Utwór, który znalazł się dopiero w dodrukach z 1972 roku pierwszego albumu tria (1971). Evergreen, zdecydowanie, tak naprawdę jedyna piosenka zespołu, która – zwłaszcza tu, nad Wisłą – została zapamiętana.
[more]
Aż trudno uwierzyć, że tak dojrzała muzycznie propozycja wyszła spod ręki dwudziestolatka, Deweya Bunnella, którego wspierali dziewiętnastolatek Gerry Beckley oraz dwudziestodwulatek Dan Peek. AHorse With No Name to pierwszy i największy przebój, przez trzy tygodnie numer jeden na liście Billboardu.
Zespół w 1970 roku założyli synowie oficerów amerykańskich, których jednostki stacjonowały w Wielkiej Brytanii i, choć niewiele o tym wiadomo, America funkcjonuje do dziś – z dwoma oryginalnymi członkami w składzie (Peek, który zmarł w 2011 roku, opuścił grupę w 1977). W latach 70. kilka płyt zespołu wyprodukował George Martin, współtwórca sukcesów Beatlesów.
Te cherubinkowe wokale zdecydowanie przenoszą nas za ocean (w Wielkiej Brytanii chyba tylko 10 CC tworzyli coś podobnego): Beach Boys, Byrds, do tego folkowy klimat utworów Crosby, Stills, Nash & Young – choć ten akurat wyraźniej można dostrzec w innych numerach tria. No i jest w tej balladzie też cudowny puls, który chwilę potem pojawił się tak obficie w nagraniach Steely Dan.
Weather Report
Zmarł J. J. Cale – i milczeć o tym smutnym fakcie nie wypada.
Język polski jest trudnym językiem. Fleksyjnym, czyli – najkrócej mówiąc – zmuszającym jego użytkowników do odmiany wyrazów – na przykład przez osoby albo przypadki.
[more]
Od pewnego czasu wielkie koncerny, nieźle zakotwiczone już w naszym kraju, w kampaniach reklamowych udowadniają, że ich nazwy są nieodmienne. Czyżby w obawie, że w tak zwanych przypadkach zależnych (czyli innych niż mianownik, odpowiadający na pytanie: kto, co?) brzmienie ich nazwy stanie się nieczytelne, niezrozumiałe?
”Przyjdź do IKEA”, „sto pięćdziesiąt puszek coca-cola”, „odwiedź salon Opel”. Z tego wszystkiego wsiadłem do swojej syrena i pojechałem do „Agata” kupić szezlong. A w pobliskiej „Biedronka” jeszcze pól litra „Wyborowa”. Bo na trzeźwo czasami już nie da się słuchać.
Dziwne mamy czasy. Na rynku muzycznym płyta goni płytę, właściwie nie ma czasu, by nacieszyć się jednym czy drugim wydawnictwem, bo oto już na światło dzienne pchają się następne. Rozmiary tego rynku są nie do ogarnięcia. A jak rynek, to i towar, produkt – znacznie częściej niż dzieło sztuki czy przynajmniej propozycja artystyczna.
[more]
I jak reaguje normalny człowiek? Jeśli
nie sposób to wszystko przetrawić,
ogarnąć choćby, co bliższe sercu, to objawy, jakie nas dopadają, mają coś na kształt niestrawności, mdłości, wymiotów albo biegunki. A przecież trzeba sobie z tym jakoś radzić, jeśli bez muzyki trudno wyobrazić sobie życie.
Kiedyś było tego mniej, znacznie mniej. W dodatku skuteczna zapora w postaci muru berlińskiego, podział świata na nas i onych powodowała, że owo źródełko biło bardzo nieśmiało. Docierało do nas niewiele z tego, co działo się w Stanach i na Wyspach. Programów radiowych z muzyką było niewiele, a jednak – sam nie wiem, czy to tylko nostalgia, czy prawda – wydaje mi się, że i redaktorzy, i my – słuchacze – razem z nimi mieliśmy więcej czasu, by pochylić się nad kolejnym albumem tego lub innego wykonawcy. Z większym namysłem zatrzymać się nad porcją nowych nagrań, przyswoić, pomlaskać lub pogrymasić.
A jednocześnie było tak, że działalność grupy czy solisty była bardzo intensywna:
bezustanne trasy i nagrywanie kolejnych płyt.
Bywało, że dwóch w ciągu roku, natomiast dwuletnia przerwa oznaczała de facto niebyt.
Od wielu lat jest tak, że – zwłaszcza ci najwięksi, już „zarobieni” i uznani – nagrywają rzadko. Co dwa lata prawie się nie zdarza, zbędny pośpiech.
Ktoś ostatni album wydał cztery lata temu i nikt dziś nie mówi, że zespół się rozpadł, przestał istnieć, że członkowie zespołu realizują jakieś swoje indywidualne projekty lub zajmują się nicnierobieniem. Celebruje się wydanie nowego albumu, media donoszą, że muzycy mają zamiar wejść do studia, że mają gotowy materiał, że właśnie nagrywają, miksują, że album już ukończony, że wyjdzie jesienią, że zespół ruszy w wielki światowy tour. Po Stanach i Europie, że zarobi kolejne grube miliony. Karuzela musi się kręcić, wędrowna trupa cyrkowa wyposażona w samoloty, kilkadziesiąt wielotonowych ciężarówek i dziesiątki ludzi rusza w trasę.
Darujcie ten przydługi wstęp, porcję dygresji. Dżemy (tyski i perłowy) należą do moich ulubionych elementów muzycznego stołu, w prywatnym rankingu Pearl Jam to
najlepszy zespół ostatniego dziesięciolecia XX wieku.
Zaliczyłem dwa jego koncerty, pierwszy, w Spodku, wspaniały, drugi na Stadionie Śląskim dobry i stanowczo za krótki.
Backspacer, ostatni studyjny, właściwie minialbum sprzed czterech już lat, wydany w osiemnaście lat po debiucie, ucieszył mnie bardzo. Nie jest to nowa jakość – to niełatwe w przypadku wykonawcy, który już na początku swej drogi wydaje arcydzieło, jest zespołem kompletnym i ukształtowanym (i który nie dokonuje stylistycznej wolty). Lecz po paru nieco słabszych krążkach zaserwował nam jedenaście piosenek, z których co najmniej sześć mogłoby znaleźć się na wczesnych płytach. Oszczędził nam surowych, niemal punkowych riffów (może poza Supersonic), tak charakterystycznych dla wielu poprzednich albumów, dał
porcję radosnego rokendrola
i dwie wielkiej urody ballady – Just Breathe i The End oraz nieco walcujący Speed of Sound.
No i taki numer jak Amongst The Waves. To jeden z tych średniotempowych kawałków, za które uwielbiam Stonesów i Pearl Jamów. Jak się umie – a jedni i drudzy umieją, oj, umieją! – robi się z tego porcja wspaniałego grania, jest miejsce na porządną solówkę gitarową, a tę, jeśli smaczna, zawsze przyjmę z radością. Niewiele mu ustępuje następny w kolejności, Unthought Known.
Świetny album. Jeśli nowy okaże się równie dobry, będę – jako wielki fan PJ – szczęśliwy.
Media kreują dziś wydarzenia. Próbują nam, raz po raz, to i owo, wmówić. Jak w “Familiadzie”, istotne jest nie to, co istotne, ale to, co się komu zdaje. Lubię Trójkę, lubię Piotra Stelmacha, bo to pasjonat znający się na rzeczy. Ale po zaliczeniu w sobotę pierwszy raz „Męskiego Grania” dobrze się zastanowię, zanim wybiorę się znowu.
[more]
Bo niby jest tak, że za siedemdziesiąt złotych można w jednym miejscu zobaczyć wielu wykonawców, w pięknych okolicznościach przyrody, z ceną za bilety powodującą, że lumperii wszelkiej maści nie uświadczysz, piwo dostaniesz w ładnej – mimo że plastikowej – szklance, zjesz coś jadalnego za niemasakryczne pieniądze. A jednak nie jest aż tak pięknie, jak nam opowiadają na antenie radiowej.
Może dlatego – teraz będę już mówił w swoim imieniu, tak zawsze bezpieczniej, że wielu tych wykonawców widziałem już wcześniej na żywo, że to, czego nie znałem – poza Tworzywem – zupełnie mnie nie przekonało, z dyrektorem Adamem Ostrowskim na czele. Może w tym szaleństwie jest metoda, by zderzyć ze sobą rocka i rap, elektronikę i muzykę fortepianową. Może stanowi to wartość dla tych, którzy na koncertach bywają od wielkiego święta. Dla mnie dawka siedmiogodzinna okazała się trudna do strawienia. Ale po kolei.
Zalefa, czyli Krzysztofa Zalewskiego, nie zobaczyłem. Kończył swój set, kiedy ja dopiero wchodziłem na teren Sztygarki.
oglądane przed dziesięcioma miesiącami z elektroniczną perkusją, nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia. W sobotę było zdecydowanie lepiej – sekcja jest bardzo mocną częścią zespołu. Wciąż jednak nie prowokuje mnie to do sięgnięcia po płyty sióstr Wrońskich.
Tworzywo,
czyli juniorzy Waglewscy, Fisz i Emade, wspomagani przez swojego kumpla z zespołu Kim Novak, Michała Sobolewskiego, i DJ Eproma, dali bardzo dobry koncert. Ładunek rockowej energii, świetne, inteligentne teksty – to zdecydowanie się broni.
z Misią Furtak na „motylkowym” basie i wokalu to jeden z moich faworytów. Gitarowe granie z okolic najlepiej pojmowanego poprocka, bez fajerwerków, za to z solidnym warsztatem, zwykle dobrze sobie radzi z upływem czasu. Chcę wierzyć, że decyzja członków zespołu, by to właśnie w Polsce osiąść i tworzyć, okaże się słuszna. Wiele urody zaklętej jest w tych surowych zwykle dźwiękach i intrygującym głosie.
była pierwszą, która sprawiła, iż widownia pod sceną wyraźnie zgęstniała. Ostro, energetycznie, ze znakomicie słyszalnym wokalem – co ważne, bo teksty są tu zdecydowanie o czymś. Czyli jak zimą w katowickim Rialcie, tyle że za drugim razem nie zrobiło to na mnie aż takiego wrażenia. Doceniam, ale lubię umiarkowanie.
Kolejny set to pierwsze pomieszanie z poplątaniem. Zaczął
Leszek Możdżer.
Solo, na fortepianie – i było w tym wiele niewymuszonego, a bardzo kunsztownego piękna. Niestety, klimaty spod znaku Keitha Emersona lepiej sprawdzają się w sali koncertowej. Lutosławski i Rachmaninow dla wielu stanowili tło do przerwy na pogaduszki. A potem wyszedł
O.S.T.R.
I zrobiła się miazga.
Rozumiem, że osiemnasto- czy dwudziestoletni raper ma potrzebę publicznego wylania żalu do ojca, matki, szkoły czy całego świata i wykrzykuje ten sprzeciw w sposób niekoniecznie dobry literacko. Gdy jednak w podobną egzaltację wpada facet po trzydziestce, z wyższym wykształceniem muzycznym, i zaczyna opowiadać, że jego żona jest w ciąży, a on znów zapomniał paska i spodnie mu spadają (w tej kolejności, a logicznie byłoby na odwrót) to… Wszystko, a w każdym razie wiele wybaczę człowiekowi na scenie, jeśli strona artystyczna do mnie przemawia. Ostrowski może podoba się młodym ludziom, do mnie nie trafia zupełnie. Dziwnie się czuję, gdy ktoś ze sceny wpada w prorocze tony, a balansuje zaledwie na granicy grafomanii. To znaczy: dziwnie czułem się kiedyś, dziś już tylko uśmiecham z zażenowaniem.
O.S.T.R. przeszkadzał Możdżerowi oraz dwóm panom (bas i bębny) w graniu jazzu. Momentami całkiem już bez sensu, bo większości zgromadzonych słyszących jazz chyba nie trzeba mówić, że to jazz.
Smacznie zrobiło się potem, bo na scenie zainstalował się
z zespołem. Sposób śpiewania (na swój użytek nazwałem to artykulacją hiperpoprawną) Pana S. od około dwudziestu lat jest dla mnie nieznośny. No ale warsztatu, jeśli się go kiedyś posiadło, raczej się nie gubi. Bardzo to było stylowe, swingujące – najpierw własne, a później kompozycje Czesława Niemena, zagrane z gościnnym udziałem Tomasza Jaśkiewicza, gitarzysty Akwareli i Enigmatic. Dziwny jest ten świat, Jednego serca, Stoję w oknie oraz zaśpiewany wspólnie z Katarzyną Nosowską Sen o Warszawie sprawiły, że zrobiło się bardzo szlachetnie i nostalgicznie.
Wreszcie na scenie – nb. imponujących rozmiarów – pojawił się
Po cichu liczyłem, że skoro następnego dnia w Jarocinie ma odegrać w całości debiutancką płytę, dosypie do pieca także tego wieczoru. Stało się jednak inaczej – czyli tak, jak zespół gra od kilku lat: bardziej miękko, z mocnymi klawiszami. Odmianę stanowiła sekcja dęta. Tyle że nie w stylu najlepszych Blood, Sweet and Tears czy Chicago, a raczej wzmacniająca linię melodyczną utworów. Głównie z dwóch ostatnich płyt, co oczywiste.
Niby wszystko O.K., ale w rocku – i w Heyu – najbardziej ukochałem gitary. I tęsknię za tym, by zobaczyć tę kapelę grającą jak za dawnych lat. Mocno elektroniczne brzmienia na płytach akceptuję, ale na żywo chciałbym usłyszeć też stare rzeczy w wersjach bliskich pierwowzoru, a tego Pani Kasia z kolegami od paru ładnych już lat nam skąpi.
Było już po 22.00 – i mogłem spokojnie iść do domu. Ale nie zwykłem opuszczać koncertów przed ich zakończeniem. I żałuję, bo muzycznie nie dostałem później nic, co by mnie poruszyło – więc tym bardziej poczułem się skatowany tym, co usłyszałem.
O.S.T.R.
kontynuował swoje przemyślenia o życiu. Raz po raz krzyczał też: „Podnieście w górę ręce!”. W pewnym momencie dodał nawet: „Pokażcie, ile macie palcy!”. Mam palcy dziesięciu, ale – dobrze wychowany – nie pokazałem mu nawet jednego, środkowego.
Trochę, mimo wszystko, szkoda – bo muzycznie nie było źle, obok scratchów mieliśmy naturalny bas i perkusję. Prawdziwe instrumenty bardziej do mnie przemawiają. Ale też nie są w stanie uratować całości. Cóż, Panie O.S.T.R., rzeczywistość skreczy.
Nawet gdy na scenie staje – jako gość – gwiazda sprzed lat,
Grażyna Łobaszewska,
śpiewając swój pierwszy wielki przebój, Gdybyś (wciąż robiący wrażenie), oraz jedną piosenkę z nowego albumu. Mimo wielkiej sympatii dla dokonań piosenkarki sprzed lat, trudno mi uwierzyć, że ta próba powrotu zakończy się sukcesem. Już na pewno nie z Ostrowskim biegającym dookoła niej z mikrofonem i wdzięczącym się jak pensjonarka.
Estetyka
2 Cresky,
kapeli reaktywowanej po latach specjalnie na Męskie Granie, jest mi z gruntu obca. Mocne, industrialne rytmy dobywane z komputerów, utwory, zamiast zwartej trzy – czterominutowej konstrukcji, trwały dwa razy dłużej, nużąc i męcząc. I niewiele pomogła dobra gitara.
Całkiem na koniec, tuż przed północą, wystąpili Państwo Dyrektorostwo, a ściślej skład powołany specjalnie na MG, a dowodzony przez
Andrzeja Smolika.
Więc znów rytmy niespecjalnie mi bliskie, jakiś cover Kraftwerku, po tylu godzinach grania dostać kolejną porcję elektroniki było ponad moje siły. Jutrojest dziś zabrzmiało, gdy opuszczałem już chorzowską Sztygarkę.
Ktoś powie, że to nie dla mnie takie spędy. Może i tak. Ale nastolatków wcale nie było za wiele, wśród publiczności dominowali raczej trzydziestolatkowie. Być może to sprawiło, że jakiejś szczególnie gorącej atmosfery nie było. Może także nie bez znaczenia był fakt, iż impreza, choć bardzo sprawnie przebiegająca, trwała jednak wiele godzin i siły powoli opuszczały nie tylko ludzi po pięćdziesiątce.
Powiem jeszcze, że trudniej jest zaskoczyć i zadowolić wytrwałych i aktywnych konsumentów muzyki, a do tych chyba mogę się zaliczyć. Na dawkę w rozmiarze XXL prędko się jednak nie zdecyduję. Bo to trochę jak bieganie w wielkim, szacownym muzeum od jednego obrazu do drugiego. Na coś należy się zdecydować, z czegoś zrezygnować, by – w ten sposób – zabrać ze sobą do domu więcej. I by starczyło na dłużej. Ostatecznie postąpiłem jednak według zasady: lepiej zgrzeszyć – zostać do końca – i żałować, niż żałować, że się nie zgrzeszyło – czyli wyszło przed końcem i coś istotnego przegapiło.
„Kobiety, ach, te kobiety! Cóż by bez nas było, jaki byłby świat? I dla was, panowie: tylko wino i śpiew” – śpiewała grupa For Dee, czyli Krystyna Stańko i Jowita Tabaszewska. Dziś, nie pierwszy raz zresztą, głos ma moja żona. Pierwsza, osobista.
[more]
To film dla ludzi wyznających spiskową teorię dziejów, węszących podstęp, kochających opowieści ze skarbnicy legend miejskich – o czarnej wołdze, Elvisie, który wciąż żyje, porywaczach dzieci i odwiedzających nocą cmentarze. Wszystko niby się zgadza: opowieść jest niesamowita i wydaje się prawdopodobna, dotyczy znanych osób, jest grupa, której zależy na ukryciu prawdy, a całość została nagłośniona przez media, czego dowodem jest: Paul McCartney zginął. Historia oszustwa Joela Gilberta (2010) .
Film jest zrobiony ze śmiertelną – nomen omen – powagą. Historia jest drobiazgowo, czy nie nazbyt, opisana, w tym gąszczu dowodów giną sprawy istotne, nie ma odpowiedzi na zasadnicze pytanie: jak można tak długo w dzisiejszej globalnej wiosce ukrywać prawdę? Czy da się wszystko wytłumaczyć działaniem służb specjalnych, czy jest możliwe znalezienie (odkrycie?) równie wielkiego – bliźniaczo podobnego – talentu, o czym świadczy przecież solowa działalność McCartneya.
To, co mi się w tym filmie podobało, to interpretacja okładek płyt, raczej rzadko przyglądamy się im tak dokładnie, a znaleźć tam można naprawdę ciekawe rzeczy… Podobnie jak w odtworzonych od tyłu fragmentach piosenek.
No i masa dokumentalnych materiałów, fragmentów filmów, zdjęć, archiwalnych nagrań. Inna sprawa, jak je wykorzystano, jakiemu celowi posłużyły.
Obejrzeć nie obejrzeć – oto jest pytanie. W sezonie ogórkowym… Ale ja i tak wierzę, że na Stadionie Narodowym wystąpił prawdziwy Paul, a nie jakiś false Paul czyli Faul.
Tego nie zmienimy. Nie wszystko z równą mocą docierało za żelazną kurtynę. Świadomość przeciętnego polskiego nastolatka przed czterdziestu – czterdziestu pięciu laty zwykle mocno była zainfekowana piosenkami Beatles albo Rolling Stones, lecz znacznie trudniej było o bliższą znajomość z nagraniami Kinksów czy The Who. I tak już zostało.
[more]
Ci ostatni zaczynali jako hałaśliwi naśladowcy wymienionych wcześniej grup, a byli ledwie o rok – dwa – trzy lata młodsi. Ale szybko okazało się, że Townshend z kolegami mają sporo do powiedzenia od siebie. Nagrali mnóstwo świetnych utworów, kilka bardzo znaczących albumów z Who’sNext (1971) na czele. Trochę zostało to rozwodnione przez długie, choć z przerwami, lata działalności i serwowanie materiału o znacznie mniejszym znaczeniu niż ten z pierwszych lat istnienia grupy.
Podobnie jak w przypadku The Kinks – warto pochylić się nad kawałkami zespołu z lat 60. i początku 70. I nie zapominać, że czym dla Stonesów jest Satisfaction, dla Kinks You Really Got Me, tym dla The Who MyGeneration.
Jest rok 1965, a Roger Daltrey wykrzykuje: „Mam nadzieję, że umrę, nim się zestarzeję!”.
Gdy się kogoś kocha – ryzyko zawodu zawsze jest większe, bo i oczekiwania ponadstandardowe. Nie zająknę się tu o okolicznościach tego darmowego występu (to zostawiam innym, mnie interesuje muzyka), ale chodzi o względy czysto artystyczne: czy obiekt miłości wciąż jest godzien tego gorącego uczucia.
[more]
Moje
młodzieńcze uwielbienie dla dokonań zespołu
zostało wczoraj, kolejny już raz, wzmocnione. Mniejsza o to, co kiepskie – zawsze takie było i takim pozostało: dykcja i angielszczyzna lidera. Lepiej już nie będzie, dochodzi do tego nonszalancja, z jaką czasem Józef Skrzek traktuje – swój przecież osobisty! – oryginalny zapis nutowy dotyczący wyśpiewywanego tekstu. Tu jednak słabe strony się kończą.
Organizacja całej imprezy zmusiła, jak mniemam, zespół do ograniczenia instrumentarium: niewiele było klawiatur, nie było też drugiego zestawu perkusyjnego. Na bębnach zagrał, w sposób niepodlegający jakiejkolwiek dyskusji, czarnoskóry Frank Parker – muzyk, którego w ostatnich paru miesiącach dane było mi oglądać szczególnie często (wcześniej w składzie Tie-Breaku i Kompanii Adama Struga). Lakis wiosłował tym razem na jednej, elektrycznej gitarze. Jak zawsze – po mistrzowsku. Skrzek natomiast zadziwił chyba nie tylko mnie. Klawiszy, jak już wspomniałem, było niewiele, mnóstwo natomiast, piękne mnóstwo – gitary basowej. Mieliśmy więc
powrót do źródeł
– zarówno jeśli chodzi o SBB, jak i całą muzykę rockową.
Zaczęli od Odlotu, może nie tak szaleńczego jak ten przed ponad rokiem w „Rialcie”, ale daj, Panie Boże, zdrowie. Potem zagrali Memento z banalnymtryptykiem, okrojone w stosunku do płytowej wersji, ale za to z solem na gitarze elektrycznej. Dla mnie (pisałem już kiedyś) najwspanialszym w dziejach polskiego rocka. Następnie zabrzmiało Freedom With Us i słychać było, że muzykom gra się coraz lepiej, że temperatura koncertu rośnie.
Kolejny numer, pochodzący z Welcome (1979) Rainbow Man, był najwspanialszym momentem tego występu. Mocny funk, który wraz z upływającymi minutami porywającego grania stawał się coraz bardziej korzennym bluesrockiem z czasów Cream – to była fantastyczna lekcja bezkompromisowego grania. Oczy i uszy wyszły mi na wierzch. To, że Anthimos jest świetnym gitarzystą, wiem od zawsze, Parker robił swoje, ale Józa przeszedł samego siebie.
Grał na basie jak za dawnych, najlepszych lat,
przypomniały mi się nagrania grupy Niemen czy pierwszy krążek SBB. A najbardziej niesamowite było to, że głos Skrzeka nie tylko nadążał za szaleństwem instrumentów, ale wręcz stał się instrumentem najważniejszym, piekielnie silnym, gdzieś z okolic Rodgersa czy Planta. A do metryki zaglądać przecież nie wypada i, co najistotniejsze, nie ma powodu. Takie wykonanie zasługiwałoby na uwiecznienie, na rejestrację płytową. Po tylu latach grania, w dekoracjach bardzo nieszczególnych panowie wciąż udowadniają, że są artystami przez duże „A”, czasami – największe.
W tych bluesowych klimatach pozostaliśmy już do końca występu, a w mocno odbiegającym od studyjnej wersji Pielgrzymie do słów Norwida wręcz jazzrockowych. Trochę spokojniej zrobiło się przy okazji Singer, oh, Singer, kawałka pochodzącego z pierwszej solowej płyty Skrzeka nagranej po rozpadzie SBB,
Józefiny.
Tu wspomnienie. W 1983 roku byłem na FAMIE w Świnoujściu. W przeddzień rozpoczęcia festiwalu wybraliśmy się z kolegą do Szczecina, gdzie na wystawie jednej z księgarń zobaczyłem tę płytę – i nabyłem ją drogą kupna. Kilkanaście dni później okazało się, że FAMĘ odwiedził Skrzek i nawet zagrał na rozstrojonym fortepianie w amfiteatrze. Po jego występie pobiegłem szybko do wojskowego namiotu, gdzie przy łóżku miałem swoją torbę (przez trzy tygodnie właściwie niestrzeżoną, że nikt mnie – i innych – wtedy nie okradł!), wziąłem płytę i pobiegłem z powrotem. Podszedłem do Pana Józka, otoczonego już wianuszkiem ładnych dziewczyn, prosząc o autograf.
– O, już jest! – powiedział zdziwiony, ale i ucieszony na widok krążka.
Takie to były czasy, że nikt, łącznie z artystą, nie wiedział, kiedy – i czy w ogóle – ukaże się jego nowy album.
Na bis wczorajszego, około półtoragodzinnego występu otrzymaliśmy aktualną mutację Figo-Fago.
Gdzie jest dziś SBB?
Ilu dwudziestolatków na świadomość, że taki zespół kiedyś ścigał się z najlepszymi na świecie, że istnieje i dziś? Pewnie niewielu. A zwłaszcza ci, którzy sami próbują grać, powinni Skrzeka i Lakisa – obojętne, czy z Głykiem, Muzykantem, czy Parkerem – zobaczyć na żywo. Bo to są ludzie, którzy wciąż na scenie wyczyniają takie rokendrolowe figo-fago, że nic, tylko podpatrywać ich i uczyć się.
Trio ma w dyskografii olbrzymią liczbę wydawnictw koncertowych. Ale słuchając go w składzie właściwie „zredukowanym” do zestawu gitara – bas – perkusja, pomyślałem, że nagranie dziś takiego materiału, w miejscu o dobrej akustyce i tak dobrej formie muzycznej, miałoby wiele sensu. To wciąż potężny kawał muzyki.
Naturszczyk Ryszard Riedel na koncertach, niestety – także tym zarejestrowanym, Wehikule czasu – śpiewał „włanczam silnik, daję kopa”. Forma „włanczać” zrobiła oszałamiającą karierę w języku mówionym.
[more]
Ostatnio nawet dostałem w tej sprawie pismo urzędowe. Z załancznikiem. Ciemno już było, więc załanczyłem światło. Włancznikiem usytuowanym na ścianie, przy drzwiach. Po lekturze postanowiłem dołanczyć do grona, a wręcz pozostać w gronie tych, którzy – jak dawniej – dołączają, włączają i załączają.
Nawet w czasach jak najsłuszniej minionych ówczesna władza, tzw. ludowa, nie wodziła, przynajmniej w tym zakresie, mowy ojczystej na pokuszenie. Jedno ze sztandarowych haseł przywoływanych w tamtej epoce brzmiało: „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!”. Łączcie, a nie włanczajcie.
Wśród paru dyplomów, jakie dane mi było w życiu otrzymać, mam też ten technika elektronika na podbudowie ośmioklasowej szkoły podstawowej, zdobyty w mieście Katowicach. Bodaj w 1980 roku jakaś niewidzialna ręka wymalowała na zewnętrznej ścianie sali gimnastycznej „mojego” technikum hasło niby podobne, a jednak trochę inne w treści: „Proletariusze wszystkich krajów, przepraszam was. Karol Marks”.
Ciężko było Dżemowi po śmierci Ryszarda Riedla, bardzo ciężko. Z jednej strony skończył się schizofreniczny problem, czy frontman wyjdzie dziś na scenę, czy też nie będzie w stanie i zagramy instrumentalny koncert. A z drugiej – to gadanie, którego osobiście nie cierpię – że Dżem bez Riedla to już nie to, że nie ma racji bytu. To, że kapela gra do dziś – i to jak! – jest najlepszym uzasadnieniem podjętych w trudnych chwilach decyzji.
[more]
Trzy studyjne albumy nagrane z Jackiem Dewódzkim dawały jednak pewne argumenty do ręki przeciwnikom. Było słabiej i Pod wiatr (1997). Ale też, dodajmy od razu, słabiej nie znaczy słabo.
Nawet jeśli w wywołanym albumie zignorujemy (czego osobiście nie popieram) osiem pierwszych numerów, za dwa ostatnie należą się zespołowi głębokie ukłony. Chyba nigdy niegrane na żywo, fantastyczne kompozycje braci Otrębów – pierwsza Adama, druga Bena. Jedyne w swoim rodzaju, Dżemowe pomieszanie bluesa i rocka, soczyste gitary. I na plecach dreszcze, ciary. I fenomenalna, gilmourowska solówka Jerzego Styczyńskiego w drugim z nich. A gdy utwór, zdaje się, już gaśnie, jeszcze pojawiają się monumentalne nuty Pawła Bergera, znów słyszymy dźwięk gitar, powraca refren. Po prostu piękne…