Znów zagrają w Polsce – w czerwcu na Orange Warsaw Festival – i tym razem powiedziałem sobie, że nie mogę tam nie być. Queens of The Stone Age ze swym panem i władcą Joshem Homme’em – kapela, która zawładnęła moim muzycznym sercem w ubiegłym roku za sprawą znakomitego „…Like Clockwork”.
[more]
Jednak ten album nie wziął się przecież znikąd. I nie pierwszy to raz, gdy fani szukają na wcześniejszych płytach zwiastunów wybornej dyspozycji. Jeden z nich jest oczywisty do bólu, ale urody zupełnie wyjątkowej. Niech to będzie taki blogowy przyczółek przed występem na Stadionie Narodowym.
W 2007 roku wyszła ostatnia na długie sześć lat płyta Era Vulgaris. Słuchanie całości to spore wyzwanie, bo momentami jest bardzo kamiennie i obezwładniająco – ciężkie gitarowe riffy są pełne zawijasów. I oto pod numerem siódmym przyczaił się Make It Wit Chu: cztery fenomenalnie lekkie, porywające minuty grania. Pozornie prosta piosenka z prostym tekstem, ale zagrana i zaśpiewana w mistrzowski sposób.
Najlepsza z możliwych zapowiedź tego, co stało się w 2013 roku.
Podejrzewam, że wyniku z Soczi nie poprawimy nigdy. Że drugiej Kowalczyk nie widać, a łyżwiarzom szybkim czy biathlonistkom będzie się od czasu do czasu udawać, ale nie stanie się to regułą.
[more]
Na polityce, medycynie i sporcie znają się między Odrą a Bugiem wszyscy. Dwóch Polaków – trzy opinie. No to, kurde, powiem coś od siebie, bo jak ma się tuż obok siebie dwóch dziennikarzy sportowych, to nie sposób tak zupełnie nie interesować się sportem.
W konkursie drużynowym skoków narciarskich stało się to, czego obawiałem się w odniesieniu do całego występu polskich sportowców w Soczi: że będzie wiele świetnych miejsc, otarć o podium, ale medalu – żadnego.
Tak mogło się zdarzyć. Spuścilibyśmy nosy na kwintę, bo przecież nadzieje były wielkie, a tu klops – porażka, klęska, puste ręce (już widzę te tytuły). Na szczęście jest inaczej: sypnęło medalami jak nigdy dotąd zimą, złotem jak dawno już nie w letnich igrzyskach.
I chciałbym, abyśmy zapamiętali dobrze te chwile. Z co najmniej dwóch powodów. Bo do końca olimpijskich zmagań – obym się mylił! – polska reprezentacja może nie zdobyć już żadnego krążka, a tylko jedno czy dwa punktowane miejsca. A przede wszystkim…
Gdy kilka lat temu psioczono na miejsca Adama Małysza w drugiej dziesiątce pucharowych zmagań, że słabo, kiepsko i bez formy, zastanawiałem się, czy nie zatęsknimy za tymi nastymi pozycjami w konkursach szybciej, niż nam się zdaje. Stało się – co przyjmuję z radością kibica – zupełnie inaczej: w skokach narciarskich nie tylko nie ma dziury, ale jest lepiej niż kiedykolwiek.
I tym bardziej szkoda, że nie ma medalu w konkursie drużynowym, bo był chyba – ten olimpijski – blisko jak nigdy. Tyle że z kłopotów bogactwa, o czym przekonywano nas na początku sezonu, mówiąc, że można by z polskich skoczków złożyć dwie świetne drużyny, został jeden – za to poważny: kto czwarty do brydża. Ale jestem daleki od tego, by siedząc w ciepłym fotelu szydzić z tych, którzy w ostatnich latach dostarczają kibicom tak wielu wspaniałych wrażeń i sięgają po najwyższe laury.
I o ile w odniesieniu do skoczków mam wielką nadzieję, że w kolejce do sukcesów stoją następni obdarzeni sporymi, a może i największymi talentami, o tyle podejrzewam, że wyniku z Soczi nie poprawimy nigdy. Że drugiej Kowalczyk nie widać, a łyżwiarzom szybkim czy biathlonistkom będzie się od czasu do czasu udawać, ale nie stanie się to regułą.
Tak być może. Miejmy tego świadomość, bo sport wyczynowy to wielkie nakłady: czasu, sił i hartu ducha najwytrwalszych sportowców oraz finansowe, by ten wyczyn na najwyższym poziomie umożliwić. A to nie takie proste – zwłaszcza tam, gdzie potrzeba drogich w budowie i utrzymaniu na przykład torów łyżwiarskich.
Więc cieszmy się tymi igrzyskami, osiągnięciami naszych rodaków. Zapamiętajmy je dobrze, bo coś czuję, że być może będą nam musiały wystarczyć na bardzo długo. Cieszmy się, bo przy takim ogólnym pospolitym ruszeniu Polska znalazła się niewiarygodnie wysoko w klasyfikacji medalowej. Lecz niech te sukcesy nie zamydlą nikomu oczu.
Zamiast mrzonek o krakowsko-zakopiańskiej olimpiadzie, może więc lepiej pomyśleć o tym, jak pracę z dziećmi i młodzieżą uczynić metodyczną i systematyczną. O paru inwestycjach, które umożliwią uprawianie rokujących dyscyplin także w kraju. Przy założeniu oczywiście, że te miliony mają pójść na sport, a nie na inne wołające o forsę kwestie społeczne.
Jeśli przed laty jakaś grupa szczególnie wymykała się z szuflady z napisem „rock symfoniczny” czy też „progresywny”, do której zwyczajowo ją wkładano, z pewnością chodzi o King Crimson.
[more]
Niespokojny duch, kameleon,
gitarzysta, lider tej kapeli, Robert Fripp, szukał bezustannie. Składy więc ciągle się zmieniały, zmieniało się instrumentarium, zmieniali się wokaliści. Zakres stylistyczny, w jakim poruszał się zespół, też był wyjątkowo szeroki – od hard rocka, poprzez patenty progresywne, aż po rozwiązania charakterystyczne dla muzyki poważnej czy jazzu. No i ten kompletny odjazd w 1981 roku, gdy KC w jedyny w swoim rodzaju sposób (na [i]Discipline[/i]) wyprzedzili o parę lat wszystko, co działo się w rocku.
Ten
rozrzut stylistyczny
dotyczy już debiutanckiego krążka – In The Court of The Crimson King – wydanego w 1969 roku. Otwierający płytę 21st Century Schizoid Man to znakomity, oparty na hardrockowym riffie kawałek wzbogacony partią instrumentów dętych. Najdelikatniej jak można sobie wyobrazić tkane są balladowe i zarazem psychodeliczne I Talk To The Wind oraz Moonchild. Tyle że, bagatela, w tym drugim utworze wszystko się rozjeżdża: raz w stronę freejazzowych improwizacji, a w innym miejscu (tu sięgam do „Rock encyklopedii” Wiesława Weissa) Weberowskiego punktualizmu. No i wreszcie mamy klasykę rocka symfonicznego, dwie pozycje nawiązujące do muzyki symfonicznej z XIX stulecia, w których dominują partie melotronu: tytułowa oraz Epitaph.
Najcelniej zdefiniował muzykę zespołu sam Fripp: „Podstawą twórczości King Crimson jest zorganizowana anarchia: wyzwalanie potężnych sił chaosu, a następnie szukanie dróg powrotu do stanu równowagi”.
Na tym arcydzielnym bez wątpienia albumie po raz pierwszy pojawia się też jeden z moich szczególnie ulubionych głosów –
Greg Lake.
Tu jeszcze jako pełnoprawny członek zespołu, rok później, na bliźniaczym albumie In The Wake of Poseidon, już jako gość. Bo po drodze zdążył stać się członkiem supertria Emerson, Lake & Palmer.
(King Crimson, In The Court of The Crimson King, 1969)
Są w życiu każdego takie momenty, takie zdarzenia, które – wywracając do góry nogami codzienny porządek – nakazują spojrzeć na absolutnie wszystko z innej perspektywy. Bez wnikania w szczegóły: dziś będzie niemuzycznie.
[more]
Trzeba zmienić całkowicie dekoracje. Najlepiej znaleźć się w miejscu dotąd całkiem lub prawie nieznanym, by z całą ostrością poczynić pewne obserwacje.
Wiedeń (ale mogłoby to być zupełnie inne miasto z tych dużych w Europie Zachodniej), środki komunikacji miejskiej – tramwaj, metro. Rodzima mowa germańska miesza się z mnóstwem innych. Kolory skóry – od najbielszej po najczarniejszą czerń. Patrzę na tych ludzi – zewsząd, z Europy, Azji, Afryki – próbując to robić w miarę dyskretnie, nie zatrzymując na nikim zbyt długo wzroku.
Siedzą lub stoją. Osobno lub w większej grupie. Zakochani, całe rodziny, znajomi z pracy. Milczą, czytają gazety lub książki, rozmawiają przez telefony komórkowe, grzebią w tych małych zabawkach, serfując zapewne po internecie, ze słuchawkami na uszach lub bez. Gadają ze sobą – cicho lub głośno. Śmieją się lub martwią.
Każdy, tak samo jak ja, niesie swoje życie. W ojczyźnie lub z dala od niej, w poszukiwaniu szczęścia lub w poczuciu straty (chociaż to się nie wyklucza), z refleksją głębszą lub całkiem jej pozbawiony. Każdy tak naprawdę sam na sam ze swoimi bliżej nieokreślonymi godzinami, jakie dane mu są od Stwórcy lub losu. Życie – jedno, jedyne, jakie stało się jego udziałem. Młodzi i starzy, chudzi i grubi, piękni i tacy sobie. Dlaczego właśnie tacy? Tacy, a nie inni?
Każdy z dwudziestoma czterema godzinami do dyspozycji w ciągu doby. W tym przynajmniej jesteśmy równi. Z jakimś swoim początkiem, którego nie pamiętamy, i z końcem, którego nie znamy. Takie nas mrowie. Więc – trudno się dziwić, że w tym tłumie łatwiej się zgubić niż odnaleźć, łatwiej błądzić po omacku niż rozpoznać w drugim bratnią duszę, choćby nie wiadomo jak mocno jej pragnąc.
Tak rozpaczliwie czasem próbujemy wyrwać się z objęć samotności, pojedynczości naszego bytu. Ale wszystko na nic. Urodziliśmy się osobno, nawet jeśli tuż przede mną lub tuż po mnie z brzucha tej samej matki wyjęto jeszcze jednego – no właśnie, innego – człowieka. I pomrzemy samotnie, nawet jeśli otoczeni wianuszkiem tzw. bliskich. Nawet jeśli, na przykład w szpitalu lub samochodzie, tuż obok umrze w tej samej chwili ktoś jeszcze.
„Tatuś mówi, że jestem wyjątkowa” („Daddy Says I’m Special”) to tytuł pierwszej płyty Kari – wtedy jeszcze Amirian. Płyty pięknej, delikatnej i eterycznej, złożonej z mnóstwa łagodnych, kojących dźwięków. I będącej jednym z najważniejszych debiutów ostatnich lat na rodzimym rynku.
[more]
Ojciec, tata, tatuś – to symbol największego bezpieczeństwa dziecka, ostoja, gwarant spokoju rodzinnego domu. Gdy młody człowiek zaczyna tę smycz rozciągać czy wręcz zrywa się z niej, wkraczając w świat, który niekoniecznie okazuje się miły i przyjazny, pojawiają się pierwsze
rany i stłuczenia
– Wounds and Bruises (tak nazywa się nowa płyta). Znacznie bardziej bolesne od tych dziecięcych, fizycznych, bo te się goją, zaś takie „na duszy” krwawią nieraz przez długie lata. Robi się mroczniej, ciepło domu zamienia się w bliżej nieokreśloną, bezkresną przestrzeń świata, a nawet wszechświata. Obecność taty zastąpiona zostaje poszukiwaniem Boga.
Przepraszam za tę porcję grafomanii i komunałów. Ale muzyka to emocje – te kompozytorów i wykonawców, a następnie słuchaczy. Do powyższych zdań czuję się o tyle upoważniony, że przesympatyczna artystka sama – w nielicznych, dodajmy – komentarzach między utworami podpowiadała podobne tropy.
To
wyjście w świat
jest u niej dosłowne. Bo jeśli wcześnie opuściła Świnoujście, by kontynuować naukę w Warszawie, jeśli pierwszą płytę realizowała co prawda w Szkokholmie, ale z polskimi muzykami, o tyle teraz zrobiła kolejny krok. Wyjechała do Londynu, by tam odnaleźć tych ludzi, z którymi głównie pracowała nad swoim drugim albumem wydanym w grudniu ubiegłego roku. Teraz razem z nimi ruszyła w krótką, zaledwie pięciokoncertową trasę po Polsce.
Przyznam, że nazwy i nazwiska takie jak Lykke Li i Stina Nordenstam (przywoływane przy okazji debiutu), czy Fever Ray i Bat For Lashes (pojawiające się w recenzjach obecnie), mówią mi niewiele lub zgoła nic. Jeśli więc odnajduję jakieś
podobieństwa, wpływy
dostrzegam raczej dawną muzykę elektroniczną rodem z Niemiec, tyle że pomysły, które tam częstokroć starczały na całą jedną stronę analogowego wydawnictwa, tutaj włożone są w kilkuminutowy utwór wzbogacony ponadto o instrument najważniejszy – głos liderki. Gdy robi się bardziej rytmicznie, za sprawą bębnów etnicznie i czarnoafrykańsko, dostrzegam wyraźne związki z propozycjami Petera Gabriela – i to są te najbardziej dynamiczne i przebojowe zarazem fragmenty na krążku. Dodałbym jeszcze klimaty celtyckie, które obficie pojawiły się w muzyce w latach osiemdziesiątych.
Bardzo,
bardzo młodzi ludzie na scenie.
Poza frontmenką, śpiewającą oraz grającą na keyboardzie, Jon Headley – ten, który w wielkim stopniu odpowiedzialny jest za obecne brzmienie Kari, na klawiszach i w chórkach, Chris Headley na gitarze i w chórkach, Callum Harvie na klawiszach, basie i w chórkach oraz John Pullam na perkusji. Dominują instrumenty klawiszowe, elektronika, ale gdzieś ponad tym wszystkim jest przecież wokal, jest – uff – analogowa perkusja. Jest też gitara, choć ta za sprawą przystawek staje się – bardziej niż instrumentem strunowym – jeszcze jednym urządzeniem elektronicznym.
I ta
elektroniczna faktura oraz głos Kari
tworzą szczególny klimat, nastrój. Dziś jest w nim zdecydowanie więcej niepokoju i mroku niż na debiutanckim krążku. Przyznam, że nie spodziewałem się takiej wolty stylistycznej, oczekiwałem raczej kontynuacji pomysłów. Lecz to bynajmniej nie zarzut.
Na wczorajszy, bardzo udany występ w katowickim Rialcie złożyły się prawie wyłącznie numery z nowego albumu. Przy okazji podpisywania płyt po występie zapytałem wokalistkę, dlaczego nie pojawiła się żadna piosenka z pierwszej płyty, skoro muzycy chcieli grać (bo były bisy), a publiczność chciała dalej słuchać. Odparła, że nie pasowało jej to do koncepcji artystycznej.
Rozumiem, choć w ten sposób jeszcze trudniejsze postawiła przed sobą zadanie – mając w swej dyskografii dwie płyty, całkowicie zrezygnowała z materiału zawartego na jednej z nich. Ale to prawo artysty.
Kari ma już swoją publiczność, to dla niej otwiera własny świat. Bardzo odległy od popowej miazgi i list przebojów, dlatego media szczególnie jej nie rozpieszczają. Ponieważ jednak nagrywa dla niewielkiej, niezależnej wytwórni Nextpop, nie ma chyba powodów do niepokoju. Mniej tu ciśnienia, by osiągnąć szybki, komercyjny sukces, więcej miejsca na realizację wizji muzycznych. I dobrze, bo pomysłów póki co artystce nie brak.
Gdy po koncercie Paula McCartneya w Warszawie zbieraliśmy się pod autokarem, pewna nastolatka westchnęła: „Żałuję, że nie urodziłam się w tamtych czasach”. Zazdroszcząc jej młodości, jednocześnie świetnie ją rozumiałem, bo sam czasem mam – muzyczne – wrażenie, że urodziłem się o parę lat za późno.
[more]
Dziś chciałbym wspomnieć o kolejnym zespole, który zawiązał się pod sam koniec lat 60., a przez kilka następnych uznawany był za jeden z najlepszych. Za ten, który balansował gdzieś między hard rockiem a rockiem progresywnym, za ten wreszcie, który jako pierwszy zastosował w składzie dwie gitary prowadzące.
Wishbone Ash
to była tak znacząca formacja, że redaktor Majewski pisząc w 1979 roku w tygodniku „Razem” recenzję drugiego krążka Dire Straits, porównał braci Knopflerów i kolegów do niej właśnie. Wishbone Ash działają nadal, podobnie jak np. Budgie czy Uriah Heep, ale jest to dziś raczej tylko pogoń za własnym cieniem. Nie mam jednak zamiaru pastwić się nad ich dorobkiem z ostatnich ponad trzydziestu lat, lecz pragnę pochylić się nad znakomitym początkiem.
Importem muzyki WA nad Wisłę zajął się, a jakże, Piotr Kaczkowski. Skutecznie zaraził nią moich braci, a razem z nimi – mnie. Fragmenty dwóch pierwszych płyt, nagrane na taśmach magnetofonowych, mam na zawsze zapisane na osobistym twardym dysku (czytaj: w głowie), nuta po nucie. I niezmiennie od ponad czterdziestu lat jestem w tych dźwiękach zakochany.
Zespól utworzyło
czterech znakomitych instrumentalistów:
Andy Powell – g, voc, Ted Turner – g, voc, Martin Turner – b, voc, Steve Upton – dr. Gitarzyści uznawani byli przez kilka kolejnych lat za absolutną światową czołówkę. Finezyjne podejście do materii muzycznej, jedyne takie połączenie łojenia z elegancją, rewelacyjne chórki, współbrzmienia głosów, do tego zestaw pięknych rockowych ballad (z Persephone i Everybody Needs a Friend na czele) – to naprawdę dostatecznie dużo, by nie wolno było pomijać tej grupy, gdy mowa o zjawiskach w rokendrolu najistotniejszych.
Była to jedna z tych kapel, które debiutowały jako w pełni już dojrzałe i ukształtowane. Tak jak na przykład Doors, Steely Dan, Dire Straits czy później Pearl Jam. W ten sposób nokautuje się rynek, odbiorców – nie sposób przecież nie dać się porwać takiej muzyce – ale i zawiesza poprzeczkę na bardzo wysokim poziomie. Bo wiadomo, że lepiej już raczej być nie może, nie ma mowy o rozwoju, dojrzewaniu, wspinaniu się na szczyt. Pozostaje wyłącznie walka z samymi sobą, wyścig z pierwszą płytą. A to udawać się może tylko przez jakiś czas. W przypadku Wishbone Ash przez około dekadę. To w końcu nie tak mało – a jest w czym wybierać, bo pereł tam całe mnóstwo.
Pierwszy album
ukazał się w 1970 roku. Trzy rasowe rokendrole na pierwszej stronie wydawnictwa analogowego – Blind Eye, Lady Whiskey i Queen of Torture oraz balladowe Errors od My Way, a do tego trudniejsze do zdefiniowania, jeśli chodzi o stylistykę (to stąd ta wspomniana wyżej progresywność) Handy i Phoenix.
Rok później wyszedł Pilgrimage. Porywające Vas Dis, The Pilgrim i Jail Bait na początek. Znów sporo – tak jak w drugiej części debiutu – fragmentów instrumentalnych, ponadto rzewne gitary, które stały się jednym ze znaków rozpoznawczych grupy, w Lullaby czy Valediction.
Argus (1972), trzeci krążek z takimi numerami jak Time Was i Blowin’ Free, odniósł największy sukces. Jest bardziej jednorodny stylistycznie, muzyka zespołu trochę zelżała. W 1974 roku doszło do pierwszej zmiany personalnej. Odszedł Ted Turner, a na jego miejsce pojawił się Laurie Wisefield. Ciągle jeszcze było nieźle, wciąż powstawały świetne utwory, ale
twórczy regres
stawał się coraz wyraźniejszy. Znaczenie zespołu malało, kryzys, który dopadł klasyczny hard rock u schyłku lat 70., nie ominął także WA. Gdzieś od Just Testing (1980) mamy już wyraźny spadek formy. Zmian personalnych było bez liku, dziś z oryginalnych członków pozostał tylko Andy Powell. Zespół wciąż koncertuje, odwiedza także Polskę. Może, mimo tego, co napisałem, kiedyś się złamię i wybiorę na któryś z występów. Na pierwszych płytach jest przecież tyle znakomitych piosenek, a bez nich żaden koncert grupy obyć się nie może.
Lata 80. to był pierwszy duży dołek dla muzyki rokendrolowej. Mistrzowie z poprzednich dwóch dekad w zdecydowanej większości przebywali w strefach niżów artystycznych pomieszanych częstokroć z zapaściami fizycznymi będącymi skutkiem wszelakiego nadużywania.
[more]
Już parę lat wcześniejsza zmiana, gdy w dyskotekach Abbę zdetronizowali Boney M, wydaje się bardzo znamienna. Syntezatorowa sieczka zdominowała nie tylko listy przebojów, ale i upodobania wielu młodych ludzi. Jeśli pozostawić na boku punk, a mówić raczej o tzw. mainstreamie – gitarowe granie ewoluowało w stronę metalu, albo wypolerowaną i gładką do bólu, albo strashną i speedową, deathową i blackową. W efekcie dostawaliśmy najczęściej coś, co było tylko żałosną karykaturą rokendrola, coś, co całkowicie pozbawione zostało bluesowych korzeni. Na szczęście – do czasu.
Za oceanem pojawili się m.in. Guns’N’Roses, Living Colour i Red Hot Chili Peppers,
kiełkował grunge.
Gorzej działo się na starym kontynencie – co prawda siła U2 rosła, ale The Smiths nie dotrwali do końca dekady.
Śpiewających, grających, a nawet komponujących dam było trochę w dziejach ostrego łojenia – z Janis Joplin na czele. U progu lat 80. zalśniła gwiazda Pretenders i Chrissie Hynde, jednak żadnej pani nie udało się (a ściślej: nie udaje) tak mocno i tak długo mieszać w kotle jak urodzonej w 1969 roku Angielce Polly Jean Harvey.
Powrót pierwotnej surowości,
ale i melodii oraz świetnych riffów w wydaniu Nirvany, Pearl Jam i właśnie Harvey (choć oczywiście nie tylko ich) na początku lat 90. to wielka ulga dla tych, którzy zwątpili, że swing w rocku jeszcze kiedykolwiek odżyje. Pojawiło się zupełnie nowe pokolenie artystów, spośród których wielu stanęło u samych źródeł tej muzyki. Z całą jej – najlepiej pojętą – prostotą.
Start PJ był znakomity. Liderka tria doskonale wiedziała, o co jej chodzi, była już w pełni ukształtowaną artystką. Pierwszy album – Dry – ukazał się w 1992 roku, wydany nakładem małej wytwórni Too Pure. Rok później wydała swój drugi krążek, Rid of Me, dla stajni Island (z którą ma zresztą do dziś podpisany kontrakt). Przyszło uznanie krytyki, innych muzyków oraz publiczności.
Odnoszę wrażenie, że rodzime media znacznie rzadziej pochylały się i pochylają nad brytyjską artystką niż panami z okolic Seattle, a niesłusznie. Bo to potężny kawał grania.
Zmagania olimpijskie w Soczi coraz bliżej. Kolejny to pretekst, by sięgnąć pamięcią wstecz, tym razem do czasu zimowych igrzysk w 1976 roku. I bynajmniej nie po to, by przypomnieć jakiś spektakularny sukces polskich reprezentantów, bo takiego nie było. Rozpamiętywanie 1-16 hokeistów z ZSRR też do przyjemności nie należy.
[more]
Był czas, że imponowało mi ogromnie, iż jeden człowiek tworzy całą muzykę, otacza się baterią syntezatorów i robi za orkiestrę. Lata 70. rozwinęły to, co zrodziło się w poprzedniej dekadzie: rock symfoniczny oraz muzykę elektroniczną, w której mistrzami okazali się, jakże by inaczej, Niemcy.
Tej drugiej nigdy nie polubiłem. Nudziło mnie epatowanie rozciągniętymi do – nie raz i nie dwa – granic nieprzytomności nut, fraz, wichrów, szumów, zlepów i ciągów. Bliższe były mi popisy klawiszowców sztandarowych grup progresywnych – Keitha Emersona, Ricka Wrighta, Tony’ego Banksa czy Ricka Wakemana.
Ten ostatni miał wtedy świetny czas – grał w jednej z najwybitniejszych grup tego gatunku, Yes, nagrywając z nią najlepsze w całej dyskografii płyty, a jednocześnie rozwijał solową karierę, by w 1974 roku – zniechęcony artystyczną stagnacją – opuścić zespół i zająć się tylko własnymi projektami. The Six Wives of Henry VIII, Journey to The Centre of The Earth, Miths & Legends of King Arthur czy Criminal Record uczyniły z niego pierwszoplanową postać wsród wirtuozów klawiatur. Na pewno siłą jego pomysłów było odchodzenie od konceptów czysto elektronicznych, a nagrywanie utworów krótszych, kilkuminutowych oraz zatrudnianie orkiestry, chórów, zespołu rockowego czy perkusisty, co czyniło jego przekaz znacznie bardziej urozmaiconym i nie tak chłodnym jak propozycje zachodnioniemieckie.
W 1977 roku wydał album White Rock, Muzyka na nim zawarta stanowiła muzyczną ilustrację dokumentalnego filmu o zmaganiach sportowców podczas Igrzysk Olimpijskich w Innsbrucku rok wcześniej. Jeśli Prodigy dowalili do pieca komputerami w Breathe, to co powiedzieć o brawurowym – i zupełnie innym od pozostałych na krążku – utworze tytułowym z płyty Ricka Wakemana?
Słowa, które posłużyły za tytuł tego wpisu, wypowiedział kiedyś Mark Knopfler. Tak samo jak zdanie „Żadnego seksu, żadnych prochów, tylko rock’n’roll”.
[more]
Z niejakim przerażeniem konstatuję, że od wydania Brothers In Arms mija dwadzieścia dziewięć lat. Szmat czasu. Wśród nowości w 1985 roku ten album, obok The Dream of The Blue Turtles Stinga, wydał mi się najlepszy. Mimo iż wyżej cenię sobie dwie pierwsze płyty Dire Straits, w przypadku tego krążka, podobnie jak Love Over Gold, nie sposób nie dostrzec rozmachu aranżacyjnego – i to w najlepszym tego słowa rozumieniu.
Nigdy nie przepadałem za największymi przebojami – Money For Nothing oraz Walk of Life, które jawią mi się jako dość błahe. Tytułową kompozycję, od lat bijącą się o palmę pierwszeństwa ze Stairway To Heaven Led Zeppelin w „Topie wszechczasów” radiowej Trójki, doceniam, bo to świetny numer, ale uczestnictwo w finałowej rozgrywce traktuję raczej jako wyraz uwielbienia fanów dla całego dorobku kapeli niż szczególne wyróżnienie tego akurat numeru.
Od zawsze natomiast szczególną atencją darzę Why Worry oraz Ride Across The River – dwie fenomenalne, perfekcyjne pod każdym względem piosenki. Pierwsza to – cóż za banał – miłosne wyznanie. Oprawione jednak w przepiękną melodię i mistrzowskie uderzenia lidera kapeli w struny gitary. Taki „snuj”, który właściwie mógłby nigdy się nie kończyć.
Druga nie ma już tak jasnego i optymistycznego przesłania:
Nothing gonna stop them as the day follows the night
Right becomes wrong, the left becomes the right
And they sing as they march with their flags unfurled
Today in the mountains, tomorrow the world
(Nic ich nie zatrzyma, tak jak dnia, który nastąpi po nocy
Czerń jest bielą, racja kłamstwem
Śpiewają pod rozpostartymi sztandarami
Dzisiaj te szczyty, jutro cały świat).
Zdecydowanie nie jestem miłośnikiem reggae, ale na bazie takich rytmów powstało wiele znakomitych numerów rockowych. Ride Across The River to bez wątpienia jeden z nich.
Klasa średnia? W Polsce? Dobre sobie. To jak postawienie znaku równości między człowiekiem wykształconym a kulturalnym (dawniej, powiedzmy jeszcze w PRL-u), albo człowiekiem wykształconym i mającym wyższe wykształcenie (dziś)
[more]
Gdy kiedyś doczytałem się, że Jeremi Przybora miał za sobą „tylko” maturę, poczułem się, jako magister z lat 80., niezbyt dobrze. On z łaciną i greką, ja z odmianą czasownika to be w czwartym roku nauki języka angielskiego.
Albo przypadek Artura Sandauera, oczekującego od swoich doktorantów znajomości czterech języków obcych, w tym dwóch klasycznych. I długo niemogącego otrzymać tytułu profesorskiego jako niespełniającego jednego warunku: brakowało mu wychowanków – doktorów.
Przed parunastu laty sędziwa już Irena Jurgielewiczowa była nominowana do literackiej nagrody Nike. W wywiadzie udzielonym „Polityce” westchnęła z nostalgią, że przed wojną człowiek wykształcony był jednocześnie kulturalnym. Czytał, bywał – w teatrze, kinie, na wystawach. Dziś – powołała się na przykład swoich wnuków – jest tak, że można się mienić osobą kulturalną, nie bywając i nie czytając. Praca wielu ludzi tak bardzo absorbuje, że nie starcza im już ani czasu, ani ochoty na cokolwiek innego. Czy to jednak – dodam od siebie – wszystko ma tłumaczyć?
Klasa między Tatrami i Bałtykiem to coś niezwykle rzadkiego, coś, co nie ma absolutnie nic wspólnego ze średnią (krajową). I na odwrót, pojęcie średniej nijak ma się tutaj do klasy. I nikt mnie nie przekona, że jest inaczej. Albo że coś tu się zmieni w niedalekiej przyszłości.Klasa średnia? Wychodzi mi, poloniście za przeproszeniem (choć niepraktykującemu), że to oksymoron*. Bez przeproszenia.
__________________
* W językoznawstwie: przenośne zestawienie pojęć o przeciwstawnym, wykluczającym się wzajemnie znaczeniu, np. gorzkie szczęście, wymowne milczenie (za słownikiem języka polskiego).