Jakiś czas temu wystrzelałem się z zapasów, ze starych, długo czekających na swoją kolejkę notatek. Oczywiście, coś tam w zanadrzu jeszcze mam, ale są to albo teksty nieukończone, których pisanie z tych czy innych powodów przerwałem, albo te mniej – w blogu muzycznym – istotne, zamieszczane w cyklach „Języczek u wagi” lub „Zbieg z okoliczności”.
[more]
I tak mi przyszło do głowy, że z blogiem jest jak z tamagotchi. Niektórzy jeszcze pewnie pamiętają ten szał sprzed bodaj kilkunastu lat, gdy dzieci płci obojga wielokrotnie w ciągu dnia zajmowały się swym elektronicznym na przykład zwierzakiem (było, zdaje się, parę wersji do wyboru).
Z blogiem jest podobnie. Oczywiście, z jednej strony chłopski upór, by ciągnąć to dalej i wciąż. Bo przecież nie o wszystkim jeszcze napisałem, ba! – po prawdzie, to raczej napocząłem ledwie temat nie do opisania. A jednak, nieuchronnie, prowadzenie bloga nakazuje opiekę nad nim. Trzeba go nakarmić, wrzucać w miarę regularnie nowe teksty. Wyprowadzać na spacery, czyli sprawdzać, co też – ewentualnie – pojawia się w komentarzach, zerknąć dla przyzwoitości, co porabiają inni blogerzy, co im w szufladkach piszczy. Nawet na urlop ze sobą zabrać, by z oczu na zbyt długo nie stracić.
Więc wciąż dbać, by był nakarmiony, przewinięty w świeżą pieluchę, reagować na ślady wysypki czy przeziębienia.
A jak nie – to szybko dostaniesz po łapach. Znaczy: po statystykach. Nawet jeśli wiemy, że pojęcie prawdy dzieli się – filozoficznie – na prawdę, całą prawdę i g…o prawdę, zaś ekonomicznie na prawdę, całą prawdę i statystykę, to przecież czego tu się trzymać innego, jak nie statystyk właśnie? No bo jeśli przestajesz pisać do szuflady, wychodzisz do ludzi, to chcesz, pragniesz, by się pojawili, by byli. I nie odchodzili za daleko.
Sade, córka Angielki i Nigeryjczyka, swym pierwszym wielkim przebojem Smooth Operator w połowie lat 80. podbiła nie tylko listy przebojów, ale i serca konsumentów muzyki na całym świecie.
Jakoś tuż po studiach – musiał to być 1988 lub 1989 rok, nabyłem dostępny w polskich sklepach trzeci jej album Stronger Than Pride (1988), którym wtedy, w pierwszych latach po ślubie, zasłuchiwaliśmy się z żoną.
A potem – potem był 1994 rok i piłkarskie mistrzostwa świata w USA.
[more]
Jest taki nieco frywolny dowcip. Dwóch kolegów spotyka się w poniedziałekk w pracy i jeden pyta drugiego:
– Czemu nie byłeś wczoraj na meczu?!
– Ach, żona mi nie pozwala.
– To nie wiesz, jak to się robi? Bierzesz ją przez kolano, podnosisz spódnicę, ściągasz majtki i lejesz. A potem idziesz na mecz.
Mija tydzień i sytuacja się powtarza:
– Czemu nie byłeś wczoraj na meczu? Przecież mówiłem ci, co masz zrobić!
– No właśnie. Przełożyłem ją przez kolano, zadarłem spódnicę, zsunąłem majtki. Patrzę – w domu też jest fajnie…
I w tym 1994 roku zasiadłem przed telewizorem, by skonsumować kolejny mistrzowski mecz. Tymczasem coś się stało, jakaś obsuwa czasowa czy problemy na łączach, już nie pamiętam. Ni z gruchy, ni z pietruchy nadano obszerne fragmenty koncertu Sade. I stało się. Zmysł wzroku stanął w jednym rzędzie ze zmysłem słuchu.
Panowie, popatrzcie na załączone klipy. Bez wątpienia – love is stronger than pride.
A Irlandia jest taka zielona… Przed U2 byli Thin Lizzy, a przed Thin Lizzy – Them*. Przed Jimem Morrisonem był van Morrison.
Z jednej strony decydując się spośród wielu na cover Doorsów, idę po linii najmniejszego oporu. A z drugiej – czy ten wybór trzeba jakoś szczególnie uzasadniać?!
[more]
1964 rok. Jeden z najwspanialszych singli w historii rocka: na stronie A – Baby, Please Don’t Go, na stronie B – właśnie Gloria. Jezus Maria, jeśli się zastanowić, co robili wtedy Beatles, Rolling Stones, Kinks i Who, to kawałek Them powoduje jeszcze większe dreszcze, jeszcze większe uznanie. Atak wokalny van Morrisona to ówczesna ekstraklasa, a natarcie gitar, aranżacja tego utworu, wszystko, co dzieje się w środku – to powiew rockowego geniuszu. Ten utwór nic a nic się nie zestarzał.
The Doors – pozornie – podeszli do tematu na miarę swoich czasów: podręcznikowo odegrali oryginalną wersję. Jednak jak chwilę pomyśleć – to po jakie licho jedna rockowa kapela ma majstrować przy fantastycznym numerze innej rockowej kapeli? Czy nie wystarczy, jeśli zagra go równie świetnie? Zdecydowanie wystarczy. Jak jeszcze dosypie – bagatela! – tyle mocy, psychodelii i wyuzdania. Po prostu – znowu – geniuszu. Jednocześnie też – zamykając drogę innym chętnym, by po takich tuzach zrobić to kolejny raz w podobny sposób.
Na rejestrację płytową wersji Doorsów czekaliśmy długo, bo do 1983 roku. Wtedy ukazał się koncertowy Alive She Cried. Z taśm w paru przypadkach wydawałoby się, że nie do odratowania, w cyfrowej obróbce wyciśnięto pełen blask mistrzowskich wykonań. Gloria (zapis z próby przed występem) w tym zestawie lśni blaskiem największym…
_____
* Z jednym istotnym zastrzeżeniem: podziału tego kraju i faktu, że dwa pierwsze wymienione zespoły wywodzą się z Dublina, a Them z Belfastu.
Dawid Podsiadło, przesympatyczny młody człowiek, nagrał płytę, jakiej większość popowych wykonawców nie tylko na naszym rynku nie nagra nigdy. Do dyskotek się nie nadaje, wolna jest od ogłupiających rytmów i beatów, więcej na niej neurotyczności i nostalgii.
A jednak rodzą się we mnie wątpliwości. I nimi chcę się z Wami podzielić.
[more]
Pop
starzeje się najszybciej. Dlatego że najbardziej reaguje na mody, na nowe technologie, na nowinki studiów nagraniowych. Moja reakcja na przebojowe piosenki sprzed dziesięciu, dwudziestu czy więcej lat zwykle daleka jest od entuzjazmu (choćby ostatnio, w knajpce w Krakowie, do obiadu: I Just Called To Say I Love You Wondera czy Wonderful Life Blacka). Czasem wręcz przychodzi mi do głowy okrutna fraza: za co Kain zabił Abla? Za puszczanie starych przebojów.
Omiatam wzrokiem domowe półki z płytami: Ania Dąbrowska, For Dee, Desu (o rany!), De Mono, Bisquit, Varius Manx jeszcze z Lipnicką. Nie, nie wszystko, broń Boże, jest złe. A jednak ochoty, by do tego wracać, jest we mnie mniej niż do płyt zdecydowanie rockowych wydanych w podobnym czasie. Jasne – też nie wszystkich. Ale jestem pewien, że na bezlitosnym sicie czasu konkretnego grania ostaje się znaczniejsza ilość, że z popu ocaleje po latach wątła kupka płyt.
Ile zostanie z debiutu Podsiadły
i jak potoczy się dalsza jego kariera? Tu, w Polsce – kraju, gdzie kapela miary Much miała problem ze znalezieniem wydawcy swojego trzeciego albumu? Dziś jego piosenki mają posmak nowości, album wydał wielki koncern płytowy (nagroda za wygranie X-Factora), świetnie sprzedają się koncerty. Jak to jednak będzie za kilka lat, przy trzeciej lub czwartej płycie? Fonograficzny debiut stał się platyną, co budzi szacunek, choć trochę ponad trzydzieści tysięcy egzemplarzy – obiektywnie – oszałamiającym wynikiem nie jest.
Nie sposób nie zauważyć, że jest to
krążek właściwie autorski,
wkład Dawida w powstanie tego materiału jest olbrzymi (choć w tym miejscu należy też wymienić nazwisko Bogdana Kondrackiego, który zagrał na wielu instrumentach oraz wyprodukował płytę) – i to jest z pewnością dobry prognostyk. Zawsze lepiej mieć coś – dodam, sensownego – do powiedzenia od siebie, niż czekać, co też napiszą dla mnie inni.
Jakieś nieuchronne z racji barwy głosu i jego zdecydowanie nosowego odcienia skojarzenia z Coldplay nie budzą akurat mojego entuzjazmu. Ale to teza do obalenia w przyszłości, wraz z rozwojem – czego życzę – Podsiadły jako artysty. Bo najgorzej byłoby dla niego, dwudziestoletniego człowieka, gdyby już teraz przeżywał swe najlepsze muzyczne chwile.
Ta kapela to wynalazek nieodżałowanej Trójkowej pamięci Pawła Kostrzewy (który, ufam, ma się dobrze, ale zniknął chyba nie tylko mi z oczu i, co istotniejsze, z uszu). W autorskim „Trójkowym ekspresie” redaktor puszczał sporo materiału z pierwszej płyty Days of the New – ze szczególnym uwzględnieniem wymienionego w tytule kawałka.
[more]
Travis Meeks (urodzony w 1979 roku), lider i mózg zespołu, jako nastolatek lokator zakładu poprawczego, najwyraźniej zafascynowany był grunge’em – ze szczególnym uwzględnieniem postaci Kurta Cobaina. Poprawczak opuścił w 1995 roku i zaraz też założył zespół. Pierwszy album, który odniósł największy sukces i rozszedł się w blisko półmilionowym nakładzie, ukazał się dwa lata później. Jak łatwo policzyć, Meeks miał wtedy zaledwie osiemnaście lat.
Pomysł na akustyczne granie w dobie rozkwitu koncertów unplugged nie wydawał się niczym nowym. A jednak nieźle się to broni. Na wszelki wypadek zastrzegam, że znam tylko debiutancki album (leżący teraz przede mną), a zespół ma na koncie jeszcze pięć, w tym dwa koncertowe. Wyczytałem jedynie, że sprzedawały się znacznie gorzej.
Nie ma mowy o witruozowskim graniu – może na szczęście? – ale głos lidera jest w stanie uwieść niejedną niewiastę. A solidne, mocne aranże sprawią, myślę, także dziś przyjemność wielu miłośnikom porządnego łojenia.
Już starożytni Rzymianie zżymali się na młodzież. Z kolei młodzi zdają się coraz głośniej wyrażać swoją niechęć do starszego pokolenia, niewiele rozumiejącego ze zmian dokonujących się w świecie.
Jest taki dowcip z brodą. Otóż bardzo wiekowy pan stwierdza:
– Zawsze mi mówili, że gdy się zestarzeję, nie będę mógł. A mi się po prostu nie chce…
[more]
Przenosząc to na grunt
muzyki
rokendrolowej – i przesuwając nieco środek ciężkości – myślę sobie, że jestem trochę jak ten dziadek z kawału. O wiele lepiej czuję się w starych dźwiękach, wciąż z radością odkrywam kolejnych wykonawców i kolejne płyty z dawnych czasów. I coraz mniej mam ochoty na to, by nadążać.
Z jednej strony widzę, że większość przedstawicieli mojego pokolenia już dawno wysiadła z tego pociągu, a z drugiej sam czuję, że w tym bezmiarze wciąż powstających dźwięków orientuję się coraz gorzej i – najpewniej – w ten sposób coś wartościowego mnie omija.
Jednak z pięcioma krzyżykami na karku łatwiej się z taką koleją rzeczy pogodzić. Już od dość dawna wiem, że wszystkich
smaków życia
nie popróbuję, wiem, że wielu próbować nie warto. Że wiele mnie ominie – i to całkiem szerokim łukiem. Więc godzę się z tym, że tak samo jest i będzie w odniesieniu do muzyki.
Przepraszam. Wiem, że młodzi myślą teraz: a ten znowu o czarno-białej telewizji i monofonicznym radiu. A ja, co wtorek będąc świadkiem bezustannego przekomarzania się Wojciecha Manna i Anny Gacek, śledząc ten ich międzypokoleniowy przekładaniec muzyczny, słuchając wybranych przez, za przeproszeniem, niemłodego redaktora i młodą redaktorkę utworów, wzajemnych – choć wygłaszanych z sympatią – uszczypliwości oraz oznak znudzenia (nawet jeśli są scenariuszowym elementem wspólnego bądź co bądź programu), zastanawiam się, czy jest jeszcze ciągle
tylko jeden rokendrol.
Bo może – tak samo jak wypadają ze spisu lektur Mickiewicz i Sienkiewicz – nie jest konieczna świadomość, że na długo przed tym, kiedy niejedną dzisiejszą gwiazdę zawinięto w pierwszego pampersa, świat zachwycał się Berrym, Beatlesami czy The Smiths.
Anna Gacek jest akurat świadoma tego „przed”, ale moi synowie na przykład już niekoniecznie. Lecz przecież nie uniemożliwia to odbioru muzyki. I czy sprawia, że – ewentualne – wzruszenia albo fascynacje są słabsze, gorsze? I czy mam mieć pretensje do nich, że niespecjalnie pochylają się nad tym, co sam usiłuję im – coraz zresztą rzadziej – podsuwać?
Bo gdzieś – i to niekoniecznie na koniec – pojawia się myśl, że skoro praca zawodowa nie jest całym życiem każdego z nas, tak samo muzyka nie musi.
Słuchając na żywo Ani Dąbrowskiej, zastanawiałem się nad nie do końca jasną granicą. Między czymś, co sprawia, że pop jest zwykłym popem, równo mielącą maszynką, oraz miejscem, w którym – wciąż pozostając piosenką – zyskuje na szlachetności. Co powoduje, że robi się subtelniejszy i nabiera smaku.
[more]
Ania Dąbrowska
Mam na półce w domu trzy pierwsze jej płyty (aż się zdziwiłem). Sympatia do artystki datująca się jeszcze z czasów pierwszego „Idola” to za mało, by sięgnąć do portfela. Musiałem więc dopatrzeć się, a raczej dosłuchać w jej propozycjach czegoś nie do końca oczywistego.
Weryfikacja wrażeń sprzed kilku lat podczas występu na żywo nie wystawia Dąbrowskiej dobrej oceny. Miałem skojarzenia z Melą Koteluk, bo po paru numerach zrobiło się w podobny sposób nużąco i przewidywalnie. Będę się upierał przy aranżacjach, bo to one potrafią z banalnej pozornie melodii wydobyć sporo piękna. A te aranże w obu przypadkach są bardzo liniowe – wszyscy instrumentaliści grają allegro, na swoistego maksa. Może to wynika z faktu, że są poprawni, ale nic ponadto? Bo żeby choć jednemu z nich dać trochę pograć, ten musi umieć coś więcej, umieć wziąć na siebie – i unieść – trud nadania prostym nutom lekkości i wdzięku.
Tej subtelności chyba jest trochę na płytach, wczoraj, w plenerowych okolicznościach, zdecydowanie jej zabrakło.
Holly Blue
Jestem pewien, że to co najlepsze wczoraj przy katowickich Trzech Stawach, usłyszeliśmy na samym początku. Usłyszeliśmy? Przerażająco mała garstka ludzi, na początku koncertu mniejsza niż liczba ochroniarzy wokół sceny. Było mi wstyd – nie pierwszy raz zresztą – że jest tak pusto, cicho i byle jak. Co musi się wydarzyć, by ludzie wyszli z domów?
Dwa tygodnie wcześniej miałem okazję liznąć imprez otwierających kolejny sezon kulturalny w Amsterdamie. W parku w centrum miasta trzy sceny stały obok siebie w odległości nie większej niż dwieście metrów. Pozostałych miejsc, gdzie grała muzyka, nie zliczę (mieliśmy z żoną okazję zobaczyć piękny występ połowy składu Arify, niedawno oglądanej w Katowicach). Mnóstwo ludzi, nie tylko młodych, żywiołowe reakcje, ogólna zabawa. Wspominaliśmy oczywiście très b., którego gitarzysta i wokalista, Olivier Heim, ma holenderskie korzenie.
Serce mnie bolało. Taka kapela, jak Holly Blue – projekt Sonii Kopeć i Emila Blanta – mogłaby w kraju tulipanów liczyć na aplauz kilkusetosobowej widowni. Tymczasem miałem wrażenie, że młodziutka, bardzo utalentowana i posiadająca mnóstwo wdzięku wokalistka raz po raz liczy, ile osób jej słucha.
Mysłowicki zespół serwuje granie lokowane w worze z napisem indie rock, sytuujące się – jeśli o rodzimą scenę chodzi – blisko wspomnianego très b. czy Kari Amirian. Ciepły, delikatny wokal, dużo pięknych, urzekających melodii – to naprawdę granie zdecydowanie powyżej jakkolwiek rozumianej średniej.
Mam wrażenie, że gdzieś tam, w Holandii na przykład, pewnie spokojnie kapela zarabiałaby na chleb, a jej członkowie robili to, co w życiu potrafią najlepiej, czyli grali. I mieli poczucie sensu, bo byłaby publiczność, koncerty, płyty – i ufne patrzenie w przyszłość. Wszystko mogłoby sprowadzać się tylko do kwestii skali talentu.
U nas tymczasem mamy nie rynek muzyczny, a ryneczek lidla. Tutaj przebić, by nie przymierać głodem, udaje się nielicznym i, jak to zwykle bywa, niekoniecznie tym, którym najbardziej by się to należało. Póki co jest więc tak, że zespół, który zaistniał w internecie, ma teraz na koncie swój debiutancki album – wydany w wydawnictwie „Falami” Marcina Babki First Flight.
Nie wiem, gdzie Sonia Kopeć, osiemnastoletnia, a niezwykle już dojrzała wokalistka i pianistka, będzie – sama czy z kolegami – za, powiedzmy, siedem lat. Oby nie za jakimś biurkiem, z telefonem przy uchu. Oby to, co usłyszałem wczoraj, było początkiem kariery.
Marcin Świetlicki to frontman o wdzięku słonia w składzie porcelany, nieobdarzony przez naturę szczególnym głosem. Mamy więc faceta, który raczej stoi po prostu na scenie, od czasu do czasu wykonując tylko dziwne, nieskoordynowane ruchy. To, co wydobywa z gardła, bliskie jest melorecytacji. Głos ma męski, głęboki, już po lekkim tylko dociśnięciu – romantyczno-modernistycznie charczący.
[more]
Ten czołowy przedstawiciel poezji współczesnej, nie tylko swego pokolenia (urodzony w 1961 roku) jest jednak bardzo świadomy tego, o czym napisałem wyżej. Dostatecznie
zdystansowany wobec siebie,
a może po prostu wyznający zupełnie inną estetykę przekazu artystycznego, by wziąć do ręki gitarę albo dać robotę gitarzyście – i w stylu Kaczmarskiego czy Gintrowskiego cierpieć za ojczyznę, Kraków czy choćby we własnym tylko imieniu (dał temu zresztą wyraz w jednym pastiszu).
Zatrudniając muzyków rockowych, uzyskał szczególny efekt. Jego wiersze z poetyckich piwnic, zadymionych knajp i mieszkań, gdzie toczone są późnonocne rozmowy o Polsce, świecie i literaturze, zbłądziły pod strzechy większych i mniejszych klubów muzycznych. Oczywiście, adresatami jego przekazu nie stali się miłośnicy hip-hopu czy popu, a raczej ci, którzy słuchają Janerki czy Waglewskiego, bo do tych klimatów muzycznych jest Świetlikom niedaleko.
Przekaz literacki
lidera zyskuje w ten sposób całkiem dużą tubę, gromadząc na widowni trochę inną publiczność, także – jak wczoraj – poetów. Błogosławiony dystans do siebie sprawia, że lider raz po raz ironizuje – wprost lub nie – na temat swojej obecności i miejsca na scenie, a jednocześnie, jak każdy artysta, spragniony jest ludzkiego, to jest słuchaczy, uznania. I sądzę, że nieźle sobie radzi z tą dychotomią.
W tym miejscu wypada mi się wreszcie przyznać, że jakoś do tej pory muzyka Świetlików omijała moje uszy. Dlatego też wszystko albo prawie wszystko było dla mnie wczoraj bardzo nowe. Ale nie tylko dla mnie, bo zespół lwią część występu poświęcił na zaprezentowanie nowego, jeszcze nieopublikowanego materiału, który znajdzie się na albumie Sromota.
Stąd te skojarzenia Janerkowe i Waglewskie (u tego pierwszego łagodności dodaje małżonka wiolonczelistka, u Świetlickiego klawisze i prześliczna skrzypaczka). Ale też zupełnie inne – jest w tym coś z Waitsa i Cave’a, jest mrocznie, spod znaku psychodelii czy nowej fali – w duchu Joy Division. Za sprawą basu nietrudno dopatrzeć się także wpływów New Order. Gitara z kolei raz po raz zapuszczała się w klimaty znane z piosenek U2 i patentów Edge’a.
I takie
zaplecze muzyczne,
bardzo solidne warsztatowo, zdecydowanie ocala przekaz Świetlickiego. Jest w nim za dużo autoironii, by cierpieć w stylu Wójtowicza czy Czyżykiewicza, rockowa formuła zwykle nie lubi stosowania dźwięków najcieńszych, tych nut rozedrganych bogoojczyźnianą frazą. Rock jest anglosaski, gdzieś pomiędzy, stonowany, a nie francusko-rosyjski, plujący krwią ze sceny aż do ostatnich rzędów na widowni.
Na żywo broni się więc ta muzyka z tekstem (a może tekst z muzyką, w tej kolejności) zdecydowanie. Dlatego, że „jeśli powstaje na dworze, to nie na polu”, dlatego, że nie jest to sztuka salonowa. Świetlicki ma w dupie salony literackie, wzdycha tylko z nostalgią: „Co to za poezja, która nie ocala ani człowieka, ani robala”. I że, jak sam powiedział, są to piosenki głupie, ale głębokie.
I jest mi to, przyznam, w wielu momentach bardzo bliskie. Zaś w odczuwaniu tej bliskości moja wspólnota pokoleniowa z liderem nie ma – jak mniemam – pierwszorzędnego znaczenia.
1966 i 1967 rok. Jeśli chodzi o Beatles, jest to pochodzący z albumu Revolver jeden z moich najukochańszych utworów w ich dorobku, jedna z największych pereł wśród bezmiaru znakomitości podpisanych przez McCartneya, Lennona czy Harrisona.
[more]
Amerykański Vanilla Fudge to – jak popatrzeć na jego dorobek – właściwie cover band. Powstały w 1966 roku, działający z przerwami do dziś, ale ten najistotniejszy okres obejmuje pierwszych pięć lat, do 1970 roku.
Kapela zafascynowana była przede wszystkim dokonaniami właśnie Beatlesów, jej pierwszy album otwierał Ticket To Ride, a zamykał EleanorRigby. Psychodelia w pełnym rozkwicie, materiał źródłowy stanowiący ledwie punkt wyjścia dla nieokiełznanej wyobraźni muzyków i upodobań do improwizacji.
Inną kwestią jest, jak to się broni po latach. Jedno jednak nie podlega dyskusji – wtedy, aby tak grać, trzeba było mieć pojęcie o stosowanym instrumentarium, a nie liczyć na nieograniczone możliwości studia nagraniowego.
Uzależniłem się od Jane całkiem niedawno. Jak słucham tej kapeli, to aż mi wstyd, że tak świetnego grania nie potrafiłem docenić wcześniej. I od razu w takich momentach – bo było ich już trochę – zastanawiam się, ile jeszcze nie całkiem nowych dźwięków pozostało mi do odkrycia. A co za tym idzie – i, paradoksalnie, jest wielkim plusem wcześniejszych zaniechań oraz ignorancji – ileż pięknych chwil i wzruszeń wciąż jeszcze przede mną. Co przecież jest istotą konsumowania muzyki.
[more]
Kapela powstała w końcu lat 80., jest jedną z tych cudownych gitarowych odtrutek na konfekcję tamtej dekady. Nie obchodzi mnie, jak bardzo zawiłe są losy zarówno samego zespołu, jak i ich poszczególnych członków. W ostatecznym rozrachunku liczy się efekt końcowy: jakość tego, co faceci mają do zaproponowania. Więc pieprzę kwestię używek, mam gdzieś trudne charaktery Farella, Navarro, Perkinsa i ich zmieniających się kumpli. Istotne jest to, że mija już sporo lat, w przypadku albumu Strays, z którego pochodzi wywołana do tablicy piosenka, całe dziesięć, a brzmi to ciągle świetnie.
Jakiś czas temu wspominałem w tym cyklu Warped Redhotów, otwierający One Hot Minute (1997). I tu jest podobnie – mamy do czynienia z wysokokalorycznym natarciem gitarowej husarii na nasze bębenki. Z jednym, za to bardzo istotnym, wspólnym elementem: w obu przypadkach wiosłuje Dave Navarro.