Dylan In The Night

dylan_shadows

Bob Dylan, kompozytor niezliczonej ilości genialnych pieśni wykonywanych przez niezliczone rzesze śpiewaków na całym świecie – uczynił z cudzych kompozycji coś bardzo charakterystycznego dla siebie, niepowtarzalnego.

[more]

Moskwę i Lizbonę dzieli chyba wszystko: wiele granic, klimat, kultura, historia. Łączy te miasta właściwie jedynie przynależność do jednego kontynentu, Europy. Z Nowego Jorku do Los Angeles jest niemal taka sama odległość jak ze stolicy Rosji do stolicy Portugalii, a przecież wszystko, co pomiędzy nimi, to – jakkolwiek bardzo złożona – jedna Ameryka, jedno państwo. I, co bodaj najistotniejsze, wspólny język. Z tej hybrydy, z tego patchworku, z bezustannego przenikania się wszelakich zjawisk rodziły się i rodzą wciąż rzeczy wyjątkowe.

*

Piosenki są jak marzenia senne,

które człowiek stara się urzeczywistnić. Jak nieznane kraje, które pragnie odwiedzić. Piosenkę można napisać wszędzie, w przedziale kolejowym, na jachcie, w siodle – bycie w ruchu pomaga. Czasami nawet ludzie wielkiego talentu nie tworzą piosenek, bo nie są w ruchu. Ja też nie byłem w ruchu, przynajmniej fizycznie. Ale pisało mi się tak, jakbym był. Czasami inspiruje cię to, co widzisz i słyszysz„.*

*

Rokendrol ze wszystkimi swoimi przyległościami rósł i dojrzewał w kulturowej, obyczajowej i jakiej tam jeszcze opozycji wobec zastanego w połowie lat 50. i – zdecydowanie bardziej – w latach 60. porządku świata. Dziś sam od dawna jest częścią historii. Jego najwybitniejsi i, po prostu, najstarsi żyjący przedstawiciele niczego nie muszą już udowadniać, zapisali się na kartach nie tylko popkultury ostatniego półwiecza. Ze swych katedr, monumentów i gwiazdorskich galaktyk, z pozycji rockowych mentorów mogą już – bynajmniej nie tylko z powagą starożytnych mędrców – otwarcie przyznawać się do tego, że ich talenty nie rozkwitły na bezludnych, dalekich wyspach wśród jeszcze odleglejszych mórz, ale że dorastali i dojrzewali w wielokulturowych i, najoczywiściej, 

wielopokoleniowych tyglach.

Tworzyli coś nowego, odrębnego, ale jednocześnie wciąż poddani byli takim czy innym wpływom. Mając – jak na genialnych muzyków przystało – uszy szeroko otwarte, chcąc nie chcąc wchłaniali różne rzeczy, muzykę, którą zastali z chwilą pojawienia się na świecie, której słuchali ich rodzice, która dominowała w stacjach radiowych, muzykę wcześniejszych pokoleń.

Dziś ci mędrcy niczego nikomu nie muszą już udowadniać. Z dobrotliwym uśmiechem, z dystansem wobec siebie i świata przynależnym ludziom w okolicach siódmego krzyżyka spokojnie mogą przyznać się światu, że słuchali i słuchają, że w głowach mają i że kochają także takie nuty, do których za żadne skarby nie przyznaliby się pół wieku temu.

 

Paul McCartney, Eric Clapton i teraz Bob Dylan. Shadows In The Night – dziesięć piosenek, trzydzieści parę minut. Łączy je to, że wszystkie powstały w czasach „przedrokendrolowych”, wszystkie pojawiały się na Broadwayu i w Hollywood, wszystkie miał też w swym repertuarze

Frank Sinatra.

To Ameryka w blasku świateł: mieniąca się złotem, ale i blichtrowata, Ameryka oszałamiających damskich kreacji oraz świetnie skrojonych fraków i smokingów, ale i pełna tandety. Wymuskana, olśniewająco gładka, lecz także mdła od nadmiaru kiczu.

Kontrakt z tą wytwórnią był zwieńczeniem ciągu nieoczekiwanych wydarzeń, nigdy nie nastawiałem się na współpracę z dużą firmą płytową. Gdyby ktoś mi powiedział, że będę nagrywać dla Columbii, jednej z największych wytwórni w kraju, mającej w swoich szeregach gwiazdy głównego nurtu, takie jak Johny Mathis, Tony Bennett czy Mitch Miller, nie uwierzyłbym„.*

*

Konteksty z biegiem lat nieuchronnie odchodzą w niepamięć, pozostaje natomiast sztuka, w tym przypadku – piosenki: znakomite i, jak widać na załączonym przykładzie, wciąż będące wdzięcznym materiałem do obróbki. Jeśli Rod Stewart, ubrany w białą koszulę i czarny garnitur, idealnie wpisał się w główny nurt,  by odzyskać trochę dawnej popularności i zasilić konto świeżą gotówką – dał zliftingowaną, ale po staremu lukrowaną wersję 

American Songbook, 

to artysta innej – najwyższej – miary zrobił z tych utworów coś bardzo swojego: wieloosobową orkiestrę zamienił na kilkuosobowy, kameralny skład, gwałtowne instrumenty dęte zamienił na delikatnie znaczone dźwięki gitary. Samemu sobie pozostawił tylko… głos. Od Sinatry różniący się wszystkim. Dylan od lat już bardziej chrypi, niż śpiewa, bardziej skrzeczy, niż idealnie trzyma linię melodyczną, a przecież wciąż pozostaje mistrzem nad mistrze, z cudzych piosenek – on, kompozytor niezliczonej ilości genialnych pieśni śpiewanych przez niezliczone rzesze śpiewaków na całym świecie – uczynił coś tak bardzo charakterystycznego dla siebie, niepowtarzalnego. Tak, jak to tylko on potrafi. 

*

Wielkie sceny amerykańskich teatrów, blask rewii czy papierosowy dym ekskluzywnych kasyn zamieniamy na coś niewymuszonego, kameralnego, pozostającego w półmroku. Zamiast ociekającej dolarami produkcji otrzymujemy nagrania zrobione na setkę w jednym lub dwóch podejściach. Stary folkowiec, bluesman z paroma kumplami podśpiewuje równie stare amerykańskie hity. Jest pięknie. Play it again, Bob.

(Na talerzu lub w szufladce: Bob Dylan, Shadows In The Night, 2015)

[W NaTemat: 22 lutego 2015]

_________________________________

* Bob Dylan, Kroniki, tom I, Wyd. Czarne 2014.

Elbow: rozpychanie się łokciami niekonieczne

elbow

Czasem jest tak, iż mimo pewności, że propozycje jakiegoś wykonawcy nie posuwają historii rocka do przodu, sprawiają niemało frajdy przy słuchaniu.

[more]

*

Wielokrotnie dawałem znać o swej niechęci wobec 

produkcji tzw. progresywnych,

które uparcie czerpią wprost ze źródeł, z dokonań najważniejszych skądinąd kapel tego nurtu. Jak długo jeszcze można posługiwać się w skali jeden do jednego patentami wyeksploatowanymi w tamtym czasie i zajechanymi w kolejnych niezbyt świeżych realizacjach? Przy słuchaniu na przykład takich kapel jak Pineapple Thief niejednokrotnie zapala mi się żółte, a czasami po prostu czerwone światło.

Czasem jednak – dodam od razu, że znacznie rzadziej – jest tak, iż mimo pewności, że propozycje jakiegoś wykonawcy nie posuwają historii rocka do przodu, sprawiają niemało frajdy przy słuchaniu.

Nagrania 

brytyjskiego kwintetu

Elbow są mi znane o tyle, o ile. Nie jest on szczególnie popularny w Polsce, trudno usłyszeć go w radiu – i tym mniej miałem  okazji, by go polubić. Ale gdy kilkanaście dni temu w sklepie na S natknąłem się na krążek Dead In The Boot za całe dwanaście złotych, po szybkim przesłuchaniu trzech fragmentów pobiegłem z nim do kasy.

Kiedyś, przy okazji dzielenia się wrażeniami z koncertu rodzimej formacji Saintbox, pisałem, że jeśli chcę jeszcze słuchać progresji, to właśnie takiej. Dominujące w instrumentarium klawisze, łagodniejsze i płynące wolniej nuty niekoniecznie muszą od pierwszej chwili wprowadzać podniosły, niebezpiecznie zahaczający o patos nastrój: wyciskającą łzy gitarę, monumentalne klawisze i perkusję akcentującą powagę przekazu.

W przypadku Elbow, już za sprawą barwy głosu Guya Garveya skojarzenia z Peterem Gabrielem są nieuchronne. Ale, po pierwsze, solowy 

Gabriel

nie jest wcale taki progresywny, a – po drugie – słychać w muzyce zespołu także zupełnie inne wpływy. Co też zdecydowanie przydaje walorów całości.

Bo to raczej Gabriel właśnie niż – skądinąd – stare, dobre (i bardzo przeze mnie cenione) pięcio- i czteroosobowe Genesis, do tego coś z klimatu najlepszego Talk Talk – z okresu Colour of Spring. Ale kłaniają się też wpływy trip hopu (McGreggor), jak i klasycznego rocka. Już w utworze otwierającym płytę, Whisper Grass, mamy sporo gwałtownych przesterów, które nieodparcie przywodzą na myśl psychodelię à la Doors. Ciepłe uczucia wyzwala swingująca gitara akustyczna w chyba najlepszym na płycie, pulsującym The Long War Shuffle. Wielkiej urody jest trzeci kawałek –Lay Down Your Cross – kolejny dowód na to, jak wdzięczną materią dla rockmanów potrafi być walc. 

Całość robi bardzo przyjemne wrażenie: koi, a przy tym bynajmniej nie nudzi. Jak wspomniałem, trudno w tym graniu odnaleźć jakieś szczególnie oryginalne rysy, a jednak 

poczucia smaku

i kultury muzycznej odmówić mu nie sposób. A to przecież „zaledwie” płyta stworzona ze stron B singli. 

Może nie jest to najbardziej zmysłowa* muzyka, jaką znamy czy możemy sobie wyobrazić, ale z pewnością mogąca dostarczyć wielu miłych doznań w czasie słuchania. A to przecież niemało.

_________________________

* Podaję za wikipedią: nazwa zespołu pochodzi z nadawanego przez BBC serialu „Śpiewający detektyw”, w którym główny bohater – Philip Marlowe – stwierdza, że słowo „elbow” (ang. „łokieć”) jest najbardziej zmysłowym słowem w języku angielskim, nie ze względu na znaczenie, a uczucie towarzyszące jego wypowiadaniu.

(Na talerzu lub w szufladce: Elbow, Dead In The Boot, 2012)

[W NaTemat: 15 lutego 2015]

Panowie, dziewczyny zwiewają stąd!

motown

Co łączy spółkę autorską Holland – Dozier – Holland, The Birds – kapelę, w której zaczynał karierę późniejszy gitarzysta Rolling Stones, Ronnie Wood, The Who, Motörhead i Pearl Jam? Ano jeden fantastyczny numer: „Leaving Here”.

[more]

*

Nie będę udawał, że poznałem ten kawałek jako osesek, ciągnąc mleko z butelczyny, albo tylko trochę później, bawiąc się klockami gdzieś pod stołem. Nastąpiło to dopiero w 2003 roku, gdy którejś soboty zabraliśmy się z żoną od znajomych przed północą, aby zdążyć jeszcze do MM i – w ramach weekendowych okazji – nabyć świeżo wydany podwójny album Lost Dogs Pearl Jam za całe cztery dychy.To wtedy wśród bezmiaru muzyki pomieszczonej na dwóch CD pierwszy raz wyłowiłem w pewnym utworze stare, tak ukochane przeze mnie brzmienie lat 60. Dopiero potem skonstatowałem, że nic w tym dziwnego, bo pochodzi on z tamtych właśnie czasów.

Soul, rhythm & blues – swing, dęciaki, chórek, czyli jedyne w swoim rodzaju brzmienie Motown. Piosenka Leaving Here wyszła spod rąk słynnej spółki autorskiej Holland – Dozier – Holland. Pierwsze wykonanie – Eddiego Hollanda – ujrzało światło dzienne w postaci singla w grudniu 1963 roku. Co tu dużo mówić – wersja to wzorcowa, znakomita i pełna ognia.

I wkrótce dzieje się z tym kawałkiem coś idealnie wpisującego się w tamte czasy – czyli młodzi Brytyjczycy zachłystują się muzyką czarnej Ameryki. The Birds, formacja, w której zaczyna swoją karierę Ronnie Wood, późniejszy gitarzysta Rolling Stones, nagrywa ten utwór w kwietniu 1965 roku. 

W tym samym czasie The Who dokonują trzech podejść do tego numeru. Ale trzeba było długo czekać, aby odnaleźć któreś z nich na płytach zespołu. Stało się to dopiero w 1985 roku na kompilacji Who’s Missing, a następnie kompaktowej wersji Odds & Sods (1998). W 2000 roku ukazał się album BBC Sessions, na którym znalazła się wersja live. No i –  tak jak w przypadku Birds – mamy gitarowe, bezkompromisowe łojenie. Trudno się dziwić, że w stronę The Who mocno zerkali dekadę z okładem później punkowcy – ze szczególnym uwzględnieniem The Jam.

Nie zaskakuje też fakt, że wielki fan Birds, Lemmy, umieścił ten utwór na EPce England w 1977 roku, a następnie pierwszym krążku Motörhead, On Parole (1979).

W stronę brytyjskich wykonań z lat 60. zerkał też Eddie Vedder, który wprost przyznaje, że bardzo bliskie są mu losy głównego bohatera rockopery The Who Tommy (1969), że ta muzyka pozwoliła mu przetrwać trudne chwile w młodości. Nie jest więc zaskoczeniem, że utwór ten mają w swoim repertuarze Pearl Jam. Pierwszy raz znalazł się on na płycie Home Alive (1996), a siedem lat później powrócił wśród stron B singli i innych rarytasów na wspomnianym wyżej Lost Dogs. I w ten sposób dokonało się, jakże charakterystyczne, pełne rokendrolowe koło: czarni Amerykanie – Brytyjczycy – biali Amerykanie.

Moją uwagę zwróciło ponadto całkiem świeże wykonanie tego utworu przez młodziaków z Zielonej Wyspy – The Strypes.

[W NaTemat: 8 lutego 2015]

Rock and roll circus za sto lat

rocknroll

Z całych minionych stuleci zostało mniej partytur niż płyt współcześnie nagranych i dostępnych w pierwszym z brzegu sklepie muzycznym. Czy Beatles, Doors albo Hendrix ważni są tylko – mimo kłopotów ze wzrokiem – dla mniej więcej dwóch pokoleń, czy też będzie się o nich pamiętać (jeśli biała rasa i kultura Zachodu przetrwają) także za kolejnych pięćdziesiąt czy sto lat?

[more]

*

Na marginesie przedostaniego wpisu chcę podzielić się nawiedzającą mnie regularnie refleksją – na temat arcydzielności domniemanej lub rzeczywistej, tego piania, tych ochów, także moich skromnych, nad jedną czy drugą płytą, a czasem wręcz całym dorobkiem jakiegoś wykonawcy.

Z całych minionych stuleci zostało mniej partytur niż płyt współcześnie nagranych i dostępnych w pierwszym z brzegu sklepie muzycznym. Możliwość utrwalania zapisu dźwięku to całkiem niedawny wynalazek, a uczynienie z wydawania płyt przemysłu na wielką skalę, wielkoprzemysłowej produkcji – ma jeszcze krótszą historię.

 

Czy te wiekopomne dzieła rockowe nie są takimi jedynie dla tych, którzy za sprawą przynależności pokoleniowej otarli bądź ocierają się o nie? Którzy się, jak to się ładnie mówi, na nich wychowali? Widzę wyraźnie, że to, co stanowi istotę rockowej sprawy dla mnie, dla moich synów wcale takim nie jest. Czy Beatles, Doors albo Hendrix ważni są tylko dla mniej więcej dwóch pokoleń, czy też będzie się o nich pamiętać (jeśli biała rasa i kultura Zachodu przetrwają) także za kolejnych pięćdziesiąt czy sto lat? Wiele obwołanych arcydziełami dzieł, na przykład literackich, po dłuższym lub krótszym czasie utraciło bezpowrotnie swe aureole.

Wielokrotnie miałem okazję się przekonać, że dla moich rówieśników, pierwszych roczników sześćdziesiątych, najważniejsze nazwy i nazwiska z tamtej dekady znaczą niewiele lub zgoła nic, że załapali się dopiero na muzykę lat 70. Jakie to wszystko ulotne, względne. A jednocześnie przecież – tak wielu dziś bardzo młodych muzyków pełnymi garściami czerpie z dorobku wykonawców aktywnych w latach 60. i 70.

No i do tego ta pewność, że czas z większością tej ukochanej nie tylko przeze mnie muzyki obejdzie się brutalnie i bez sentymentu. Bardzo jestem ciekaw, co z niej ocaleje, przetrwa, co stanie się jedynie przedmiotem badań maniaków – historyków rocka, a co z tych wielkości bezpowrotnie przykryje mgła czasu. I wreszcie – odbyłoby się to najpewniej ku naszemu zdumieniu – co niedocenianego dziś wywindowane zostanie przez przyszłe pokolenia na sam szczyt dokonań pop music drugiej połowy XX i początku XXI wieku?

[W NaTemat:2 lutego 2015]

Zmarł Jan „Kyks” Skrzek

kyks

Żeby tu, nad Wisłą – a ściślej: nad Rawą – być bluesmanem na wzór i podobieństwo czarnych Amerykanów, w odwiecznej opozycji natura – kultura cudownie uosabiać tę pierwszą – to zaiste wyjątkowe.

[more]

*

„Jo je najszczynśliwszy, jak moga zajechać do dom, do Michałkowic, i sie po ślunsku pogodać” – tak wiele lat temu, zaraz po rozpadzie SBB, powiedział Józef Skrzek, Józa, starszy brat Jasia.

Który nie miał tych problemów – był Ślązakiem z krwi i kości, naturszczykiem do bólu i łez radości. Takich jak on nie było i nie jest wielu. Żeby tu, nad Wisłą – a ściślej: nad Rawą – być bluesmanem na wzór i podobieństwo czarnych Amerykanów, w odwiecznej opozycji natura – kultura cudownie uosabiać tę pierwszą – to zaiste wyjątkowe. Józef, kształcony w muzycznych szkołach, zrobił karierę wykraczającą poza granice Polski. Obdarzony bez porównania większym, wspanialszym głosem Jan pozostał przez całe życie synem swej ziemi.

Wielokrotnie, zwłaszcza – przyznaję – przed laty, miałem go okazję słuchać na żywo: a to na Rawach Blues, a to na różnych spędach, jakich pełno było w latach 80., na wspólnych występach z bratem Józefem, a także gościnnie występującego przed Dżemem albo razem z tyskim bandem. Ujmujące w swej prostocie i bezpośredniości były jego piosenki i cały przekaz. Nie mogły ujść uwadze niepospolite umiejętności jako pianisty i harmonijkarza. Scena ukazywała inne jego oblicze – świetnego muzyka.

*

Jan Skrzek urodził się w 1953 roku w Siemianowicach Śląskich. Przygodę z muzyką rozpoczął jako dwudziestolatek, w jazzrockowym zespole Rak. Po raz pierwszy na okładce płyty jego nazwisko pojawiło się w 1981 roku – wziął udział w nagraniu ostatniej przed rozwiązaniem płyty SBB, Memento z banalnym tryptykiem. Później także uczestniczył w sesjach nagraniowych Józefa Skrzeka – albumów Wojna światów i Józefina.  W tym samym czasie – w 1983 roku – zagrał na płycie Elżbiety Mielczarek – Blues.

Jego pierwsza solowa płyta, Górnik Blues, ukazała się w 1986 roku, a dwa lata później drugi album, Nikt nie zawróci kijem Wisły. Kyksówka Blues (1989) i Nowy Świat Blues (1992) zostały nagrane z zespołem Bezdomne Psy (Leszek Winder, Jerzy Kawalec – obaj ex-Krzak – i Michał Giercuszkiewicz – ex-Dżem). Ich kolejna wspólna płyta (oraz jeszcze Rafała Rękosiewicza i Bronisława Dużego), Modlitwa bluesmana w pociągu, poświęcona Ryszardowi Riedlowi, uznana została bluesowym albumem roku 1997.

Po śmierci „Kawy” w 2003 roku Bezdomne Psy przekształciły się w Śląską Grupę Bluesową w składzie: Winder, Giercuszkiewicz, Mirosław Rzepa i Jan Skrzek. Kapela wydawała płyty i stale koncertowała. To właśnie koledzy z zespołu znaleźli nieprzytomnego Skrzeka w jego mieszkaniu.

Kyks  zagrał – na płytach, festiwalach czy pojedynczych koncertach – z całą armią muzyków bluesowych w Polsce. Ostatnie takie nagrania to znakomity – byłem, widziałem – koncert Pamięci Pawła Bergera Dżemu (wyd. 2007) oraz Piąta strona świata (2011) śląskiego rapera Miuosha.

Jan Skrzek zmarł 29 stycznia 2015 roku w Katowicach.

*

Pozostał ślunskim chopem, którego nie raz widywałem, jak szedł gdzieś z epą lub dwiema epami (reklamówkami) w rękach – niepozornym człowiekiem, robotnikiem, górnikiem, jakich wielu w tym miejscu na mapie. Na co dzień – zbyt prostolinijnego, naiwnego człowieka, by zabiegać o zaszczyty, sławę, o lepszy czy większy kawałek tortu od życia.

Kyks już umarł przed laty. W „Śmierci jak kromka chleba” Kazimierza Kutza, filmie o tragedii pierwszych dni stanu wojennego i wydarzeniach w kopalni „Wujek” zagrał jednego z zabitych górników. Teraz śmierć naprawdę przyszła po niego.

[W NaTemat: 29 stycznia 2015]

(The) Who Are You

who_odds

Jak to się stało, że kwartet nigdy nie zaistniał w szerszej świadomości rockfanów nad Wisłą? The Who przecież byli tam, gdzie działy się wielkie rzeczy – w 1967 roku na Monterey Pop Festival, dwa lata później wystąpili w Woodstock. Wystawili także dwie znaczące rockopery.

[more]

*

Przez całe dziesięciolecia muzyka przedostawała się

z Zachodu nad Wisłę

w bardzo skromnym wymiarze. Poza wybrańcami losu mającymi z tych czy innych względów dostęp do wydawnictw zza żelaznej kurtyny, gardło to bardzo długo było wąskie jak Program III Polskiego Radia, jego ramówka reglamentująca audycje muzyczne – i w końcu upodobania redaktorów je prowadzących.

Co mi, rocznikowi 1962, zostało w pamięci? „Muzyczne Poczty UKF” – Witolda Pogranicznego z muzyką polską („Co mam zrobić, jeśli Państwo ciągle proszą o Czerwone Gitary, Marylę Rodowicz i Czesława Niemena?”), Dariusza Michalskiego z graniem z demoludów i, jak przyszło co do czego, nowymi nagraniami SBB, Marka Gaszyńskiego z ostrzejszą odmianą rocka, ale zbyt często gitarową popeliną w stylu Sweet, Slade czy Suzi Quatro. 

Długo okrętami flagowymi rozgłośni były środowe „Poczty” i „Tonacje” oraz zmieniający swoje miejsce – raz we wtorki, raz w czwartki – „Minimax” Piotra Kaczkowskiego. Był oczywiście jeszcze „Bielszy odcień bluesa” Wojciecha Manna i Jana Chojnackiego, ale skupiony, jak podpowiada sama nazwa, na bluesie, był Janusz Kosiński z „Odkurzonymi przebojami” (bajko ty moja, w 1978 na przykład odkurzał Cream albo Free, czyli utwory okołodziesięcioletnie zaledwie), trochę później pojawił się Marek Wiernik serwujący nowe gitarowe brzmienia. Był – niestety sporadycznie – Jerzy Janiszewski. Zmierzam do tego, że nieuchronne filtrowanie i tak niewielkiej rzeczki zamiast oceanu muzyki przez gusta kilku – kilkunastu radiowców powodowało, że pewne nazwy – nawet z tych największych – nie były darzone szczególną atencją, a ich nagrania stanowczo zbyt rzadko pojawiały się na antenie.

Z pierwszego pokolenia brytyjskich rokendrolowców – nawet jeśli weźmiemy poprawkę na, generalnie, tendencję spadkową w latach 70. – nie dano polskim fanom zapomnieć o Stonesach. Beatles, choć prawdziwy renesans zaczęli przeżywać dopiero od następnej dekady, zawsze mogli liczyć na łaskawość i przychylność. Ale, przejdę do konkretów, The Kinks czy The Who już niekoniecznie.

*

W 1986 roku wraz z rodzicami, na pokładzie FSO 1500 (już nie Fiata 125p, bo zirytowani jakością produktu Włosi odebrali nam licencję) udawałem się na dwa tygodnie do Grecji. Tuż po przekroczeniu granicy w Cieszynie, w jego czeskiej części namierzyłem sklep z płytami, a na wystawie The Best of The Who, wydany przez Supraphon na licencji Polydoru. Wtedy takie wydawnictwa były rzadkością i

rozpalały wyobraźnię…

Wracaliśmy tą samą drogą (ja z pieczołowicie chronioną L.A. Woman Doorsów), zatrzymaliśmy się tuż przed przekroczeniem ostatniej granicy. Uprosiłem tatę, by odpalił mi odpowiednią ilość koron. Wszedłem do sklepu. I zupełnie nie pamiętałem w tym momencie, że płyta to po czesku deska.- The Who…- Dehu? – zażywna, trzymająca skrupulatnie knedlikową dietę pani za ladą bez cienia uśmiechu wyraziła swe niezrozumienie tematu. – Jaku dehu?! – No, The Who… – Dehu? – spytała raz jeszcze, nie kryjąc niechęci. Nie umiejąc się porozumieć, wskazałem odpowiednią okładkę z witryny. – Aaa, Dehuvku…

*

W 2010 roku rzuciłem się na zremasterowane wersje płyt The Beatles, w tym samym czasie w domowym zbiorze pojawiły się upragnione Get Yer Ya Ya’s Out i Let It Bleed Rolling Stones (dziś można już upolować większość płyt The Glimmer Twins z lat 60.). I chyba wtedy też zakupiłem My Generation – The Very Best of – w końcu coś The Who na CD.

Ale dopiero w ostatnich kilku miesiącach nabyłem wreszcie – bo wreszcie dostępnych w Polsce – osiem katalogowych płyt zespołu. Co nie bez znaczenia – w cenie 19,99 zł za sztukę. I właśnie teraz mam taki okres, że domięśniowo i dożylnie aplikuję sobie, bez jakiegokolwiek znieczulenia, nagrania kwartetu. Wspaniałe są takie korepetycje – jeśli nie dane mi było poznać tych płyt wcześniej (poza Who’s Next), tym świeższym uchem docierają one do mnie teraz.

Jest bosko. Genialność Who’s Next doceniłem już dawniej. Live At Leeds powala swoją mocą, żywiołowością wykonań na żywo. Sell Out to klasyka – ten wyjątkowy 1967 rok! Odds & Sods to potężna, blisko osiemdziesięciominutowa w wersji kompaktowej dawka rarytasów. By Numbers zadziwiająco pięknie nawiązuje do brzmień z poprzedniej dekady, a i na Who Are You, wydanej tuż przed śmiercią bębniarza, Keitha Moona, jest wiele dobrych momentów.

*

The Who zaczynali jako naśladowcy Beatlesów i Stonesów, by błyskawicznie stać się w

trzecią siłą brytyjskiego rocka.

I wciąż czerpiąc z pionierskich lat rokendrola, przeistoczyli się w rasowy i nowoczesny band gitarowy w końcu lat 60. Rozwalali instrumenty na zakończenie swych występów, ale – co bez porównania istotniejsze, tak jak Rolling Stones – mieli uszy i oczy otwarte na wszystko to, co działo się u schyłku dekady. Psychodelia czy hard rock spod znaku Cream i Led Zeppelin – to wszystko umiejętnie przeszczepili na swój grunt. Nie atakując nadmiarem przystawek (co słychać w Live At Leeds), potrafili powalić mocą brzmienia. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że kwartet nigdy nie zaistniał w szerszej świadomości rockfanów nad Wisłą. The Who przecież byli tam, gdzie działy się wielkie rzeczy – w 1967 roku na Monterey Pop Festival, dwa lata później wystąpili w Woodstock. Wystawili dwie znaczące rockopery: Tommy’ego w 1969 roku i Quadrophenię w 1973.

Po przedwczesnej śmierci Keitha Moona w 1978 roku Pete Townshend, Roger Daltrey i John Entwistle nie bardzo wiedzieli, co dalej ze sobą począć. Pierwszy z nich zastanawiał się, czy nie należałoby zatrudnić dwóch perkusistów, częściej jednak dominowała myśl o rozwiązaniu zespołu – jak w przypadku Led Zeppelin po śmierci Bonhama. Stało się to w 1982 roku, po nagraniu jeszcze dwóch albumów z Kenneyem Jonesem na perkusji. Jednak kolejne trzy lata później zameldowali się na Live Aid i ostatecznie dali spokój z deklaracjami o zawieszeniu instrumentów na kołkach – czyli występowali nadal. Nawet śmierć basisty Johna Entwistle’a w 2002 roku nie odwiodła ich od tego. Ich – już tylko dwóch oryginalnych członków bandu. 

W 2013 roku kolejny raz wystawili w Londynie Quadrophenię, a jej zapis można na różnych nośnikach nabyć także w polskich sklepach. W ubiegłym roku w sieci pojawił się nowy kawałek kapeli – Be Lucky. Wyraźnie dowodzi to, że Townshend i Daltrey, wbrew młodzieńczej deklaracji wokalisty w słynnym numerze My Generation z 1965 roku, że chciałby umrzeć, nim się zestarzeje, mają zamiar grać póki sił im starczy.

Ufam, że przyjdzie niebawem pora, by zatrzymać się na dłużej przy jednym czy drugim albumie The Who.

[W NaTemat:25 stycznia 2015]

The One and Only – Mr. Joe Cocker

cocker_live

„Please, give a very warm welcome: to the One… and Only – Mr. Joe Cocker!” – tak 5 października 1989 roku w Memorial Auditorium w Lowell w stanie Massachusetts konferansjer wywołał na scenę gwiazdę wieczoru.

[more]

Album zawierający trzynaście utworów zarejestrowanych podczas tego koncertu oraz dwie premierowe piosenki ukazał się w maju następnego roku i szybko został zaprezentowany w Polskim Radiu.

Zwariowałem – materiał mnie zachwycił. Drugi raz zwariowałem, gdy zorientowałem się, że podczas nagrywania mój magnetofon kasetowy odmówił posłuszeństwa. Wysiadł, jeśli dobrze pamiętam, wałek napędu, co powodowało raz po raz wolniejszy od przewidzianego przesuw taśmy. Wściekły, obiecałem sobie wtedy, że gdy odtwarzacz płyt kompaktowych pojawi się w domu, jednym z pierwszych zakupów CD będzie właśnie ten krążek.

Stało się to pół roku później. Pierwszym kompaktem była Pearl Janis Joplin, zaś drugim – właśnie album Live JC. Kilka miesięcy potem napisałem kilka zdań, zaś kartkę z nimi wsunąłem do książeczki:

*

Joe Cocker należy do bardzo rzadkiego w przyrodzie, a dziś prawie wymarłego gatunku śpiewaków o białym kolorze skóry, czarnym głosie i rock’n’rollowym sercu. Słychać to przede wszystkim w jego nagraniach koncertowych, kiedy, wraz z towarzyszącymi muzykami, daje z siebie absolutnie wszystko. Cocker powala siłą i autentyzmem swego głosu.

Jak to dobrze, że ktoś taki odnalazł się, wrócił, znów nagrywa i koncertuje ku radości milionów. Jak wspaniale, że ukazuje sie takie cacko jak album Live, który sumuje dokonania artysty od chwili powrotu, a jednocześnie wprost przenosi nas w złote lata rocka za sprawą With A Little Help From My Friends – czy trzeba dodawać, że w porywającej wersji?

Właśnie, Cocker mało komponuje, śpiewa zwykle utwory cudze, bywa że znane z innych, wielkich wykonań (jak wspomniany wyżej). Sądzę jednak, że nawet gdyby wziął na tapetę jakąś arię Verdiego, to byłby to bardziej Joe niż Giuseppe.

Na deser mamy na płycie dwa nowe, studyjne utwory. Też dobre, ale jakże skromnie brzmiące w porównaniu z „wykopującą’ resztą. Oto Cocker właśnie.

*

Wtedy, przed laty, na gorąco, moimi faworytami były dynamiczne Shelter Me, When The Night Comes oraz rewelacyjne wykonanie With A Little Help From My Friends. Dziś wskazywałbym, obok – bezdyskusyjnie – klasyka Lennona i McCartneya może raczej takie numery jak Hitchcock Railway czy High Time We Went, pod którym podpisany jest – rzadkość! – sam Cocker wraz ze swoim wiernym kompanem Chrisem Staintonem (nb. tą pieśnią w ostatnim okresie kończy swe występy Eric Clapton). Może po latach płyta nie wyzwala we mnie emocji największych, ale dowodzi wielkiej formy mistrza i całego zespołu.

*

Joe Cocker zmarł dwa dni przed Wigilią 2014 roku, w wieku siedemdziesięciu lat. Nie wejdzie już do studia, by nagrać kolejnych kilka czy kilkanaście piosenek, nie zagra koncertu. Nie zobaczymy go, jak w bardzo charakterystyczny sposób – rokendrolowo, a trochę dragowo i delirycznie – kiwa się przed mikrofonem. I znów zrobiło się smutniej, znów tak bardzo żal…

[W NaTemat: 14 stycznia 2015]

Rock Café 2015

2015cis

„Po co słuchać całych płyt, jeśli po jednym utworze wiadomo, jak kto gra?”.

[more]

**

Życie przeplata chwile dobre i te ciężkie do zniesienia. Niech tych pierwszych będzie więcej. I niech muzyka nieustannie łagodzi nasze obyczaje. Także w 2015 roku – jak zwykle niezwykle.

Dziś parę cytatów z lektur okołomuzycznych z ostatnich kilkunastu miesięcy i… coś jeszcze.

*

„Jedyną sztuką, jaka ma u nas szanse, aby objąć społeczeństwo i wpłynąć na jego styl życia, styl rozrywki, a także styl myślenia, jest jazz i nawet jego zwulgaryzowana forma, nieprawa pochodna czy daleki kuzyn – rock and roll. (…) Wpływ ten uważam za realny i za dodatni nawet w przypadku rock and rolla. Ostatecznie co innego jest szaleć przy muzyce, a co innego bez muzyki, z nożem w garści” – Stefan Kisielewski na łamach „Tygodnika Powszechnego” w 1957 roku (cytat za: Dariusz Michalski: Trzysta tysięcy gitar nam gra).

**

Według mnie nie istnieje przebojowy tekst. Są przebojowe melodie, które czasem mają świetne słowa. Ludzie nie słuchają płyt dla tekstu. Jeśli spodoba im się utwór, bo ma doskonałą melodię, zwracają uwagę na słowa”. To opinia człowieka z branży – nazwiska niestety nie zdążyłem zanotować – wygłoszona w serialu „Klasyczne albumy rocka”, w odcinku poświęconym Goodbye Yellow Brick Road Eltona Johna. Opinia, dodam, szczególnie mi bliska.

**

Paul McCartney:*Nie mam pojęcia, co powinien czuć idol. Każdy, o kim tak wiele się mówi, jest w oczach normalnych ludzi kimś wyjątkowym…”.

*

O Lennonie i McCartneyu:”Wkrótce ich relacja i współbrzmienie gitar stało się tak silne, że jeden nie musiał nic mówić, by drugi wiedział, o co chodzi. Gdy nastała zima, tak dobrze poznali swoje uczucia i myśli, że – jak zauważył ich kolega – jeden za drugiego potrafił kończyć zdanie”. (Paul McCartney i Peter Ames Curlin: Paul McCartney. Życie).

**

Keith Richards:”Muzyka może być cynglem, ale nikt nie wie, czym jest pocisk”.

*

„Dozorca powiedział: „Bardzo dobry występ. Ani jedno siedzenie nie pozostało suche[/i]”. (Keith Richards i James Fox: Życie. Autobiografia)

**

Bob Dylan: „Nie jest tak, że piosenki przychodzą same i wystarczy im uchylić drzwi. To nie takie proste. Człowiek chciałby pisać piosenki, które będą większe niż życie”.

*

„Kawałki o bimbrownikach, matkach topiących własne dzieci, żłopiących benzynę cadillacach, powodziach, pożarach budynków związkowych, ciemności i trupach na dnie rzeki nie nadawały się dla radiofilów. Śpiewane przeze mnie folkowe pieśni nie były lekkie, łatwe i przyjemne. Nie zawijały łagodnie do portu”. (Bob Dylan: Kroniki, tom I).

**

Wojciech Mann w wywiadzie udzielonym Donacie Subbotko: „Kiedyś pobiłem swój rekord i zasnąłem na estradzie podczas prowadzenia koncertu heavymetalowego”. („Gazeta Wyborcza”, 3-4 stycznia 2015).

**

Połowa lat 80. Hotelowy pokój po koncercie, w którym siedzą członkowie zespołu zaliczanego do nowej siły w polskim jazzie (tzw. young power) – katowickiego Pick Up Formation. Pęka jakaś flaszka. 

W pewnej chwili rozlega się pukanie do drzwi. Ktoś niechętnie podnosi się z fotela i idzie otworzyć. W progu stoi facet w berecie i zdecydowanym głosem zwraca się do pianisty:

– Chcę, żebyś grał w moim zespole.

– A z kim rozmawiam?

– Kapitan Nemo!

– Nie znam ciebie, kapitanie, ja gram poważną muzykę…

**

Pewna, może dwudziestoletnia znajoma mojego kolegi z pracy:”Po co słuchać całych płyt, jeśli po jednym utworze wiadomo, jak kto gra?”.

[W NaTemat: 4 stycznia 2015]

Święta – czas umierania: Cocker, Krauze, Barańczak

Nie ma dobrej pory na umieranie, ale uczynić to na dwa dni przed świętami, w Wigilię albo w same święta – jest wyjątkowo kiepskim pomysłem. Tak się nie robi, to przecież nie wypada.

[more]

Wieści o śmierci takich ludzi, jak Joe Cocker, Krzysztof Krauze i, teraz, Stanisław Barańczak bolą szczególnie. Bo tak jest zawsze, gdy umierają ci ponadprzeciętni, ci, którzy dostarczali wzruszeń innym. Po tym (również) poznaję, że nie jestem już młody – coraz mniej wokół mnie narodzin, coraz więcej umierania.

*

Pan tu nie stał

Pan tu nie stał, zwracam panu uwagę, 

że nigdy nie stał pan za nami 

murem, na stanowisku naszym też 

pan nie stał, już nie mówiąc, że na naszym czele 

nie stał pan nigdy, pan tu nie stał, panie, 

nas na to nie stać, żeby pan tu stał 

obiema nogami na naszej ziemi, ona stoi 

przed panem otworem, a pan co, 

stoi pan sobie na uboczu 

wspólnego grobu, panie tam jest koniec, 

nie stój pan w miejscu, nie stawiaj

się pan, stawaj pan w pąsach na szarym końcu,

w końcu znajdzie się jakieś miejsce i dla pana


*

Gdy nagle, w wieku dwudziestu pięciu lat, zmarł Andrzej Bursa (1932-1957), jego przyjaciele i znajomi nie byli w stanie tak po prostu uwierzyć w tę wiadomość i pogodzić się z nią. Zebrali się i zaczęli opowiadać sobie różne śmieszne zdarzenia z poetą związane, dostając przy tym, jak dziś byśmy powiedzieli, coraz większej głupawki. W tym miejscu i ja pozwolę sobie na jedno wspomnienie – z czasów, gdy sprzedawałem książki i zaopatrywałem się w nie w hurtowniach:

Stanisław Barańczak w 1999 roku otrzymał nagrodę Nike za Chirurgiczną precyzję. Widziałem codziennie po stanach magazynowych, że tomik – jak to zwykle w ostatnich dziesięcioleciach z poezją bywa – nie sprzedaje się szczególnie szybko. I któregoś ranka panienka przy komputerze, świeżo po maturze, odpowiada mi, że nie ma. Jak to?! – pytam zaskoczony i wychylam się, by spojrzeć na monitor komputera. – Przez „ch”, proszę pani.Tleniona blondynka bez zmrużenia oka poprawia błąd i oświadcza: Nie ma. Wychylam się raz jeszcze, spoglądam w ekran i mówię: Przez „u”, proszę pani.

*

„Oto nareszcie książka, o której powiedzieć można wszystko prócz tego, że jest niepotrzebna. Przeciwnie, Kalendarium rocznic i obchodów – wydane, jak się dowiadujemy ze wstępu, już po raz jedenasty – to publikacja żywotnie niezbędna każdemu Polakowi. Budzisz się w nocy, zlany potem i przejęty grozą, bo nie pamiętasz, czy przypadkiem nazajutrz nie przypada Dzień Odlewnika? Nie ma strachu – wystarczy sięgnąć po Kalendarium i sprawdzić. Bardzo też słusznie wydano ten cenny tom w formacie kieszonkowym. Kalendarium powinna zawierać każda polska kieszeń, tak aby w dowolnej porze dnia i nocy można było szybkim ruchem wyciągnąć to kompendium i się skonsultować. Wiadomo przecież nie od dziś, że rocznice i obchody są w naszym kraju – obok wódki i czerwonego płótna – jedynym towarem, którego mamy pod dostatkiem i którego nigdy nie zabraknie. Lektura Kalendarium uświadamia nam nawet, że rocznic i obchodów bywa chwilami troszkę za dużo, co wynika z ich nierównomiernego rozmieszczenia (poprawniej: nierytmicznej lokalizacji na przestrzeni czasu). Tak np. dzień 25 maja to równoczenie: 1. Święto Ludowe 2. Dzień Działacza Kultury 3. Dzień Pracownika Przemysłu Spożywczego 4. Dzień Drukarza i 5. Dzień Jedności Afryki. Wyobraźmy sobie teraz, że ktoś jest naturalizowanym Murzynem, który zapisał się do ZSL, pracuje w drukarni, wytwarzającej etykietki na przetwory warzywne, a w wolnych chwilach działa kulturalnie w amatorskim zespole big-beatowym. Ktoś taki musiałby w jednym dniu wziąć udział w pięciu akademiach! Jak to zorganizować w czasie, jeśli nawet pominiemy kwestię nieuniknionego fizycznego wyczerpania? A co począć, jeśli ktoś jest wielodzietnym chemikiem, zatrudnionym w przemyśle terenowym? Pierwszy czerwca to przecież jednocześnie Dzień Chemika, Dzień Pracownika Przemysłu Terenowego oraz Międzynarodowy Dzień Dziecka. Trudny wybór!”.

(Fragment z: Stanisław Barańczak, Książki Najgorsze i parę innych ekscesów krytycznoliterackich. Wydawnictwo a5, Poznań 1990)

[W NaTemat: 26 grudnia 2014]

Z ziemi islandzkiej do Polski

halla

Subtelność kompozycji wymaga od słuchacza skupienia, wyciszenia, oderwania się od codziennych zajęć. Ale warto zrobić taki krok, by dać się unieść i uwieść północnoeuropejskiej melancholii. W tej prostocie środków, bezpretensjonalności tkwi bowiem wielka siła.

[more]

*

Był taki czas w muzyce, w latach 80., kiedy powiało kameralnością, sypnęło

śpiewającymi damami.

Zaczęło się od Suzanne Vegi, której pierwszą płytę zaprezentował w Trójce Wojciech Mann. I było to wielkie odkrycie – w zalewie syntezatorowej papki i raczej niskich stanów wód rockowych delikatny kobiecy głos, gitara akustyczna i równie subtelne dźwięki towarzyszące robiły wrażenie. 

A za Vegą pojawiły się Tracy Chapman – czarnoskóra dziewczyna z gitarą, obdarzona fantastycznym, niskim głosem, Irlandka Sinead O’Connor – dziewczyna z gitarą elektryczną, Enya – spokrewniona z Clannad, serwująca równie celtycko-elfickie nuty, wreszcie Edie Brickell, która ze swoim zespołem New Bohemians udanie nawiązała do klimatów flower power. Jak jeszcze ten zestaw uzupełnić o nieco starszą – nie wypominając – Chrissie Hynde, która stanęła na czele gitarowego The Pretenders (debiut fonograficzny w 1980 roku), Elisabeth Frasier (Cocteau Twins) i Lisę Gerrard (Dead Can Dance), to otrzymujemy całkiem szerokie spectrum stylistyczne. Do pop music wdarło się trochę zapachów damskich perfum.

I jeśli dziś, dzieląc się wrażeniami z występów 

Halli Nordfjörd,

islandzkiej – jak to się obecnie określa – songwriterki, piszący porównują młodą artystkę do Tori Amos, Björk czy Norah Jones, to osobiście mam przede wszystkim dwa skojarzenia – z O’Connor, gdy chodzi o barwę, i wczesną zwłaszcza Vegą, gdy mówić o nastroju.

*

Pierwsze i, dodam od razu,  pobieżne zapoznawanie się z materiałem składającym się na album The Brigde nie robiło na mnie szczególnego wrażenia. Do pewnego momentu. Już miałem ochotę przyczepić się do bardzo podstawowego opanowania umiejętności gry na gitarze, gdy ostatnie utwory – szczególnie rewelacyjny Tip Tap –  zmusiły mnie do poświęcenia większej uwagi temu, co płynęło z głośników. Natychmiast powtórnie wcisnąłem przycisk >play< – i dałem się wciągnąć. Bo piosenki dowodzą ogromnej wrażliwości, a leciutkie tu i ówdzie ich „podrasowanie”, dołożenie paru ledwie zaznaczonych instrumentów wydobywa z nich 

pełnię urody.

Subtelność kompozycji wymaga od słuchacza skupienia, wyciszenia, oderwania się od codziennych zajęć. Ale warto zrobić taki krok, by dać się unieść i uwieść północnoeuropejskiej melancholii. W tej prostocie środków, bezpretensjonalności tkwi bowiem wielka siła.

*

Nielicznym – jak Sugarcubes czy potem Björk – udało się przebić na rynkach muzycznie najważniejszych. Innym wiedzie się różnie. Nordfjörd opuszcza pełną lodu, wulkanów i poetów wyspę, by zamienić ją na niewiele cieplejszą Kopenhagę (gdzie m.in. studiuje aktorstwo), a stamtąd z kolei podejmuje próby znalezienia przyjaciół i słuchaczy w Polsce. Jak pokazują jej dotychczasowe wizyty w naszym kraju, próby zdecydowanie udane. Do tego jeszcze, rzecz już prawie dziś niespotykana, polski wydawca – Agencja Borówka Music – decyduje się na 

promocję tej artystki nad Wisłą

– na opublikowanie dziewięciu piosenek na CD. A czyni to wespół z oficyną Smekkleysa, której współzałożycielem jest  Eldon Jonsson, kiedyś członek-założyciel Sugarcubes. 

Album został zrealizowany w The Lab Studio pod okiem czołowych muzyków islandzkich, jest jednak przede wszystkim dziełem Halli – autorki muzyki i tekstów oraz współproducentki nagrań. Do niej też w lwiej części należy strona wykonawcza, tylko w trzech numerach wspomogli ją inni instrumentaliści Oficjalna premiera krążka będzie miała miejsce jutro, 29 grudnia 2014 roku.

Póki co do dyspozycji są pierwsze filmy w YouTube. Nadstawcie ucha, bo naprawdę jest do czego. A zapewniam, że te utwory smakują jeszcze lepiej na krążku, w zwartej, trzydziestotrzyminutowej dawce.  W nadal skromnej, ale jakże stylowej oprawie studyjnej, gdy do ciepłego głosu i gitary dochodzą czasem wiolonczela albo tamburyn, mandolina lub kalimba.

(Halla Nordfjörd, The Bridge, 2014)

[W NaTemat: 28 grudnia 2014]