Przy okazji niedawnego, XVII Konkursu Chopinowskiego znów odżyły odwieczne spory między akademikami, zwolennikami „czystości” formy, oraz tymi, którzy – też już od bardzo dawna przecież – twierdzą, że tak naprawdę nie wiemy, jak grał sam Chopin.
[more]
*
Czy w sztuce może jeszcze pojawić się coś całkowicie nowego? Jakaś zupełnie nowa jakość, coś, czego świat dotąd nie oglądał i nie słyszał?
Przy okazji niedawnego, XVII Konkursu Chopinowskiego znów odżyły odwieczne spory między akademikami, zwolennikami „czystości” formy, oraz tymi, którzy – też już od bardzo dawna przecież – twierdzą, że tak naprawdę nie wiemy, jak grał sam Chopin.
Barok przeciw renesansowi, pozytywizm przeciwko romantyzmowi, ekspresjonizm w opozycji do impresjonizmu? Coś, co po czasie wymyślono w uniwersyteckich katedrach na potrzeby opisania tej czy innej dziedziny sztuki w większych lub mniejszych sekwencjach czasu, zupełnie nijak się ma do życia i bezustannego w nim mieszania się wszystkiego ze wszystkim. Mamy co prawda prekursorów i epigonów, ale wyznaczanie cezur czasowych jest sprawą czysto umowną. Jako nastolatek ubolewałem nad przemijającą modą mini, dziś mamy wszystko: mini, midi i maxi, mamy spodnie-rurki i bardzo szerokie nogawki, czego oko zapragnie. Nie ma jednego, jedynie obowiązującego trendu – i chwała Najwyższemu albo stylistom za tę różnorodność.
W muzyce jest podobnie: trudno o odkrywcze wartości w muzyce tzw. poważnej, w jazzie czy rocku. Czasy wyraźnego separowania się jednych od drugich mamy dawno za sobą, przeminęło poczucie wyższości filharmoników nad niesubordynowanymi jazzmanami, a tych z kolei nad rockowymi w większości analfabetami, gdy chodzi o znajomość zapisu nutowego. Jazz i rock zaczęły się mieszać jeszcze w latach 60., zaś moda na występy grup rockowych z orkiestrami nastała w latach 90. (choć Concerto For a Group and Orchestra Deep Purple to rok 1970), a gwiazdy scen operowych zaczęły wtedy ochoczo występować wraz z gwiazdorami wokalistyki rockowej. Mniejsza o karykaturalne częstokroć efekty mieszania odległych stylistyk, chodzi o to, że nikt o zdrowych zmysłach już nie udaje, że nie ma innych światów artystycznych poza tym uprawianym przez niego.
Czego Wam – a i sobie też – życzyć w te dni? Pojednania. Z innymi. Z samymi sobą. Pojednania, jednakże nie mylonego z poddawaniem się.
[more]
*
Z wiekiem jest tak, że pogrzebów wokół znacznie więcej niż narodzin. Gdy jednak te pierwsze dotyczą osób najbliższych, musi to boleć – i boli.
Nie lubię, publicznie bądź co bądź, się wywnętrzać, ale – właściwie dlaczego czasami tego nie zrobić, zwłaszcza gdy uwiera to i boli szczególnie? Jeśli czytacie te słowa, to znaczy, że od pewnego, dłuższego lub krótszego czasu zerkacie w moją stronę.
W ubiegłym roku w lutym zmarł mój teść. Nagle, bez jednego ostrzeżenia. A jutro, w Wigilię, miną dwa miesiące od śmierci mojej mamy. Już ubiegłoroczne święta spędziła w szpitalu, a potem nastąpiły trudne miesiące – przede wszystkim dla niej, ale i dla nas też. A jednak ta śmierć, mimo zaawansowanego wieku i kiepskiego zdrowia, była niespodziewana. Jeśli się kogoś kocha, to ten, odchodząc nawet w bardzo zaawansowanym wieku, umrze za wcześnie.
I jeszcze jedno, na co zwrócił mi uwagę Maciek Trzepałka, autor rysunków do tego bloga: ze śmiercią rodziców definitywnie kończy się nasze dzieciństwo. To mądra obserwacja. Dziś, choćbym chciał, nie powiem mamie już ani słowa, nikt już nie powie do mnie „synku”. I co z tego, że jestem siwiejący i łysawy?
Nie życzę nikomu tego typu doświadczeń, choć – niestety – są one nieodłączną częścią życia. Nie życzę Wam udziału w pięciu pogrzebach w jednym roku, w tym dwóch zdecydowanie przedwczesnych.
*
Z niepokojem śledzę wiadomości, zarówno z kraju, jak i ze świata. Krzyczą nieliczni, zdecydowana większość milczy, pragnąc normalności, spokoju i pokoju. Wciąż wielu spośród tych nielicznych się wydaje, że jak będą krzyczeć najgłośniej, racja będzie po ich stronie. Tymczasem rację ma raczej wieszcz Adam mówiący:
Wszystko przejdzie. Po huku, po szumie, po trudzie
Wezmą dziedzictwo cisi, ciemni, mali ludzie.
A prawie pół tysiąca lat temu Jan z Czarnolasu pisał:
Cieszy mię ten rym: „Polak mądr po szkodzie”;
Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,
Nową przypowieść Polak sobie kupi,
Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.
Przeraża ciągła aktualność tych spostrzeżeń.
Co pozostaje? Pewnym ludziom jesteśmy potrzebni, a ściślej: nie my, lecz naszych parę krzyżyków postawionych na kartach do głosowania, raz na cztery-pięć lat. Na tym kończy się nasze oddziaływanie na niektóre sprawy. Pozostaje to, na co mamy wpływ, w tym na wartości największe, a nie do przeliczenia na pieniądze: rodzina i zdrowie.
Czego Wam – a i sobie też – życzyć w te dni? Pojednania. Z innymi. Z samymi sobą. Pojednania, jednakże nie mylonego z poddawaniem się. Papież Franciszek powiedział ostatnio: „Nie idźcie spać bez pogodzenia się”.
Życzmy sobie, aby tak się stało, tak się działo w naszych domach. Spokojnych myśli, spokojnych słów. Spokojnych snów.
Jestem Waszym klientem od 1998 roku, po takim jednak potraktowaniu oświadczam, że nie widzę żadnego powodu, dla którego miałbym przedłużyć umowę. Nie życzę sobie także kolejnych telefonów (czekałem choć na jeden przez cały miesiąc) – jesteście po prostu firmą niepoważną i niewiarygodną. Oczekuję natomiast pisemnego wyjaśnienia całej sytuacji.
[more]
*
Pod koniec marca przyszłego roku wygasa moja umowa z siecią Plus GSM. Każdy, kto posiada telefon komórkowy (a więc dziś już prawie każdy chodzący w tej części świata po ziemi), wie, że operatorzy raz po raz usiłują zarzucić na nas, nomen omen, sieci.
Próbuje to czynić także ten
operator,
z którym akurat jesteśmy związani, w myśl zasady, że najlepszą obroną jest atak. I w ten sposób w drugiej połowie października dopadł mnie Plus, ustami jakiejś pani proponując nową, oczywiście zdecydowanie korzystniejszą umowę. Gdy poprosiłem o kilka dni do namysłu, usłyszałem, że powinienem podjąć decyzję szybko, gdyż promocja trwa krótko. Skończyło się na dwudziestu czterech godzinach, spojrzeniu w internet, by przynajmniej w ten sposób zobaczyć, jaki telefon wybrałem i którym miałbym się posługiwać przez następne dwadzieścia kilka miesięcy (nie ma oczywiście szans, by konkretną ofertę otrzymać od operatora drogą mejlową).
Zgadzam się na warunki zaproponowane przez panią. Jest bodaj środa, 21 października. Zostaję poinformowany, że kurier, zgodnie z moją sugestią, zjawi się u mnie w domu za dwa dni. Wczesnym popołudniem 23 października zaopatruję się w „dedykowany” (jaka oszałamiająca kariera słowa, które bezczelnie wchodzi w kompetencje terminu „przeznaczony”) pokrowiec, by od razu zredukować niepokoje związane z ewentualnym upadkiem urządzenia na podłogę. Futerał przyjdzie mi w najbliższych dniach – ufam, że bez większych trudności – oddać sprzedawcy. Dlaczego? Oto list, który wysłałem do firmy Polkomtel 26 listopada:
„dot. nowej umowy na 25-miesięczny okres
W połowie października br. przedstawicielka Państwa firmy złożyła mi telefonicznie nową ofertę związaną z przedłużeniem umowy abonenckiej. Oświadczyła, że nie powinienem się długo zastanawiać, gdyż propozycja jest bardzo atrakcyjna i wymaga szybkiej decyzji. Uzgodniliśmy warunki dotyczące taryfy oraz nowego aparatu telefonicznego (miał to być Samsung J1), a także to, że kurier zjawi się u mnie w piątek, 23 października, między 17.00 a 19.00*.
Kurier
przyjechał około 20.00, kiedy nie było mnie w domu. Z żoną ustalił, że przyjedzie nazajutrz, w sobotę 24 października, około godziny 9.00. Nie przyjechał ani też nie zadzwonił. Bez zapowiedzi za to przybył 27 października około 16.00, kiedy także byłem nieobecny (rozmawiał z nim mój syn). I tyle, słuch o nim zaginął, podobnie jak o przesyłce dla mnie oraz nowej umowie do podpisu. Bodaj dzień wcześniej, 26 października w godzinach okołopołudniowych, zadzwoniłem na numer 2699, aby zasięgnąć informacji. Nie udało mi się uzyskać połączenia z operatorem, pozostawiłem więc – zgodnie z sugestią – swój numer telefonu do kontaktu. Do dzisiaj – jest 26 listopada – nikt do mnie nie oddzwonił. Tymczasem już 23 października otrzymałem od Was esemesa, że „oferta będzie aktywna od nowego okresu rozliczeniowego”.
Ponieważ nie dotrzymali Państwo zobowiązań ustalonych telefonicznie, ponieważ niczego też nie podpisywałem – rozumiem, iz obowiązuje nas dotychczasowa umowa zawarta na dwadzieścia pięć miesięcy w dniu 19 marca 2014 roku, stąd proszę o wystawianie mi kolejnych faktur.
Jestem Waszym klientem od 1998 roku, po takim jednak potraktowaniu oświadczam, że nie widzę żadnego powodu, dla którego miałbym przedłużyć umowę. Nie życzę sobie także kolejnych telefonów (czekałem choć na jeden przez cały miesiąc) – jesteście po prostu firmą niepoważną i niewiarygodną. Oczekuję natomiast pisemnego wyjaśnienia całej sytuacji”.
___
* Co potwierdzono esemesem, którego otrzymałem o 19.28 w dniu 22 października.
*
Na swoje nieszczęście, 9 grudnia, natychmiast po otrzymanym upomnieniu, zasiadłem do laptopa, by uregulować czterodniową zaległość w wysokości 48 zł i 48 groszy. Tak się do tego jednak zabrałem, że zrobiłem
przelew na 4.888 zł.
Nieźle się spociłem, gdy spojrzałem w ekran. Co robić?
Dzwonienie na 2699 jest bezsensowne – „Prosimy o pozostawienie numeru telefonu. Nasz operator jest w tej chwili zajęty, oddzwoni, jak tylko…” – czy jakaś tym podobna formułka.
Błyskawicznie drukuję potwierdzenie przelewu, wsiadam w samochód i jadę do najbliższego punktu Plus GSM, tego samego zresztą, w którym parę ostatnich razy odnawiałem umowę. Dowiaduję się, że takiego zgłoszenia nie mogą przyjąć. No jasne, tam mogę tylko zaciągnąć nowe zobowiązania, a nie podjąć próbę wyjaśnienia czegokolwiek. Przy okazji jedna z obsługujących pań potwierdza moje obawy co do infolinii: „No, nie oddzwaniają”.
Przez pewien czas usiłuję połączyć się z największym salonem katowickim: może tam mogą więcej i coś mi poradzą? Nikt jednak nie podnosi słuchawki. Dzwonię na numer 2699, ten od razu wskazuje mi inny: 2601. Cały czas rozmawiam z automatem. Wreszcie trafiam na 601 102 601 (tu mogę się mylić, bo plusowe numery dziwnym trafem poznikały z historii ostatnich połączeń). Wreszcie, po paru minutach wysłuchiwania tego, co też sieć ma mi wspaniałego do zaproponowania, z drugiej strony słyszę żywego człowieka.
Który mnie informuje, że pieniędzy nie ma jeszcze na koncie, najlepiej, żebym zadzwonił jutro lub pojutrze, gdy będą już widoczne. Operacji mającej na celu zwrot przelanych w nadmiarze pieniędzy trzeba bowiem dokonać w trakcie połączenia telefonicznego. Tego dnia nie zrobię już nic, ale zatliła się iskierka nadziei, że sprawy przybrały właściwy obrót. W chwilę po rozmowie oddzwania do mnie numer 422 033 000.
Automat
bada mój stopień zadowolenia, chce, abym podzielił się wrażeniami z rozmowy. Przerywam połączenie, bo wolałbym podzielić się wrażeniami dotyczącymi skuteczności moich – i drugiej strony – zabiegów, a nie tym, czy podoba mi się barwa głosu pana po drugiej stronie.
Następnego dnia dzwonię na podany przez niego numer: 601 102 607. I już wiem, że pan wprowadził mnie w błąd, bo tam, w ciągu paru minut połączenia i po wysłuchaniu całego szeregu nieinteresujących dla mnie informacji, łączę się z… automatem, który informuje mnie, że stan mojego konta to ponad cztery tysiące osiemset złotych. Tyle to wiedziałem już i wcześniej. Wykonuję kilka niepotrzebnych połączeń z 2699 i 2601, wreszcie wybieram 601 102 601. Po kilku minutach słyszę człowieka. Wydaje się, że sprawa się wyjaśnia. Pan mówi, że firma ma siedem dni na dokonanie przelewu, ale zwykle jest to jeden, góra dwa dni. Ponieważ drugi dzień roboczy to sobota, więc pieniędzy na koncie powinienem oczekiwać w poniedziałek, 14 grudnia.
Natychmiast dzwoni 422 033 000, ale tym razem już nawet nie odbieram. Znów wydaje się, że cel już blisko, że zasieki korporacyjne udało się sforsować i wyjść na ostatnią prostą.
Po drodze, szukając różnych dróg rozwiązania problemu, 10 grudnia o 10.28 wysyłam do biura obsługi klienta sieci mejla (jestem tak wzburzony, że nie sprawdzam nawet pisowni):
„Dzień dobry, to niewiarygodne, ale nie sposób do państwa sie dodzwonić – tak, by usłuszeć głos człowieka, zktórym można by porozmawiać i wyjaśnić w dwóch zdaniach sprawę. nie interesuje mnie automat mówiący pod numerem 601 102 607, że mam nadpłatę na koncie – to wiem. Intersuje mnie, jak moge otrzymać moje pieniądze z powrotem. Wczoraj zapewniano mnie, że odbywa się to tylko podczas rozmowy telefonicznej, po weryfikacji danych – ale dziś pod numerem 601 102 607 słyszę tylko automat – mam chyba prawo nie pamietać numeru pluskod5?! Proszę o kontakt – i prostą odpowiedź, kiedy otrzymam zwrot nadpłaconej omyłkowo kwoty – w wysokości, bagatela – 4.839,12 zł (róznica między wpłaconymi 4.888 zł a należnością w wyskości 48,88 zł”.
Już o 10.50 otrzymuję odpowiedź:
Szanowni Państwo, dziękujemy za kontakt z Zespołem Internetowej Obsługi Klienta sieci Plus. Wiadomość została przekazana do naszych specjalistów. Postaramy się udzielić odpowiedzi
w najkrótszym możliwym terminie.
Jednocześnie informujemy, że odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania znajdą Państwo na stronie: http://bok.plusgsm.pl Z poważaniem Zespół Internetowej Obsługi Klienta sieci Plus. Już 16 grudnia dociera do mnie kolejna wiadomość (z interesującą frazą „wątek dyskusji” – zaiste, gorąca to dyskusja): Wątek dyskusji Odpowiedź [tu nazwisko]16/12/2015 13:56Szanowny Panie, dziękuję za nadesłaną wiadomość. W odpowiedzi wyjaśniam, iż przesłaną korespondencję przekazałam do odpowiedniej komórki w naszej firmie. Dodam, że zwroty nadpłat w formie przelewu bankowego realizowane są w terminie 7 dni roboczych, od chwili przyjęcia zgłoszenia. W przypadku innych pytań, zapraszam do ponownego kontaktu. Z poważaniem [tu nazwisko] Internetowa Obsługa Klientahttp://www.plus.pl Sugerowana automatyczna odpowiedź11/12/2015 17:31.Serdecznie przepraszamy, czas udzielenia odpowiedzi wydłuży się. Prosimy o cierpliwość. Odpowiedź odeślemy w możliwie najkrótszym terminie.
*
W tzw. międzyczasie, 9 grudnia, otrzymuję esemesa: „Witamy, potwierdzamy rozpatrzenie zgłoszenia z dnia 2015-12-02. Odpowiedz pisemna otrzymaja Panstwo w najblizszym terminie. Pozdrawiamy Plus Reklamacje”.
Jest 21 grudnia. Cisza. O 10.10 wysyłam mejla:
„Dzień dobry, od zgłoszenia mija dwanaście dni – telefonicznie uczyniłem to 10 grudnia i zapewniano mnie, że najprawdopodobniej w poniedziałek, 14 bm., pieniądze wrócą na moje konto.Czy w ogóle macie je zamiar zwrócić? (…)”.
Dziś wysyłam kolejnego:
„Ponawiam moje pytanie:czy dokonacie zwrotu pieniędzy, czy mam się zwrócić do rzecznika praw konsumenta?”
*
Co mogę jeszcze zrobić, by wygrać batalię z zamkiem rodem z powieści Franza Kafki – albo, posługując się może bardziej zrozumiałym dla korporacji terminem – z
matriksem?
Z niezdobytą twierdzą, z bezduszną machiną? Zatrudnić prawnika, by dokładnie rozeznać swoją sytuację i poczynić odpowiednie kroki? Zwrócić się do rzecznika praw konsumenta?
Patrząc na te dwa ostatnie miesiące zmagań z Polkomtelem, zastanawiam się, czy jest – a jeśli tak, to jaki – związek jednej sprawy z drugą? Nijak jednak nie znajduję wytłumaczenia dla tego typu działań Goliata przeciw Dawidowi.
Trzy dni zostały do świąt. Nowy Testament mówi, że gdy biją cię w policzek, nadstaw drugi. Mogę oczywiście życzyć: wesołych, radosnych, zdrowych itp. wszystkim związanym taką czy inną umową o pracę lub kontraktem z Plusem. Tylko komu, bo poza jedną podpisaną z imienia i nazwiska panią mam do czynienia z samymi automatami oraz Gallami Anonimami.
Oczywiście, odejdę do innej sieci. Mimo iż nie mam złudzeń, że tam będzie mi lepiej. Chodzi jednak o zasadę.
*
A najbardziej – o zwykłą, ludzką bezsilność w tak prostej, wydawałoby się, sprawie. Czy tam, po drugiej stronie, jest choć jeden człowiek, którego interesuje nie tylko pobieranie opłat i wynik sprzedażowy, ale też to, by zwykły Kowalski lub Nowak nie musiał czekać całymi tygodniami na rozwiązanie problemu? Dla korporacji wymieniona wyżej kwota jest bez znaczenia, natomiast dla mnie…
Dawno już te słowa napisał Ignacy Krasicki:
Chłopcy, przestańcie, bo się źle bawicie!
Dla was to jest igraszką, nam idzie o życie.
P.S. Dzisiaj, 23 grudnia, o 9.01 wysłałem kolejnego mejla:
„Cisza z Waszej strony doprawdy bożonarodzeniowa. Pozwalam więc sobie przesłać link do tekstu o całej sprawie”.
O dziwo, bo nie jestem aż tak zadufany w sobie, by wierzyć, że mój tekst może zrobić równie wielkie wrażenie na kimkolwiek jak analizy profesora W. Orłowskiego – już po trzynastu minutach otrzymuję wiadomość:
„Szanowny Panie, dziękuję za nadesłaną wiadomość. Chciałabym poinformować, że odpowiedź w sprawie terminu zwrotu błędnie nadpłaconej kwoty otrzymał Pan dnia 16/12/2015. Zaksięgowanie zwrotu nadpłaty na Pana rachunku może nastąpić do końca 7 dnia roboczego od daty przyjęcia zgłoszenia. Jest to zależne od czasu realizacji zlecenia przez bank. W przypadku innych pytań, zapraszam do ponownego kontaktu. Z poważaniem [tu to samo nazwisko} Internetowa Obsługa Klientahttp://www.plus.pl”.
Może bym się i zgodził, tyle że moje zgłoszenie z podaniem numeru konta bankowego miało miejsce 10, a nie 16 grudnia. Półtorej godziny temu zajrzałem na konto – i znowu zaskoczenie. Pieniądze zostały wreszcie zwrócone. Dla mnie to zdecydowanie istotniejsza z dwóch spraw, więc się – po prostu – ucieszyłem i odetchnąłem z ulgą. Ale czekam na coś jeszcze…
[W NaTemat:22 grudnia 2015]
___
* Co potwierdzono esemesem, którego otrzymałem o 19.28 w dniu 22 października.
___
* Co potwierdzono esemesem, którego otrzymałem o 19.28 w dniu 22 października.
Idą święta, więc podniebny temat aniołów i ptaków jest zdecydowanie na czasie. Aniołów, a raczej anielic – bo o piękne nuty pięknie wyśpiewane przez kobiety tu chodzi.
[more]
O wybitności płyty pewniej jest orzekać po latach, gdy czas dokona już pierwszej, a może nawet drugiej i trzeciej weryfikacji ocen. Pamiętam, że Piotr Kaczkowski miał mocno mieszane uczucia i spore wątpliwości, czy poświęcić czas dwóch „Minimaksów” na nowe nagrania Fleetwood Mac, tak inne przecież od usankcjonowanych już klasyków z okresu, gdy na czele zespołu stał Peter Green: Oh Well, The Green Manalishi czy Man of The World, którymi zresztą uzupełnił półgodzinne wtedy audycje. O Rumours, jednej z najlepiej sprzedających się płyt w historii muzyki popularnej, dane było mi już pisać. W superlatywach, bo materiał mimo upływu lat znakomicie się broni, co w przypadku klimatów mocno zahaczających o pop jest nieczęstym przypadkiem. Nie mogłem też pominąć wtedy piosenki, która zamykała pierwszą stronę analogowego wydawnictwa: Songbird, w której główną partię wokalną wykonała Christine McVie.
Ptaki śpiewają
Jakby znały nuty
A ja kocham cię, kocham cię, kocham cię
Jak nigdy wcześniej.
Życzę Ci całej miłości świata,
ale przede wszystkim życzę ci jej ode mnie.
Jak na czas rozpadania się dwóch muzycznych małżeństw w grupie, w tym tego Christine i Johna McVie – wyznanie zaskakujące. Ale piękne w swej prostocie i wsparte równie prostą, a przecież szlachetną warstwą muzyczną. W moim osobistym rankingu to jeden z najpiękniejszych „fredżajli” w rocku, mimo iż ani instrumentacja (poza fortepianem McVie jeszcze gitara akustyczna Lindsaya Buckinghama), ani głos wokalistki nie powalają techniką. Widać, w tej materii to nie są warunki konieczne do tego, by doskonała była piosenka.
*
– Córeczko, kim będziesz, gdy dorośniesz?
– Aniołem.
Nie ma sprawiedliwości na świecie. Nie ma jej w życiu, nie ma jej w umieraniu. Jak ktoś obdarzony takim głosem jak Eva Cassidy mógł pozostawać prawie zupełnie nieznany – i jak mógł umrzeć w wieku zaledwie trzydziestu trzech lat, kiedy tyle jeszcze jest do zrobienia, tyle piosenek do zaśpiewania, płyt do nagrania?
Eva Cassidy zmarła na raka 2 listopada 1996 roku, a albumy z jej nagraniami zaczęły ukazywać się dopiero po śmierci. W 1998 roku wydano kompilacyjny materiał zatytułowany Songbird właśnie. I może także przeszedłby bez większego echa, gdyby nie Terry Wogan z BBC Radio 2, który sprawił, że trzy lata później cała płyta oraz cover Fields of Gold Stinga znalazły się na pierwszych miejscach brytyjskich, a później także innych notowań.
Cassidy do dziś nie osiągnęła oszałamiającej popularności, ale jej pośmiertna sława ciągle rośnie. A wśród wielu pięknych wykonań pieśni innych autorów – Songbird, już choćby z opisanego wyżej powodu, zajmuje miejsce szczególne.
P.S. W połowie listopada ukazało się obszerne wydawnictwo – dwie płyty CD oraz jedna DVD – dokumentujące cały koncert z 3 stycznia 1996 roku w jazzowym klubie Blues Alley w Georgetown. To znacznie rozszerzona wersja krążka Live At Blues Alley z 1997 roku.
Jak się nie wybrać na występ legendy wokalistyki z okolic łączących jazz z muzyką popularną, jeśli ten ma miejsce dwa kilometry od miejsca, w którym mieszkam?
[more]
Z Manhattan Transfer pierwszy raz zetknąłem się gdzieś na przełomie podstawówki i szkoły średniej,
w 1977 roku.
To wtedy zespół pierwszy raz odwiedził Polskę, jeśli mnie pamięć nie myli – pojawił się także w reportażu z koncertu w Sali Kongresowej przetykanym rozmowami z czwórką wokalistów wyemitowanym w „Studiu 2”. To w tamtym też czasie wylansował swój największy przebój: Chanson D’Amour, który nucili wszyscy – starzy i młodzi, miłośnicy piosenki francuskiej i rocka.
Nigdy nie wniknąłem w tę muzykę głębiej, w jakieś w miarę systematyczne śledzenie ich dyskografii. Czas PRL-u temu nie sprzyjał, a potem – poza zakupem wydanej u nas płyty Brasil – pozostałem dość daleko od ich dokonań. Właściwie od początku bardziej kusił mnie jazz instrumentalny niż, z nielicznymi wyjątkami, ten z partiami śpiewanymi. Ale, jak już napisałem na początku, odpuścić jedną z najważniejszych, jeśli nie
najważniejszą grupę
tego typu, gdy ta niemal puka do mych drzwi – nie uchodziło. Argument, że MT bez – zmarłego w ubiegłym roku – założyciela Tima Hausera to już nie to, jest tym bardziej do zbicia, że nigdy wcześniej nie widziałem zespołu na żywo. W dodatku koncert zaplanowano w dużej, [i]absolutely amazing[/i], sali NOSPR.
Trudno dać się ponieść, gdy na scenie rozgrywa się nie do końca moja bajka. Ale nie sposób też nie docenić wciąż wielkiej klasy, wielkiej kultury muzycznej i pełnego zawodowstwa siedmiorga muzyków na scenie – obok kwartetu wokalnego były jeszcze klawisze, bas i bębny. Uwierać czasem mogły pewne wypracowane przez lata grepsy, wielokrotnie najwyraźniej powtarzane muzyczne dialogi np. między wokalistą a basistą, czy też solówki, które – miałem nieodparte wrażenie – są prawdopodobnie identyczne podczas każdego kolejnego koncertu. Ale z drugiej strony patrząc, jest tak, że śpiewanie w chórkach wymaga ogromnej dyscypliny – a chórki w przypadku MT są znacznie ciekawsze niż utwory śpiewane solo – zarówno od wokalistów, jak i muzyków towarzyszących. No i, czego tak całkiem udawać się już nie da – podobało się nie tylko publiczności, ale samym wykonawcom najwyraźniej także. Wielokrotnie zachwycali się miejscem, w którym przyszło im występować, a i żywiołowa reakcja publiczności też zdecydowanie ich napędzała. Być może niewiele jest już dziś miejsc na świecie, gdzie przez blisko pół wieku nie dane było MT wystąpić, być może mało gdzie fetuje się ich tak, jak uczyniono to w Katowicach, choć widownia nie była wypełniona w całości.
Energii, ochoty do grania i śpiewania
nie brakło ani przez moment, a temperatura wręcz rosła, im bliżej było końca i bisów, do których nie trzeba było zespołu długo namawiać. W zestawie może zabrakło wspomnianej Chanson D’Amour czy Java Jive, ale nie obyło się bez żywiołowego wykonania klasyka Birdland Joego Zawinula. Warto było znaleźć się w mikołajkowy wieczór w katowickim NOSPR, zdecydowanie warto.
(The Manhattan Transfer, Katowice, NOSPR, 6 grudnia)
Co łączy Astrud Gilberto, Włodzimierza Szymanowicza, Jima Morrisona i Milesa Davisa? Otóż to, że zarówno wiekowa pani w swoim łóżku, jak i trzej panowie w grobach przewracali się wczoraj wielokrotnie.
[more]
*
4 i 5 grudnia w katowickim Rialcie odbyły się dwa koncerty z cyklu Women in Jazz – w ramach europejskiej trasy projektu przygotowanego pod patronatem włoskiego ministerstwa kultury. Przez dwa dni na scenie kinoteatru pojawiały się więc włoskie składy, a w nich zarówno śpiewające, jak i grające panie. Włochy słabo kojarzą się z jazzem, a jednak – jeśli zawczasu pozbyć się jakichś niepotrzebnych wątpliwości i uprzedzeń, można było – i to za zupełną darmochę, bo wstęp był wolny – poobcować z naprawdę dobrze podaną muzyką, a rysów niemałej szlachetności też nie brakowało, jak choćby w kończącym całość występie kwartetu Jazz Oddity (skojarzenia ze Space Oddity Davida Bowiego jak najbardziej na miejscu: w programie koncertu znalazło się kilka interpretacji jego utworów).
Niestety, tym, co mnie najbardziej poruszyło, nie była muzyka z Półwyspu Apenińskiego, lecz to, co zdarzyło się na scenie drugiego dnia pomiędzy występami dwóch włoskich zespołów.
Nie mi dociekać, jak to dziś niejednokrotnie się dzieje, że do przeróżnych projektów
podpinają się dziwni ludzie,
którzy to lub owo na tym podpięciu się usiłują dla siebie ugrać. Wiele da się wybaczyć, jeśli nie odbywa się to kosztem obniżania rangi wydarzenia, jeśli poziom artystyczny owego „załącznika” nie jest zbyt odległy od całości. Gdy jednak dzieje się inaczej, pytania zaczynają się nieuchronnie pojawiać.
Konferansjerkę prowadził Wenancjusz Ochmann. Z jednej strony niby stara gwardia, a z drugiej – wolałbym, aby zamiast kwiecistego stylu i barokowej ornamentyki, Pan prowadzący przed koncertem gdzieś w zaciszu spokojnie przyjrzał się i nauczył wymawiać poprawnie nazwiska wykonawców. Ich obfite przekręcanie, zwłaszcza w odniesieniu do włoskich gości, nie robiło bowiem dobrego wrażenia. Cóż, savoir vivre najwyraźniej dokonał żywota wraz ze śmiercią ostatniego dżentelmena w życiu publicznym, czyli redaktora Bohdana Tomaszewskiego.
Na tym jednak rola Pana Ochmanna w festiwalu się nie kończyła. Pierwszego dnia na scenie pojawili się uczniowie jego prywatnej szkoły muzycznej. To, że młodzi ludzie odstawali – raz mniej, raz bardziej – poziomem od zagranicznych wykonawców, to jeszcze jest wybaczalne. Są przecież dopiero na początku wyboistej drogi do ewentualnej kariery.
Kumulacja nastąpiła drugiego dnia, gdy „przerywnik” stanowił ansambl rewelersów: Gigi And Her Boysband, w którym Pan Ochmann grał na fortepianie, a w kilku utworach za gitarę złapał Jego Magnificencja Rektor Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach (i cóż z tego, że były), profesor Marian Oslizlo.
Trzeba wiedzieć, kiedy na scenę wejść.
Gdybyż to była knajpa z karaoke, rodzinna Wigilia, podczas której po obfitym posiłku i odśpiewaniu kolęd, niemłodzi – nie wypominając, bo sam już też nie jestem młodziakiem – uczestnicy postanowili sobie jeszcze pograć, no niech tam – nawet scena kinoteatru „Rialto”, tyle że podczas imprezy zamkniętej – pal licho i nikomu nic do tego. Gdy jednak amatorsko muzykujący ludzie (choć – W. Ochmann jest przecież absolwentem katowickiej Akademii Muzycznej i człowiekiem zajmującym się muzycznym kształceniem młodych ludzi, a M. Oslizlo, poza tym, że pozostaje jedną z najważniejszych postaci katowickiej ASP, jest też m.in. członkiem rady programowej JazzArt Festival) wciskają się pomiędzy zawodowców – dochodzi do pomieszania porządków.
Co łączy Astrud Gilberto, Włodzimierza Szymanowicza, Jima Morrisona i Milesa Davisa? Otóż to, że zarówno wiekowa pani w swoim łóżku, jak i trzej panowie w grobach przewracali się wczoraj wielokrotnie. Trzeba być kompletnie pozbawionym instynktu samozachowawczego, aby wyjść przed najskromniejsze nawet audytorium, tyle że złożone nie tylko z krewnych i znajomych królika, i zagrać The Girl From Ipanema, All Blues czy Riders On The Storm.
Panie profesorze, winszuję opanowania kilku chwytów na gitarze i znajomości tekstu genialnego utworu The Doors. Ale nie wiem, czy orientuje się Pan, że dobrych trzydzieści lat temu z piosenkami tego zespołu występował na żywo późniejszy rektor sąsiedniej uczelni, Uniwersytetu Śląskiego – profesor Tadeusz Sławek. Ma On jednak do dzisiaj licznych świadków, że robił to
z wyczuciem, kulturą muzyczną i smakiem.
Jeszcze bardziej nie na miejscu była stojąca w dwóch piosenkach przed mikrofonem pani, której nazwisko litościwie przemilczę. Proszę Pani, aby śpiewać, trzeba słyszeć. Jak się nie słyszy, lepiej nawet nie otwierać ust. Parafrazując Rachel z „Wesela”, można by powiedzieć: „gust ten właśnie wielki miałam, by nie śpiewać – lichą formą się brzydzę”. Czego z serca Pani życzę. Niech więcej nie sprawdza się powiedzenie, że gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Na przykład na scenę. Szacowne, stuletnie Rialto niejedno już przeżyło, niejedno widziało i słyszało – i w niejedno dziwne przedsięwzięcie zostało wkręcone. Scena wczoraj, choć powinna, nie zapadła się ze wstydu pod ziemię.
Szanowni Państwo, wśród których są
nauczyciele i wychowawcy przyszłych pokoleń:
zazdroszczę dobrego samopoczucia, ale powinniście wiedzieć, że nie ma nic gorszego niż to, gdy impreza na scenie jest zdecydowanie lepsza niż na widowni, gdy miesza się porządki dwóch odległych od siebie muzycznych światów, nieprzystających do siebie poziomów wykonawczych. Niech Was ręka boska broni przed zakusami, by jeszcze kiedyś wystąpić publicznie. Wy świetnie się bawiliście, a ja – ale zapewniam, że nie tylko ja – z każdą minutą wstydziłem się coraz bardziej, że musiałem tego słuchać. Zastanawiałem się i zastanawiam nadal, czy włoscy goście po wczorajszym wieczorze nie doszli przypadkiem do wniosku, że Polacy o jazzie mają właśnie takie pojęcie jak Wy?
Nieznany nikomu bloger wielkiej krzywdy takim tekstem Wam nie uczyni. Co jednak nie znaczy, że powinniście być nadal wolni od refleksji: „Zastanów się, co robisz”. Siwy i łysiejący – kończę cytatem z Księgi Hioba:
Mądrość nie z wiekiem przychodzi,a prawość nie tylko starcom jest znana.
Przepis na piosenkę jest podobno bardzo prosty. Tyle że tylko niektórym autorom i zwykle z rzadka udaje się dotrzeć do istoty tej prostoty.
[more]
*
Jest mnóstwo amerykańskich wynalazków, które nieszczególnie przyjęły się w Europie. Jednym z nich jest Steve Miller ze swoim bandem. Spora popularność zespołu w USA nieszczególnie przeniosła się za ocean, a w Polsce kojarzymy tak naprawdę dwa utwory: będący przedmiotem niniejszej „rozprawki” oraz późniejszą o dziewięć lat Abracadabrę.
Kapela powstała w 1966 roku w San Francisco, wydała osiemnaście studyjnych albumów z premierowym materiałem, z czego pierwszych osiem do 1973 roku.
Właśnie w owym, nota bene jednym z najbardziej magicznych w rocku 1973 roku, ukazał się album zatytułowany tak samo jak najsłynniejszy utwór kapeli – The Joker. Przepis na piosenkę jest podobno bardzo prosty. Tyle że tylko niektórym autorom i zwykle z rzadka udaje się dotrzeć do istoty tej prostoty. Większość tzw. przebojów już po paru miesiącach przykrywa bezpowrotnie kurz, a jedynie nieliczne zupełnie nic nie robią sobie z upływającego czasu.
Ani trochę nie dziwię się rozkołysaniu i szczęściu na twarzach ludzi oraz ich niemilknących brawach, co tak świetnie widoczne jest w poniżej zamieszczonym klipie. Chciałbym być tam wtedy razem z nimi.
Jest w tych piosenkach cały, niemiłosiernie obity przez ponad pół wieku grania bagaż bluesowo-rokendrolowo-country’owo-reggae’owy. Obity, poodzierany – a przecież podany przez bardzo niemłodego już gwiazdora-łobuza w sposób konsekwentnie nieskomplikowany i pełen wdzięku.
[more]
*
W rocku prawdopodobnie nie wydarzy się już nic spektakularnego, pozostanie tylko mieszanie stylów i czasów. Ale dopóki są ci, którzy to robią, swingując (w moim odczuciu swing musi być – to musi kołysać, pulsować, a więc zdradzać bluesowe korzenie – których nie ma już np. metal) – będę odnajdywał frajdę w słuchaniu tego samego zrobionego na nowo. I wciąż będzie we mnie chęć, by dotrzeć do tych, którzy zrobili to jako pierwsi. Stąd np. miłość – od szesnastego roku życia – do Chucka Berry’ego. Stąd zachwyt nad wieloma nowymi płytami gigantów – białasów, którzy są już takimi samymi klasykami jak ich mistrzowie Murzyni.
I coraz częściej gdzieś mają wycyzelowaną, wielomiesięczną produkcję, trzymanie linii melodycznej czy oszałamiający aranż. Liczy się
krew, pot i wzruszenie,
prawda starych ludzi. Tylko że gdy padają wciąż niby te same, tak dobrze znane nazwiska, to warto pamiętać, że nie jest ich aż tak wiele jak czasem może się zdawać, że to naprawdę najwięksi i najlepsi. Tylko oni przetrwali dziesięciolecia burz, ryzykownego seksu, gorzały i dragów – i po półwieczu na scenie wciąż jeszcze mają coś dla zaproponowania. Może niekoniecznie dwudziestolatkom, bo ci w większości nigdy nie dotrą do korzeni, ale takim wariatom jak ja. Mają dla kogo grać i nagrywać. Richards, Van Morrisson, Clapton, McCartney, Dylan, Young, a w Polsce o dekadę młodszy Waglewski (dla mnie Dobry wieczór to opus magnum Pana Wojciecha).
Mam to tuż pod skórą. Regularnie szczepiąc się przeciw grypie, z wiekiem coraz bardziej nieodporny jestem na propozycje tych, których słuchałem, wystając ledwie ponad stół. Zarówno na rzeczy stare, jak i te dopiero co wydane. Pewnie miesza się we mnie zazdrość z powodu tego, iż potrafili oni z pasji uczynić jeden wielki sens życia, zazdrość z powodu skali talentu, oraz niemal synowskie wzruszenie, że ciągle są aktywni i nie mają nic ze starych ramoli.
Nigdy nie przepadałem za wokalem Keitha R., nie wsłuchiwałem się w jego poprzednie solowe propozycje płytowe. Jednak teraz, powodowany pewnie
wielką tęsknotą
za nowymi nagraniami Stonesów, z radością i uwagą pochyliłem się nad porcją jego nagrań. Nie ma w nich nic, czego bym się nie spodziewał. I muszę szybko zaznaczyć: na szczęście. Jest cały ten niemiłosiernie obity przez ponad pół wieku grania bagaż bluesowo-rokendrolowo-country’owo-reggae’owy. Obity, poodzierany – a przecież podany przez bardzo niemłodego już gwiazdora-łobuza w sposób konsekwentnie nieskomplikowany i pełen wdzięku. Z prostych piosenek wydobywa on tyle lekkości, urody i, co chyba najistotniejsze, świeżości i radości grania, że nie sposób pozostać obojętnym na te dźwięki.
Na ten głos skrzeczący jak inny bóg pop music, Bob Dylan. Na wycieczkę w rejony czarnych bluesmanów z gitarą akustyczną w dłoniach w otwierającym całość utworze tytułowym. Na kolejny, po latach, ukłon dla największego rokendrolowca, Chucka Berry’ego, w Blues In The Morning (z liniami basu i fortepianu cytującymi standardy CB). Na kilka szybszych i wolniejszych gitarowych numerów, które mogłyby stanowić ozdobę każdego albumu Rolling Stones w ostatnich czterdziestu latach, choćby Nothing On Me i Something For Nothing. Jest też, jakże mogło by jej zabraknąć, nostalgia – za takie przerywniki w łojeniu również pokochaliśmy kiedyś Toczące Się Kamienie. Jest jej jakby więcej niż dotąd u Richardsa – cóż, lata lecą – choćby w pięknych numerach Robbed Blind czy walcującym Goodnight Irene. Jest…
Na nowej płycie Bircha otrzymujemy kolejny dowód na jego wyjątkową muzykalność, umiejętność wymyślania ładnych, a jednocześnie niebanalnych melodii. Na naprawdę spore i zgoła niesłowiańskie możliwości głosowe, pozwalające śpiewać zarówno głębokim barytonem, jak i ciągnąć zgrabne falsety.
[more]
*
Wojciech Mann, prezentując w swojej niedzielnej audycji piosenkę Petera J. Bircha, stwierdził, że dobrze byłoby, aby młody artysta określił się, co właściwie chce grać.
Fakt, przez całe dziesięciolecia nie do pomyślenia było, aby członek jednego zespołu rockowego udzielał się w jakichś innych projektach – takich sytuacji jak ta Phila Collinsa, że był frontmanem i perkusistą Genesis i jednocześnie bębnił w Brand X, było bardzo, bardzo niewiele. Tymczasem dziś
muzycy uciekają z szuflad
im przyporządkowanych, ich wyobraźnia nie pozwala zamykać się w jednej tylko formule, działają jednocześnie w kilku składach, czasem dość odległych od siebie stylistycznie. Tak jest choćby w przypadku Bartosza i Piotra Waglewskich. Podobnie, choć na znacznie mniejszą skalę – przynajmniej póki co – z Piotrem Brzezińskim.
Wątpliwościom Pana Redaktora wcale się nie dziwię, bo sam – niewiele młodszy – wychowany jestem na podobnych „wzorcach”: wyrażania się danego artysty na przestrzeni lat raczej w bardziej jedno- niż różnorodny sposób. Wolty stylistyczne były postrzegane wręcz jako zdrada (pamiętam, ile cierpkich słów powiedział przed laty o Davidzie Bowiem Piotr Kaczkowski), ale w historii pop music nie było i już nigdy nie wydarzy się nic bardziej obrazoburczego niż ten moment, w którym Bob Dylan zamienił gitarę akustyczną na elektryczną.
Gdy muzyk odsłaniał swoją
inną twarz,
zaniepokojeni w akademicki sposób zastanawialiśmy się, kiedy właściwie jest prawdziwy, mając gdzieś z tyłu głowy podejrzenie, że chyba nigdy. A kimś, kto jest w naszym pojęciu niewiarygodny, nie warto się zajmować. Z jednej strony takie odbiorców myślenie należałoby już odłożyć do lamusa, a z drugiej – odbiorca, który nie wie, biorąc nową płytę do ręki, czego powinien tym razem spodziewać się od artysty, może po prostu przestać czuć się adresatem takiego przekazu. Zaś artysta bez odbiorców nie istnieje, tworzyć do pustych ścian albo dla garsteczki wiernych oczywiście można, ale szanse, że świat się o tym dowie, są raczej marne.
*
Ostatnia uwaga w niewielkim, coraz mniejszym stopniu tyczy Piotra Brzezińskiego. Jego nagrania, choć nieśmiało i z pewnymi oporami, odnajdują sobie wreszcie drogę do Trójkowej anteny. Na szum rozmiaru tych związanych z Dawidem Podsiadłą czy Kortezem, przynajmniej póki co, liczyć nie może, ale młody muzyk z dolnośląskiego Wołowa pokornie
wykuwa sobie kolejne stopnie
w schodach wiodących do szerszej popularności.
Nowy, trzeci już pełnowymiarowy album Bircha jest jeszcze mocniejszym niż dotąd dowodem na fascynację muzyką amerykańską. Zaryzykowałbym nawet, może z odrobiną przesady, stwierdzenie, że The Shore Up In The Sky to Bircha osobisty „American Songbook”.
Zaczyna się od ukłonu w stronę rokendrola lat 50., bardzo tanecznego Wake Up Louisiana!, a trochę youngowskich czy grunge’owych przesterów otrzymujemy w Self Identity State of Memory. Od czwartego na płycie Memphis Blues zaczyna się łagodniejsza, lecz bardzo stylowa jazda. Ujmujące są dylanowska harmonijka ustna i kalifornijska lekkość tej piosenki. A zaraz potem w Black Tombstone mamy głęboki wokal a la Johnny Cash wspierany przez dziewczęcy chórek.
W klimatach country’owych (cudna gitara) pozostajemy w najpiękniejszym na krążku New Prince, utworze, którego nie powstydziłby się sam Robert Plant – materiale na naprawdę spory przebój. Podróż przez bezdroża Południa kontynuujemy w stylowym Old Fashioned Hollywood, nad którym znów unosi się duch Casha.
Moje bluesowe serce roztapia I’ve Got This Train –
pieśń po mistrzowsku stylizowana
na staromurzyńską: znów świetny wokal i ten charakterystyczny dźwięk „pudła”.
Everyday Chances to – można już śmiało powiedzieć – przebój Bircha, piosenka bowiem często gości w audycjach programu trzeciego Polskiego Radia. A w niej kolejny już, nie tylko na tym wydawnictwie, hołd złożony mistrzowi Dylanowi.
Z tej amerykańskości wyrywają się trzy numery, w których głos Petera, także nie pierwszy już raz, kojarzy się z Thomem Yorkiem z Radiohead. Najpierw w zgrabnym, ale może nazbyt oczywistym Gallants (Powtórzę w tym miejscu coś, co pisałem o Genesis na początku swojego blogowania: nie da się nic interesującego powiedzieć w warstwie muzycznej, jeśli wokalista śpiewa od pierwszej do ostatniej sekundy. Dlatego na przykład zupełnie niezrozumiała jest dla mnie atencja, jaką tu i ówdzie darzony jest National). Drugi i trzeci raz, pod koniec albumu – w Ownbackyard oraz zamykającym całość nagraniu tytułowym.
Jeśli jednak ktoś dałby się uśpić tym lirycznym dźwiękom, ten zostanie wyprowadzony w pole. Na koniec bowiem mamy jeszcze jeden amerykański cytat – tym razem z Nevermind Nirvany, gdy chodzi o pomysł, zaś muzycznie wędrujemy, bardziej niż w grunge, w rejony elektrycznego bluesa. Po długiej ciszy w głośnikach kilka ostatnich minut należy do chłopaków z poznańskiego Two Timer, tria towarzyszącego Brzezińskiemu w całej tej sesji nagraniowej.
Wracając do początku wywodu: ktoś może się czepiać niejednorodności stylistycznej, zarówno nowego krążka, jak i całego dotychczasowego dorobku Bircha. Istotniejsze jednak wydaje mi się to, że na nowej płycie otrzymaliśmy kolejny dowód na jego
wyjątkową muzykalność,
umiejętność wymyślania ładnych, a jednocześnie niebanalnych melodii. Na naprawdę spore i zgoła niesłowiańskie możliwości głosowe, pozwalające śpiewać zarówno głębokim barytonem, jak i ciągnąć zgrabne falsety.
Aktywność artysty jest doprawdy imponująca i przypomina raczej minione dawno dekady: co roku nowa płyta, a między kolejnymi nagraniami bezustanne trasy koncertowe (trzeba tu przecież jeszcze wspomnieć o członkostwie w formacji Turnip Farm). Oby tej witalności prędko mu nie brakło, a media wreszcie bardziej przychyliły swoich bram. Peter J. Birch zasługuje bowiem na znacznie więcej niż na miejsce, które zajmuje dzisiaj.
(Peter J. Birch, The Shore Up In The Sky, Gusstaff Records/Borówka Music, 2015)
To był jeszcze jeden długo wyczekiwany koncert, jeszcze jedna wykonawczyni z grona tych, nad których dorobkiem pochylam się z rockową nonszalancją, ale jednocześnie też wielką atencją. A jednak czegoś zabrakło.
[more]
Organizatorzy z ufnością założyli, że Sala Kameralna NOSPR albo Teatr Rozrywki w Chorzowie to zbyt małe sale, że chętnych do obejrzenia amerykańskiej wokalistki będzie znacznie więcej. Tymczasem
pustawa sala
na dwa tysiące miejsc, wypełniona zaledwie w połowie, nie robiła dobrego wrażenia. I chyba tym bardziej trudno było o zbudowanie odpowiedniego nastroju, klimatu – tej wartości, która pozwoliłaby mówić o magicznych chwilach.
Występ był bardziej recitalem – z bisem trwał niecałe siedemdziesiąt pięć minut – niż pełnowymiarowym koncertem. Tyle razy już psioczyłem na takie ramy czasowe, ale powtórzę: dla mnie to stanowczo za mało – by jako widz stać się dostatecznie istotnym trybem całości, by móc w pełni rozsmakować się w nutach płynących ze sceny, poczuć dopieszczonym obszernym zestawem utworów.
Czepiać się nie sposób, bo
profesjonalizm był pełen:
frontmanka w dobrej dyspozycji głosowej, pięciu towarzyszących muzyków (piano, kontrabas elektryczny, bębny, skrzypce oraz saksofony na zmianę z fletem) bez zarzutu i, wydaje mi się, z ochotą, by pograć więcej i dłużej. Jednak chemii między sceną a widownią zabrakło, mimo że bardzo chcieliśmy dać się porwać, popłynąć za głosem CW. Bardzo chcieliśmy, by ten czas był wyjątkowy, był świętem muzyki.
Ale to nie było możliwe, gdy kubatura niepełnej sali okazuje się zbyt duża, by unieść rozbrzmiewającą muzykę, gdy po zaledwie godzinie schodzi się ze sceny. Nie sposób zbudować dobrej relacji z publicznością, jeśli w trakcie występu znika się na prawie dziesięć minut. I na nic dywan na środku estrady, taki mniej więcej dwa metry na cztery, po to by artystka mogła zrzucić buty i poruszać się boso, nie czując ciągle chłodu desek.
Szkoda,
ponieważ wydarzyć mogło się znacznie więcej. Ta muzyka to pełnokrwisty jazz, żadna tam konfekcja udająca coś, czym nie jest. Żadnych dróg na skróty, taniego i tandetnego efekciarstwa, którym czasem próbują uwodzić wykonawcy trochę innej miary.
Żal, bo materiał muzyczny jest naprawdę wielkiej próby. Obecna trasa koncertowa CW związana jest z promocją krążka Coming Forth By Day, wydanym dokładnie w dzień stulecia urodzin Billie Holiday i będącym hołdem złożonym wielkiej pieśniarce. Krążkiem znakomitym i potwierdzającym klasę gwiazdy wczorajszego występu.
(Cassandra Wilson, Dom Muzyki i Tańca, Zabrze, 4 listopada 2015)