O polszczyźnie, co „po garderobie się pląta”

Pisać teksty piosenek każdy może. Trochę lepiej lub trochę gorzej.

[more]

*

Jedna z postaci filmu „Pod mocnym aniołem” jedzie tramwajem i ma problem z ustaleniem pory dnia. Pyta więc współpasażera:

– Która godzina?

– Szósta – pada odpowiedź, która jednak nie rozwiewa wątpliwości.

– Szósta rano czy szósta wieczorem?

– Szósta w południe.

*

Gdybyż tak 

wpadki językowe

dało się zwalić na karb pomroczności jasnej, alkoholowego, a więc – zwykle – przejściowego zaćmienia umysłu – byłoby może prościej. Na domiar złego, co innego język mówiony, gdzie o błędy co prawda łatwiej, ale ulatują i najczęściej już nie wracają, a co innego pisany. Błąd zapisany, utrwalony na papierze albo w pliku komputerowym i, co gorsza, opublikowany – na przykład nagrany i wydany na płycie – jest już katastrofą, rzeczą nieodwracalną, nie do naprawienia. Bo przecież takie uwiecznienie to końcowy efekt procesu rozciągniętego na wiele dni, miesięcy, a czasem nawet lat, w którym uczestniczy zazwyczaj całkiem spora grupa ludzi – muzyków, realizatorów nagrań, kiedyś jeszcze cenzor – częstokroć polonista z wykształcenia itd. I co? I nic: nie ma nikogo, kto by złapał za ramię albo – precyzyjniej – za język. 

W niedawnej rozmowie z Wojciechem Przylipiakiem John Porter powiedział: „Z mojego wieloletniego doświadczenia wynika, że doskonałość i bystrość w muzyce nie przekłada się na bystrość po koncertach czy nagrywaniu płyty. Rzadko można z muzykami porozmawiać na szerokie kulturowe tematy. Po moich koncertach bywało, że uciekałem od muzyków, bo zwyczajnie nie było szans na ciekawe rozmowy”. Porter przywalił z grubej rury, ja chcę tylko wrzucić kilka kamyków do językowego ogródka. Dobrze, że mogę podeprzeć się opinią Walijczyka, kogoś ze środowiska, bo bardzo nie chciałbym wyjść na eunucha, co to mądrzy się z wysokości swojego blogowego M-1 o powierzchni paru metrów kwadratowych, mieszczącego się na dodatek w suterenie. 

Jednakże od razu mówię, iż nie przyjmuję tłumaczenia, że język polski, fleksyjny, do łatwych nie należy i o błędy nietrudno. Że popełniają je wszyscy, więc trudno dziwić się akurat rockmanom. Mnie takie podejście do tematu, takie usprawiedliwienie zupełnie nie satysfakcjonuje. Tekst może być pozbawiony jakichkolwiek walorów literackich, ale powinien być przynajmniej zapisany i zaśpiewany zgodnie z zasadami językowymi. 

Jednocześnie też powtórzę dawno wygłoszoną opinię, że wolę jako wokalistę prostego chłopa z mocnym gardłem, zamiast świetnego czasem tekściarza, któremu jednak natura poskąpiła głosu i dykcji, a który mimo to uparł się, by śpiewać ludziom. Czasem nawet setkom tysięcy, ale mi niestety nie. Bez nazwisk – ci, którzy śledzą ten blog dłużej, i tak wiedzą, o kim przez kilka lat nawet się nie zająknąłem. Głos wokalisty traktuję zdecydowanie bardziej jako

jeden z instrumentów

(częstokroć najważniejszy), niż jako tubę głębokiego przekazu. Bliska jest mi opinia wygłoszona w serialu „Klasyczne albumy rocka”, w odcinku poświęconym Goodbye Yellow Brick Road: „Według mnie nie istnieje przebojowy tekst. Są przebojowe melodie, które czasem mają świetne słowa. Ludzie nie słuchają płyt dla tekstu. Jeśli spodoba im się utwór, bo ma doskonałą melodię, zwracają uwagę na słowa”.

Skoro więc lekką ręką sprzątam ze stołu muzykę zaopatrzoną w zdradzające literackie ambicje, autorskie teksty, tym bardziej jestem narażony na…

O grafomanii w tym miejscu będzie niewiele, panoszy się bezczelnie, odkąd szarpidruty stwierdziły, że każdy pisać może – jeden trochę lepiej, a większość trochę gorzej. O akcentowaniu też tylko trochę – to zjawisko wykraczające daleko poza muzykę rockową, szczególnie chyba w pierwszej osobie liczby mnogiej i czasie przeszłym – „Mówiliśmy już o tym, że dobrze zaśpiewaliśmy”. „Mówliśmy”, a nie „mówiliśmy”, „śpiewaliśmy” , a nie „śpiewaliśmy”. Złe akcentowanie zdarza się nawet najlepszym, zwłaszcza gdy synchronizuje z rytmem piosenki, stanowiąc sporą przeszkodę do pokonania.

Koronnym przykładem nowych form starych wyrazów, powszechnie już utrwalonym, jest „włanczanie” w miejsce poczciwego „włączania”. Niestety, nikt nie wpłynął na naturszczyka Ryszarda Riedla – i ten charyzmatyczny wokalista na koncertach śpiewał „Włanczam silnik, daję kopa”, co zostało uwiecznione na Wehikule czasu. Chylę czoła przed Maciejem Balcarem, że ma w sobie językowe wyczulenie – i śpiewa poprawnie. Zarówno wspomniany fragment, jak i – w paru innych miejscach – właściwie akcentując wyrazy, choćby „magazyn”, korygując Riedlowski „magazyn” w Magazynie mód.

Skoro potrąciłem już kwestie związane z moim ukochanym Dżemem, pójdę dalej tym tropem. Gdy Riedel za sprawą nieszczęsnego nałogu przysparzał coraz więcej problemów swoim kolegom z zespołu, ci nagrali płytę instrumentalną The Band Plays On (1989), a nieco wcześniej nawiązali współpracę z Tadeuszem Nalepą. W 1988 roku ukazało się ich wspólne dzieło, Numero Uno. I tu przyszło mi z ubolewaniem stwierdzić, że poważnego potknięcia nie uniknął nawet tak 

rasowy tekściarz,

a przecież również poeta, prozaik i publicysta, jak Bogdan Loebl. Oto w pieśni Wstań i idź  pojawia się fraza „Gdzieś drzewo jest, więc zetnij go”. Cóż, zgodne z zasadami jest „nie ścinaj go”, ale „zetnij je”.

O jeszcze parę lat starsze są passusy innych zawodowych tekściarzy. Właściwie błędy, lecz potraktowane przez tzw. opinię łagodnie, jako licentia poetica. Andrzej Mogielnicki napisał, a zespół Lady Pank nagrał skoczną piosenkę Mniej niż zero. Wszystko w porządku, tylko dlaczego „Wskazówka cofa się/mniej niż zero”? Inny nie byle jaki autor i nie byle jaki zespół: Bogdan Olewicz, Perfect i Autobiografia – a w niej „Każdy z nas ich [pocztówek] pięćset miał/zamiast nowej pary dżins”. I raczej nie chodzi tu o krajowe „szariki” z tamtych czasów, które obok dżinsów nawet nie leżały. 

By pozostać jeszcze na chwilę przy Olewiczu i Perfekcie – i parafrazując słowa fantastycznych Niepokonanych – co niektórzy ałtorzy mają na myśli, to „zagadka, której nikt nie zdąży zgadnąć, nim minie czas”. Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał – mówi stare przysłowie. Tych Janów, co to nie umią i nie rozumią, jest całkiem sporo. Swoistą kumulacją jest, nomen omen,

Pieśń niepokorna,

otwierająca drugi album Budki Suflera Przechodniem byłem między wami (1976). Gotycka grafomania wylewa się z prawie każdego zdania napisanego przez Adama Sikorskiego: 

Jest pieśń jak żagiel gwiezdny napój

Wielkie skrzydła wielki wiatr

Dla tych co pełzać w mule nie chcą

Głowa w górze sztywny kark

Jest pieśń jak pomruk zwiastun błyskawic

Sokół pośród stada wron


To jeszcze nic, naprawdę jeszcze nic, bo kolejne linijki brzmią następująco:

 

Tylko niektórzy podjąć ją umią

Innym gardła dławi strach.

 

Cóż, płytę, zwłaszcza jako nastolatek, bardzo lubiłem, ale z czasem zasiadłem raczej w gronie tych, którym strach dławi gardło i którzy z zazdrością spoglądają wysoko w górę – na tych, co umią.

Na koniec jeszcze jeden mój faworyt. Przed sześciu laty Pan Maleńczuk w wywiadzie dla Interii.pl pastwił się nad kolegami z branży: „Niektórzy artyści na siłę dopisują tekst do melodii, żeby tylko dostać ten zaiks”. A dalej stwierdza jeszcze: „Bardzo wielu autorów tekstów piosenek lansowanych na przeboje, mam wrażenie, że nie czyta w ogóle poezji. Bo wtedy zobaczyliby swoje koszmarne błędy”. 

Oj, to-to, nic dodać, nic ująć, panie MM. Tyle że od dawna wiadomo, że łatwiej dostrzec źdźbło w oku bliźniego, niźli belkę we własnym. Dwa przykłady: pierwszy dotyczący bezbrzeżnej miłości własnej (tylko że ja nie potrafię wobec narcyzów zastosować taryfy ulgowej). Wraz z Pudelsami śpiewa:

[Wszyscy] Nie umią sami być

A ja jestem sam i dobrze się mam

O sobie tylko śnię! 

 

I drugi przykład. Ogólnie wiadomo, że w słowniku język zaledwie się plącze, zaś u MM – ciągle pląta:

Tango libido, ona by chciała do trójkąta

Tango libido, ona by chciała jeszcze raz

Tango libido, po garderobie mi się pląta

Tango libido, lecz ja niestety mówię pas…

Niestety – ja też. Ale w tej samej rozmowie muzyk apeluje: „Powinien być jakiś mądrala i to korygować”. Święte słowa! Niniejszym zgłaszam więc swoją kandydaturę na owego „mądralę”. Mogę zacząć od pana, panie MM.

Post Scriptum

Połowa lat 80. Zaczynamy zajęcia z teorii literatury z Aleksandrem Nawareckim, dziś profesorem, wtedy jeszcze magistrem. Nawarecki miał zwyczaj dojeżdżania z domu w Katowicach na uczelnię,  mieszczącą się wówczas w Sosnowcu, swoim rowerem składanym w dni pogodne albo autobusem w dni deszczowe. To był ten drugi przypadek.

– Słuchajcie – zaczął poruszony – jechałem dziś autobusem. Obok mnie stało dwóch mężczyzn. Rozmawiali, a ja byłem mimowolnym świadkiem i słuchaczem tej rozmowy. W użyciu mieli w sumie ze trzy wyrazy, z całym zestawem przed- i przyrostków. I świetnie się dogadywali. Ale wiecie co jest najlepsze w tej historii? – zawiesił głos. – To, że ja ich też rozumiałem…

*

Wniosek? Polak z rodakiem, jeśli tylko chce, zawsze się dogada, mówiąc parlamentarnie lub nie, gramatycznie lub nie całkiem. Więc po co ja się tutaj drobiazgów czepiam?

[W NaTemat: 2 marca 2017]

Big Day: pięć minut w mocnym świetle

pobrane5

Trzynaście piosenek składających się na debiutancki album wyraźnie nawiązywało do amerykańskiej muzyki epoki dzieci-kwiatów.

[more]

*

Lata 90. to szczególny czas w polskiej muzyce. W pełni przystawalny do każdej innej sfery ówczesnego życia. 4 czerwca 1989 roku skończyła się komuna, wszyscy zachłysnęliśmy się wolnością. Na podbój muzycznych scen ruszyła kolejna fala wykonawców, w większości tych urodzonych na początku lat 70. Wielu spośród nich miało w swym repertuarze piosenki śpiewane nie tylko po polsku, ale i angielsku.

Młodzi muzycy

– ale chyba nie tylko oni – naiwnie wierzyli, że skoro wreszcie otwieramy się na świat, to i świat otworzy się na nas, ba! – przyjmie nas z otwartymi ramionami. Że w związku z tym karierę będzie dało się zmierzyć w zupełnie innej skali niż kilometry kwadratowe między Bałtykiem i Tatrami, między Odrą a Bugiem. W muzyce skończyło się to wszystko na nic nieznaczącym artystycznie, protekcjonalnym geście, w efekcie którego Edyta Górniak w 1994 roku, pierwsza reprezentantka naszego kraju w konkursie Eurowizji, zdobyła drugie miejsce.

O Big Day dowiedziałem się z cyklicznego programu Zbigniewa Hołdysa, bodaj półgodzinnego, jaki wówczas prowadził na antenie TVP. Świetnym pomysłem było prezentowanie obiecujących debiutantów. Były lider Perfectu zdecydowanie miał nosa – przypuszczam, że występ u niego stał się dla olsztyńskiego kwartetu trampoliną do ogólnopolskiej popularności.

Któregoś dnia w 1994 roku przyniosłem do domu dwa kompakty wydane przez Izabelin Studio: drugi album Heya, Ho!, i pierwszy BD – W świetle i we mgle. Ten drugi bez instrumentalnych fajerwerków, za to z materiałem zdradzającym niemały talent kompozytorski. Trzynaście piosenek, zaśpiewanych w części w rodzimym języku, w części po angielsku, wyraźnie nawiązywało do amerykańskiej muzyki epoki

dzieci-kwiatów, 

tak jak efektowne logo zespołu do słynnej pacyfy. Wpadające w ucho, zgrabne melodie i przyjemny wokalny dwugłos damsko-męski muzycznej i życiowej pary, Ani Zalewskiej i Marcina Ciurapińskiego przyniosły zespołowi dużą popularność. Przywodziły na myśl z jednej strony dokonania takich zespołów jak np. Jefferson Airplane z Grace Slick jako frontmanką, a z drugiej korespondowały z wczesnymi nagraniami rzeszowskiego Breakoutu i duetu Mira Kubasińska – Tadeusz Nalepa. Nie od rzeczy chyba będzie w tym miejscu wspomnieć także Edie Brickell, która pod koniec lat 80. wraz z zespołem New Bohemians udanie przypomniała klimaty sprzed dwóch dekad.

„Tylko Rock” uznał płytę za najlepszy debiut 1994 roku, była ona też nominowana do Fryderyka. Wydany rok później drugi krążek, zatytułowany Kalejdoskop, rozszedł się w ponadstutysięcznym nakładzie, stając się Złotą Płytą i przynosząc bodaj największy przebój zespołu, 

Przestrzeń.

A potem nastąpiła w składzie pierwsza z całego szeregu zmian. Dzień trzeci z 1996 roku nie powtórzył już sukcesu poprzednich krążków, zaczęło jakby brakować świeżości. Ale prawdą też jest, że na ciasnym ryneczku lidla niezmiernie ciężko  się utrzymać, ludzie gonią wciąż za nowymi wrażeniami – wytwórni nagraniowych i producentów nie wyłączając. Prędzej więc da się szansę nowemu wykonawcy na debiut niż nieco starszemu na czwartą czy piątą płytę, jeśli popularność tego drugiego wyraźnie spadła i nie daje już gwarancji sprzedaży płyt na odpowiednim poziomie.

Kapela dowodzona niezmiennie przez małżeństwo Ciurapińskich działa do dziś, ale z dala od radiowych anten i chyba już tylko dla garstki najzagorzalszych fanów. Ostatnią jak dotąd płytę wydała w 2012 roku.

[W NaTemat: 19 lutego 2017]

Czas przeszły: John Wetton

images1

John Wetton, basista i wokalista takich m.in. zespołów, jak King Crimson, United Kingdom, Asia, zmarł na raka 31 stycznia.

[more]

*

Z każdą taką śmiercią czuję, że jest mnie mniej. Świat, w którym rozglądałem się z ciekawością jako młody człowiek, którego częścią pragnąłem się stać, odchodzi w przeszłość. Jest coraz mniejszym światem. Coraz mniejszą cząstką tego wielkiego, który nieszczególnie mnie interesuje, coraz bardziej irytuje i niepokoi. Którego coraz bardziej nie rozumiem. To taka typowa refleksja związana ze starzeniem się.

Facetowi po pięćdziesiątce niewiele i niewielu może już zaimponować, nastolatkowi – imponuje prawie wszystko. Mimo świadomości, iż coraz mocniej skręcam w park jurajski, w skansen dla bezzębnych, więc niegroźnych dinozaurów – poczynię jedno zastrzeżenie: moi muzyczni idole, rockmani z lat 60. i 70., wytyczali  muzyczne szlaki, stworzyli kanon tej muzyki. I właściwie wszystko, co później jeszcze udało się w tej materii powiedzieć znaczącego, czerpie z ich dokonań.

John Wetton zmarł 31 stycznia, mając sześćdziesiąt siedem lat. Muzycznie do końca aktywny, nie dał rady rakowi. Występował i nagrywał jako solista, współpracował z połową muzyków Roxy Music, słychać go na płytach Uriah Heep czy Wishbone Ash, a największy komercyjny sukces odniósł z zespołem o nazwie Asia – złożonym z wybitnych muzyków wybitnych formacji (m.in. Yes i Emerson, Lake & Palmer), ale grającym bardzo niewybitną muzykę. Z perspektywy lat nie ma to – pewnie nie tylko dla mnie – większego znaczenia. Nie liczą się bowiem rzeczy mało istotne, gdy mamy do czynienia z sytuacją, w której po przesianiu zostają na sicie perły: 

muzyka najznakomitszej próby. 

Czyli pięć studyjnych albumów nagranych w latach 1973-79 – trzy King Crimson i dwa United Kingdom.

Wetton pojawił się w składzie King Crimson w 1972 roku, jako dwudziestotrzylatek, został nowym wokalistą i basistą zespołu.  Jak wiele wniósł do formacji dowodzonej przez Roberta Frippa, nie trzeba nikogo znającego jej dyskografię przekonywać. Po latach, z uwzględnieniem późniejszych o parę lat krążków U.K., widać i słychać to jeszcze wyraźniej. Nie odważę się swoim blogerskim uchem oceniać, która z trzech ówczesnych odsłon KC jest najlepsza, nie o to zresztą chyba chodzi. Wydaje mi się jednak, że okres 1972-74 jest najbardziej zwarty, jednorodny stylistycznie, wspaniale łączący rocka progresywnego z mocnym, niemal hardrockowym graniem, mimo iż rozlicznych odjazdów w niezbadane rejony – a jakże – nie brakuje. Wetton dał kapeli matowy, ale bardzo mocny wokal oraz potężne brzmienie gitary basowej.

Larks’ Tongues In Aspic

(1973) jest ze mną od zawsze. Nie mam dystansu do tej płyty, pokochałem ją jako nastolatek, a po upływie może dwóch dekad zaliczyłem do najważniejszych płyt rockowych wszechczasów i tej opinii nic już nie zmieni.  Spina ją dwuczęściowa, szalona i olśniewająca pomysłami kompozycja tytułowa, a cała reszta jest nie mniej frapująca. Po latach do koncertowego repertuaru KC wrócił numer Easy Money. Na kolejnym krążku, Starless And Bible Black (1974), nie ma utworów, które weszły do kanonu grupy, co w niczym nie umniejsza jej wartości. Znakomity jest już otwierający krążek The Great Deceiver. Słuchając całości mam przekonanie, że płyta musiała wielkie wrażenie wywrzeć na muzykach SBB, stała się inspiracją do dalszych i jeszcze odważniejszych poszukiwań trójki muzyków ze Śląska. Natomiast ostatni studyjny album przed rozpadem zespołu, Red (1974), to najostrzej brzmiący krążek w całej dyskografii. Czadu i brawury jest w nim mnóstwo – to rzeczywiście materiał, którego wykonywanie na żywo mogło przenieść się z hal na wielkie stadiony. 

Nazwisko Wettona jako 

współautora

pojawia się pod większością utworów umieszczonych na tych trzech płytach. Muzyk w późniejszych latach wielokrotnie wracał podczas swych występów do olśniewającej urodą kompozycji Starless (nawiązującej do monumentalnych kompozycji z początku działalności grupy, takich jak Epitaph czy In The Court of The Crimson King), a także do podobnej w klimacie, choć kameralnej Book of Saturday, prezentując swe bardziej liryczne oblicze.

Fripp w 1974 roku zaskoczył wszystkich informacją o rozwiązaniu zespołu. Wetton nie krył rozgoryczenia jego decyzją, był bowiem przekonany, że z KC mógłby grać kolejne ćwierć wieku. Twierdził, że Fripp bał się uczynienia z KC gwiazdy pierwszej wielkości.

Jak bardzo wyobraźnia muzyczna kilku ludzi może się „zunifikować”, jak wielkie muzyczne porozumienie mogą osiągnąć wybitne osobowości, widać trzy lata później, gdy trzej panowie z ekipy Roberta F. – Wetton, perkusista Bill Bruford (znany też z Yes) oraz skrzypek i klawiszowiec Eddie Jobson (jego partie zarejestrowane w studiu dograno do koncertowego materiału wydanego na dwupłytowym analogowym albumie USA, 1975) powołali do życia grupę

U.K.

Skład uzupełnił zdradzający jazzowe inklinacje gitarzysta Allan Holdsworth. Jak mocne musiało być pragnienie, by kontynuować wypracowaną na wspomnianych trzech płytach formułę King Crimson! Artystycznie jest bez zarzutu, muzyka kipi od pomysłów. Słuchając United Kingdom (1978) i Danger Money (1979) aż trudno uwierzyć, że rock progresywny dogorywa, że to ostatnie jego wybitne przejawy. 

Zespołowi nie udaje się zyskać należnej popularności. Holdsworth i Bruford odchodzą już po nagraniu pierwszej płyty, a na miejsce tego drugiego ściągnięty zostaje kumpel Jobsona z zespołu Franka Zappy, Terry Bozzio. W tym trzyosobowym składzie nagrywają jeszcze tylko dwie płyty, wspomnianą Danger Money i koncertową, dokumentującą występy w Japonii, Night After Night (1979).

Danger Money to jedna z moich ukochanych płyt. To z niej pochodzi chyba ostatnie progresywne cudeńko, Rendezvous 6’02. Poza nim – brawurowo wykonany Caesar’s Palace Blues, najsłabszy, zapowiadający produkcje Asii Nothing To Lose oraz trzy rozbudowane kompozycje: tytułowa, The Only Thing She Needs i mój wielki faworyt, Carrying No Cross – utwór, który należałoby umieścić w żelaznym zestawie progresywnego grania. Jest w nim wszystko: andante i largo, liryczność i gwałtowność – to muzyka na miarę najlepszego King Crimson, a i cytatów z Emersona też nietrudno się dosłuchać. Palce lizać. 

To pewnie przypadek, że Starless jest ostatnim utworem na ostatniej studyjnej płycie tamtego KC, a Carrying No Cross ostatnim na ostatniej – zaledwie drugiej – płycie z premierowym materiałem U.K. Cóż, jeśli już nie mogło być nic więcej, to przynajmniej kończą się obie te historie w najpiękniejszy z możliwych sposobów.

Po latach, w 2012 roku, pełen obaw wybrałem się do krakowskiego „Studia” na koncert reaktywowanego United Kingdom. To był mój jedyny raz, gdy zobaczyłem Johna Wettona w akcji, a odwiedzał nasz kraj wielokrotnie. Był, zresztą tak jak i Eddie Jobson, w świetnej formie. Koncert dali znakomity.

Dziś niestety wiadomo, że – najpewniej – United Kingdom już nie zagrają. A marzenie, by Wetton zaśpiewał kiedyś jeszcze z King Crimson, też się nie spełni…

[W NaTemat: 12 lutego 2017]

WykopaLISKA PRZEBOJÓW 2016

Nigdy dotąd nie bawiłem się w jakiekolwiek rankingi. Skoro jednak uległem i dałem się namówić kolegom blogerom, by sporządzić osobistą listę płyt 2016 roku, nie będę tego faktu ukrywał, a wręcz czuję wewnętrzny imperatyw, by się ze swoich wyborów choć trochę wytłumaczyć.

[more]

Takie zestawienia to bardzo trudna sprawa. Nagle próbujemy zaprząc statystykę i matematykę do dziedziny niechętnie poddającej się takim zabiegom, niewymiernej. I w ten sposób odbijamy się od  

boków trójkąta 

niekoniecznie równobocznego: boku pierwszego, czyli tego, co spodobało nam (mi) się szczególnie; drugiego, czyli tego, co uznajemy za ważne, choć niekoniecznie mocno nas (mnie) ujęło; trzeciego wreszcie, czyli tego co – wydaje się – że wypada odnotować. I wpadamy w pułapkę, kręcąc się jak mucha w zamkniętym słoiku. Nie pozostaje więc nic innego, jak mrugnąć okiem, uśmiechnąć się, raz jeszcze podkreślić, że to tylko zabawa – i, też nie pierwszy raz, z uporem starego ramola stwierdzić, że dopiero czas pokaże, co było przez te dwanaście miesięcy najbardziej istotne, co przetrwa(ło) próbę dni i lat. 

*

Tak przy okazji, tytułem pierwszej dygresji – ciekaw jestem, czy za parę lat odkryję – na swój osobisty użytek – jakiegoś wykonawcę, który pojawił się właśnie teraz – bo to są bardzo miłe, czasem po wielu latach, zaskoczenia.
I druga dygresja – chyba równie ciekawa byłaby osobista lista typu The Best of 2016 sporządzona w odniesieniu do płyt zakupionych w tym właśnie roku (pod warunkiem, że gdzieś takie nabytki się odnotowuje). W tym miejscu trzeba by przyznać się nie tylko do wcześniejszego nieposiadania, ale wręcz nieznajomości tego czy innego krążka. 
Nie powiem nic odkrywczego – ani dla siebie, ani dla tych, którzy jakoś tam obserwują tego bloga – jeśli nazwę siebie archeologiem albo raczej 

pospolitym dinozaurem,

coraz bardziej uparcie wyszukującym płyty stare i bardzo stare, ze szczególnym uwzględnieniem tych, których wcześniej nie dane mi było poznać (chodzi jednak najczęściej o wykonawców, których nazwiska lub nazwy nie są nieznane). W ten sposób odwalam robotę Syzyfa, próbując zasypać dół nie do zasypania albo skonsumować ocean łyżeczką do kawy. A ocean rozlewa się wciąż bardziej, bo nawet jeśli po przekroczeniu pięćdziesiątki coraz trudniej zachwycić się nową płytą, książką czy filmem, to – na szczęście – nadal wychodzą na świat dzieła większe i mniejsze, które powodują szybsze bicie serca. Dzięki którym człowiek nadal potrafi się wzruszyć. A to pozwala z kolei z pewną ulgą odnotować, że wciąż jeszcze się żyje.

*

1. Mając problem z miejscami na podium i zupełnie nie radząc sobie z ustaleniem dalszej kolejności, jednego jestem absolutnie pewien: moją płytą ubiegłego roku jest

Post Pop Depression  Iggy’ego Popa 

i Josha Homme’a. I nie mam też wątpliwości, że to zasługa przede wszystkim drugiego z wymienionych. Homme, lider Queens of The Stone Age, stał się dla mnie ukochanym artystą rockowym XXI wieku. Nie doszło do tego nagle, ale płyta …Like Clockwork (2013) znokautowała mnie zupełnie. A ta nowsza, podpisana przez Popa, Homme’a, Fertitę i Heldersa, utwierdza mnie tylko w przekonaniu o wybornej formie JH. Ale Popa także, oddajmy cesarzowi co cesarskie. IP dobrał sobie dużo młodszych od siebie współpracowników i bez wątpienia nagrał jedną z najlepszych płyt w swoim dorobku.

2. Nie sądziłem, że ten krążek kiedykolwiek się ukaże. Gdy zobaczyłem go na redakcyjnym stole, w trakcie podsumowania roku w „Tygodniku Kulturalnym”, serce zabiło mi mocniej. Moja żona – który to już raz? – stanęła na wysokości zadania, co zaowocowało prezentem od moich synów: zupełnie zaskoczony, w Wigilię odpakowałem winyla

Śmierci Klinicznej pt. Nienormalny świat

Album zdecydowanie zasługuje na odrębny tekst, tu powiem tylko, że gliwicki zespół mógł – powinien! – stać się jedną z najważniejszych grup nie tylko punkrockowych w Polsce lat 80. Jestem przekonany, że mocno popchnąłby rodzimego rocka do przodu, stając w jednym szeregu z Klausem Mitffochem i potem Lechem Janerką. Stało się inaczej, bardzo wielka to szkoda. Lecz wspaniale, mimo że po z górą trzydziestu latach, iż ten materiał wreszcie ukazał się na płycie. Teksty Dariusza Duszy wciąż są o czymś, a muzycznie… – ba! Jak wiele można było wycisnąć z pomieszania stylistyki punka, reggae i klasycznego rokendrola, gdy umiało się grać!

3. Trzecie miejsce to pierwsze moje rozterki. Przyznaję je albumowi

Blackstar Davida Bowiego

– za przejmujący, ostatni głos umierającego bardzo ważnego artysty.

 

Reszty raczej nie odważę się klasyfikować, wymienię więc tylko:

– Rolling Stones: Blue & Lonesome – za bezpretensjonalny – i zupełnie niespodziewany! – powrót do źródeł. Za wciąż wyborną formę. Jagger wokalnie i jako harmonijkarz przechodzi sam siebie.

– Bob Dylan: Fallen Angels – za kolejną przepiękną płytę z piosenkami z amerykańskiego kanonu. No i za Nobla i tzw. w ogóle.

– Paul Simon: Stranger To Stranger – Simon wytęskniony, bo nagrywający bardzo rzadko – wciąż w wysokiej formie, wciąż tworzący w klimatach z okolic Graceland i innych solowych albumów – wierny sobie.

– Van Morrison: Keep Me Singing – za kolejną porcję fantastycznych piosenek.

– Jack White: Acoustic Recordings – za jego other kind of, za prostotę i powrót do akustycznych korzeni.

– Pixies: Head Carrier – za zdrowy łomot, za ładne piosenki i konsekwencję.

– Radiohead: A Moon Shaped Pool – za oniryczność znów wysokiej próby, za (moim skromnym zdaniem) powrót może nie do wielkiej, ale bardzo dobrej formy.

– Nick Cave and The Bad Seeds: Skeleton Tree – za niepokój, dojmujący smutek i piękną muzykę ledwie znaczoną brzmieniem instrumentów.

– Hey: Błysk – za – jak oni to robią?! – ocalenie swingu pośród elektroniki. I za teksty, to już oczywiste.

Próbując ułożyć to zestawienie, miałem też w rękach płyty Erica Claptona i Santany, Martyny Jakubowicz i SBB, a nawet Joego Bonamassy i Blackberry Smoke. I pewnie co najmniej paru nie miałem – bo nie mam ich (jeszcze?) na półkach, a może powinienem mieć.

[W NaTemat: 15 stycznia 2017]

David Bowie: gwiezdny pył i czarna gwiazda

pobrane1

Mija rok od śmierci Davida Bowiego, bodaj największego kameleona w historii muzyki rockowej. 8 stycznia 2016, na 69 urodziny, ukazał się jego ostatni album – przynajmniej z tych, nad których przygotowaniem sam pracował. Dwa dni później świat obiegła informacja, że zmarł.

[more]

*

Freddie Mercury, urodzony 5 września 1946, i David Bowie, urodzony 8 stycznia 1947 roku – ludzie z tego samego pokolenia, niespokojni, poszukujący muzycy, intrygujący ponadto opinię publiczną innymi od „powszechnie obowiązujących” sposobami wyrażania seksualności. Dokonujący wspólnego nagrania, Under Pressure, co jakby pieczętowało wspólnotę dusz, braterstwo muzycznej broni. A jednocześnie, z racji odległych o niemal ćwierć wieku dat śmierci, przynależący do dwóch różnych pokoleń:

dziadków i ojców.

Mercury umierający w sile wieku, mający zaledwie czterdzieści pięć lat i – mogłoby się wydawać – długą jeszcze karierę przed sobą, zaś Bowie, sześćdziesięciodziewięcioletni, muzycznie spełniony, odchodzący przedwcześnie, jednakże już u progu starości. Jednego i drugiego zabijają choroby. Obaj, przystępując do sesji nagraniowych związanych z Innuendo i Blackstar wiedzą, że ich czas jest już policzony, że trzeba się spieszyć. 

Mercury, po latach eksperymentów z – nieznośną częstokroć dla mnie – elektroniką w latach 80., powrócił do starych, sprawdzonych patentów, dając tym samym wyraźnie do zrozumienia, że zaprezentowany na tym krążku muzyczny autoportret jest najbliższy prawdy. Bowie miał do dyspozycji całe dwadzieścia cztery lata więcej. Rock od 1991 roku może nie zmienił się aż tak bardzo, ale jednak ugruntował i usankcjonował rolę tego, co syntetyczne – w brzmieniu i w warunkach studiów nagraniowych. Nie było więc już  mowy o radykalnej wolcie, o powrocie do gitarowego brzmienia z przełomu lat 60. i 70. Innuendo fani mogli się jeszcze nacieszyć, krążek Blackstar natychmiast, po dwóch dniach, stał się ostatnią artystyczną wolą, prawie głosem zza grobu.

*

Już okładka poprzedniej płyty Bowiego, The Next Day (2013), była – nie licząc wkładki – utrzymana w czarno (bardziej) – białej (mniej) tonacji, a w tytułowym utworze Bowie śpiewał I’m gonna say goodbye, ale także Here I am/Not quite dying/My body left to rot in a hollow tree. Blackstar ma tylko tyle bieli, by na awersie okładki jeszcze mocniej wyeksponować

czerń 

tytułowej gwiazdy, środek i cała książeczka to czerń i sepia. Nieuchronność i nieodwracalność nie mogą nie niepokoić, jednak ostatnie napisane słowa, choć brzmią mocno z tej strony, po tamtej mogą nic nie znaczyć: teksty piosenek wydrukowane są czarną czcionką na czarnym tle: I’m falling down/Don’t believe for just one second I’m forgetting you/I’m trying to/I’m dying to – śpiewa w Dollar Days.

Gdy zdrowy dwudziestolatek mówi o umieraniu i śmierci, trudno to nawet nazwać konstrukcją logiczną czy filozoficzną. To coś bardzo odległego i dotyczącego innych, lecz nie jego. Starość niekoniecznie musi łączyć się z mądrością, ale mędrcem nie może być żółtodziób, a tylko ktoś z paroma mocnymi krzyżykami na karku. Gdy ciało odmawia posłuszeństwa, gdy wiadomo, że dzień, w którym odmówi go całkowicie, jest bliski, nie ma już czasu ani ochoty na błazenadę. Pozostaje tylko to, co naprawdę istotne i ważne – to czas ostatniego wyścigu – by spróbować zakończyć możliwie jak najwięcej tematów. By powiedzieć jeszcze coś istotnego.

*

Jako miłośnik muzyki rockowej – z Davidem Bowiem zawsze miałem

kłopot.

Komputerów, które zdominowały „analogowe” instrumenty, chyba nigdy nie pokochałem – u niego też nie. Tak więc gorące emocje wyzwalał – i nadal wyzwala – wyłącznie czas Ziggy’ego Stardusta. Tylko że jak tu nie dostrzec pętli czasu, że Stardust, gwiezdny pył (Gwiezdny Pył?), zamienia się ostatecznie w Blackstar, czarną gwiazdę (Czarną Gwiazdę), gwiazdę bezpowrotnie gasnącą, odchodzącą w inny wymiar. Toteż nawet jeśli moje muzyczne serce musi w tym przypadku wspomagać się rozumem, nawet jeśli nie umiem bezwarunkowo pokochać ani tego albumu DB, ani wielu wcześniejszych – wiem jedno: jest zbyt dobry, by zbyć go dyletanckim wzruszeniem ramion. Jest zbyt ważnym głosem ważnego artysty i umierającego człowieka, by się nad nim z uwagą nie pochylić. W wielu fragmentach jest najzwyczajniej – przepraszam za mało stosowne w tym kontekście określenie –  bardzo piękny, cały zaś – niezwykle przejmujący.

(David Bowie, Blackstar, 2016)

[W NaTemat: 8 stycznia 2017]

The Rolling Stones Olé Olé Olé!

pobrane4

– Ile lat nie było prezydenta USA na Kubie? – pyta w rozmowie telefonicznej Mick Jagger. – Nie wiem, chyba jakieś osiemdziesiąt – pada odpowiedź. – I ma przyjechać właśnie teraz, gdy my chcemy zagrać koncert?!

[more]

*

W katowickim „Rialcie”, w czasie niedawnych obchodów siedemdziesięciolecia urodzin Tadeusza Sławka, profesora i rektora Uniwersytetu Śląskiego, jubilat z renesansową jak zawsze brawurą skojarzeń porównał dyskusje między miłośnikami psów i kotów do zagorzałych przed paroma dziesiątkami lat sporów między fanami The Beatles i Rolling Stones (o domniemaną wyższość jednych nad drugimi lub odwrotnie).

Wychowany zostałem, jeszcze w okresie przedszkolnym, w miłości do obu zespołów. Przez kolejne pół wieku to bardzo nieletnie uczucie przekształcało się w coś dozgonnego i nie do ruszenia. Pozostaje mi poczynić tylko jedno, oczywiste, rozróżnienie. The Beatles to od 1970 roku historia, tym boleśniejsza, że nie ma już wśród żywych Johna Lennona i George’a Harrisona, a The Stones, jak gdyby nigdy nic, górę swej legendy usypują wciąż wyższą i wyższą. Patrząc w poniedziałkowy wieczór na te cztery – chyba nie tylko moje? –

najukochańsze gęby

rokendrola, na te twarze bezlitośnie poorane nie wyłącznie upływem czasu, w oczy nadal gotowych na szaloną zabawę nastolatków, pomyślałem sobie: „O rany, ledwie wyskoczyłem z pieluch, gdy w moim domu zaczęła rozbrzmiewać ich muzyka, poszedłem do szkół, wkroczyłem w tzw. dorosłość, ożeniłem się, urodzili się moi synowie – dziś już dorosłe chłopy, zacząłem się starzeć, siwieć i łysieć, a oni ciągle grają!”. Przyszło mi do głowy, że ja będę umierał, a oni szykować się będą do następnej trasy koncertowej.

Właśnie: film jest swego rodzaju impresją dotyczącą ostatniej, wiosennej trasy kapeli, tym razem po Ameryce Południowej, którą zwieńczył mozolnie przygotowywany występ w Hawanie. Widzimy wariujących na punkcie muzyki TRS ludzi kilku pokoleń, w Santiago de Chile, Montevideo, Limie czy Meksyku. Oglądamy szczególnie obszerny fragment dotyczący Argentyny i Buenos Aires (to zdecydowanie temat na oddzielny film). 

Dowiadujemy się lub przypominamy sobie o tym, że w wielu krajach Ameryki Łacińskiej, targanych nie tylko gospodarczymi problemami, rządzonych w sposób dyktatorski – muzyka rockowa była zakazana (tu, w europejskich demoludach, żadna władza nie odważyła się posunąć tak daleko), że w Argentynie Stonesi stali się symbolem tego muzycznego i kulturowego „ruchu oporu” młodych, zwanego rollingas.

Otrzymujemy migawki z pobytu członków zespołu w kolejnych stolicach, z ich spotkań z miejscowymi muzykami. Wreszcie, co oczywiste, wypowiedzi samych muzyków – dotyczące zarówno zespołu, jego historii, jak i passusy o nieustannej, wielkiej ochocie, by karmić się nowymi wrażeniami, by poznawać świat i ludzi, inne kultury.

To wszystko przetykane jest fragmentami występów. Słychać, że ciągle znakomitych. Widać powtarzające się

obrazki oszalałych ze szczęścia,

roześmianych lub płaczących ze wzruszenia fanów wypełniających szczelnie kolejne stadiony i nie mniej szczęśliwych muzyków, którzy doładowują swoje – i tak nie do zdarcia – akumulatory gorącą reakcją widowni, wniebowziętych, że wciąż mogą robić to, co kochają w życiu najbardziej, dając jednocześnie radość milionom ludzi na świecie.

Widać też przez cały film to, co zostaje na samym jego końcu zwerbalizowane. Pamiętamy, że w kapeli działo się różnie, Richards w opublikowanej nie tak dawno, bo w 2011 roku biografii pisał z nutą goryczy, iż w garderobie Jaggera nie był od dwudziestu lat. Jak w małżeństwie z długoletnim stażem, bywały okresy lepsze i gorsze. Dziś te relacje są znów wspaniałe, starsi panowie wciąż, na scenie i poza nią, poszturchują się jak sztubaki, uśmiechają się raz po raz do siebie wyraźnie zadowoleni z faktu, że wciąż są razem, podczas każdego kolejnego koncertu przywracając pełny blask dawnym kompozycjom, pieczętując po raz enty przyjaźń między sobą – to niesamowite, wykraczające daleko poza scenę rokendrolowe braterstwo krwi i potu.

Jest taki fragment filmu, gdy Glimmer Twins wspominają, jak w 1968 roku urwali się w czwórkę, z Marianne Faithfull i Anitą Pallenberg, do Rio de Janeiro i jak tam właśnie narodził się jeden z największych przebojów, Honky Tonky Women. I zaraz potem nastolatkowie po siedemdziesiątce, jeden z gitarą, grają ten numer w jakiejś garderobie. Radość patrzeć, radość słuchać. Richards zresztą pięknie mówi w innym miejscu o tym wyjątkowym instrumencie, jakim jest dla niego gitara: „Gdy zaczynałem, nie wiem, czy to ja grałem na niej, czy ona na mnie”.

Motywem przewodnim filmu 

jest organizacja – darmowego – koncertu zespołu w Hawanie, długie miesiące przygotowań, dogadywania się w tej sprawie z komunistyczną władzą na Kubie. Gdy okazuje się, że z pierwotnie ustalonym terminem ma zbiec się  pierwsza od lat wizyta prezydenta USA na wyspie, że miałoby to nastąpić na dwanaście godzin przed przybyciem Obamy, Jagger odbywa rozmowę telefoniczną z jedną z menedżerek. Pyta:

– Ile lat nie było prezydenta USA na Kubie?- Nie wiem, chyba jakieś osiemdziesiąt – pada odpowiedź.- I ma przyjechać właśnie teraz, gdy my chcemy zagrać koncert?!

Data zostaje przesunięta o prawie dwa tygodnie, okazuje się, że to Wielki Piątek i tym razem papież Franciszek apeluje o zmianę terminu. Ekipa jest już jednak tak zmęczona i zdesperowana, że postanawia nie ulec tym naciskom. Koncert dochodzi do skutku.

Nie wiem, czy Stonesi są na Kubie bardziej popularni od Chrystusa (pół wieku temu takim stwierdzeniem o Beatlesach zbulwersował świat Lennon), ale wierzę, że jeśli Bóg jest, wybaczył to nałożenie się dat. Bo ta trasa koncertowa przypomniała o czymś bardzo ważnym: 

o ładunku społecznym i kulturowym,

jaki niósł ze sobą rokendrol w latach sześćdziesiątych, ze swoimi anarchistycznymi i pacyfistycznymi przesłaniami. Wpadając na chwilę w patos: być może ten występ był najpiękniejszym nabożeństwem wielkopiątkowym, jakie mogło w bieżącym roku przydarzyć się wyspie panów Castro. Wydarzeniem przywracającym tamtejszym ludziom godność, przypominającym o wartości największej – wolności. Każdy, kto – tak jak ja – pamięta czasy    PRL-u, rok 1980 i potem 1989, nie może nie dostrzec tych analogii. Rokendrol to wyzwolenie, widziany z perspektywy innej niż europejska czy północnoamerykańska, jest wciąż bombą o wielkim ładunku. Zwłaszcza gdy jest tak znakomicie podawany, grany na najwyższym mimo upływu lat poziomie. Przecież tych czterech panów uosabia wolność i anarchię jak mało kto.

Rok 2016 w dziejach rocka będzie datą bardzo znaczącą: z jednej strony z powodu śmierci wyjątkowo wielu wybitnych jego przedstawicieli, a z drugiej – za sprawą Nagrody Nobla dla Boba Dylana i wielce symbolicznego koncertu The Rolling Stones w Hawanie.

(The Rolling Stones Olé Olé Olé!, reż Paul Dugdale, 2016)

[W NaTemat: 29 grudnia 2016]

Sierota po Gregu Lake’u

pobrane3

Nie znajduję drugiego męskiego tak seksownego głosu w rocku, tak bardzo uwodzącego, głębokiego, tak urzekająco i jednocześnie zupełnie nieckliwie brzmiącego w nastrojowych balladach.

[more]

*

Osobista linia horyzontu coraz bliżej. Dowodów na to mam aż nadto: pierwsze cyfry peselu stają się coraz bardziej zamierzchłą przeszłością, narodzin wokół mnie coraz mniej, za to informacji o śmierci wciąż przybywa.

Tych szczególnie bolesnych również. Z poprzedniego pokolenia w rodzinie ostali się bardzo nieliczni, umierają też ci, którzy swoim życiem czy dziełem wpłynęli na mnie szczególnie. Gdy umiera ktoś spośród tych najbardziej lubianych i cenionych muzyków, mam wrażenie, że oto odszedł człowiek naprawdę bliski, niemal członek rodziny.

Bo przecież od zawsze był w moim domu, tym czy innym, na taśmach magnetofonowych, a potem płytach. Był ze mną za sprawą głosu, gitary czy innego instrumentu. Wyzwalał wielkie emocje, wzruszał – a przecież: czy można wpływać mocniej na drugiego człowieka niż wtedy, gdy – na przykład muzyką – dociera się do jego najintymniejszych zakamarków? Jako fana może mnie nie interesować życie prywatne muzyka, czy ćpał, pił, miał jedną albo wiele żon oraz gdzie i z kim spał ostatniej nocy. Najbardziej istotne jest to, że ktoś taki był ze mną za sprawą tego, co w nim najlepsze, najpiękniejsze: talentu.

Kilka miesięcy temu wspominałem Keitha Emersona i w głowie mi nie postało, że końca 2016 roku nie doczeka też inny członek słynnego tria. Tymczasem 7 grudnia, w wieku sześćdziesięciu dziewięciu lat, walkę z rakiem przegrał Greg Lake.

*

Tak się złożyło, że dla mojego starszego rodzeństwa, przynajmniej w pewnym okresie, końca lat 60. i przez całe 70., rozbudowane formy muzyczne z użyciem baterii instrumentów klawiszowych stały się istotniejsze niż ostre brzmienie gitar. Czy ja, kilku-, a potem kilkunastoletni chłopak mogłem pozostać wolny od wpływu braci? Pozostać zupełnie obojętnym, gdy szczególną atencją darzyli oni grupę Emerson, Lake & Palmer?

Cóż, mogło być pewnie i tak, ale – do dziś – pozostaję głęboko nieobojętnym. Mimo że minęło od tamtego czasu parę dziesiątków lat, przetrawiłem mnóstwo różnej muzyki, na szczenięce emocje nałożyła się chłodna analiza, a z niektórych dawnych miłości pozostały jedynie zgliszcza albo obojętne wzruszenie ramion.

Co tu dużo mówić, najprzyjemniejsza w słuchaniu muzyki nagranej dawno temu jest konstatacja, że młodzieńcza i nieopierzona czasem miłość przerodziła się w dojrzałe uczucie, że ta czy inna płyta wkładana po raz enty do odtwarzacza nieodmiennie powoduje żywsze bicie serca.

Jak popatrzę na swoje regały z płytami, coraz trudniej znaleźć na nich te pozycje, które nagrane zostały przez zespoły, których wszyscy członkowie do dzisiaj żyją, podobnie rzecz się ma z wieloma wykonawcami tworzącymi pod własnym nazwiskiem . AC/DC – nie żyje Bon Scott, Allman Brothers Band – Duanne i Gregg Allmanowie, Beatles – John Lennon i George Harrison, David Bowie, Leonard Cohen, Cream – Jack Bruce, Doors – Jim Morrison i Ray Manzarek, Eagles – Glenn Frey, Emerson, Lake & Palmer – dwaj pierwsi. A to ledwie cząstka, zaledwie początek alfabetu. 

Przy słuchaniu muzyki coraz częściej pojawia się więc to ukłucie w sercu fana, że wielu spośród nich już nie ma, ukłucie szczególnie mocne, co zrozumiałe, na świeżo, krótko po usłyszeniu czy przeczytaniu wiadomości o śmierci. Bolesna refleksja dotycząca przemijania, nieodwracalności. Ten ból łagodzi nieco fakt, że po nieprzeciętnych coś zostaje, ich już nie ma, ale oddziałują nadal: pisarze, malarze, kompozytorzy, muzycy – non omnis moriar.

*

Grega Lake’a (ur. 1947) słychać na kilkudziesięciu albumach. Zaryzykuję precyzyjną liczbę: siedem z nich to płyty wybitne – dwie King Crimson i pięć EL&P. Wśród nich In The Court of The Crimson King (1969) i debiut EL&P (1970) to krążki przełomowe, tworzące nową jakość w muzyce rockowej, prowadzące ją w rejony wcześniej nieodkryte. Jak popatrzeć w metryki twórców, okazuje się, że stworzyli te płyty ludzie bardzo młodzi, a przecież skala ich talentu oszałamiała i oszałamia nadal.

Wielkie grupy w sporej mierze stoją wybitnymi wokalistami – głos to pierwszoplanowy instrument, trudno być świetnym śpiewakiem w słabej grupie i, odwrotnie, trudno być dobrą grupą ze słabym wokalistą. W tej mojej muzycznej karmie, początek biorącej w drugiej połowie lat 60., głos Grega Lake’a na zawsze już pozostanie  wyjątkowy: nie znajduję drugiego męskiego tak seksownego wokalu w rocku, tak bardzo uwodzącego, głębokiego, tak urzekająco i jednocześnie zupełnie nieckliwie brzmiącego w nastrojowych utworach, najczęściej zresztą autorstwa samego Lake’a.

Muzyk trafił na swojej muzycznej drodze na dwie bardzo silne osobowości, Roberta Frippa zamienił na Keitha Emersona, iskry leciały wielokrotnie, lata mijały, a rany nie chciały się goić. Lake nie był dość mocny, by samodzielnie pokierować zespołem, jednakże jako współautor przeszedł do historii rocka. 

Jego głos nieodłącznie kojarzyć się będzie z pierwszym wcieleniem King Crimson, choć na In The Wake of Poseidon (1970) był już tylko gościem. Epitaph z jednej, 21st Century Schizoid Man z drugiej oraz I Talk to The Wind z trzeciej strony. Będąc członkiem EL&P zapisał się jako autor wspaniałych ballad: Lucky Man kończącego pierwszy album, a napisanego podobno jeszcze w bardzo wczesnej młodości, From The Beginning, Still… You Turn Me On, C’est la vie czy antyświątecznego I Believe In Father Christmas.

Ktoś powie, że te wspomniane siedem płyt to przecież zaledwie pięć lat: 1969-1973. Zgoda, życzyłbym jednak sobie samemu i każdemu tak wybitnego kawałka biografii. I całej tak bardzo niepospolitej.

*

Lista tych, co odeszli, jest w tym roku okrutnie długa. Ale jako facet po pięćdziesiątce od dawna już nie mam złudzeń: świat, który zastałem wkraczając najpierw w młodość, a potem w dorosłość, odchodzi coraz bardziej w przeszłość. A więc także ten świat najbardziej ukochany – muzyczny.

[W NaTemat: 18 grudnia 2016]

Włodek Pawlik Trio, Randy Brecker i NOSPR: Night In Katowice

pobrane2

To, co najważniejsze w tej muzyce, należało do czterech świetnie dysponowanych solistów, jednakże orkiestra zdecydowanie przydawała kompozycjom rozmachu i przestrzeni.

[more]

*

Nie jestem szczególnym wielbicielem łączenia niekoniecznie bliskich sobie stylistyk, na przykład melanżu rocka albo jazzu z brzmieniem orkiestry symfonicznej. Nieco inaczej jednak rzecz się ma z przearanżowywaniem już istniejącego, zapisanego na płytach materiału, a inaczej z braniem się za bary z takim zamysłem na etapie komponowania. Dwoma ilustrującymi to rozróżnienie przykładami są koncerty Billy’ego Cobhama i Włodka Pawlika. Ewentualnych zainteresowanych moimi spostrzeżeniami dotyczącymi występu w Katowicach tego pierwszego odsyłam do innego tekstu, tu natomiast chciałbym podzielić się refleksjami po występie drugiego z wymienionych panów.

Włodek Pawlik, muzyk o klasycznym wykształceniu, z wyboru jazzman, człowiek o

wielkim muzycznym temperamencie,

wciąż balansuje na styku jazzu i muzyki kameralnej, zarówno w wydaniu ilustracyjnym, komponując muzykę filmową (Wrony, Rewers, Pora umierać), jak i – co wydaje się istotniejsze – proponując autonomiczne, duże formy łączące te dwa światy. Całkiem niedawno w sprzedaży pojawił się dwupłytowy album 4 Works 4 Orchestra, zaś w niedzielny wieczór mieliśmy okazję na żywo usłyszeć materiał z nagrodzonej Grammy w 2014 roku płyty Night In Calisia.

Zanim jednak wyjechało na stół danie główne, w pierwszym z trzech setów otrzymaliśmy jazz w formie sauté, czyli Pieniny, Nokturn b-moll I.J. Paderewskiego i Speed Limited – z Pawlikiem na fortepianie, Pawłem Pańtą na kontrabasie i Cezarym Konradem na perkusji. I choć sala NOSPR-u do małych, jak wiadomo, nie należy, a skład zespołu był w tym momencie ledwie trzyosobowy, chyba nikt nie odniósł wrażenia, że muzyka nie była w stanie wypełnić przestrzeni tego zachwycającego miejsca.

Część drugą stanowiło wykonanie We Are From Here – utworu, w którym, obok wymienionej trójki, na drugim fortepianie pojawił się syn lidera, Łukasz Pawlik, oraz nosprowe smyki dowodzone przez Alexandra Humalę. I tu już byliśmy w sąsiedztwie tego, co stanowiło clou programu: po przerwie orkiestra rozrosła się do ponad trzydziestu osób, pojawiły się dęciaki, a z przodu sceny stanął Randy Brecker ze swoją trąbką.

Wykonanie Night In Calisia (In Katowice, jak w pewnym momencie zażartował Pawlik) na żywo zdecydowanie 

zyskało na mocy,

na dynamice. Wynikało to tyleż z typowych różnic w odbiorze muzyki z płyty oraz w sali koncertowej, co z nieco innych aranżacji – szczególnie brawurowo zabrzmiał Quartet of the Roman Merchants 

To, co najważniejsze w tej muzyce, należało do czterech świetnie – co warto zaznaczyć – dysponowanych solistów, jednakże orkiestra, zwłaszcza w spokojniejszych fragmentach, a takich – przepięknych – nie brakuje w tym materiale, zdecydowanie przydawała kompozycjom rozmachu i przestrzeni.  Trudno więc się dziwić, że publiczność owacyjnymi brawami nagradzała wykonawców, nie chcąc, by ci opuścili scenę. Nie obyło się więc bez dwóch bisów, którymi z konieczności niejako były zaprezentowane już wcześniej utwory, w tym Amber Road – nie mylić z Amber Gold (nawiązuję tutaj do dowcipnej zapowiedzi lidera).

 

W ten sposób, wliczając dwudziestominutową przerwę, koncert zbliżył się do imponującego czasowo rozmiaru ponad dwóch i pół godziny. Imponującego z prostego powodu: muzyki znaczonej tylko szlachetnymi, nieoczywistymi rysami. Gdy piszę te słowa, z głośników dobiegają mnie te same nuty odtwarzane z płyty – i myślę jako laik, ktoś bez muzycznego wykształcenia, że Night In Calisia to chyba nie jest najtrudniejsze zadanie dla orkiestry symfonicznej. Jednakże wyraźnie czuć lata świetlne różnicy w tym, co skomponował  Pawlik, a co piszą na orkiestrę ci, czasem także gruntownie wykształceni muzycznie, których przez szacunek dla Pana Włodzimierza w tym miejscu nie godzi się wymieniać.

(Randy Brecker, Włodek Pawlik Trio, Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia, NOSPR Katowice, 4 grudnia)

[W NaTemat: 7 grudnia 2016]

Przestrzelony na wylot

pobrane1

Czterech kolegów siedzi w knajpie i popija piwo. Trzech rozmawia, a czwarty cały czas siedzi cicho. Jeden z tej trójki w końcu zwraca się do milczącego: – Jasiu, tylko pijesz, nic nie mówisz, a ty się przecież niedawno ożeniłeś. Fajną masz tę żonę? – Fajną – niefajną, rzecz gustu. Mi się nie podoba…

[more]

Ten dowcip z długą już brodą przypomniał mi się, gdy zadałem żonie pytanie o wrażenia po przesłuchaniu nowej płyty Blackberry Smoke. Odpowiedziała mi, entuzjastycznie nastawionemu:- Nie znam jej jeszcze tak jak ty. No, fajna, ale taka… stara.

*

Chcecie, abyśmy wam coś zagrali? O.K., ale zrobimy to na swoich warunkach, 

bez zbędnych decybeli 

i bez pośpiechu – zdają się mówić kowboje z Blackberry Smoke. Takich płyt nie nagrywają debiutanci – z dwóch powodów: albo (jeszcze) nie potrafią, albo muszą pokazać, na jak wiele już ich stać. Ktoś się może obruszy na to porównanie, ale ten luz słyszalny w każdej sekundzie, w każdym wydobywanym z instrumentów dźwięku kojarzy mi się ze starym, dobrym Dire Straits.

Zero zadęcia, jakiejś napinki, jest wściekła perfekcja i całkowita pewność tego, co i w jaki sposób się robi. I pewnie ten brak dociskania pedału do dechy czy raczej bolesnego spinania konia ostrogami (cokolwiek przez to rozumieć) sprawił, że po pierwszej „lekturze” piątej płyty kwintetu byłem… nieco zawiedziony. Ale z płytami mam jak z kobietami (ufam, że nie będę się musiał z tych słów nazbyt długo tłumaczyć żonie – ciągle tej samej, z pierwszego rozdania) – aby polubić, muszę co nieco poznać, miłość od pierwszego słuchania nie zdarza się za często.

Jesteśmy 

w klimatach southernowych,

z okolic Lynyrd Skynyrd, w piecu więc hajcuje się porządnie, ale bez przesady – miłośnicy spustu surówki nie mają tutaj czego szukać. Co prawda na rozgrzewkę dostajemy numer z okolic AC/DC, ale to wariacje na temat, a nie kopiowanie. Zaraz potem zespół zanurza się głębiej w przeszłość, serwując kawałek wyraźnie inspirowany dokonaniami Chucka Berry’ego, a skoro tak, to i Stonesów przy okazji, zwłaszcza w partiach piana. Następnie wychodzimy na saloonowy parkiet, by poszurać stopami w rytm walczyka zaprawionego szczyptą country. 

I tak jest do samego końca. Kołyszemy się, raz trochę szybciej, raz trochę wolniej, przez cały krążek, przez prawie czterdzieści dziewięć minut. Muzyka stara jak rokendrolowy świat, wszystkie patenty rozpoznane zostały już dawno i wielokrotnie, lepiej lub gorzej, zmaterializowane w studiach nagraniowych. A jednak, gdy podane zostają z taką maestrią wykonawczą, trudno oprzeć się tym dźwiękom. Słychać to zwłaszcza w „niepozornych” solówkach,

nienachalnych ozdobnikach

dołożonych gdzieś tam, w środku lub na końcu piosenki, do podstawowej linii melodycznej (podobnych rzeczy u nas można posmakować, słuchając Dżemu – ze szczególnym uwzględnieniem gry Jerzego Styczyńskiego).

Like An Arrow to bezpretensjonalna, a jednocześnie kunsztowna  porcja muzyki. Ileż sensownego użytku można zrobić z podpięcia gitar do prądu – i pieścić tym prądem uszy takich jak ja. Serce najżywiej bije mi – przynajmniej póki co – przy ósmym i dziewiątym numerze – Sunrise In Texas  i Ain’t Gonna Wait, a także przy kończącym całość Free On The Wing, gdzie gościnnie pojawia się Gregg Allman. Cóż, ponieważ jako fan mogę bezkarnie być poligamistą, więc powiem nie pierwszy już raz – i mam nadzieję, że nie ostatni: takie granie to coś, co kocham najbardziej.

(Blackberry Smoke, Like An Arrow, 2016)

[W NaTemat: 4 grudnia 2016]