Keith Emerson: smak dzieciństwa

keith_emerson

Stwierdzenie, że dom rodzinny w głównej mierze kształtuje nas jako ludzi, to frazes. Ale to właśnie tamte szczenięce lata nie pozwalają mi obojętnie przejść nad tą śmiercią, tym bardziej wstrząsającą, że samobójczą. A chodzi przecież o człowieka, który w listopadzie skończyłby siedemdziesiąt dwa lata.

[more]

*
Rock progresywny, nawet w swej pierwotnej, wzorcowej postaci, dzielił i dzieli słuchaczy.

Jedni go kochają, inni nienawidzą,

traktują jako nadęte, pretensjonalne zaprzaństwo wobec źródeł rokendrola. Dla mnie prawie wszystko skończyło się w 1980 roku wraz z rozpadem SBB, co potraktowałem jako ostatni gwóźdź do trumny – po rozwiązaniu King Crimson, przejściu w popowe klimaty Genesis, bijatykach na scenie i rozstaniu Andersona z Yes i rozwiązaniu Emerson, Lake & Palmer. Mija trzydzieści sześć lat, a w moim podejściu do tematu nic się nie zmieniło. Nic z późniejszych dokonań nie było mnie w stanie ująć, poruszyć. Ani wymienieni, ani Pink Floyd, ani kolejne pokolenia takich wykonawców.

Wracam jednak do smaków dzieciństwa, tego raju utraconego, częstokroć przaśnego, a jednak wyjątkowego. Do tej

karmy,

jaką otrzymałem z rąk, z racji takich a nie innych muzycznych wyborów, starszych braci. Bo tak mieli oni w tamtym czasie, końca lat 60. i początku 70., że gitary zaczęli traktować nieco pogardliwie, za rockowy uniwersytet uznając właśnie instrumenty klawiszowe i rozbudowane formy. Chcąc nie chcąc, nasiąkałem tym – na przykład Thick As A Brick Jethro Tull, Close To The Edge Yes czy pierwszymi płytami ELP.

Cały ten efekt został jeszcze wzmocniony w 1976 roku, gdy Polskie Nagrania wydały skróconą o dwa utwory wersję Autumn 67 – Spring 68 – zatytułowaną Keith Emerson & The Nice!  Płytę, którą – choć zakupioną przez braci – mam w swoich zbiorach.

Rok 2016 zaczął się fatalnie, od informacji o śmierci Davida Bowiego, i co kilka, kilkanaście dni docierają do nas kolejne smutne wieści. Jednak z powodów opisanych wyżej ta najnowsza zabolała mnie najbardziej, dotykając szczególnie mocno istotnego elementu osobistych muzycznych korzeni.

*
Prawdziwa kariera Keitha Emersona, urodzonego 2 listopada 1944, zaczyna się wraz z zawiązaniem formacji The Nice. I jest to jeszcze jeden dowód potwierdzający niemającą sobie równych

wyjątkowość roku 1967

w muzyce. Rokendrol dojrzewał w niewiarygodnym tempie, stając się przekazem coraz doskonalszym artystycznie i formalnie. O biegłości w zakresie opanowania gry na poszczególnych instrumentach można było mówić w odniesieniu do coraz większej liczby muzyków. Tyczyło to tak gitarzystów, z Hendriksem i Claptonem na czele, jak i wszystkich innych. Wśród panów zasiadających do klawiatur zaczęli się pojawiać tacy, którzy posiadali gruntowne wykształcenie muzyczne.

Wielu – wracam do myśli z początku tekstu – złorzeczy takiemu przekazowi, odsądza od gitarowej czci i wiary. Ale nie zmienia to w niczym faktu, iż pojawili się wtedy, z końcem lat 60., pierwsi muzycy świadomi tego, że rock jest nie tylko buntem wobec zastanych wartości społecznych czy kulturowych, nie tylko przekazem stającym w opozycji do wszystkiego, co było przed nim, ale jest też kolejnym ogniwem w historii muzyki. I  mogącym czerpać z dorobku poprzednich pokoleń, a nie tylko go – świadomie albo, częściej, po dyletancku – odrzucać.

Jednym z pierwszych był właśnie Keith Emerson: człowiek o klasycznie ustawionej głowie i szalonym, rokendrolowym temperamencie. I kto wie, chyba najbardziej ze wszystkich muzyków tego świadomym, pragnącym połączyć te

dwie estetyki.

Instrumenty klawiszowe nie miały przed nim żadnych tajemnic. Problemem było raczej najpierw okiełznanie wyobraźni, a parę lat później – zmęczenie materiału. Czasy były szalone. Ilości koncertów w roku mogące dziś przyprawić o zawrót głowy, między nimi kolejne wejścia do studiów nagraniowych, by zarejestrować materiał na następny album. Wyczerpujące tempo, któremu potwornie ciężko było sprostać.

Historia pop music najwyraźniej przyznaje rację tym, którzy postawili na atawizm, na pierwotność, prostotę środków wyrazu. Długowieczność Rolling Stones, Dylana czy Claptona są tego najlepszymi dowodami. Rock progresywny, art rock, rock symfoniczny – dość szybko wyczerpał swoją formułę, stając się przekazem, zwłaszcza w wydaniu następców, mało wiarygodnym, artystycznie podejrzanym. A jeśli ukazywały się podobne w klimacie rzeczy wybitne, jak O.K. Computer Radiohead, raczej nie kojarzono ich z rockiem progresywnym. W tej działce nie udało się nigdy to, co w gitarowym graniu uczynił punk albo grunge.

A jednak, uparcie to powtarzam, moja słabość do tamtych lat, tamtych płyt, kilku wykonawców tego nurtu nie maleje.  I nikt – ani Wright, ani Banks – może poza Wakemanem przez  pewien czas – nie może równać się z Emersonem, gdy chodzi o wirtuozerię i brawurowe przetwarzanie, stosowanie patentów muzyki klasycznej w rocku. Co z tego, że jego najistotniejsze dokonania to, w zaokrągleniu, jedna dekada? Kilkanaście płyt, w tym „tylko” parę wybitnych? Iluż wykonawców potrafi utrzymywać się na topie przez kilkadziesiąt lat? Garstka zaledwie. Pewnie fakt, iż od tamtego okresu minęło czterdzieści lat, był osobistym problemem artysty, człowieka, który nie potrafił dogonić siebie sprzed lat, ale z punktu widzenia historii rocka – Emerson na zawsze pozostanie bardzo ważną postacią.

*
Cztery lata z The Nice, 1967-70, potem intensywne poszukiwanie najlepszych muzyków na Wyspach Brytyjskich, by stworzyć supertrio. Odmawia Hendrix, odmawia jego bębniarz, Mitch Mitchell, odmawia Jon Hiseman (Colloseum).  Ostatecznie akces zgłaszają Greg Lake z King Crimson i Carl Palmer z Atomic Rooster. Z pierwszym z nich miłość przez lata była szorstka.

Ogień i woda

nie zawsze miały po drodze. Nie zapomnę – skądinąd nieszczególnie udanego i krótkiego  – koncertu ELP w katowickim Spodku w 1997 roku. Szalejący przy syntezatorach Emerson, Palmer okładający bębny, w trakcie solówki jak cyrkowiec zdejmujący tiszert – i stojący przy mikrofonie niczym rzymski posąg Lake. Z Palmerem chemia była zdecydowanie większa.

„Keith był delikatną duszą, która kochała muzykę i dawała z siebie wszystko na koncertach. Jego umiejętności klawiszowe jeszcze długo nie będą miały sobie równych. Był pionierem, a jego innowacyjny muzyczny geniusz wzruszał nas wszystkich: w świecie rocka, muzyki klasycznej i jazzu. Zawsze będę pamiętał jego ciepły uśmiech, doskonałe poczucie humoru, przykuwające uwagę występy i oddanie muzyce. Miałem wielkie szczęście, że go znałem i miałem okazję tworzyć razem z nim” – powiedział perkusista na wieść o śmierci przyjaciela (cyt. za antyradio.pl).

*
The Nice (Emerson, Davison, Jackson, O’List) zwrócili na siebie uwagę opracowaniem fragmentu musicalu West Side Story Leonarda Bernsteina, America. Ale zespół brał na tapetę także Bacha, Czajkowskiego czy Sibeliusa.

Nie inaczej działo się w zespole EL&P. Po kilku miesiącach prób zadebiutował on na festiwalu rockowym na wyspie Wight latem 1970, a pierwsze tournée po kraju zakończył wielkim koncertem w Royal Albert Hall. W listopadzie ukazał się pierwszy album tria, uznawany za jeden z najbardziej spektakularnych debiutów w historii rocka. I znów Bach, Janáček, Bartok. Trzeci album, koncertowy Pictures At An Exhibition (1971) to opracowanie muzyki Musorgskiego uzupełnionej fragmentem Dziadka do orzechów Czajkowskiego. Oczywiście, zarzutów o zwulgaryzowanie klasyki nie brakowało.

Nie miejsce tu na analizę dyskografii zespołu, ale jeśli ktoś chciałby pochylić się nad tym, co najważniejsze, to powinien sięgnąć po pięć pierwszych płyt. Poza dwiema już wymienionymi, jeszcze po Tarkusa (1971), Trilogy (1972) i Brain Salad Surgery (1973).

*

Keith Emerson cierpiał na chorobę zwyrodnieniową prawej ręki. Od pewnego czasu mógł grać, używając tylko ośmiu palców. Od lat zmagał się z depresją.  W nocy z 10 na 11 marca ciało muzyka zostało znalezione w jego domu w Santa Monica. Z raną postrzałową głowy.

[W NaTemat: 13 marca 2016]

McCLEERYcznie

mccleery

Pewną trudność w odbiorze koncertowych wersji piosenek Jono McCleery’ego stanowił fakt, iż realizacje studyjne rozpisane są najczęściej na zespół, na kilka instrumentów, na żywo natomiast ten okołofolkowy przekaz został sprowadzony do swej pierwotnej postaci, czyli głosu i gitary.

[more]

*
Chłopiec z gitarą.

Choć już, o ile mi wiadomo, po trzydziestce. Z kilkoma płytami na koncie, pierwszą wydaną w 2008, a ostatnią, Pagodes, w listopadzie ubiegłego roku. Z burzą kręconych włosów, tyle że nie tak imponującą jak dawno temu u Boba Dylana, no i – burzą rudą. Ciężar gatunkowy także nie spod znaku Dylana, ale też, co tu dużo i pożal się, Boże, odkrywczo gadać – jaki przekaz ze sceny może mieć dziś moc równie wielką jak muzyka w tamtych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych latach? Choć – patrząc na licznie we wtorek  zgromadzoną w katowickim Rialcie publiczność – prawdopodobnie trzeba poczynić zastrzeżenie, że tę moc może niekoniecznie odnajdą fani z mocno garbatym już peselem, natomiast młodzi, mniej obciążeni półwieczną z okładem historią pop music, reagują bardziej spontanicznie.

Pewną trudność w odbiorze koncertowych wersji piosenek Jonathana McCleery’ego stanowił fakt, iż realizacje studyjne rozpisane są najczęściej na zespół, na kilka instrumentów, na żywo natomiast ten

okołofolkowy przekaz

został sprowadzony do swej pierwotnej postaci, czyli głosu i gitary. Jono McCleery wybitnym instrumentalistą nie jest. Palce przebiegały po gryfie w sposób  raczej niekojarzący się ze szczególnie wielką biegłością. A mimo wszystko w takim graniu nie da się nie dostrzec pewnej metody. Bo choć estetyka przekazu inna, a i kolor skóry też, miałem nieodparte skojarzenia z grą wielu czarnoskórych bluesmanów. Przecież nawet najwybitniejsi z grona klasyków – zanim światu objawili się w pełnej krasie B.B. King czy Buddy Guy – to nie byli mistrzowie w gitarowym fachu. Co w niczym nie zmienia faktu, że Howlin’ Wolf czy Lightnin’ Hopkins są wzorcami gatunku.

Nie trzeba było szczególnie wyczulonego ucha, by w tej

surowości

McCleery’ego dosłuchać się niebanalnych nut i bogactwa gotowego, by się objawić w pełnej krasie. A więc – wracam do myśli zawartej wyżej – w aranżacjach rozpisanych nie na jednego człowieka z gitarą akustyczną, lecz cały zespół. Zresztą to spostrzeżenie kogoś, kto wcześniej nie zaznajomił się dostatecznie z materiałem studyjnym dostępnym na krążkach czy choćby w YT. Młodzież bowiem, w odróżnieniu ode mnie, miała dobrze odrobioną lekcję.

Na program ponadgodzinnego koncertu złożyły się piosenki przede wszystkim z najnowszego albumu artysty, ale znalazło się też miejsce na covery. A te były zaskakująco dalekie od oczywistych tropów: Robert Wyatt, Lenny Kravitz czy Nat King Cole.

Introwertyczny pieśniarz o nosowej barwie głosu przypominającej nieco frontmana Coldplay, Chrisa Martina, oraz jego powściągliwa konferansjerka przypadły do gustu katowickiej publiczności. Dobrze pisali o nim też niektórzy muzyczni krytycy brytyjscy. Czy jednak może on liczyć na coś więcej niż status artysty niszowego?

(Jono McCleery, Rialto, Katowice, 8 marca 2016)

[W NaTemat: 12 marca 2016]

WykopaLISKA PRZEBOJÓW 2016 4

Nigdy dotąd nie bawiłem się w jakiekolwiek rankingi. Skoro jednak uległem i dałem się namówić kolegom blogerom, by sporządzić osobistą listę płyt 2016 roku, nie będę tego faktu ukrywał, a wręcz czuję wewnętrzny imperatyw, by się ze swoich wyborów choć trochę wytłumaczyć.

[more]

Zapraszamy do lektury w NaTemat, MT i MG.

Piszę, gram, śpiewam, zwlekam: Patrick The Pan

patrick

Przebojowość proponowanego materiału jest bezdyskusyjna, szlachetność aranżacji i strony wykonawczej – również. Patrick The Pan zasługują na znacznie więcej niż to, co dziś jest ich udziałem.

[more]

*

Takie momenty w słuchaniu muzyki lubię szczególnie (ze świadomością, iż nie przynosi mi chwały, że nie wiem nic o wykonawcy nie całkiem przecież nieznanym, obecnym na rynku już jakiś czas, mającym na koncie dwie płyty i kontrakt z Kayaksem). Lubię te momenty, gdy zasiadam na widowni bez jakichkolwiek danych, bez uprzedzeń i nastawień – i ze sceny płyną ku mnie dźwięki z każdą minutą sprawiające coraz większą przyjemność.

Jesień i łyżka

Przyjemność przede wszystkim muzyczną, to już naprawdę byłoby wystarczające. A tymczasem do tego jeszcze całkiem spory bonus w postaci inteligentnego przekazu w przerwach między piosenkami. Jak zauważyła szefowa Rialta, patrzenie na takich czterech młodych mężczyzn budzi w nas rodzicielską tkliwość i czułość. Dlatego że są w wieku naszych synów. Dlatego że są dowcipni i zdystansowani wobec siebie. I że patrząc na nich można odpędzić odwieczne myśli zgredów, że czasy to były, ale dawniej, że dzisiejsza młodzież to… 

Opuściłem Rialto w sobotni wieczór z radosnym przeświadczeniem, że nie wszystko jeszcze stracone, że nadzieja właśnie w ludziach tego kroju. W Piotrze Madeju, w takim – albo i nie – Piotrusiu Panu, mózgu całego przedsięwzięcia, autorze, wokaliście, pianiście i gitarzyście, w Kubie Dudzie, bez problemu przesiadającym się z gitary na gitarę basową i z powrotem (przy okazji pozdrawiam serdecznie całą Vladimirską), w Wawrzyńcu Topie, co to da radę i gitarze basowej, i kontrabasowi, i klawiszom, a jeszcze w czasie tego wszystkiego – jak zażartował lider – kontroluje, co dzieje się na fb, i w Adamie Stępniowskim, który obsługuje bębny, zdradzając wyraźne jazzowe inklinacje.

Może czerwone

Początek otwierał we mnie szufladkę z napisem „lider – śpiewający pianista z zespołem rockowym”. Elton John, Billy Joel, może Gary Brooker. Ale nie za bardzo mi się to zgadzało. Zbyt było powściągliwe w operowaniu dźwiękiem, za mało mainstreamowe, zbyt niepokojące. Gdy Madej zamienił klawiaturę na gitarę, gdy zaśpiewał wreszcie po polsku, punkty odniesienia stały się zdecydowanie bardziej wyraźne, bardziej oczywiste – i nie napiszę w tym miejscu nic, co już ustalono przede mną. Co w niczym też, dodam od razu, nie umniejsza walorów muzyki Patrick The Pan. Stare, gitarowe Myslovitz, wokal do pomylenia z Arturem Rojkiem (Bozia lub natura czasem tak się bawi, na to nikt nie ma wpływu), a nostalgia, trochę schizofrenii i psychodelii przywodzi nieodparcie na myśl wczesny Radiohead i somnambuliczność Thoma Yorke’a. Połamane faktury większości piosenek, pomieszanie gitar i elektroniki pozwalają na dorzucenie jeszcze Rojka z Walusiem Mietallem i kumplami ze Ścianki, czyli Lenny Valentino. A więc, zbierając to do kupy, ostatnie ćwierć wieku na Starym Kontynencie.

Witam państwa!

Dużo dzieje się w tej muzyce, zaskakująco dużo. Gdy – nie tak przecież często – zdarza się słuchać piosenek pozornie prostych, melodyjnych, niebanalnie zaaranżowanych i ze smakiem wykonanych – dla mnie, przedstawiciela wczesnych roczników sześćdziesiątych, skojarzenie, z zachowaniem proporcji, może być tylko jedno: Paul McCartney.

Patrick The Pan zasługują na znacznie więcej niż to, co dziś jest ich udziałem. Przebojowość proponowanego materiału jest bezdyskusyjna, szlachetność aranżacji i strony wykonawczej – również. Namawiałbym wręcz zespół do większej odwagi, dobrze pojętej bezczelności (w tę stronę poszli np. Myslovitz na koncertach po „Miłości w czasach popkultury”): wyciśnięcia na żywo całego soku z poszczególnych numerów, rozwinięcia strony instrumentalnej (panowie potrafią tyle, że na pewno sobie poradzą), rozbudowania przynajmniej kilku finałów, psychodelicznego dowalenia do pieca, dania słuchającym po uszach, a co tam – niech scena odleci, a widownia razem z nią.

*

Słuchając Patrick The Pan znów ze smutkiem konstatuję, że – z rozgłośni radiowych – jeśli nie Trójka, to kto? Że zdolnych ludzi w Polsce, w tym przypadku w Krakowie, jest znacznie więcej, niż potrafi pomieścić skromny rodzimy rynek. I co musi się stać, by zespół w pełni artystycznie na to gotowy – mógł odnieść prawdziwy sukces?

(Patrick The Pan, Katowice, Rialto, 27 lutego)

_____________________

Śródtytuły pochodzą z uroczo opowiedzianych przez Piotra Madeja „szkolnych” dowcipów:

– Co łączy jesień i łyżkę? Je się nią.

– Co mówi nauczycielka geografii w sklepie obuwniczym? – Może czerwone?

– A co – ta sama pani od geografii – mówi, wchodząc do sali z mapami? – Witam państwa!

[W NaTemat: 29 lutego 2016]

Grzegorz Turnau: Pan od muzyki misternie tkanej

turnau_7_widokw

Nie było żadnego pójścia na łatwiznę, dopuszczenia do tego, by orkiestra wypełniła każdą sekundę każdej piosenki. Unisono i kameralności nie zabrakło. Czasem odbywaliśmy podróż w czasie, w muzykę z minionych wieków, a czasem akcenty przesuwały się w stronę jazzu.

[more]

*

Tamta epoka

Świat pędzi jak oszalały do przodu, zewsząd atakowani jesteśmy bardziej lub – najczęściej – mniej istotnymi informacjami. Tzw. rynek muzyczny zachowuje się nie mniej agresywnie, napastując nasze oczy i uszy dźwiękami gwałtownymi, wyprodukowanymi, spreparowanymi w takich czy innych studiach nagraniowych, spakowanych i przeznaczonych do natychmiastowej, jednorazowej konsumpcji. Zwykle z niekonieczną jakąkolwiek refleksją.

Jak dobrze więc, że są wokół nas ludzie, których talent wykracza daleko poza miarę jednego sezonu, zaś ich temperament sprawia, iż słuchacz chętnie ulega i poddaje się zupełnie innemu odmierzaniu czasu. Zwalniamy – wbrew wszystkiemu wokół – i dobrze nam z tym.

Korzkiew jest wszędzie, wszystko jest Korzkiew

Grzegorz Turnau wygrał festiwal piosenki studenckiej jeszcze jako licealista. Z biegiem lat mógł przepaść bez wieści. Lub utknąć w niebezpiecznej szczelinie nurtu studencko-poetyckiego, stać się jeszcze jednym bardem  wykrzykującym do mikrofonu gniewne frazy albo cierpiącym za miliony. Mógł też podryfować w kierunku opolsko-sopockim, stać się artystą telewizyjnym, za to niekoniecznie sprzedającym swoje, z rzadka wydawane, przeciętne płyty i konfekcyjne koncerty adresowane do bliżej niesprecyzowanej publiczności.

Jego talent to jednak zupełnie inna skala. Od trzydziestu już lat tworzy rzeczy osobne, znaczące, wybitne, a za ich patrona, co wciąż powtarza, ma Marka Grechutę. Którego – to już moja opinia – jakiś czas temu przerósł.

Ledwie chwila, ledwie – krok

Przed ponad rokiem zachwycałem się ostatnią płytą GT – 7 widoków w drodze do Krakowa. Ten materiał, nagrany z udziałem Śląskiej Orkiestry Kameralnej pod dyrekcją Michała Nesterowicza, zrodził z kolei pomysł zorganizowania serii koncertów z udziałem właśnie takich orkiestr. Przedsięwzięcie to już inne, trudniejsze niż zebranie stałego, kilkuosobowego zespołu towarzyszącego i ruszenie w trasę po kraju. 

Miejsc, w których możliwe jest ustawienie kilkudziesięciu wykonawców na scenie, w Polsce nie brakuje – to banał. Ale są wśród nich zupełnie nowe, powstałe z wielkim rozmachem architektonicznym z jednej, a z dbałością o jak najlepszą akustykę z drugiej strony. Zamysł koncertu w dużej sali katowickiego NOSPR-u jest więc oczywisty.

To twoich palców ciepło wciąż na tych klawiszach

Jeśli ogląda się artystę w akcji któryś już raz, trudniej o odnalezienie w sobie emocji największych, tych, które zwykle towarzyszą odbiorowi pierwszego oglądanego występu, zwłaszcza gdy czekało się na niego długie lata. Co w niczym nie zmienia faktu, iż obecność, rozbrzmiewanie muzyki popularnej – tej najtrudniejszej, najszlachetniejszej, najbardziej wysublimowanej, ale popularnej – w takim miejscu jest nadal i pewnie długo jeszcze pozostanie czymś niecodziennym. Lecz jak najbardziej uzasadnionym – z racji zamysłu artystycznego, koncepcji całego ostatniego albumu oraz sposobu jego realizacji. I dostarczającym szczególnych wrażeń.

W sobotni wieczór, obok gwiazdy wieczoru, na scenie znaleźli się muzycy tyskiej orkiestry kameralnej Aukso Marka Mosia, no i oczywiście zespół towarzyszący: Dorota Miśkiewicz, Mariusz Pędziałek, Robert Kubiszyn, Cezary Konrad oraz Robert Majewski.

Bo to przecież nasz dom jest i opowieść o nas

Oboista M. Pędziałek to poniekąd sprawca całego tego zamieszania. Przystępując do remontu swojego krakowskiego mieszkania, odkrył na ścianach freski. Zachował się wobec tego odkrycia jak pokorny artysta i wrażliwy człowiek, a nie jak mieszczuch, który pewnie szybko by je zamalował i pozbył się kłopotu związanego z wizytami konserwatora zabytków. 

I w ten sposób na światło dzienne zostały wydobyte malowidła datowane na 1830-35 rok, stając się inspiracją do powstania całego cyklu pieśni. Turnau, jak sam opowiedział pomiędzy utworami, ubłagał Bronisława Maja o napisanie – przepięknych – tekstów. Tych tekstów, jak i muzyki mogliśmy posłuchać, a fotografie odrestaurowanych fresków oglądaliśmy na ekranie zawieszonym nad sceną. Okazało się także, że Pan Mariusz jest dzisiejszym jubilatem, obchodzi sześćdziesiąte urodziny. Nie obyło się więc bez dowcipnych, uroczych życzeń dla niego.

Bo życie krótkie, sztuka zaś długa

Koncert był dwuczęściowy. Nie przepadam za taką formułą, jestem zdania, iż rozbija ona dramaturgię koncertu. W tym konkretnym przypadku nietrudno jednak znaleźć wytłumaczenie takiej decyzji. Na część pierwszą złożyły się utwory z 7 widoków, zaś drugą stanowiły pieśni z wcześniejszych albumów. Ale bynajmniej nie był to zestaw największych przebojów – to byłoby zbyt łatwe, nie w stylu GT.

Orkiestra na żywo zabrzmiała mocniej, donośniej niż na płycie. Ale przepiękne miejsce koncertu aż prosiło się o to, by dźwięków allegro było więcej, by wypełnić muzyką przestrzeń sali. Tu jednak należy się kolejny wielki ukłon w stronę Pana Grzegorza i pozostałych grających. Nie było żadnego pójścia na łatwiznę, dopuszczenia do tego, by orkiestra wypełniła każdą sekundę każdej piosenki. Unisono i kameralności nie zabrakło – gdy miało być ciszej i liryczniej, oszczędnie w środkach wyrazu – tak było. Czasem odbywaliśmy podróż w czasie, w muzykę z minionych wieków, gdy na plan pierwszy wydobywał się obój wsparty pełnym brzmieniem smyków. A czasem akcenty przesuwały się w stronę jazzu – za sprawą trąbki Roberta Majewskiego i swingującej sekcji. Przy artystach tej miary, okazuje się, niepotrzebne są obawy o pomieszanie stylistyk, o karykaturalny efekt całości (jaki często dają koncerty kapel rockowych z orkiestrą symfoniczną). 

A nas – kto śni?

Jak widać, da się. Na początku dwudziestego pierwszego stulecia iść pod prąd chwilowym modom i proponować coś, co stanowi trwałą wartość, co jest z nami już długo i zostanie na kolejne lata. Co przeczy temu, że nie ma już dziś miejsca na melodię, na rozwiązania harmoniczne sprzed stuleci. Na mądry, literacki tekst – na wiersze Horacego i Maja, Sarbiewskiego i Herberta czy Baczyńskiego i Lipskiej. Na ukłony w stronę mistrzów polskiej piosenki dwudziestego wieku – Grechuty, Przybory i Wasowskiego. 

Może nie wszystko jeszcze stracone. Następcy co prawda nie widać, ale Grzegorz Turnau skończy w tym roku dopiero czterdzieści dziewięć lat. Więc – życzmy artyście i sobie – jeszcze dużo jego muzyki przed nami.

(Grzegorz Turnau, Orkiestra Aukso, NOSPR, Katowice, 20 lutego 2016)

W NaTemat: 21 lutego 2016]

David Gilmour: sukienka żółta do szaleństwa

gilmour_rattle

Miłości, także te muzyczne, trwają albo przemijają. Zeznań przeróżnych na ten sam temat nie brakuje. Pragnienia, by nowe płyty starych mistrzów czarowały z mocą równą nagraniom sprzed lat, są najczęściej nieziszczalne.

[more]

Z rozmysłem unikam pisania o całej ostatniej płycie Gilmoura, by nie popaść w banał, nie tłuc i tak już obitych przez lata fraz. Mr. David bowiem popada raz po raz w

banał autocytatów,

tych nut rzewnych i rozciągniętych, a i trwających bez zmian przez lata. Lecz przecież gdzieś między nimi dosłyszeć można dźwięki mniej oczywiste, mniej flojdowate – i, przyznam – ich moje ucho spragnione jest najbardziej.

Po Rattle That Lock, nawet jeśli zabrakłoby jakichkolwiek innych argumentów na „tak”, warto sięgnąć i cierpliwie słuchać  już tylko dlatego, by dotrzeć do numeru ósmego, choć po drodze natrafiamy na jeszcze jedną smakowitość – Dancing Right In Front of Me.

Po kilku pełnych odurzenia odsłuchaniach The Girl In Yellow Dress głowa mi podpowiada, że przecież ten swing też już kiedyś otrzymaliśmy w muzyce macierzystej formacji DG. W 1971 roku ukazał się album Meddle, a na nim można znaleźć  taką jazzującą perełkę jak St. Tropez.

Zachwyt jednak nie mija,

bo nowa piosenka urody jest wielkiej i najczystszej. To trochę tak, jakbym wszedł do starego hotelu, w którym dobudowano kolejne piętro. Idę korytarzem, którego podłoga wyłożona jest tą samą wykładziną co na niższych kondygnacjach. Drzwi do kolejnych pokojów też znane: na lewo Pink, na prawo Floyd – i tak na zmianę. I nagle ósme spośród nich wyprowadzają mnie w noc…

W niezbyt bezpieczną dzielnicę, w podejrzaną ulicę, na której kręci się sporo typów spod ciemnej gwiazdy. Naciskam klamkę i wchodzę do knajpy. Też szemranej. Ciemno w niej, powietrze tak gęste od dymu, że można by siekierę zawiesić (Careful With That Axe Eugene). 

Przy paru zaledwie stolikach widzę sylwetki nielicznych konsumujących – degustujących raczej drinki niż zagrychę. W kącie samotnie siedzi niewiasta. Nie młódka już, może czterdziestka, ale taka, że każde 

męskie oko musi choć na chwilę zawiesić się na niej.

Sączy jakiś alkohol, w prawej dłoni trzyma zapalonego papierosa. Wzrok ma nieobecny, zatopiony gdzieś na dnie szklanki. Jest smutna, ale smutkiem, który łzy ma już jakiś czas za sobą. Tylko ból wciąż czai się w jej oczach.

Z kontemplowania tego widoku wyrywa mnie głos wokalisty i gitarzysty jednocześnie. Spoglądam na niewielką scenę. Pianista gra swoje nuty, trzymając wargami resztę papierosa. Facet od basu jest gdzieś daleko stąd, palcami głaszcząc struny swego instrumentu. Perkusista, najwyraźniej nieco już zawiany, stylowo omiata bębny. W pewnej chwili odzywa się saksofon, jakby naćpany i tęskny zarazem. Dźwięk instrumentu wywołuje chwilowy grymas na twarzy kobiety. No tak, więc to dla niej gra. To jej opowiada o tym, co było piękne jak nic nigdy wcześniej na świecie, a skończyło się banalnie i okrutnie pospolicie jak większość takich historii. 

Muzyka snuje się po sali,

zespół jest świetny, zupełnie z innej bajki niż ta knajpa. I chciałoby się, by grał nadal, wciąż i jeszcze. Tymczasem kobieta dopija drinka i szybko podnosi się z miejsca. Wychodzi, nie spoglądając nawet na scenę. Saksofonista gra nadal, tylko jakby jeszcze bardziej skulony, jeszcze mocniej pochylony ku ziemi. 

Chciałbym doczekać końca utworu, ale wychodzę na ulicę w ślad za piękną kobietą, gnany jakimś irracjonalnym impulsem. Muzyka cichnie z każdym moim krokiem. A ona – pani, dama, zjawa – znika niespodziewanie z oczu za pierwszym rogiem. 

Nie ma więc już ani jej, ani muzyki. Zatrzymuję się bezradnie, nie wiedząc, co ze sobą dalej począć. Pozostaje tylko wspomnienie – dziewczyny w żółtej sukience, którą była kiedyś. W piosence.

[W NaTemat: 1 lutego 2016]

Nawet sobie nie wyobrażasz, jak mi ze sobą źle

janis

Jest w filmie taka scena, gdy Paul A. Rothchild, producent, mówi do Joplin: „Chcę, byś najlepszą swoją płytę nagrała za trzydzieści lat”.

[more]

*

„Janis” to film poprawny. Mało? I tak, i nie. Gdyby podobna produkcja dotyczyła gwiazdy ostatnich lat, na przykład zmarłego kilkanaście dni temu Davida Bowiego, nasz zawód byłby zdecydowanie uzasadniony. Bo z ogromnej ilości wszelkich dostępnych materiałów da się obecnie wysmażyć coś znacznie bardziej smakowitego. Da się, co nie znaczy, że ostateczny kształt potrawy musi przypaść do gustu tzw. ogółowi. Najlepszymi dowodami ostatnich lat są chyba „Sugarman”, świetny, choć nie całkiem prawdziwy film o Sixto Rodriguezie, oraz zdecydowanie słabszy „Amy” – ulepiony z tysięcy filmików zarejestrowanych w swoich telefonach komórkowych przez przeróżnych ludzi. I pokazujący młodą dziewczynę tyleż utalentowaną, co zupełnie nieznośną i ciężkostrawną.

*

Życie generalnie ulepione jest z chwil raczej mało niż bardzo istotnych. I w większości też tych, w których nie prezentujemy się szczególnie dobrze. Chyba każdy z widzów „Janis” ma świadomość, że gdyby tego typu film mógł powstać w ostatnim czasie i posłużyć się dostępnymi dziś technologiami, prawdopodobnie ujrzelibyśmy niejedną gwiazdę równie mocno obnażoną i zdemaskowaną, jak Amy Winehouse. Także Janis Joplin, bo pewnych analogii między obiema paniami nie sposób nie dostrzec.

Film o Joplince ma jednak co najmniej 

jedną wielką wartość: 

zbiera w sto sześć minut szereg archiwalnych materiałów – wywiadów, wystąpień w programach telewizyjnych, a nade wszystko fragmentów koncertów. Właśnie, sprawa byłaby w pewien sposób prostsza, gdyby na tapetę wziąć jakiś koncert JJ i poddać technologicznej obróbce, jak na przykład zrobiono to z występem Hendriksa na festiwalu w Woodstock czy koncertem Doors w The Bowl w 1968. Wtedy zostalibyśmy sam na sam wyłącznie z muzyką.

Film jednak usiłuje, czasem w lepszy, a zwykle w pozostawiający sporo do życzenia sposób nakreślić sylwetkę wokalistki. I znów: w filmach telewizyjnych o podobnym charakterze mniej jest archiwaliów „pozaestradowych”, więcej natomiast głosów dziennikarzy muzycznych analizujących po latach takie czy inne zjawisko. Tu tego nie ma, są natomiast głosy kilku muzyków, którzy związani byli z Joplin w różnych okresach jej kariery, są głosy siostry i brata, co z kolei jest próbą odtworzenia punktu wyjścia, czyli domu rodzinnego artystki w Teksasie.

*

Film nie porywa, nie urzeka – i tym szybciej po jego zakończeniu zastanawiamy się, 

na ile jest miarodajny,

na ile prawdziwie przypomina losy przedwcześnie zmarłej wokalistki. 

Czegoś się jednak dowiadujemy albo też o czymś nam przypomina: o mieszczańskiej Ameryce końca wojny (Joplin urodziła się w 1943 roku), lat 50. i 60., o trudnym procesie przenikania się społeczności i kultury białych i czarnych, który gwałtownie przyspieszył i nie zawsze w pokojowy sposób przebiegał w okresie flower power. O dzieciństwie i, zwłaszcza, dorastaniu w środowisku rówieśników, wielu cierpieniach, jakich doświadczyła niegrzesząca szczególną urodą Janis ze strony grupy szkolnych kolegów. 

O objawieniu się jej wokalnego talentu,

o San Francisco pozostającym w muzycznej opozycji do Los Angeles, o pierwszym i kolejnych zespołach, z którymi przyszło Joplin występować. O pierwszym kontrakcie płytowym i trasach koncertowych. O poszukiwaniu miłości i heroinie, która ją – w zupełnie nieoczekiwanym momencie – zabiła.

Dostrzegamy wiele podobieństw do innych wielkich artystów. Choćby Jima Morrisona, który był tak nieśmiały, że wstydził się śpiewać, a w końcu do tego namówiony, na początku kariery stał odwrócony tyłem do widowni. Joplin podobnie, weszła w muzykę obarczona całą masą kompleksów i z niskim poczuciem własnej wartości. Tyle że skala jej talentu wokalnego ujawniła się bardzo szybko – i szybko też piosenkarka postanowiła wielu ludziom, zwłaszcza z rodzinnego Port Arthur, udowodnić, jak bardzo mylili się co do jej osoby.

Rozdwojony obraz artystki nie dziwi. Nie zaskakuje to, że w szalonym świecie muzyki końca lat 60. jest 

mnóstwo drugów i alkoholu,

a ich dostępność powoduje, że nikt – ani muzyk wywodzący się z prostej, robotniczej rodziny, ani ten o inteligenckim pochodzeniu – nie potrafi się temu oprzeć. Joplin też nie, ale jednocześnie z listów do rodziny, które stanowią swoiste intermedia w filmie – wyłania się obraz normalnej, skromnej i myślącej dziewczyny.

*
Najcenniejsza jest muzyka – to nie podlega dyskusji, bo Joplin to przecież jedna z ikon rokendrola, członkini okrytego złą sławą „Klubu 27”. A więc ważne są fragmenty występów, choćby tego w Monterrey w 1967 roku. Podobnie cenne jest to, co o muzyce i jej roli w życiu mówi sama artystka. Na przykład o wspaniałym sprzężeniu zwrotnym między sceną a widownią, o przenikaniu się tych dwóch energii, co jest niezbędne, by móc dać z siebie wszystko.

W pewnym momencie pada pytanie: czy czasem nie masz dość, nie czujesz, że dziś nie jest twój dzień, że masz doła i nie powinnaś śpiewać? Joplin z uśmiechem zaprzecza, mówi, że nie ma takiej możliwości.

Jest natomiast ta powtarzalna w życiu muzyka okoliczność, że koncert się kończy, gasną światła, publiczność się rozchodzi, a ty zostajesz [b]sam z tym wszystkim.[/b] 
Ze sobą, z nadwrażliwością, z pobudzeniem lub otępieniem narkotycznym czy alkoholowym, z banalnym, ale zupełnie nieznośnym bólem istnienia. „Nawet sobie nie wyobrażasz, jak mi ze sobą źle” mówi Janis do jednego z rozmówców.

Gdyby przeżyła, przeszła ten szalony czas w życiu, pewnie – jak powiedział Tony Bennett po śmierci Winehouse – nauczyłaby się żyć. Tak jak Jagger, Richards i wielu innych balansujących przez długie lata na cienkiej linie. I pewnie też nagrałaby jeszcze mnóstwo znakomitych piosenek i całych albumów.

Paul A. Rothchild, słynny producent płyt The Doors, produkujący album JJ zatytułowany Pearl, który ukazał się już po śmierci artystki, intensywnie namawiał ją do śpiewania w inny, dojrzalszy sposób, niż robiła to dotąd. Nauczył – właśnie on, jeśli wierzyć filmowi – świadomego operowania głosem, tego, że niekoniecznie trzeba go nieustannie forsować, by przekazywać swoje emocje. Jest taka scena, gdy mówi do Janis: „Chcę, byś najlepszą swoją płytę nagrała za trzydzieści lat”.

Stało się jednak inaczej. Po długim okresie odstawienia heroiny, którą zastąpiła alkoholem, wokalistka postanowiła 

wziąć jeszcze raz.

Ostatni, by sobie przypomnieć, jak to jest „po”. 4 października 1970 roku znaleziono ją w pokoju hotelowym w Los Angeles. Na podłodze, obok łóżka. Martwą.

(Janis. Little Girl Blue, reż. Amy Berg, 2015)

[W NaTemat: 27 stycznia 2016]

Camel: taki ładny bezdech

camel_breathless

Miałbym opory, by Camel wymienić jednym tchem z King Crimson czy Pink Floyd. Jeśli największe firmy tamtych czasów stanowiły szpicę „First Division”, to Wielbłąda usytuowałbym gdzieś w środku stawki. Ale jak to bywa z ligowymi średniakami, czasami potrafią skutecznie powalczyć z drużynami z czołówki.

[more]

*

Powroty do przeszłości bywają ryzykowne. Dlatego też, pominąwszy permanentny niedoczas, lękam się powrotu do lektur, które zachwyciły mnie w studenckich czasach, boję się  – kto wie? – może wręcz brutalnej weryfikacji wrażeń po latach, a tym samym odebrania sobie ciepłych wspomnień i… jakiejś cząstki siebie.

Podobnie jest z muzyką, pewnymi wykonawcami, płytami z różnych powodów odłożonych na całe dziesięciolecia na bok. Im wcześniej, im bliżej początku dźwiękowych penetracji usłyszanych, tym bardziej naznaczonych emocjami i w ten sposób bardziej wystawionych na bolesną konfrontację.

Za krążkiem 

Breathless

grupy Camel rozglądałem się w ogólnie znanych sklepach muzycznych od dawna. Nie intensywnie, ale miałem go, jak wiele płyt poznanych dawno temu, w pamięci. Breathless to moje osobiste początki – już nie pakiet z dzieciństwa otrzymany od starszych braci, a samotne mierzenie się z muzyką. Jakieś dwa zimowe „Minimaksy” i zarejestrowanie na jednej z pierwszych swoich taśm magnetofonowych całego materiału.

Było wtedy tej muzyki tak mało – a jeszcze mniej miałem możliwości jej zapisu – że wszystko, co posiadałem w domu w postaci płyt i taśm, zostało wielokrotnie, gruntownie odsłuchane – z taką intensywnością, że niemal każda nuta z tamtych lat odciśnięta została na twardym dysku, czyli w głowie.

*

Koniec lat 70. był 

schyłkową fazą rocka progresywnego

w swym pierwotnym kształcie, wyraźnym wyczerpywaniem się artystycznej formuły, gdy chodzi o czołowych reprezentantów tego nurtu (choć, trzeba od razu dodać, że nie inaczej działo się z bliższą źródeł muzyką gitarową: rozpadały się albo dołowały takie formacje jak np. Deep Purple czy Black Sabbath).

Miałbym opory, by Camel wymienić jednym tchem, w jednym szeregu z King Crimson czy Pink Floyd. Jeśli największe firmy tamtych czasów stanowiły szpicę „First Division”, to Wielbłąda usytuowałbym gdzieś w środku stawki. Ale jak to bywa z ligowymi średniakami, czasami potrafią skutecznie powalczyć z drużynami z czołówki – i to niekoniecznie licząc na słabszą tamtych dyspozycję.

Rok 1978 jest – przypadek? – dość osobliwym momentem w dziejach rocka symfonicznego. Dla pełnego obrazu warto może jeszcze zacząć niniejszy wywód od krążka o kilkanaście miesięcy starszego: wydanego w styczniu 1977 roku Animals Pink Floyd. Zawierającego trzy co prawda rozbudowane, jak dawniej, kompozycje, ale jak nigdy dotąd i nigdy potem dające bardzo dużo miejsca mocno brzmiącej gitarze Davida Gilmoura. Gitarze, nigdy co do tego nie miałem wątpliwości, doskonałej, zwłaszcza w numerach z drugiej strony wydawnictwa analogowego: Pigs (Three Different Ones) oraz Sheep. Na podobne łojenie pozwalał sobie wcześniej tylko lider King Crimson, Robert Fripp, ale KC to w ogóle osobliwy i całkiem osobny rozdział w dziejach rocka.

W marcu 1978 okrojone do tria Genesis wydaje ...And Then There Were Three..., 20 września, na swoje dziesięciolecie, grupa Yes publikuje Tormato, dwa dni później ukazuje się album Camel, zaś 18 listopada Love Beach Emerson, Lake & Palmer, zdecydowanie najsłabszy z wymienionych.

*
Camel, podobnie jak Genesis, Yes i EL&P w pierwszej części swej płyty, 

odchodzi od długich form,

nawiązuje do struktury – częstokroć bardzo przebojowej – piosenki. A podobnie jak u Floydów – na plan pierwszy raz po raz wypuszczana jest soczysta gitara elektryczna, niebylejakiego zresztą majstra, jakim jest Andy Latimer, czasem riffująca jak u zespołów hardrockowych. Ta mieszanka progresywno-hardrockowo-popowa przyniosła bardzo ciekawe efekty. 

Rozbuchane formy zdecydowanie dożywały swoich dni, zaś w późniejszych realizacjach, grup-następców, częstokroć przybierały karykaturalną i wręcz niestrawną postać. Pop spod znaku Genesis też broni się średnio, ale jest to pewnie skutkiem kontekstu wielkiej próby, jaki tworzą wcześniejsze dokonania bandu w pięcio- i czteroosobowym składzie. 

Camelom natomiast udała się na tym krążku trudna sztuka połączenia tych elementów w zwartą i artystycznie bardzo udaną całość. Wpłynęło na to, jak zawsze, kilka czynników. Świetna forma kompozytorska i wykonawcza – utwory w zdecydowanej większości są po prostu bardzo dobre i po mistrzowsku wykonane. Typowe motywy progresywne, wygrywane na klawiszach, ścieśnione zostały do skondensowanych, kilkuminutowych utworów. Nie ma miejsca na nudę, jest za to na konstatację, ile się może wydarzyć w tak krótkim czasie. 

Urzekają głosy

– aż trzech muzyków na tej płycie śpiewa główne partie wokalne, trudno powiedzieć, który lepiej. Uwodzi już na samym początku, w tytułowej piosence, ciepły, ale nie przesłodzony głos Richarda Sinclaira. Przez gitarę akustyczną i nieco jazzujący bas przebija się – na zmianę – a to obój, a to flet, a to saksofon drugiego wielkiego fachury, Mela Collinsa (trudno zliczyć tych, z którymi zagrał w swej karierze), stanowiące wielką ozdobę całości. Z krainy łagodności i powłóczystych dźwięków klawiszy raz po raz wytrącają nas soczyste uderzenia gitary Latimera, dodając piosenkom tempa i dynamiki. 

Od progresji Camel ucieka jeszcze na dwa inne sposoby: czuje się wpływ znakomitej i bardzo popularnej w tamtym okresie formacji amerykańskiej, Steely Dan i, szerzej, całego kwitnącego wówczas, elektrycznego ze swej natury jazz-rocka (choćby Weather Report – w The Sleeper). Muzycy nie wzbraniają się też przed podróżami w minione wieki, jak w stylowym i bardzo nastrojowym Starlight Ride.

*

Album po latach brzmi bardzo dobrze, pewnie – paradoksalnie – tym lepiej, że nigdy nie był szczególnie popularny nad Wisłą i utwory z niego właściwie są na antenie radiowej nieobecne. Kompozycje brzmią zdecydowanie szlachetniej niż wspomniane wyżej, zbyt popowe wydawnictwo Genesis, a jednocześnie – w wielu przypadkach – są bliższe przebojowej, mainstreamowej piosence niż połamane faktury Yes. Poczucia humoru też członkom zespołu nie zabrakło, czego dowodem jest Down On The Farm.

Sześć lat później Tomasz Beksiński zaraził mnie – i nie tylko mnie – muzyką ze Stationery Traveller. Dynamiczny Breathless broni się jednak zdecydowanie lepiej niż momentami przelukrowany album z 1984 roku.

(Camel, Breathless, 1978)

[W NaTemat: 18 stycznia 2016]

Binder – rockmani w krawatach

binder_4

„Binder wzięty jest z gwary – chodzi o krawat, który jest częścią logotypu, jak i elementem naszej scenicznej garderoby. Oczywiście znaczenie z angielskiego też jest nam bliskie, bo muzyka to spoiwo, które łączy naszą czwórkę najmocniej”.

[more]

*

Pewien poeta powiedział przed laty, że sięganie po pióro po Homerze czy Mickiewiczu jest bezczelnością i porywaniem się z motyką na słońce. To prawda, jednakże dzięki tym próbom zamachów na świętości dokonywanym przez kolejne pokolenia sztuka trwa nadal, wyłaniając z zastępów liczących tysiące jednostki wybijające się ponad przeciętność, a czasem obdarzone talentem wielkiej próby.
I tak też jest w muzyce nie-poważnej (to przed laty tytuł stałej rubryki w kilku czasopismach – m.in. „Kulisach” i „Sztandarze Młodych” – wybitnego, nieżyjącego już dziennikarza Romana Waschki). Po Beatlesach czy The Doors trudno tu o

nowe wartości,

co jednak nie powstrzymuje tysięcy zapaleńców przed sięganiem po instrumenty.

*

Te refleksje powracają jak bumerang, gdy zdarza mi się słuchać debiutantów bądź wykonawców, którzy już dość dawno przestali być nastolatkami, a mimo to uparcie próbują odnaleźć swoją ścieżkę w muzycznym polu.

Przed 1989 rokiem problemem był sprzęt: odpowiedniej jakości instrumenty oraz nagłośnienie. Dziś to już „tylko” sprawa pieniędzy. Młodzi ludzie wychodzą na scenę – i najczęściej jest tak, że co najmniej przyzwoicie radzą sobie z obsługą gitar czy perkusji, a i piece też mają niezgorsze. Problemem jest co innego – jak zabrać się do autobusu wypełnionego po brzegi muzykantami wszelkiej maści, w którym jest tak ciasno, że trudno złapać oddech, a o staniu przy oknie, nie mówiąc już o miejscach siedzących, myśleć mogą tylko nieliczni szczęśliwcy. Reszta walczy, by dojechać do następnego przystanku, by nie wypaść na zakręcie przez niedomknięte drzwi. 
Co dzieli jednych od drugich? Materia to niewymierna, więc policzyć tych różnic się nie da, o zdefiniowaniu nie wspominając.

*
Ten wstęp po to, by podjąć próbę zmierzenia się (jednak!) i opisania spostrzeżeń dotyczących kwartetu o nazwie 

Binder.

Trzech panów – z Bielska-Białej, Chorzowa i Łazisk Górnych – którzy czasy szkolnej edukacji mają już za sobą, oraz młodsza od nich frontmenka rodem z Dąbrowy Górniczej (odkąd pojawił się Dawid Podsiadło, miejsce na muzycznej mapie Polski już nieanonimowe). Podzielenia się refleksjami z dwóch koncertów oraz zawierającej cztery utwory debiutanckiej, ładnie i starannie wydanej EP-ki. Od której się zaczęła się moja znajomość z zespołem.

*

Zacznijmy od wyjaśnienia nazwy kapeli. Mówi basista Krzysztof Sabuda: „Binder wzięty jest z gwary – chodzi o krawat, który jest częścią logotypu, jak i elementem naszej scenicznej garderoby. Oczywiście znaczenie z angielskiego też jest nam bliskie, bo muzyka to spoiwo, które łączy naszą czwórkę najmocniej”. 

*

Skoro mowa o języku, nie sposób nie zauważyć, że młodzi  radzą sobie dziś z językiem angielskim zdecydowanie lepiej niż starsze pokolenia kiedyś z rosyjskim. A początkujący muzycy, szukając sposobów na wyjście poza polski zaścianek, bardzo często zaopatrują swoje piosenki w teksty pisane w języku Dickensa i Eliota. Z jednej strony trudno się temu dziwić, z drugiej – coraz częściej nad Wisłą rozlega się 

wołanie o teksty

wyśpiewywane w rodzimym narzeczu, skoro wykonawcy są stąd i do ludzi stąd przede wszystkim kierują swój przekaz. Ale też zaraz potem zaczyna się marudzenie – że słowa jakieś nie te, jakościowo odległe od roboty mistrzów: Osieckiej, Młynarskiego, Nosowskiej czy Ciechowskiego. Że…

I taka też była moja pierwsza konstatacja dotycząca Bindera – nic to, że panowie potrafią naprawdę wiele, pierwszym wrażeniem były teksty, co tu dużo mówić, niewybitne. W których fraza „Biorę cię na język i szybko zasypiam” jest samotnym, białym żaglem na dość ciemnym póki co jeziorze. Może trzeba próbować pójść drogą zespołu Breakout i prostej, bluesowej poetyki Bogdana Loebla, co całkiem dobrze wyszło w, nomen omen, Bluesie (szkoda, że dla tego numeru – i dla Klocków – zabrakło miejsca na debiutanckim krążku)?

Następują jednak kolejne odsłuchania płyty i kolejne, znacznie już cieplejsze refleksje. Jeszcze raz K. Sabuda: „Formacja powstała wtedy, kiedy Maćki [Zyzak – gitarzysta i Nowak – perkusista – przyp. MG] postanowiły pójść w innym muzycznym kierunku, który porusza ich najbardziej – 

organiczne, analogowe, gitarowe brzmienia 

inspirowane latami 60. i 70. Ja znałem się wcześniej z perkusistą i zaprosił mnie do współpracy. Jak się okazało, nasze poglądy na sprawy okołomuzyczne dość mocno się pokrywają i to sprawia, że nie gramy =wszystkiego i niczego=”. 

Poddaję się więc sugestii wyśpiewanej w piosence pt. Aspi: „Nie oceniaj – patrz/Muzyka we mnie płynie”. No i? Moje ucho odnajduje tropy tyleż klasyczne, co grunge’owe, a bardzo solidny warsztat i brzmienie przywodzi na myśl najlepsze czasy panów Skawińskiego i Tkaczyka, czyli O.N.A. Tym bardziej że w barwie głosu Patrycji Porc nietrudno w studyjnych nagraniach doszukać się podobieństw do Agnieszki Chylińskiej – cokolwiek mówić, jednej z najbardziej przecież rasowych rockowych śpiewaczek w historii rodzimego rocka.

Dodam, ciągnąc dalej wątek wokalny – że ze zdziwieniem w czasie występów na żywo częściej dopatrywałem się podobieństwa raczej do Ady Rusowicz niż do Chylińskiej. Barwa barwą, to sprawa natury, natomiast pewne rzeczy złożyłbym na karb bardzo młodego wieku, sporej dozy nieśmiałości i braku odwagi, by częściej zaatakować gardłem. A obawy to chyba niepotrzebne, bo gdy Patrycja już to zrobi, jest naprawdę ciekawie. 

Podobnie – zdecydowanie za rzadko wspiera ją Krzysztof Sabuda, gitarzysta basowy (oj, daje facet po brzuchu, zwłaszcza jak przywali kostką po czterech strunach). Bardzo zgrabnie wypada cover Sunshine of Your Love Cream, któremu urody dodaje właśnie 

współbrzmienie damskiego i męskiego głosu.

Występy zespołu, jak sądzę, sporo by zyskały, gdyby częściej próbowali wspólnego śpiewu.
Sekcję uzupełnia Maciej Nowak (znany mi już z God’s Favorite Drug), solidnie nabijając rytm tych mocnych gitarowych riffów.

Gitara należy do Macieja Zyzaka. Może nie jest on fighterem w stylu młodego Claptona czy Page’a, lecz czuje się u niego starannie odrobione lekcje z historii rokendrola, zarówno z lat 60., na przykład z funkującego Hendriksa, ale też z tych okolic, gdzie hard rock zaczyna mieszać się z metalem. Solówki Zyzaka, po inżyniersku wycyzelowane i pozbawione zbędnego efekciarstwa, posiadają wielką zaletę: w obrębie jednej, kilkuminutowej piosenki nigdy nie gra ich tak samo, zawsze coś zmieni, coś doda, by uniknąć powtórzeń nuta w nutę tych samych sekwencji. A to dowodzi 
niemałej inwencji.

*

Wielkim zaskoczeniem dla mnie była informacja o tym, jak niewiele – póki co – grupa ma za sobą koncertów, a i miejsca zamieszkania członków kwartetu też wymagają wysiłku, by regularnie odbywać próby i opracowywać kolejne numery. Tym wyraźniej więc widać, że panowie mają już za sobą sporo lat grania, że warsztat umożliwia pokonywać te niedogodności.

Co dalej? To tyleż trywialne, co trudne pytanie. Ci ludzie wydają się zbyt normalni, za dobrze wychowani, by przeć bez pardonu do przodu. Zaś muzyka, która sobie szczególnie upodobali, nie odkrywa nowych przestrzeni. Jak to więc zrobić, by zaistnieć? Krzysztof Sabuda wspomina: „Juror jednego z przeglądów, w których braliśmy udział, powiedział, że nasza muzyka staro brzmi. W jego ustach był to zarzut, a dla nas – największy komplement”.

[W NaTemat: 10 stycznia 2016]

Dlaczego Bob Dylan powinien odebrać Nagrodę Nobla 5

Dylan_nobel1

Gdy 13 października ogłoszono, że Bob Dylan został laureatem literackiej Nagrody Nobla, byłem jednym z wielu, którzy bardzo się z tego faktu ucieszyli. Gdy ostatnio artysta oświadczył, że nie przybędzie na ceremonię jej wręczenia, zmartwiłem się. Też – z pewnością – jak wielu.

[more]

*

Gdyby jurorzy Dylanowi takiego Nobla przyznali, (…) otworzyliby literaturę na twórczość, która kiedyś była jej naturalną częścią, a dziś umiejscawiana jest zazwyczaj na literackich peryferiach,  najchętniej zaś – poza literaturą. Chodzi (…) o utwory, w których słowo nie jest sekwencją czarnych liter na białej kartce, ale żywym głosem, wspólnikiem rytmu i melodii.

(z książki Jerzego Jarniewicza, All You Need Is Love. Sceny z życia kontrkultury. Wyd. Znak 2016)

*

Gdy 13 października ogłoszono, że Bob Dylan został laureatem literackiej Nagrody Nobla, byłem jednym z wielu, którzy bardzo się z tego faktu ucieszyli. Pozwoliłem sobie wtedy na fb napisać: „Użyję wielkich słów, ale dzień ku temu dziś szczególny: literacki Nobel dla Boba Dylana to ostatnia pieczęć na nobilitacji rock and rolla, pop music czy jak tam zwać to coś zapoczątkowane w drugiej połowie XX wieku. Ostateczne uznanie jako wielkiego, znaczącego zjawiska w kulturze i – po prostu – w dziejach ludzkości”. Gdy ostatnio artysta oświadczył, że nie przybędzie na ceremonię jej wręczenia, zmartwiłem się. Też – z pewnością – jak wielu.

*

To, iż władcy tego świata lubią ogrzać się w blasku chwały artystów, jest stare jak świat. Historia pełna jest przypadków obecności na dworach cesarskich czy królewskich pisarzy, malarzy albo kompozytorów, nie mówiąc o „instytucji” mecenatu, który niejednemu artyście pozwalał dostatnio żyć lub ratował go przed nędzą.

Rokendrol, jak żaden inny ruch kulturalny, na wielką skalę skanalizował bunt młodych przeciw zastanemu porządkowi, skostniałym układom społecznym, przeciw imperialnym zakusom wielkich i mocnych. Rozwój mediów tylko wzmocnił tę i tak potężną falę, umożliwił rozlanie się jej pod wieloma szerokościami geograficznymi, przekraczając i łamiąc granice ustalone przez ówczesną politykę.

Można było udawać, że właściwie nic się nie dzieje, próbować całą tę bombę społeczną i kulturową zamiatać pod globalny dywan, ale nie sposób było twierdzić, że tego zjawiska nie ma. Zwłaszcza gdy z początkiem lat 60. hałas elektrycznych gitar i śpiew wokalistów z rąk czarnoskórych został przejęty przez coraz bardziej zagniewaną białą młodzież po obu stronach Atlantyku.

Już w 1965 roku The Beatles zostali uhonorowani Orderem Imperium Brytyjskiego w uznaniu zasług na polu rozsławiania Zjednoczonego Królestwa w świecie, a najstarszy z członków zespołu, John Lennon, nie miał wtedy ukończonych nawet dwudziestu pięciu lat. Z nie tak odległej przeszłości pamiętamy spotkania Vaclava Havla jako prezydenta Czechosłowacji ze Stonesami. Barack Obama wraz z małżonką wzięli parę lat temu udział w wielkiej gali poświęconej Led Zeppelin. Wojewoda śląski w latach 90., Marek Kempski, też korzystał z okazji, by spotkać się z gwiazdami rocka występującymi w katowickim Spodku – np. z Robertem Plantem i Jimmym Page’em. Przykłady można mnożyć.

Dziś nie sposób wyobrazić sobie drugą połowę XX stulecia w zachodnim świecie bez tego, co nazywa się popkulturą, bez rokendrola. Zjawisko, choć z czasem niosące coraz mniejszy ładunek społeczny, wciąż trzyma się dzielnie, choć przeistoczyło się w potężną gałąź gospodarki i narzędzie w rękach obrotnych biznesmenów. I choć z wielu gwiazd uczyniło multimilionerów, nadal nie całkiem pozbawione jest elementu buntu. A, co najistotniejsze, stało się już jednym z ogniw dziejów kultury, a nie – jak postrzegano to przez pierwsze dekady – ruchem rozsadzającym koło historii. Dość szybko zaczęto dostrzegać walory artystyczne, jakie niósł przekaz najwybitniejszych reprezentantów tego coraz bardziej skomplikowanego zjawiska – przekaz zarówno muzyczny, jak i literacki. Tym ostatnim coraz powszechniej zajmowali się historycy literatury, zaś flirty, mniej lub bardziej udane, z muzyką tzw. poważną, z orkiestrami symfonicznymi i śpiewakami operowymi, a tym bardziej ze środowiskiem jazzowym, od dawna już nie są niczym szczególnym. Rokendrol wszedł do kulturowego mainstreamu – tym łatwiej i bardziej bezkonfliktowo, im bardziej łagodnieli z wiekiem ich wielcy i niejednokrotnie najbardziej obrazoburczy przedstawiciele – uładzony świat coraz mniej ryzykował, wpuszczając na swe salony siwiejących rokendrolowców. Tych znaków wszelakich, iż establishment zaakceptował zjawisko, jest aż nadto dużo, ale też trudno, by było inaczej, skoro wielu dzisiejszych polityków i biznesmenów jest młodszych od gwiazd rocka, skoro na ich muzyce się wychowywali i z nią wkraczali w dorosłość. Muzyka rockowa w świadomości lwiej części przedstawicieli zachodnich nacji odgrywa znacznie większą rolę niż literatura czy malarstwo.

*

Z Nagrodą Nobla, jak z każdym tego typu przedsięwzięciem, bywało różnie. W przypadku tej literackiej psioczono nie raz na akademię za dokonane wybory, na jej polityczną poprawność i różne „parytety”, którymi usiłowała i usiłuje się posługiwać (np.geograficzne, płciowe czy polityczne). Psioczono za to, komu nagrodę przyznała, i za to, że komuś jej nie przyznała (czasem: nie zdążyła), choćby Jorge Luisowi Borgesowi, pisarzowi argentyńskiemu, który podobno bardzo cierpiał z tego powodu.

Bob Dylan znajdował się na liście nazwisk już od dawna, bodaj od lat 90. – „rywalizowała” z nim jeszcze Wisława Szymborska. Wówczas przez kilka kolejnych lat wymieniało się go głośno jako jednego z najbardziej prawdopodobnych kandydatów.

A potem zrobiło się jakby ciszej, a czas biegł nieubłaganie – pieśniarz ma dziś siedemdziesiąt pięć lat. Obawiałem się, że pomysł, by wreszcie dać Nobla muzykowi rockowemu, autorowi, za przeproszeniem, tekstów piosenek – rozejdzie się po kościach i w końcu umrze wraz ze śmiercią artysty. Nobilitacje rokendrola i rokendrolowców odbywały i odbywają się od dawna na przeróżne sposoby, ale tej kropki nad „i”, postawienia wreszcie znaku równości między poetami, powieściopisarzami oraz autorami tekstów piosenek – Nobla dla rockmana wciąż brakowało. Niczym ostatniej perły w bogato inkrustowanej koronie. I dobrze się stało, że gremium doszło chyba do podobnych wniosków. No bo jeśli nie Dylan, to kto?

*

Bob Dylan właściwie od początku był kimś osobnym. To jasne – aby być wybitnym, nie można być takim jak wszyscy. Trzeba iść co najmniej jeden krok z przodu, przecierać nowe szlaki, a nie podążać tymi już wydeptanymi.

Robił swoje. Został okrzyknięty zdrajcą i Judaszem już w połowie lat 60., gdy zamienił gitarę akustyczną na elektryczną. Fani protestowali i odwracali się od niego, a on – pewny swoich racji i wyborów – szedł dalej. I fani wracali.

Dziś, gdy jest starszym panem, o niepodważalnym i ogromnym dorobku, nikt o zdrowych zmysłach nie zaprzeczy już randze jego dokonań, wielkim walorom literackim pisanych przez niego tekstów – wierszy, poezji po prostu. Wiekiem i pozycją tłumaczymy wiele z jego zachowań: przechodzimy do porządku także nad dwutygodniowym milczeniem po ogłoszeniu tegorocznego werdyktu Akademii Królewskiej. Gdy jednak oświadcza, że do Skandynawii nie przyjedzie, bo trzymają go jakieś inne zobowiązania, moje serce się burzy. 

Robercie Zimmermanie, nie czujesz potrzeby, by to zrobić dla siebie? Zgoda, lecz zrób tę ostatnią rzecz dla zjawiska, którego stałeś się jednym z niekwestionowanych liderów, jego ikoną: wsiądź w samolot i odbierz tę nagrodę.

Bo dzieje ludzkości to także takie różne – krótkie, acz pamiętne i znaczące chwile: czyjegoś hołdu komuś złożonego, składania podpisów przez bardzo ważnych ludzi pod bardzo ważnymi dokumentami, wielkiej chwały lub też medali wręczanych sportowcom na olimpiadach. A więc wiwatujących, bijących brawo tłumów, błysków fleszy i kamer, które to wszystko uwiecznią. 

By kiedyś w przyszłości każdy, kto zechce, mógł zobaczyć, jak w 2016 roku pierwszy spośród rockmanów, genialny artysta drugiej połowy dwudziestego i początku dwudziestego pierwszego stulecia odbiera z królewskich rąk najważniejszą literacką nagrodę na świecie. Rozumiem, że nie zależy Ci na tym, ale powinieneś to zrobić. Przez wzgląd na pamięć tych, co umarli – Jima Morrisona, Johna Lennona czy Leonarda Cohena. Przez wzgląd na zastępy tych, co od drugiej połowy lat 50. poprzedniego wieku szarpali i szarpią struny gitar, okładają klawisze i walą w bębny. Przez wzgląd na miliony rockfanów rozsianych po całym świecie.