„W >Minimaksie< zadebiutowała grupa Babe Ruth. B-A-B-E R-U-T-H, Babe Ruth, z wokalistką Janitą Haan, H-A-A-N". Tej treści tzw. zapowiedź wsteczna Piotra Kaczkowskiego ostała się na samym końcu jednej z taśm magnetofonowych moich braci. Musiał to być 1972, może 1973 rok, a chodziło o pierwszą stronę debiutanckiej płyty – "First Base" (1972) – tego brytyjskiego zespołu.
[more]
Kapela utworzona przez Alana Shacklocka działała od 1970 do 1975 roku, znacznie większą popularnością ciesząc się za oceanem niż w Europie. Tam też po wielu latach, w 2005 roku w Nashville, reaktywowała się i rozpoczęła pracę nad nowym albumem, który – zatytułowany Que Pasa – ukazał się dwa lata później.
Nazwa zespołu wzięła się od przydomka i nazwiska najsłynniejszego bejsbolisty ametykańskiego, George’a Hermana Rutha Jr., zwanego też Babe’em lub The Bambino. Był on jedną z najlepiej rozpoznawalnych osobistości w USA w latach 20. poprzedniego stulecia, a do dziś klasyfikowany jest w ścisłej czołówce sportowców amerykańskich wszechczasów. Uchodzi za pierwszego, którego popularność wykroczyła daleko poza uprawianą dyscyplinę. Pewnie jest w tym wiele prawdy, skoro zespół rockowy pochodzący z ojczyzny futbolu właśnie jego obrał za patrona.
Wells Fargo to strona A pierwszego singla oraz utwór otwierający album grupy – nagrany, tak jak i pozostałe, dla wytwórni Harvest, znanej skądinąd fanom np. Pink Floyd. Kawał tak charakterystycznego dla tamtych czasów, znakomitego grania. A jednak – myślę już o całym dorobku – czegoś zabrakło, by odnieść komercyjny sukces na wielką skalę.
Szlag mnie trafia. Że wciąż nie ma mocy sprawczej, by w Polsce – dużym w skali europejskiej kraju – pewnym wykonawcom zorganizować trzy lub przynajmniej dwa koncerty.
[more]
*
Od trzydziestu siedmiu lat jestem katowiczaninem, od prawie trzydziestu mieszkam dwa kilometry od jednej z wizytówek miasta, niezwykle charakterystycznego, nomen omen, obiektu na Górnym Śląsku.
Spodek rodził się u progu lat 70. pod nie tylko politycznym patronatem ówczesnego wojewody katowickiego, powstańca śląskiego, generała
Jerzego Ziętka.
Udzielnego księcia, który jednak nie tyle własne, co swoich poddanych dobro miał na względzie. Jego pozycja w tych komuszych czasach była przedziwna i wyjątkowa, a obok Spodka do pomnikowych dzieł Jorga zaliczyć należy m.in. Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku położony na granicy Katowic, Chorzowa i Siemianowic.
W czasach gospodarki sterowanej centralnie ukrywał budowę hali przed komitetem centralnym oraz wodzem naczelnym jedynie słusznej partii jak długo się dało. Gdy wreszcie Gierek zjechał z wizytą na Śląsk, prace były tak daleko zaawansowane, że o ich wstrzymaniu czy wręcz wyburzeniu tego, co już wyrosło z ziemi, mowy być nie mogło.
Sam Ziętek otworzył pierwszą dużą imprezę organizowaną w tym miejscu – były to mistrzostwa Europy w zapasach w 1972 roku. Ci, co pamiętają Wembley w 1973, zwykle nie zapomnieli też o 6-4 z ZSRR na rozpoczęcie hokejowych MŚ w 1976 roku. Mój brat, całe zawodowe życie będący dziennikarzem sportowym, człowiek, który zjeździł kawał świata, parę lat temu w rodzinnej rozmowie mówił, że drugiego takiego miejsca nie ma nigdzie. Owalny kształt sprawia, że – jak na stadionie – miejsca w każdym sektorze skierowane są ku środkowemu punktowi płyty (sceny), czego nie są w stanie zapewnić hale budowane na planie prostokąta.
Imprez większych i mniejszych
organizowanych w Spodku przez kilkadziesiąt lat było całe mnóstwo. Spektakle teatralne, pokazy filmowe (także takie ze specjalnymi efektami), targi, wystawy, spędy różnej maści i proweniencji, nade wszystko jednak imprezy sportowe i koncerty. Eric Clapton, John Mayall, UFO, Nazareth, Budgie, Elton John, Republika, Lady Pank, Perfect, Kult, Myslovitz, Rawa Blues z Dżemem, Nalepą, Jakubowicz i Dudkiem, Kraftwerk, Klaus Schulze, Saxon, Accept, Whitesnake, Joe Cocker, Basia Trzetrzelewska, Genesis, Yes, Page z Plantem, ZZ Top, Emerson, Lake & Palmer, Jethro Tull, Procol Harum, Deep Purple, Black Sabbath, Heaven and Hell, Sting, Cranberries, Pearl Jam, Alice In Chains – to tak z pamięci, na szybko. Na zdecydowanej większości tych koncertów byłem. Gardło nieraz ściskało mi wzruszenie, łzy ciekły po policzkach, gdy dwaj panowie P grali klasyczne numery Led Zeppelin.
Czas biegł nieubłaganie, zdarzało się, że przy ulewnych deszczach widzom kapało na głowę.
Remont
stawał się coraz pilniejszą potrzebą. W środku niczego szczególnego, niestety, nie zrobiono, standardy z lat 70. pozostały – niezbyt wygodne krzesła, niewielkie odległości między rzędami sprawiające, że kolana wbijają się w oparcia siedzeń w poprzedzającym rzędzie. Zdecydowanie lepiej jest na zewnątrz – obiekt znów przedstawia się imponująco, odświeżono całą elewację, naprawiono dach.
Przy okazji jednak z ogromnej przecież budowli wyprowadzono kasy biletowe. To jasne, każdy metr kwadratowy i sześcienny jest na wagę złota. Zupełnie na zewnątrz stanęły więc gustowne kontenery, prawie jak na placu budowy.
Spodek
we władaniu MOSiR-u
ucichł i przysiadł na jakiejś mgławicy między galaktykami głupoty i niekompetencji. Za spore, najwyraźniej, pieniądze zainstalowano podwieszane nagłośnienie. Ilu szanujących się artystów z Zachodu przyjedzie dziś i zda się nie na swój, sprawdzony sprzęt, a na zupełnie nieznany, stanowiący wyposażenie hali?
Przed halą zawieszono telebim. Kiedyś informacje o kolejnych imprezach pojawiały się w postaci malowanych, olbrzymich reklam. Wisiały nieraz przez kilka miesięcy, skutecznie informując o najważniejszych wydarzeniach. Zniknęły, a wśród migających odtąd obrazków próżno szukać klipów o najbliższych pozycjach repertuarowych. Bywa, że przejeżdżam wieczorem tuż obok, widzę pełno samochodów – i zastanawiam się, co odbywa się w środku. I najczęściej nie znajduję odpowiedzi, chyba że zajrzałem lub zajrzę do gazety czy internetu.
Niedawno jeden z moich synów po powrocie z Wiednia mówił: „Stanąłem obok jakiegoś słupa ogłoszeniowego i widzę, że w jednym tylko miejscu niemal dzień po dniu odbywają się koncerty…”. Mam świadomość, że jesteśmy ciągle za biedni, by miało się dziać podobnie w Polsce. Że i w lepszym dla koncertów okresie z powodu kiepskiej sprzedaży odwołano w Katowicach występy Supertramp czy INXS. Ale
szlag mnie trafia.
Z dwóch powodów – że koszmarne, przypominające stare czasy rządy katowickiego MOSiR-u powodują, że w Spodku pewne rzeczy dzieją się siłą rozpędu, że to dobry stały adres dla, z całym szacunkiem, Australian Pink Floyd Show czy Deep Purple, ale co z całą resztą? Wykonawcy tacy jak Dream Theater, Nine Inch Nails czy Manowar, tacy i zupełnie inni, powinni pojawiać się na tej scenie o wiele regularniej (był taki moment pod koniec lat 90., gdy tydzień po tygodniu grali w Katowicach Jethro Tull, EL&P, Black Sabbath i Deep Purple). Zbyt często ta hala na około dziesięć tysięcy miejsc jest właściwym miejscem na imprezki typu „Disco Day” albo koncert Walentynkowy „Discotex”, na targi ślubne czy giełdę minerałów, ale to, co naprawdę elektryzuje rockowych melomanów nad Wisłą, trafia dziś, najczęściej, do Atlas Areny.
Chciałbym w tym miejscu zastrzec, że nie mam nic przeciwko halom i koncertom w innych częściach kraju. Nie o to chodzi, by wciąż móc w kapciach docierać na występ swojego ulubionego wykonawcy i uśmiechać się z wyższością na widok samochodów z rejestracjami z odległych województw.
Ale, powtórzę, szlag mnie trafia. Że wciąż nie ma mocy sprawczej, by u nas – w dużym na skalę europejską kraju – pewnym wykonawcom zorganizować
dwa lub trzy koncerty:
na przykład w Gdańsku, Warszawie i Wrocławiu. Albo w Szczecinie, Poznaniu i Krakowie, czy też w Łodzi i Katowicach. Bo nie wierzę, by się nie sprzedały, na przykład Peter Gabriel lub Black Sabbath. I rodzą się w mojej głowie, mieszkańca wielomilionowej aglomeracji, jedynego tak wielkiego skupiska ludzkiego w Polsce, dwa proste pytania. Pierwsze – jak wygląda obecnie rachunek ekonomiczny Spodka? I drugie – czy dyrekcja hali oraz magistrat słyszeli o czymś takim, czy wiedzą, jak powinien dziś działać management z prawdziwego zdarzenia?
I nie wierząc w dobre rozwiązania w przyszłości, czekam z niecierpliwością na otwarcie podobnych przybytków w Gliwicach i Krakowie. Bo wyjazd w te miejsca nie będzie wiązał się ze sporymi dodatkowymi kosztami, z co najmniej jednodniowym urlopem oraz wielogodzinną wyprawą (wspaniałą siecią rodzimych autostrad lub szybkimi kolejami). Wyprawą, której koncert będzie stanowił najważniejszą, ale niestety nie jedyną istotną część.
[W NaTemat: 15 stycznia, 28 maja 2014]
P.S. W miniona niedzielę, po raz pierwszy od bardzo dawna, miałem okazję znaleźć sie w Spodku. Widownia wreszcie doczekała się nowych krzeseł, połączenie hali z centrum kongresowym – tak wewnątrz, jak i na zewnątrz – przedstawia się imponująco. Natomiast w toaletach panują nadal zupełnie nieśląskie porządki. No i przede wszystkim: wołanie o sensowny repertuar koncertowy jest nadal aktualne.
– Czy to prawda, że znasz Marylę Rodowicz? – Częściowo. – To znaczy? – Ja ją znam, ona mnie nie.
[more]
Ach, jak miło by było powiedzieć tu i ówdzie, że znam. Tak pogrzać się, mi, maluczkiemu, w cieple znanego nazwiska, i to niejednego. By móc palnąć na jakiejś imprezce tak od niechcenia: No, znam, znam przecież.
Miło jest znać. Tylko jak tu potem, po jakimś kiksie w postaci np. słabego albumu lub występu, iść w zaparte. Twierdzić, że zachwyca, skoro nie zachwyca. Domyślam się, że to nie takie proste dla niektórych dziennikarzy: „Dziś tu sobie gadamy, pijemy piwo, ale jutro powiem na antenie albo napiszę, co myślę”. To może już lepiej nie znać – za blisko lub wcale?
*
Piotr Kaczkowski, pytany kiedyś, dlaczego ciągle się uśmiecha (co słychać nawet przez radio), opowiadając o prezentowanej przez siebie muzyce, odparł, że powód jest prosty. Ponieważ prezentuje to, co lubi. Na inną muzykę szkoda czasu.
*
O gustach się nie dyskutuje. Inżynier Mamoń lubił tylko te piosenki, które znał, ktoś inny lubi muzykę poważną albo disco polo. A ze mną jest tak, że muzyka pozostaje jedyną, za to codzienną używką. Rocka mam we krwi, pewni wykonawcy, pewne płyty wyzwalają we mnie bardzo mocne emocje. I nie będę się tego wstydził, bo to moja pasja. A wiem, ponieważ już trochę wiosen przeżyłem, że najsmutniejsi są ludzie niemający żadnych zainteresowań. Natomiast nie każdy takie upodobania musi podzielać – co oczywiste i nie mogę tego nie uszanować.
*
Życie niesie ze sobą sporo różnych problemów, komplikacji. Zmusza do wielu kompromisów. Gdy przystępowałem do prowadzenia bloga, ani przez moment mi jednak nie przeszło przez głowę, aby miał on stać się kolejnym miejscem, w którym będę zmuszony z kimkolwiek się układać. Od blisko dwóch lat piszę więc wyłącznie o tym, co mi się podoba, czasem tylko napomknę o czymś mniej ulubionym, Zdarzyło się, że – zawiedziony po jakimś koncercie – napisałem parę cierpkich słów.
*
Chwalę tylko to, co mi się podoba. Jeśli miałbym się sprzeniewierzyć tej prostej zasadzie – i klaskać wbrew sobie, z jakichś powodów (bo tak uważa większość czy też, o zgrozo, ponieważ wziąłem za to pieniądze), byłaby to moja osobista porażka. I tyle.
I jeszcze coś dla ludzi pokroju szanownego komentatora mojego poprzedniego wpisu (komentatora, który napisał „Tekst sponsorowany!”) – tych spod znaku spiskowej teorii dziejów:
Idą dwie łodzie podwodne przez las. Jedna mówi do drugiej:
– Hej, ty!
– No i co z tego, że ja?
P.S. Przed laty, w sklepie należącym do jednej z dużych sieci handlowych, zaczepiła mnie panienka, oferując zakup jakiegoś kosmetyku.- Dostanie pan płytę z muzyką relaksacyjną gratis.- Proszę pani, po kwadransie słuchania tzw. muzyki relaksacyjnej nadawałbym się jedynie do tego, by mnie odwieźć do wariatkowa.
Twórczość to nie jest pole dla pokornych. I Magnificent Muttley nie są pokorni. Są ambitni, ale jednocześnie bardzo normalni. Sami mówią, że nie chcą być do nikogo porównywani, pragną odcisnąć swój ślad – i niekoniecznie tylko w polskim rocku.
[more]
Pytani o
publiczność
na koncertach odpowiadają, że to taki ciekawy zestaw: obok ich rówieśników – panowie w wieku czterdziestu, pięćdziesięciu lat. No, jasne! – przytakuję. Sam jestem takim „50” z małym już plusem i słucham MM z radością. Bo chociaż chłopaki muszą mieć w sobie dość (dobrze pojętej) bezczelności, by tak grać w drugim dziesięcioleciu XXI wieku, by – z młodzieńczą nonszalancją – odżegnywać się od tego, co było przed nimi, ludzie z podobną do mojej metryką nieuchronnie usłyszą w ich muzyce to, na czym się sami wychowywali. MM nie wzięli się z księżyca, nie grają na jakiejś pustyni. Grają tu i teraz swoją muzykę, która wpisuje się wyraźnie w określoną
tradycję muzyczną.
Określoną i – najlepszą. Ich drugie wydawnictwo, Little Giant – EPka z dwoma nowymi nagraniami oraz trzema utworami z debiutanckiego albumu zarejestrowanymi na żywo – dowodzi samych dobrych rzeczy. Pochylenia nad rokendrolowym sacrum, zwłaszcza w wydaniu trzyosobowym – czyli Cream i Jimi Hendrix Experience (choć nie tylko). Dowodzi znacznie więcej niż dobrego już warsztatu wszystkich trzech młodych panów. Wreszcie – sporej inwencji, świeżości, potężnego ładunku energii, jaka zawarta jest w tej muzyce.
Płytkę otwiera
rewelacyjny Winter.
Jak ubiegłoroczny krążek Queens of The Stone Age … Like Clockwork wdarł się do mojego serca i zostanie tam na zawsze, tak podobne emocje budzi we mnie numer MM. Kapitalne splątanie tradycji z nowoczesnością. Weapon of Choice jest, jakże by inaczej, z tej samej bajki. Na dokładkę mamy kolejny – po wielu materiałach dostępnych w internecie – dowód na to, że na żywo trio radzi sobie co najmniej tak samo dobrze, jak w studiu. Trzymam za nich kciuki. I trzymam za słowo, że w 2014 ujrzy światło dzienne pełnowymiarowy album. Trzymam, bo chcę więcej. Mam nieodparte wrażenie, że Magnificent Muttley dołączą do grona tych grup, które mocno wystartowały, a swój szczyt osiągnęły w okolicach trzeciego albumu, jak choćby – sięgając po przykłady ze świata – U2 czy Kings of Leon albo – w Polsce – Hey (?). A może już drugiego, jak np. Nirvana. Więc Panowie – osiągnijcie i zostańcie tam na dłużej.
To nie jest początek nowego cyklu czy też zabawa w detektywa. Kiedyś, z wydatną pomocą słuchaczy, robiono to w radiowej Trójce. A każdy, kto choć trochę zanurzył się w muzyce, ze szczególnym pochyleniem w stronę rocka, ma świadomość, że tropienie podobnie brzmiących śladów nie ma końca.
[more]
Mitchell nie wytoczyła procesu Led Zeppelin, bo No Quarter nie jest plagiatem jej piosenki, aczkolwiek podobieństwo klimatu i brzmienia instrumentu klawiszowego jest uderzające. Inaczej niż Pat Boone, któremu Elton John zapłacił za nuty Speedy Gonzalesa w Crocodile Rock. Tak jak George Harrison Ronniemu Mackowi za My Sweet Lord.
Mówi się o tym, że Going To California to efekt zauroczenia panów Planta i Page’a twórczością Mitchell. Mówi się też o cytacie z Woodstocku, ale w… koncertowych wykonaniach innej perły Led Zep, Dazed And Confused, pomiędzy 1973 a 1975 rokiem.
Dość tego. Joni Mitchell jeden ze swoich, jak się miało okazać, klasyków umieściła na płycie Ladies of The Canyon z 1970 roku, a znakomity numer LZ pochodzi z The Song Remains The Same (1973). Może po prostu zamknijmy oczy, a otwórzmy szeroko uszy.
Na ekrany polskich kin za parę dni wejdzie „Pod mocnym aniołem”. Podobno najmocniejszy (strach się bać?) film Wojciecha Smarzowskiego, zrealizowany na podstawie nagrodzonej literacką Nike powieści Jerzego Pilcha. Pisarz film już widział i wyraża się bardzo pozytywnie zarówno o całości, jak i roli Roberta Więckiewicza.
[more]
Nie będę zajmował się ani piciem (no, może kropelkę), ani jego związkami z twórczością (tylko odrobinę, na zakąskę). Dam sobie spokój z „Żóltym szalikiem”, z „Pod wulkanem” – powieściowym i filmowym – czy innymi. Ale tych, co nigdy nie popróbowali, ze świecą szukać.
Osobisty film
rwał mi się trzykrotnie. Dawno temu, w studenckich czasach, a ostatni raz w 1986 roku. Rozpocząłem imprezę bez obiadowego podkładu, co przy mojej wadze lekkopółśmiesznej było jeszcze bardziej ryzykowne. Podobnie jak zajęcie miejsca na wysokim barowym stołku w kuchni. Jedyny przebłysk świadomości nastąpił w pozycji klęczącej nad wanną w łazience gospodarzy. Szlochałem głośno i gwałtownie nad moją młodością górną i durną, jakby w przeczuciu, że życie będzie raczej pasmem udręk niż sielanką. Pocieszał mnie jeden z kolegów słowami: „Mariusz, daj spokój, każdy ma jakieś problemy”. Obudziłem się parę godzin później, nad ranem, podczas tej samej imprezy. Trzeźwy okrutnie. Koleżanki – studentki polonistyki wywoływały duchy. A jakże, Mickiewicza, Słowackiego i innych takich. A ja stwierdziłem, że nigdy więcej. Nie da się, skoro robię to na smutno.
Pilch i Tuwim
Pilch powiedział ostatnio, że po pijaku, poza dwoma podyktowanymi felietonami, nie napisał ani linijki. Ale to chyba nie jest regułą. Julian Tuwim w „Ptasim radiu”, w brawurowym (a ta brawura, mam nieodparte wrażenie, została obficie skropiona) wierszu przeznaczonym przede wszystkim dla bardzo nieletnich czytelników i słuchaczy, powiada:
Czajka woła: czyjaś ty, czyjaś?
Byłaś gdzie? Piłaś co? Piłaś, to wyłaź!
NTAK (Nohavicova teorie alkoholického kopce)
W „Roku diabła”, znakomitym filmie Petra Zelenki z 2002 roku, paradokumencie, pojawiają się przed kamerą m.in. Jaromir Nohavica, František Černy z grupą Čechomor oraz Jaz Coleman z Killing Joke. Gorzała jest jednym z przewijających się tematów. Definicja Nohavicy jest genialnie prosta i przez to przerażająca. Każdy pijak ma swoją górę – i dopóki na nią wchodzi, wszystko jest w porządku. Ale nikt nie wie, jak wysoka jest jego góra.
Beskidy
Jak Nohavica i Čechomor – o Pilchu już nie wspominając – to nieuchronnie Beskidy. Nie jestem zdeptywaczem górskich szlaków, zdecydowanie nie. Ale z Wisłą – Jawornikiem związane jest moje dzieciństwo. Tam moi rodzice przez kilkanaście lat mieli prymitywną, drewnianą altanę. Bez wody, prądu i toalety (co trudno dziś sobie wyobrazić), a jednak rok w rok wakacyjne miesiące moje i moich starszych braci związane były z tym bez wątpienia arkadyjskim miejscem. I co z tego, że pełnym krowich placków i agresywnych gąsiorów? To tam, z małego tranzystorowego radia, pobierałem niektóre z pierwszych lekcji muzyki rockowej. Pewnie dlatego poniższy fragment „Roku diabła” wzrusza mnie szczególnie.
Gitara elektryczna
A na koniec, jakże by inaczej – pozostając przy filmie Zelenki, trochę dosypię do pieca. Oto coś, co zaprzecza wyobrażeniu, że Jaromir Nohavica to czeski bard, poeta z gitarą akustyczną na ramieniu. A to tylko część prawdy. Trochę jak z Dylanem.
Każdy porządny Czech umie ból istnienia raz po raz obracać w żart. Ale wszystko ma swoje granice, nawet nad Wełtawą. W tym utworze słychać wyraźnie – a nie jest to pierwszy taki przykład w hudbie – że nasi południowi sąsiedzi mają nie gorsze niż my pojęcie, do czego służy gitara elektryczna.
1967 rok, debiutancka płyta Doors, która ukazała się równo czterdzieści siedem lat temu i uczyniła z zespołu gwiazdę pierwszej wielkości. Całość wieńczy „The End”, natomiast na końcu pierwszej strony analogowego wydawnictwa pojawił się „Light My Fire”.
[more]
Znakomity numer napisany przez Robby’ego Kriegera, z organowym intro Raya Manzarka. Trzydzieste piąte miejsce wśród pięciuset najlepszych utworów w historii według magazynu „Rolling Stone”. Znany z kilku innych jeszcze, koncertowych wersji The Doors oraz wielu coverów, z których najsłynniejszym jest ten z 1968 roku, Josego Feliciano. Niewidomy muzyk rodem z Portoryko otrzymał rok później dwie nagrody Grammy, w tym za najlepszą piosenkę roku.
We wrześniu 1967 roku The Doors pojawili się w bardzo popularnym, realizowanym na żywo telewizyjnym programie Eda Sullivana. Prowadzący zażyczył sobie, by wers we couldn’t get much higher zamienić na we couldn’t get much better, by nie drażnić konserwatywnej części widowni. Morrison zignorował te sugestie i zaśpiewał swoje. Wściekłemu Sullivanowi, który powiedział, że zespół nigdy więcej u niego nie wystąpi, odparł, że „my przecież właśnie zrobiliśmy Ed Sullivan’ Show”.
Eliane Elias, brazylijska piosenkarka od lat mieszkająca w Nowym Jorku, nagrywała z wieloma z grona najlepszych – Herbiem Hanckockiem czy Randym Breckerem*. Nieuchronna w przypadku takich korzeni bossa nova przeplata się więc z jazzem, dając bardzo szlachetną mieszankę. Wykonanie Elias pochodzi z 2011 roku, z albumu pod tytułem… Light My Fire.
__
* Prywatnie jej mężem, kiedyś członkiem Blood, Sweet & Tears, trębaczem, który – wspólnie z Włodkiem Pawlikiem oraz Filharmonią Kaliską – za płytę Night In Calisia – otrzymał właśnie nominację do Grammy).
Od razu obiecuję, że nie będzie tu żadnych list, zestawień czy rankingów. Tych znajdziecie od groma i trochę w innych miejscach. Mnie od dawna już nie bawią – ale nie chcę, by zabrzmiało to z wyższością. Mam najzwyczajniej poczucie, że to, z czym dane było mi zetknąć się w minionym roku, jest zaledwie maleńką wyspą na muzycznym oceanie.
[more]
Koncerty zawsze będą najbardziej spektakularnym kawałkiem tortu. Bo, w odróżnieniu od słuchania płyt, dostarczają niepowtarzalnych i przez to szczególnie silnych emocji. Zwłaszcza gdy mowa o występach artystów najukochańszych, najważniejszych, na których zobaczenie czekałem wiele, wiele lat.
I w tym roku spełniło się coś wyjątkowego dla mnie – usłyszałem
piosenki The Beatles
w wykonaniu Bitlesa. Stało się. Przyjechał, zagrał. Wszyscy mówili, że jest w świetnej formie. I był. Do pełni szczęścia zabrakło „tylko” dobrej akustyki na Stadionie Narodowym. Lecz i tak występ Paula McCartneya pozostanie dla mnie jednym z największych muzycznych wzruszeń nie tylko ostatnich dwunastu miesięcy, ale całego życia.
Kilkanaście dni wcześniej w Łodzi zagrał
Eric Clapton.
Drugi, którego wyssałem jeśli nie z mlekiem matki, to z plastikowej masy, z której produkowano kiedyś w naszym kraju pocztówki dźwiękowe. Człowiek, który nie wyszedł na scenę w 1979 roku, by zagrać swój czwarty polski koncert. Było to w katowickim Spodku, a ja siedziałem wtedy na widowni. Długo nie mogłem mu tego, jako bardzo zawiedziony młody fan, wybaczyć. W Atlas Arenie spełniło się więc inne moje marzenie. I wracając nocą do domu, byłem szczęśliwy, że wreszcie dane mi było usłyszeć na żywo klasyczne numery E. C.
Nie sposób zapomnieć też o lutowym, chorzowskim występie
Beth Hart
z zespołem. Było to stare, bluesowo-rockowe granie w najlepszym stylu, ekspresja z okolic Janis Joplin. Bilety na jej koncert w tym samym miejscu w marcu 2014 już zostały zakupione.
Z polskich wykonawców obejrzanych na żywo wciąż wielkie wrażenie wywołują
Lech Janerka, Dżem i SBB.
I niczego nie zmienia tu fakt, że nie były to jakieś szczególne jeśli chodzi o okoliczności występy. Stara gwardia trzyma się mocno, choć może nie wpływa już w tak znaczący sposób na odbiorców jak dawniej.
Z młodych, walczących dopiero o swoje miejsce w sercach słuchaczy, ujęły mnie szczególnie Milcz Serce (bardzo szlachetna propozycja gitarowa, mimo iż to middle of the road), Ms. No One i Holly Blue (w obu przypadkach ciekawe
damskie wokale i sporo dobrze podanych ładnych melodii), Vladimirska (zupełnie niekonfekcyjne połączenie folkloru z elementami jazzu i rockową energią) i Tape Reels (powrót do klasycznego łojenia z końca lat 60.). Ciekaw jestem, gdzie ci ludzie będą za pięć lat. Obyśmy nie stracili ich z pola widzenia.
Po jazzowej stronie
największe wrażenie zrobił na mnie koncert Johna Scofielda – kameralny i znakomity, z pogranicza jazzu, funky, bluesa i rocka. W ciepłej pamięci zostaną też minuty spędzone przy słuchaniu panów Możdżera, Danielssona i Fresco, Jana Garbarka z Hilliard Ensemble, międzynarodowej Arify. Za każdym razem były to wyprawy do najpiękniejszych miejsc: tu zostawiam Wam wybór – albo we wszechświecie, albo tych, które każdy z nas nosi w sobie, choć niekoniecznie chętnie odkrywa przed innymi. I wreszcie Tie Break – ważny za sprawą sentymentalnej podróży w czasie, powrotu do okresu studiów i FAMY 1983.
Z rzeczy, które mnie ominęły, żałuję przede wszystkim koncertów Queens of The Stone Age i Nicka Cave’a na Open’erze oraz Portishead w Krakowie. Zapowiedzi dotyczące kolejnych dwunastu miesięcy też są bardzo interesujące. Na niektóre koncerty biletów już dawno nie ma. Jako katowiczanin ubolewam nad marazmem związanym ze stojącą w martwym punkcie przebudową Stadionu Śląskiego oraz iście peerelowskimi porządkami w Spodku. Ale to temat do oddzielnych rozważań.
***
A u progu nowego roku życzymy Wam spokoju – ale takiego, który nie usypia, oraz wzruszeń – niech raz po raz dowodzą, że nie tylko z wątroby, kwasów i żółci jesteśmy ulepieni. I dobrej muzyki.
Zbójeckie miny. Paru chłopaków zerwało się z trzech ostatnich lekcji, by w ustronnym miejscu rozprawiczyć butelkę taniego wina, wypalić po parę papierosów, a jak się uda – poderwać jakieś dziewczyny. Złapani na gorącym uczynku, w pełnym blasku świateł, próbują pokryć wstyd i nieczyste sumienia zgrywą, zawadiackim uśmiechem. I, cóż za szczęściarze, kolejny raz im się udaje.
[more]
Jak ja ich za to kocham, jak ja im zazdroszczę! Żeby z życia uczynić
niekończącą się balangę,
żeby w wieku lat nastu raz na zawsze, na kolejne ponad pół wieku, tak nawiać czasowi! Nawiać od całego jego smutku, od monotonii czy wręcz nudy, od bycia do bólu poważnym i odpowiedzialnym na co dzień. Bycia prawowitym obywatelem, przykładnym synem, ojcem, mężem, kochankiem. Żeby tak – zgoda, do pewnego momentu – rwać panienki ile wlezie, ciupciać, chlać, ćpać, urządzać orgie w samolotach przelatujących z Europy do Stanów lub z powrotem. Dać się zamykać glinom w różnych miejscach na świecie – i umykać wymiarowi sprawiedliwości. Robić tyle głupich rzeczy i wciąż ściągać spodnie, pokazując, gdzie się to wszystko ma. Balansować na cienkiej granicy między życiem a śmiercią z przedawkowania i przez długie lata
wywalać światu jęzor
na okładkach kolejnych płyt.
I, mimo różnych zakrętów zespołowych losów, przez pięćdziesiąt lat wciąż gromadzić tłumy fanów. Dziś, lekko licząc, ze trzy pokolenia – gotowych wydać spore pieniądze, poświęcić czas, by przejechać setki kilometrów lub mil, aby zobaczyć ich w akcji.
Dokładnie rok temu dzieliłem się z Wami paroma refleksjami przy okazji Grrr!, a teraz trzymam w dłoniach kolejne trzypłytowe wydawnictwo Glimmer Twins i spółki (DVD + 2 CD). Gdy pierwszy raz wrzuciłem krążek DVD do szufladki, znów ściśnęło mnie w gardle. Twarze poorane latami niezbyt higienicznego prowadzenia się, siwe włosy czy inne ślady upływu czasu. I do tego te nie do pomylenia z żadnym innym zespołem błyski w czterech parach oczu. Jak oni to robią?!
Jeszcze jedna porcja ich grania na żywo. Do diabła,
jak bardzo na żywo!
Wokół nich zmieniło się, poza królową brytyjską, niemal wszystko, a oni z wiosełkami w rękach wychodzą przed tłum ludzi oszalałych ze szczęścia i sami – najwyraźniej – są szczęśliwi, że mogą kolejny raz zagrać i dostarczyć innym tyle frajdy.
Trzy rzeczy zwracają moją szczególną uwagę. Pierwsza to ta, że Keithowi Richardsowi… urósł brzuszek.
Druga – że na materiał muzyczny albumu składają się głównie piosenki z najwspanialszego okresu TRS (ale przecież nie tylko ich, a całego rocka), czyli przełomu lat 60. i 70. A to mnie niepomiernie cieszy, bo Honky Tonk Women, Jumping Jack Flash, You Can’t Always Get What You Want i wiele innych numerów z tamtego czasu należy do moich najukochańszych. Tak samo, jak absolutnie topowymi pozostaną krążki Let It Bleed oraz Get Yer Ya-Ya”s Out.
Trzecia – to powtarzająca się przy okazji jubileuszowej trasy
obecność Micka Taylora.
Faceta, który stał się członkiem kapeli po śmierci Briana Jonesa i pierwszy raz zagrał właśnie podczas darmowego koncertu w Hyde Parku w 1969 roku. Muzyka, który sam opuścił zespół, bo nie mógł pewnych rzeczy wybaczyć kumplom.
Odnoszę wrażenie, że MT szczególnie uważnie wpatrywał się w nieprzebrane tłumy ciągnące się gdzieś hen, daleko. Gdy kłaniał się w szerokim, kilkunastoosobowym składzie wykonawców po odegraniu Satisfaction na koniec występu i jeszcze raz, już tylko w ścisłym gronie – on, Jagger, Richards, Watts i Wood. Wood, jego następca, który poklepał go po ramieniu na powitanie na scenie, gdy Taylor pojawił się na niej pierwszy raz, by zagrać wspólnie z dawnymi kolegami Midnight Rambler. Czy podtatusiały, utyty, ale wciąż najbardziej stylowy gitarzysta w dziejach tego zespołu nie pomyślał sobie: „Co ja wtedy najlepszego zrobiłem?”.
I może nie chodzi tu wyłącznie o stan konta, lecz po prostu o to, że energii w występ w klubie dla setki ludzi albo na stadionie dla pięćdziesięciu czy więcej tysięcy wkłada się podobną ilość, ale głowa działa jakoś inaczej.Pozostawiam już te rozważania. To ewentualne problemy Taylora, a nie moje.
You Can Always Get What You Want
– mógłby powiedzieć Jagger jako jeden z nielicznych ludzi na świecie, jako jeden z niewielu w showbiznesie. Nawet jeśli szczęście jest czymś, co tylko czasem dotyka ludzi, a nie stanem, który pojawia się i trwa. Pod koniec filmu widzimy mikrofon przypięty do statywu i obok spadający liść. Mikrofon opuszczony, ale – najwyraźniej – tylko na chwilę. I czekający, by siedemdziesięcioletni dziś wokalista znów podbiegł do niego i zaczął śpiewać. Liście opadają, a kamienie toczą się nadal. Jak gdyby nigdy nic.
Ponad dwie godziny muzyki. Znacie? Oczywiście, że tak. To posłuchajcie i zobaczcie. Koniecznie.
(The Rolling Stones, Sweet Summer Sun. Hyde Park Live, 2013)
Proponuję pozostanie jeszcze w łagodnych klimatach. Zima, na szczęście bardzo nietęga, oraz dla niektórych czas kanikuły niekoniecznie muszą powodować wybudzanie ze snu lub drzemki.
[more]
Sięgam więc po piękną piosenkę w dwóch pięknych wykonaniach. Oryginalne pochodzi z czwartego krążka Cata Stevensa, Tea For The Tillerman (1970). Sąsiaduje na nim z takimi przebojami jak Wild World, Where Do The Children Play?, Hard Headed Woman czy Father And Son.
Pozostawmy na boku takie kwestie, jak przejście Stevensa na islam i zerwanie z showbiznesem. Albo trwający parę lat związek Faithful z Jaggerem, jej długoletnie problemy z używkami, wzloty i upadki artystyczne. Gdzieś w ostatecznym rozrachunku pozostaje tylko muzyka i uszy słuchaczy. Cała reszta buduje kontekst, rzuca światło, ale nie powinna mieć decydującego wpływu na nasze wrażenia.