkiego wokół wynikający z dobrze pojętego doświadczenia. Clapton zaprezentował się jak przystało na wielkiego bluesowego mistrza – znakomicie od strony wykonawczej i z wielkim luzem dostępnym tylko wybitnym instrumentalistom. Oraz, co zaraźliwe w najwspanialszy dla słuchających i obserwujących sposób – z wielką radością grania. Dziesięć roześmianych osób na scenie obejmujących się i kłaniających na koniec występu kilku tysiącom uśmiechniętych i wiwatujących fanów było najlepszym tego dowodem.

Nowe sytuacje – Nils Project

Nils Project to pomysł dwóch młodych ludzi – Polaka Tomasza Kośmińskiego oraz Francuza Nicolasa Duponta. Mają za sobą nagranie debiutanckiego albumu Voyageur (wydanego w styczniu 2012), przy którym towarzyszyli im muzycy różnych narodowości i wywodzący się z odmiennych kultur – Francji, Polski, Kamerunu i Gwadelupy. Wszyscy wnieśli jakieś swoje inspiracje, swoje spojrzenie na muzykę, harmonie i rytm, tworząc jednocześnie prosty i niecodzienny pejzaż muzyczny.

[more]

Na płytę składa się jedenaście utworów śpiewanych po angielsku, francusku i polsku. W jej nagraniu gościnnie wzięli udział m.in. Magda Steczkowska, Jarosław Zawadzki, Tomasz Nowak i Dominik Bukowski.

Zespół występuje na żywo, dając w składach trzy- lub czteroosobowych kameralne koncerty w małych salach, ale też rozrastając się do nawet dziewięcioosobowej orkiestry w większych. Bezustannie balansuje między graniem akustycznym, reggae, muzyką funk, world music i jazzem, cały czas pozostając jednak w konwencji pop. Nils Project występowali w znanych paryskich klubach, takich jak Le Baiser Salé, La Java czy L’Etage. Natomiast najbliższy koncert w Polsce planowany jest na 15 czerwca w Kwidzynie.

Stały skład grupy tworzą obecnie: Nicolas Dupont – śpiew, Tomasz Kośmiński – gitara akustyczna, Wesley Barbé – perkusja, Rémi Liffran – bas i Florent Duval – klawisze.

*

Wszystkie powyższe informacje zaczerpnąłem z korespondencji mejlowej, jaką otrzymałem od Pani Marty Rzepki, menedżerki zespołu. Warto czasem, choćby tylko na chwilę, oderwać się od rokendrola. W muzyce dzieje się dziś tak wiele, że – z jednej strony – nie sposób to jedną głową ogarnąć, a – z drugiej – żal tak całkiem nie nadstawić ucha, zamykając się w świecie mocno brzmiących gitar i perkusji.

*

I ponawiam zaproszenie. Pierwsi w cyklu „Nowe sytuacje” byli Tape Reels, dziś Nils Project. Kto następny? Jestem otwarty na kolejne propozycje.

Weather Report

Jutro koncert Erika Claptona w Łodzi. Mamy nadzieję – w czteroosobowym składzie – dojechać, zobaczyć oraz posłuchać, no i wrócić. Dla mnie to pora, by wymazać złe wspomnienia z 1979 roku i odwołanego występu w Spodku. Ufam, że do niedzielnego popołudnia dam radę coś wysmażyć.

Wyrwane z kontekstu: Stone Temple Pilots, Plush

Zespół powstał w 1990 roku, był jeszcze jednym elementem grunge’owym na rynku. Moja znajomość z nim zawiązała się późno, bo już po rozpadzie w 2003 roku. Do dziś ograniczona jest do albumu Thank You (2003), będącego zbiorem z cyklu „The Best of”. I zupełnie nie ciągnie mnie, by obiema nogami stanąć pod sklepieniem kamiennej świątyni.

[more]

Grali (i grają znów, po reaktywacji w 2008 roku) zwykle ciężko. Jak na moje ucho, zbyt monotonnie, mało finezyjnie. Gdzieś to wszystko bardzo blisko Soundgarden i Alice In Chains, ale wyraźnie krok za nimi. Jednak na pierwszej płycie, Core z 1992 roku, wydanej tego samego dnia co Dirt AIC, jest taki jeden kawałek, który sprawia, że przy jego słuchaniu krew szybciej buzuje mi w żyłach. Świetny wokal Scotta Weilanda i kapitalna gitarowa zagrywka – kawał mocnego grania.

Weiland od lat ma problemy z narkotykami. Pośpiewał trochę z Velvet Revolver Slasha, sądził się z dawnymi kumplami o prawo do nazwy STP, ale to wszystko dobrze znane elementy rokendrolowej układanki. Pal diabli całą resztę dokonań kapeli, ma jeszcze parę niezłych numerów – ale Plush nie pozwoli o niej całkiem zapomnieć.

Piosenki pełne smaku – Paul McCartney, Flaming Pie, 1997

Koncert Sir Paula w Warszawie coraz bliżej, to sprowokowało mnie do sięgnięcia po jeden z jego najlepszych solowych albumów, Flaming Pie z 1997 roku. Materiał powstawał w okresie, kiedy McCartney zakończył pracę nad antologią Beatlesów i mógł wreszcie zająć się swoimi nowymi pomysłami. Nowymi? Duch czwórki z Liverpoolu tak mocno unosi się nad tymi nagraniami, że nie sposób oprzeć się porównaniom i wzruszeniu.

[more]

Swego dopiął też Jeff Lynne, kiedyś lider Electric Light Orchestra. Zawsze powtarzał, że

dokonania The Beatles

stanowią dla niego wzór. I tak jak najpierw, w czasie gdy intensywnie komponował, miał te harmonie gdzieś z tyłu głowy, tak później wytrwale dążył do bliższej współpracy ze swymi mistrzami. Udało mu się już w 1987 roku, gdy został producentem albumu George’a Harrisona, następnie na pokładzie Traveling Wilburys znalazł się obok Roya Orbisona, Toma Petty’ego, Boba Dylana i – znów – Harrisona. Potem jeszcze produkował album Ringo Starra oraz dwa „nowe” utwory Beatlesów: Free As A Bird i Real Love. No i wreszcie w tym przypadku, gdy wziął udział w nagraniu i produkcji utworów na omawiany krążek.

Oprócz Lynne’a pojawiają się na tej płycie Steve Miller (ten od Steve Miller Band i Abracadabry), Ringo Starr, George Martin, żona Linda, a nawet syn mistrza, James McCartney.

Cudowna lekkość i łatwość,

z jaką przed laty pisał piosenki z Lennonem, znów spłynęła na niego. Jak pomyślę, że zamiast dwóch – trzech bardziej błahych tematów zawartych na tym krążku parę swoich pomysłów dorzuciłby, gdyby żył, John, jeden George, otrzymalibyśmy znakomitą nową płytę najwspanialszej grupy w historii rocka.

Trochę trwało, zanim dotarła do mnie wielkość i uroda tego albumu. Na gorąco zachwycała się nim Beata Pawlikowska, wówczas współpracowniczka Trójki, na mnie spłynęło to trochę później. Po wielu latach, gdy w 2011 roku na okładce polskiego wydania biografii McCartneya przeczytałem słowa tłumacza i Beatlesologa jednocześnie, Piotra Metza –

„Najwybitniejszy autor muzyki rozrywkowej

naszych czasów” – zrobiło mi się przyjemnie i ciepło. I ucieszyłem się, że z taką oceną nie jestem sam, że stoję w tak doborowym towarzystwie. Bo przecież młodsi zdają się już nie doceniać dzieła Beatlesów, a – z drugiej strony – spór o to, czyja wielkość jest większa, Lennona czy McCartneya, do końca nie wygasł.

Chyba nie ma potrzeby długo rozwodzić się nad czternastoma piosenkami składającymi się na tę płytę. O geniuszu Sir Paula świadczy taka perła, jak Somedays, klimatem i smykami przywodząca na myśl Yesterday i Strawberry Fields Forever, a ponadto kilka znakomitych kawałków, m.in. Souvenir kojarzący się nieodparcie z Oh Darling, przepiękne Calico Skies i Little Willow czy świetny na koniec Great Day. A tego, że bandlider jest ciągle rokendrolowcem, dowodzi utwór tytułowy. Świetny krążek!