Greg Lake i U2 – I Believe In Father Christmas

Okres świąt to – niestety – także czas muzycznej konfekcji. Karmienia nas przez cały grudzień z różnej maści głośników staropolskimi „Jingle Bells” albo „White Christmas”. Mam w domu kilkanaście wydawnictw z kolędami i – basta. Starczy, bo i tak zaraz uciekam w stronę tego, czego najchętniej słucham przez cały rok.

[more]

Greg Lake przed laty dał artystyczny upust niechęci do komercjalizacji świąt. Zrobił to na tyle dobrze, że jego utwór, opublikowany na [i]Works Volume 2[/i] (1977) tria Emerson, Lake & Palmer, stał się sporym przebojem i do dziś powraca, choć na szczęście rzadziej, w okolicach końca roku. Na szczęście, bo w ten sposób nie został zajechany do imentu. Mimo iż też doczekał się niejednej interpretacji.

Ponieważ przed rokiem w podobnych dekoracjach zamieściłem pierwotną wersję, dziś pozwolę sobie zaprezentować inne wykonanie, w którym Lake’a wspomaga na flecie sam Ian Anderson, lider Jethro Tull.

A z zestawu kolejnych interpretacji proponuję U2 z 2008 roku, która pojawiła się przy okazji kampanii – firmowanej przez Bono – związanej z walką z AIDS w Afryce.

[W NaTemat: 25 grudnia 2013]

Na święta parę słów do Was, po sąsiedzku

Jest taki dowcip z czasów, kiedy w latach 70. w Norwegii odkryto złoża ropy naftowej. „- Teraz – mówi Szwed – każdy z was wreszcie kupi sobie samochód. I z pewnością będzie to Volvo. – O, tak – odpowiada Norweg. – Będziemy też mieli swoich kierowców. I na pewno będą to Szwedzi”.

[more]

I jeśli w te dni „szczególnej troski” pragniemy być trochę lepsi, to pamiętajmy, że my sami też jesteśmy takimi sąsiadami. Odpuśćmy nieco – sobie i innym, sprawmy, by ciśnienie z nas trochę zeszło. Dajmy spokój z tym źdźbłem i belką w oku. Mówiąc górnolotnie, na niechęci i nienawiści ludzkość nigdy zbyt daleko nie zajechała.

Więc jeśli opłatek (nieprzypadkowo biały) ma być symbolem pojednania, to uczyńmy to, przełammy się i przełammy się nim. Niech wyciągnięta ręka nie będzie tylko pustym gestem. Wyobraźmy sobie na przykład, że wyciągamy prawicę i uśmiechamy się przy tym do osób o zupełnie innych poglądach. Że nieobłudnie życzymy najlepszego na przykład tym politykom, na których przez cały rok psioczymy szczególnie, których nie lubimy i podejrzewamy o złe intencje.

Świata nie zmienimy, ale jakąś małą cząstkę w sobie – może tak. Choć na chwilę. Tego sobie i Wam życzę. I mniej telewizora, a więcej muzyki. Ona przecież zdecydowanie łagodzi obyczaje.

Jakiś czas temu, w TVP Kultura, w serii „Klasyczne albumy”, wzięto pod lupę drugi krążek The Band. Członkowie zespołu, starsi już panowie, wspominali czas realizacji płyty z 1969 roku. Jeden z nich powiedział coś takiego: „Gdy byliśmy młodzi, chcieliśmy podbijać świat. Dziś wiem, że najważniejsze to pomagać sąsiadom”.

Wszystkiego dobrego. Nie tylko w święta.

[W NaTemat: 23 grudnia 2013]

Spencer Davis Group: Gimme Some Lovin i I’m A Man

sdg

Czasem buty spadają z nóg – i to oba naraz. Za każdym razem gdy słucham któregoś z dwóch wymienionych w tytule tekstu kawałków, mój analogowy organizm sprawia wrażenie, jakby pobierał skądś prąd.

[more]

1966 i 1967 rok. Wciąż jeszcze mnóstwo, nawet w wykonaniu najważniejszych grup w historii rokendrola, grania przynależnego do pierwszego okresu tej muzyki. Ale tu i ówdzie wybuchały już takie petardy, jak You Really Got Me Kinks, My Generation Who, Gloria Them albo pierwsze nagrania Cream. Jak posłuchać utworów SDG, trudno się dziwić, że tylko trochę później przecięły się drogi Winwooda z Hendriksem (na Electric Ladyland) i Claptonem (w Blind Faith).

To, co istotne w historii Spencer Davis Group, wydarzyło się między 1963 rokiem, kiedy zespół się zawiązał, a 1967, gdy odszedł – do Traffic – Winwood.

Steve Winwood, genialny młodzian brytyjskiego rocka, urodził się w 1948 roku. Łatwo więc policzyć, że był piętnastolatkiem w chwili formowania się kapeli, a gdy śpiewał i grał na organach w rzeczonych piosenkach, miał lat – odpowiednio – osiemnaście i dziewiętnaście. Rany boskie, ależ to fenomenalny, dojrzały, czarny głos – i jak cały kwartet gra piekielnie nowocześnie! Fantastyczne, stanowiące podstawę obu kawałków linie basu należą do starszego brata Steve’a – Muffa Winwooda, późniejszego producenta pierwszej płyty Dire Straits.

Warto jeszcze wspomnieć, że bliską oryginału, także porywającą wersję I’m A Man przedstawiła niedługo potem grupa Chicago.

[W NaTemat: 19 grudnia 2013]

E.C. is here

crossroads

Kiedy wiosną sięgałem do portfela, by cząstkę jego zawartości zamienić na „Starą skarpetę”, jeszcze tego nie mogłem przewidzieć. Także nie wtedy, gdy przed występem Erica Claptona w Łodzi częściej niż zwykle jego płyty lądowały w domowym odtwarzaczu.

[more]

Nawet jeśli jest w tym – moich tegorocznych zakupach płyt z jego udziałem –

niemało przypadku,

to w sumie, stwierdzam w ostatnich dniach roku, bardzo przyjemnego. Najpierw zremasterowane wydanie jedynego albumu Derek and The Dominos, trochę później Old Sock, w czerwcu zaliczyłem bardzo dobry koncert, na który czekałem jak na żaden inny, w dwóch podejściach – w odstępie, bagatela, trzydziestu czterech lat. Po śmierci JJ Cale’a wyszperałem w regałach katowickiego MM The Road To Escondido i zakochałem się od pierwszego słuchania.

Wciąż zaglądając do przegródki z napisem „Cream” w tym samym MM lub S, w końcu złapałem w ręce dwupłytowy, zremasterowany Gold. Za kwotę tak śmiesznie niską, że grzechem byłoby ten album – mimo że nie katalogowy, nie kanoniczny – z rąk wypuścić. I teraz, w grudniu, jeszcze raz E.C. – Crossroads. Eric Clapton Guitar Festival.

Dwa kompakty

dawka muzyki równa czterem analogom. Czuję coraz wyraźniej, jak po latach znów mocniej skręcam w stronę bluesa, a jeszcze bardziej rocka nasączonego potężną dawką bluesa. Na dodatek to bardzo przyjemne uczucie, gdy każde kolejne odsłuchanie albumu sprawia więcej radości, gdy ta muzyka mości sobie miejsce w głowie, łapie za serce. Kołysze jak żadna inna.I nie chcę innej. Nic tak mi nie smakuje, nic tak cudownie nie rozpływa się po podniebieniu, jak gitary, bas i perkusja. Pod jednym wszakże warunkiem: musi być w tym swing.

Łojenie Cream, zwłaszcza na żywo, to jeden z kilku pokrewnych

wzorców z Sevres 

ostrego grania (razem z Hendriksem i Led Zeppelin), szalonych improwizacji, jazdy bez trzymanki. I, oczywiście, z bluesem we krwi  każdego muzyka. Dwaj slowhandzi – Cale i Clapton – to druga strona tego samego medalu. Luz, lekkość, oddech, prostota – ale z tych przynależnych mistrzom. I, oczywiście, puls, swing.

I to wszystko jest na Crossroads, rejestracji wybranych fragmentów czwartej już edycji Guitar Festival. W dwa kwietniowe wieczory w Madison Square Garden na scenie pojawiło się tylu znakomitych muzyków, że można by nimi obdzielić nie jedną, a co najmniej kilka znaczących imprez. Obok gospodarza koncertów – Booker T., Robert Cray, John Mayer, Gary Clark Jr., Buddy Guy, Allman Brothers Band, Taj Mahal, Jeff Beck, Warren Haynes, Keith Richards, Andy Fairweather Low i wielu innych.

W showbiznesie dziś dzieje się nieprawdopodobnie dużo. Ukazuje się tak 

nieprzyzwoicie dużo płyt,

że wciąż trzeba robić ze trzy kroki wstecz, by – mając głowę nabitą dźwiękami – nie zwariować i nie zbankrutować. Pisałem o tym już parę razy, ale powtórzę (obiecuję, że ostatni raz w tym roku): coraz mniej uwiera mnie świadomość, że szczególnie sobie upodobałem te mniej więcej dwadzieścia lat między 1955 a 1975 rokiem, kiedy wydarzyło się właściwie wszystko, co w rokendrolu istotne. Coraz mniej, bo mocno trzymają się ci, co tworzyli i wciąż tworzą takie właśnie nuty, bo na ich koncertach wiwatują tłumy, a nie dinozaurowate niedobitki, bo kolejne płyty znajdują tysiące, miliony nabywców. Nie jestem więc sam ze swoimi upodobaniami, co – nie ukrywam – bardzo mnie uspokaja. 

Wracając na koniec do 

Crossroads

to wydawnictwo dla tych, których muzyczne radary ustawione są na przełom lat 60. i 70. Prawie sto sześćdziesiąt minut bluesowej uczty. Trudno je ogarnąć w krótkim tekście. Ale chyba nie ma szczególnej potrzeby, po co przynudzać pisaniną. Szybko tylko wymienię, co wprawia mnie w największy zachwyt: She’s Alright – Doyle Bramhall II i Gary Clark Jr., Queen of California – John Mayer, Next Door Neighbor Blues oraz When My Train Pulls In – Gary Clark Jr., Congo Square – Sonny Landreth i Derek Trucks, Change It – John Mayer i Doyle Bramhall II, The Neddle and The Damage Done oraz Midnight Rider – Allman, Haynes i Trucks, Got To Get Better In A Little While – Eric Clapton. Czyli chyba połowa całego materiału. Ale sprawdźcie lepiej sami.

(Crossroads. Eric Clapton Guitar Festival, 2013)

[15 grudnia 2013]

Profan w świątyni – Led Zeppelin po raz trzeci

lz_iii1

Jak dobrze, że nikt ze starych fanów nie musi już odpowiadać na pytanie, którą płytę Cepów lubi najbardziej. Jak dobrze, że nie grozi mi podróż na bezludną wyspę i nie muszę decydować, które płyty zabrać, a na które zabraknie miejsca w bagażu. Dziś każdy, kto ma na to ochotę, może za równowartość 4,50 euro nabyć dowolny katalogowy, pojedynczy album grupy. W dodatku zremasterowany. Coś, co kiedyś było dla większości z nas nieosiągalne, leży teraz praktycznie na podłodze – tylko się schylić.

[more]

Wzruszyłem się jesienią ubiegłego roku, oglądając na dużym ekranie zabrzańskiego Multikina 

Celebration Day

i patrząc na niemłodych, ale szczęśliwych trzech oryginalnych członków zespołu oraz nie mniej szczęśliwego syna czwartego. I nie myślałem wtedy o tym, że ich początki nie były usłane wyłącznie różami. Bo niby od razu zdobyli uznanie, pierwsza wyprawa za ocean uczyniła z nich gwiazdy, a jednocześnie w rodzinnej Anglii nie chciano ich – wykonawców – wpuścić do klubu, bo nie mieli założonych krawatów…

*

Pisanie o płytach Led Zeppelin, choć kuszące, jest jak dotykanie sacrum – „tylko” rockowego, jednak sacrum bezdyskusyjnego. Ale co tam! Love is blindness – ponad osiem dioptrii w jednym i drugim oku. Kwartet na tym krążku dał wyraz swej fascynacji muzyką amerykańską, a ja nie mogę – któryż to już raz – wyrazić swego uwielbienia dla dzieła kapeli?

Immigrant Song

na zawsze już pozostanie dla mnie wspomnieniem dzieciństwa. Powiem: na szczęście, bo gdyby nie pocztówka braci, to bliską znajomość z całą płytą zawarłbym dopiero w… 1982 roku. Otwierający album kawałek to – jeden z wielu w przypadku LZ – ekstrakt najdoskonalszego gitarowego łojenia. Mniej niż sto pięćdziesiąt sekund. Są takie kapele, które w trzeciej minucie wychodzą dopiero z intro, a tu jest wszystko, o co chodzi w rokendrolu.

Since I’ve Been Loving You

pokochałem raz na całe życie. Porywający, przejmujący numer. Klasyczny  sposób podejścia rockowej kapeli do bluesa. Od kilku lat podstawowy sygnał w mojej komórce. Możecie ten kawałek zagrać w czasie mojego pogrzebu. Jeśli nie cały umrę, słysząc go, na pewno będę szczęśliwy.

Cóż jeszcze? P

Jakby prosto z Południa USA wzięte staroangielskie Gallows Pole, przepiękna Mandarynka, bezzębni Murzyni kłaniają się w – nomen omen – Hats Off To (Roy) Harper. Folkowe That’s The Way z cudownie zaplecionymi country’owymi nutami.

Mnóstwo właściwie akustycznego grania. Ten, kto wymyślił koncerty

unplugged,

chyba zakochany był w tej właśnie płycie. Bardzo młodzi ludzie – najstarszy Page miał dwadzieścia sześć, Jones dwadzieścia cztery, Bonham i Plant po dwadzieścia dwa lata – znaleźli sposób na nagranie kolejnego genialnego materiału, na przejście do historii muzyki. Czy tylko rockowej, rozrywkowej, czas pokaże. Piszę te słowa, mając oczywiście omawiany krążek w odtwarzaczu. I kolejny raz ściśnięte gardło. Tak jest od lat i tak już będzie zawsze.

(Na talerzu lub w szufladce: Led Zeppelin, III, 1970)

[11 grudnia 2013]

Już nie pionek, jeszcze nie książę

ke1

Na koniec wyjątkowo długiej w moim przypadku serii koncertów przyszło mi zobaczyć w akcji Bartosza Księżyka. Jego nazwisko, póki co, słabo jest znane tzw. szerszej publiczności, mimo iż macierzysta formacja, NeLL, ma na koncie dwa albumy, obecność na pierwszych „Offensywnych” składankach Piotra Stelmacha oraz występ w Trójkowym studiu im. A. Osieckiej. Teraz przyszła pora na autorski debiut tego wokalisty, multiinstrumentalisty i kompozytora – pod szyldem K-essence.

[more]

W studyjnej robocie 

wspomogli go Łukasz Lach z zespołu L.Stadt, który zagrał w trzech kawałkach na perkusji, a jako producenci Maciej Staniecki i Krzysztof Tonn, w którego studiu album był miksowany. Na żywo, w promocyjnym koncercie 4 grudnia w katowickiej Katofonii, wsparli go Johnny Lid, czyli Bartek Pokrywka (Tape Reels) na klawiszach, Klaus Tudyka na kontrabasie oraz Krzysztof Kot na bębnach.

I był to bardzo udany występ, mimo iż niewielka przestrzeń klubu nie daje większych szans na porządne nagłośnienie. Wszystko już było, wszystko skądś znane, ale w jednym 

nie da się oszukać słuchaczy

– ze sceny płynęła dobra energia i świeżość. Nieco porządnego łojenia, gitarowego grania spod znaku starego, dobrego Placebo – w górnych rejestrach głos Księżyka łudząco był podobny do Briana Molko (Faraway Land). Trochę knajpy w stylu Toma Waitsa. Szczypta prostych akordów gitary z zapisaną w pamięci PJ Harvey (Oh Mum). Przede wszystkim jednak liryczno-psychodeliczne, momentami musicalowe (Suicide), granie przypominające Nicka Cave’a. Same dobre skojarzenia, a wszystko układające się w sensowną całość. I, co jest wielką zaletą tej muzyki, całość nie całkiem oczywistą na rodzimym rynku.

Tak samo jak zastosowane, przynajmniej na żywo,

instrumentarium:

klawisze, kontrabas i bębny, tworzące w wielu momentach całą stronę muzyczną piosenek. Bo Księżyk najwyraźniej tak sobie to wymyślił – kontrabas wyłamujący się z rockowej estetyki, do tego w wielu utworach bardzo oszczędne dozowanie gitary, ale mimo to zdecydowanie rokendrolowa ekspresja. Dla mnie te siedemdziesiąt minut spędzone przy stoliku pięć metrów od wykonawców to była kolejna w ostatnim czasie przyjemna niespodzianka.

Losy dopiero co wydanej płyty – Prince of Pawns – to inna bajka. Ukazała się staraniem oficyny Requiem Records, dzięki wspomożeniu wiernych, czyli przyjaciół i fanów, których pieniądze umożliwiły realizację nagrań i ich bardzo efektowne – jeśli chodzi o szatę graficzną – wydanie. Podobno krążek ma być dostępny we wszystkich tych miejscach, których – jak powiedział pomysłodawca – nie lubimy odwiedzać.

Młodzi w natarciu, na Śląsku – miejscu o wielkich bluesowo-rockowych tradycjach – też. Jestem kolejny raz pod wrażeniem, jak wiele już potrafią. I jak wbrew rynkowym okolicznościom próbują wyjść ze swoimi propozycjami do ludzi i wyrwać swój kawałek muzycznego tortu.

(K-essence, Katowice, Katofonia, 4 grudnia 2013)

[8 grudnia 2013]

Polska – kraina szlachetnej łagodności

mdf

Jeśli pierwszy obejrzany na żywo występ danego wykonawcy wprawia w zachwyt – a tak było parę lat temu w tym samym miejscu, wtedy jeszcze pod nazwą Górnośląskie Centrum Kultury w Katowicach – właściwie niemożliwe jest powtórzenie równie silnych doznań. Co w niczym nie zmienia faktu, że będę chciał znów znaleźć się na widowni, gdy Leszek Możdżer, Lars Danielsson i Zohar Fresco kolejny raz zawitają na Śląsk.

[more]

Polski pianista dwukrotnie zaakcentował, że w koncercie tria w ramach festiwalu

„Jazz i okolice” 

bardziej chodzi o te drugie. Trudno się spierać, bo to przeniesie nas na grunt nudnej akademickiej dysputy, a chodzi przecież o muzykę i wyzwalanie emocji.

Pierwszych siedemdziesiąt minut to była prezentacja materiału z dopiero co wydanego krążka pt. Polska. Czyli żadnej taryfy ulgowej dla słuchaczy, żadnego przeplatania nowych utworów ze starszymi, które ci mogli mieć już dobrze opanowane. Dopiero pozostałe trzy kwadranse , wliczając w to bis, stanowiły przypomnienie wcześniejszych nagrań.

Osobiście bardzo się cieszę, że formacja powróciła. Bo jeśli w zaświatach jest jakaś przestrzeń, w której dane nam będzie przebywać i gdzie zachowana będzie pamięć o naszych ziemskich uczynkach, to ja bardzo proszę o stałą wejściówkę do podgrupy pod nazwą „jazz skandynawski” (tak, mam świadomość, że tylko jedna trzecia zespołu ma takie korzenie). Bo jak już się nasłucham i podkręcę Beatlesami, Stonesami, Led Zeppelin, Cream i Doors, to pójdę się wyciszyć właśnie tam. I zaciągnę też panów z Nirvany, by posłuchali niesamowitej wersji Smells Like Teen Spirit.

Obyło się

bez fajerwerków,

orgiastycznych solówek, które mogłyby zmęczyć zwłaszcza niewiasty licznie obecne na sali. Otrzymaliśmy natomiast jakość dobrze już rozpoznaną przez miłośników tego ansamblu. Mnóstwo liryzmu, delikatności, pięknych melodii, oszczędnego brzmienia instrumentów. Bryzy od Bałtyku, bo wspólne granie sprawia tym panom wiele frajdy. Easy Money – powiedział L. Możdżer – to takie pieniądze, które pojawiają się, gdy robi się coś, co się lubi. I dostarcza, dodam, wielkiej przyjemności tym, którzy przyszli posłuchać.

Fortepian, kontrabas, nieprzypominający żadnego innego zestaw perkusyjny (a ponadto wokalizy Fresco). Parę razy sygnalizowałem już swoje gorące uczucia do takiego instrumentarium (EST czy Marcin Wasilewski Trio), bo to granie niesie ukojenie, nawet w swych momentach allegro. Tych na nowym krążku jest więcej niż na poprzednich płytach tria, ale to wciąż

kraina szlachetnej łagodności.

Chyba nie ja jeden tęsknię za ucieczką od zgiełku kolejnych dni. Jednak mało kogo stać na radykalny krok i trwałe zerwanie z ogłupiającym światem. Dobrze więc, że są tacy muzycy, którzy potrafią nas porwać choć na dwie godziny w zupełnie inny wymiar.

(Możdżer – Danielsson – Fresco, Festiwal Muzyki Improwizowanej Jazz i okolice, Centrum Kultury Katowice, 1 grudnia 2013)

[3 grudnia 2013]

Ojciec i synowie, czyli Wagle na scenie

msb

Mam dwóch dorosłych już synów. I nie ukrywam, że gdy patrzyłem, jak panowie Waglewscy podłączają swoje instrumenty, a potem zaczynają grać, poczułem zazdrosne ukłucie w sercu. Bo to jest pewnie fantastyczne uczucie – móc muzykować z rodziną i to w zupełnie innych rejestrach niż klezmerskie „Sto lat” u cioci Kloci na imieninach.

[more]

Muszę także przyznać, że od lat

mam problem z WW

(a od niedawna z Kim Novak, ale trochę innej natury). Wojciech Waglewski jest jednym z tych artystów, bez których trudno sobie wyobrazić polską scenę muzyczną. Imponujący dorobek, dziesiątki płyt, setki nagrań – w  roli najczęściej muzyka, lidera, ale i producenta.Jednak na jego przykładzie wyraźnie widzę przenikanie się tego, co w muzyce cenię, z tym, co lubię szczególnie. Jego obserwacje dotyczące tzw. życia są mi wyjątkowo bliskie, ale muzykę bardziej doceniam, niż lubię. Zwłaszcza w ostatnich latach, gdy nabrał rozpędu jak żaden inny artysta w Polsce i nagrywa wyjątkowo często.

Jako

gitarzysta

chyba nigdy nie podobał mi się tak jak teraz. Coraz bardziej upodobnia się do czarnych klasyków bluesa, a w tej prostocie zbliża się – o, paradoksie – w niejednokrotnie wirtuozowskich solówkach do mistrzów gitary, np. Hendriksa, którego zresztą zacytował w jednym z utworów. Wyraźnie widać tu fascynację Bobem Dylanem, który od kilkunastu lat podąża taką właśnie drogą.Mimo to po około trzech kwadransach zaczynam odczuwać pewne znużenie. Czym? Powtarzaniem tego samego schematu. Od kilku lat WW zanurzony jest szczególnie mocno w bluesie i rocku lat 60., a więc piosenkach opartych na jednym, czasem

do bólu prostym riffie.

Jeśli w dawce trzech, czterech, pięciu kawałków to może zachwycić – jakością wykonania, powrotem do szlachetnych źródeł – o tyle w miarę jak koncert biegnie dalej, zaczyna nieco męczyć. Jeden świetny instrumentalista to, zdaje się, za mało. Obsługiwane przez synów bas i bębny zachowują się zbyt liniowo, a klawisze, damski wokal i skrzypce niewiele w moim odczuwaniu zmieniają. 

Utwory, które złożyły się na poniedziałkowy występ Waglewskich, pochodziły z dwóch płyt, jakie ci panowie mają we wspólnym dorobku. I może to też jest dodatkowym czynnikiem powodującym taką a nie inną reakcję. We wsłuchiwaniu się w materiał z danej płyty, w spokojnym smakowaniu i wyłuskiwaniu chwytających za serce fragmentów przeszkadza mi świadomość, że za chwilę pojawi się na rynku kolejna porcja muzyki. Ta ilość mnie przytłacza.

Publiczność szczególnie ciepło, co oczywiste, przyjęła te numery, które dobrze znane są z radia.

Ojciec

zabrzmiał dwa razy – na początku i jako czwarty, ostatni bis. Podobnie wyraźnie ożywiła widownię Męska muzyka. Mi wielką przyjemność sprawiły Trafiony ze stylową solówką Mariusza Obijalskiego na harmonijce ustnej, Bóg oraz Chromolę.

Coraz trudniej oddzielić stylistycznie to, co senior Waglewski robi z Voo Voo, a co z synami. Zwłaszcza że głos Fisza z każdym rokiem robi się coraz bardziej podobny do głosu ojca. 

Maszynka miele systematycznie, 

równo i na poziomie trudnym do osiągnięcia w naszym kraju przez większość wykonawców. Ale jakby zbyt rzadko wydaje z siebie cacka, do stworzenia których WW jest zdolny. Mam wrażenie, że gdyby nagrywał mniej, proporcje byłyby inne. Piosenki „zaledwie” niezłe i dobre zostawałyby w szufladzie, a na świat wychodziły wyłącznie znakomite. Słuchacze, stęsknieni za nowymi nagraniami, tym częściej cmokaliby z zachwytu. Pan Wojciech zdecydował jednak inaczej i postawił na dużą aktywność. A jego synowie najwyraźniej podążają tą samą drogą.

(Waglewski – Fisz – Emade, Teatr Rozrywki, Chorzów, 25 listopada 2013)

[1 grudnia 2013]

Joni Mitchell – urocza kosmitka w objęciach Martyny Jakubowicz

jakubowicz_burzliwy

Granie cudzych kawałków jest stare jak świat. W Polsce uwieczniono w postaci nagrań płytowych sporo takich projektów. Śpiewano m. in. pieśni Okudżawy, Zembaty nagrał krążek z utworami Cohena, bluesowa ekipa zarejestrowała „Tribute to Eric Clapton”. Śmietana sięgnął po Hendriksa, Turnau wziął na tapetę piosenki Starszych Panów i Grechuty, Raz, Dwa, Trzy – Osieckiej i Młynarskiego, Sojka – Osieckiej i Niemena. Efekty, jak to z coverami bywa, są różne: od zachwycających po takie sobie.

[more]

Martyna Jakubowicz doczekała się

hołdu

w postaci 30-tych urodzin. Sama natomiast sięgnęła parę lat temu po utwory mistrza, wydając płytę Tylko Dylan (2005), a ostatnio na rynku pojawił się album, na którym wykonuje piosenki Joni Mitchell. Powiem tak: jakie to ładne sąsiedztwo na moich półkach z płytami – Jakubowicz i Janerka. Płyty obojga kupuje się w ciemno, natychmiast. Jeśli jest w tym zawarte jakieś ryzyko, to na pewno niedotyczące poziomu artystycznego.

Posłuchaj Marta, Kłopoty to jej specjalność, Tyle zalet miał – to był początek, 1982 rok. A w styczniu następnego nagrała swój pierwszy album – Maquillage – z udziałem znakomitych muzyków: Nowaka i Niekrasza (TSA), Ryszki (Krzak), Bierzniewskiego i „Skiby” Skibińskiego (Kasa Chorych).

Kiedy będę starą kobietą

i W domach z betonu nie ma wolnej miłości z tekstami pierwszego męża, Andrzeja Jakubowicza, to klasyka polskiego rocka.

Parę lat starszy, w 1992 roku byłem na jej koncercie w Teatrze Rozrywki w Chorzowie. Skład znów powalający: Waglewski, Piotrowski, Głuch, Rękosiewicz, Pospieszalski, Rusek, Korecki. To był znakomity koncert i z wielką radością odnotowałem fakt, że ukazał się na dwupłytowym wydawnictwie Kołysz mnie. Od tamtej pory nie miałem wątpliwości, że MJ należy do moich szczególnie ukochanych artystów. To przeświadczenie ugruntował kolejny, bardzo dobry album: Dziewczynka z pozytywką Edwarda (1995).

Później o Pani Martynie zrobiło się ciszej, by nie rzec – cicho. Jednakże gdy dowiedziałem się, że nad płytą z piosenkami Dylana pracuje wspólnie – znów – z Wojciechem Waglewskim, byłem pewien, że jest na co czekać. I nie pomyliłem się.Teraz, po kolejnych ośmiu latach, sięgnęła po inną ikonę muzyki drugiej połowy XX wieku, a w tekście umieszczonym na okładce płyty nazwała ją uroczą kosmitką –

Joni Mitchell.

Śpiewanie coverów takich gigantów to zadanie karkołomne i niezwykle ryzykowne. Dlatego że wcześniej brali się za to inni giganci sceny rockowej, folkowej i popowej. Dlatego że te utwory wciąż żyją, stanowiąc kamienie milowe tej muzyki, nawet jeśli tu, między Odrą a Bugiem, nie do końca jesteśmy świadomi skali tego zjawiska. W dodatku Jakubowicz porwała się nie na pojedyncze utwory, lecz postanowiła nagrać całe płyty.

Skalę talentu MJ można mierzyć na różne sposoby. Jednym z nich jest umiejętność dobierania sobie współpracowników. Pani Martynie się nie odmawia, nie odmawiają najlepsi – Wojciech Waglewski czy, teraz, Marcin Pospieszalski – biorący na siebie główny ciężar pracy polegający na nowych aranżacjach piosenek. I oto, łapiąc się za bary z Himalajami muzyki rozrywkowej, tworzą zupełnie nową jakość. Przed ośmiu laty dostaliśmy Dylana, ale i Jakubowicz, dziś mamy Mitchell, lecz również wspaniałą Jakubowicz. A ponadto Andrzeja Jakubowicza, wielkiego majstra od tekstów, który równie świetnie jak sam pisze, potrafi też wziąć się za tłumaczenia.

Kobiecie do metryki zaglądać nie wypada, ale upływu czasu ukryć się nie da. Tymczasem

głos Martyny Jakubowicz

jest wciąż krystalicznie czysty, nadal znaczony świetną dykcją. I ciągle, jak przed laty, wysoki. Po prostu młody.Tegoroczna jesień w naszym kraju to wysyp płyt śpiewających dam: Edyty Bartosiewicz, Anity Lipnickiej, Ani Rusowicz, Misi Furtak (Tres b). Dla mnie jednak nowy album najważniejszej, obok Katarzyny Nosowskiej, wokalistki w historii polskiego rocka jest bezkonkurencyjny. I urzekająco piękny – od pierwszej do ostatniej nuty.

(Na talerzu lub w szufladce: Martyna Jakubowicz, Burzliwy błękit Joanny, 2013)

[28 listopada 2013]

Kate Bush, The Man With The Child In His Eyes

kate_bush

Raz czy dwa zdarzyło mi się napisać o męskich głosach uwodzących kobiety. A teraz, tuż przed położeniem dłoni na klawiaturze, uświadomiłem sobie, że to do Kate Bush należy pierwszy kobiecy głos, któremu ja dałem się uwieść.

[more]

Był 1978 rok, miałem szesnaście lat, a Wichrowe wzgórza były wielkim przebojem także nad Wisłą. Na moją wyobraźnię nastolatka jeszcze mocniej podziałał fakt, że Bushka nagrywając tę piosenkę miała zaledwie trzy wiosny więcej, a ze zdjęć popatrywała na mnie seksowna dziewczyna w dżinsach i podkoszulku.

A jakiś czas potem dotarła do Polski kolejna piękna piosenka z tego albumu. I chyba w pewien sposób do dziś pozostałem tym mężczyzną o oczach dziecka, zupełnie nieodpornym na piękne, a przez to jakieś nieziemskie, eteryczne i nierealne damskie głosy, tkające w dodatku delikatne nuty. Dziś, po trzydziestu pięciu latach od wydania debiutanckiego krążka Bush – The Kick Inside – sięgam do niego z przyjemnością, a przy wywołanym do tablicy kawałku wciąż robi mi się miękko na sercu.

Niesamowity był ten wynalazek Davida Gilmoura. Bo to gitarzysta Pink Floyd podpowiedział ludziom z EMI, że powinni zainteresować się Kate. Jej głos z lekkością brał takie góry, że zapierało dech nie tylko w piersiach.

Natomiast osiem lat później, już jako wielka gwiazda, zaśpiewała razem z Peterem Gabrielem Don’t Give Up, jeden z najpiękniejszych fragmentów albumu So.

P.S. Wierzcie lub nie, z klipem zapoznałem się dopiero tuż przed opublikowaniem tego tekstu…

[26 listopada 2013]