O jeden kieliszek za daleko – Nohavica, Pilch i inni

la_luna_mini1

Na ekrany polskich kin za parę dni wejdzie „Pod mocnym aniołem”. Podobno najmocniejszy (strach się bać?) film Wojciecha Smarzowskiego, zrealizowany na podstawie nagrodzonej literacką Nike powieści Jerzego Pilcha. Pisarz film już widział i wyraża się bardzo pozytywnie zarówno o całości, jak i roli Roberta Więckiewicza.

[more]

Nie będę zajmował się ani piciem (no, może kropelkę), ani jego związkami z twórczością (tylko odrobinę, na zakąskę). Dam sobie spokój z „Żóltym szalikiem”, z „Pod wulkanem” – powieściowym i filmowym – czy innymi. Ale tych, co nigdy nie popróbowali, ze świecą szukać.

Osobisty film

rwał mi się trzykrotnie. Dawno temu, w studenckich czasach, a ostatni raz w 1986 roku. Rozpocząłem imprezę bez obiadowego podkładu, co przy mojej wadze lekkopółśmiesznej było jeszcze bardziej ryzykowne. Podobnie jak zajęcie miejsca na wysokim barowym stołku w kuchni. 
Jedyny przebłysk świadomości nastąpił w pozycji klęczącej nad wanną w łazience gospodarzy. Szlochałem głośno i gwałtownie nad moją młodością górną i durną, jakby w przeczuciu, że życie będzie raczej pasmem udręk niż sielanką. Pocieszał mnie jeden z kolegów słowami: „Mariusz, daj spokój, każdy ma jakieś problemy”. Obudziłem się parę godzin później, nad ranem, podczas tej samej imprezy. Trzeźwy okrutnie. Koleżanki – studentki polonistyki wywoływały duchy. A jakże, Mickiewicza, Słowackiego i innych takich. A ja stwierdziłem, że nigdy więcej. Nie da się, skoro robię to na smutno.

Pilch i Tuwim

Pilch powiedział ostatnio, że po pijaku, poza dwoma podyktowanymi felietonami, nie napisał ani linijki. Ale to chyba nie jest regułą. Julian Tuwim w „Ptasim radiu”, w brawurowym (a ta brawura, mam nieodparte wrażenie, została obficie skropiona) wierszu przeznaczonym przede wszystkim dla bardzo nieletnich czytelników i słuchaczy, powiada:

            Czajka woła: czyjaś ty, czyjaś?           

            Byłaś gdzie? Piłaś co? Piłaś, to wyłaź!

NTAK (Nohavicova teorie alkoholického kopce)

W „Roku diabła”, znakomitym filmie Petra Zelenki z 2002 roku, paradokumencie, pojawiają się przed kamerą m.in. Jaromir Nohavica, František Černy z grupą Čechomor oraz Jaz Coleman z Killing Joke. Gorzała jest jednym z przewijających się tematów. Definicja Nohavicy jest genialnie prosta i przez to przerażająca. Każdy pijak ma swoją górę – i dopóki na nią wchodzi, wszystko jest w porządku. Ale nikt nie wie, jak wysoka jest jego góra.

Beskidy

Jak Nohavica i Čechomor – o Pilchu już nie wspominając – to nieuchronnie Beskidy. Nie jestem zdeptywaczem górskich szlaków, zdecydowanie nie. Ale z Wisłą – Jawornikiem związane jest moje dzieciństwo. Tam moi rodzice przez kilkanaście lat mieli prymitywną, drewnianą altanę. Bez wody, prądu i toalety (co trudno dziś sobie wyobrazić), a jednak rok w rok wakacyjne miesiące moje i moich starszych braci związane były z tym bez wątpienia arkadyjskim miejscem. I co z tego, że pełnym krowich placków i agresywnych gąsiorów?  To tam, z małego tranzystorowego radia, pobierałem niektóre z pierwszych lekcji muzyki rockowej. Pewnie dlatego poniższy fragment „Roku diabła” wzrusza mnie szczególnie.

Gitara elektryczna

A na koniec, jakże by inaczej – pozostając przy filmie Zelenki,  trochę dosypię do pieca. Oto coś, co zaprzecza wyobrażeniu, że Jaromir Nohavica to czeski bard, poeta z gitarą akustyczną na ramieniu. A to tylko część prawdy. Trochę jak z Dylanem.

Każdy porządny Czech umie ból istnienia raz po raz obracać w żart. Ale wszystko ma swoje granice, nawet nad Wełtawą. W tym utworze słychać wyraźnie – a nie jest to pierwszy taki przykład w hudbie – że nasi południowi sąsiedzi mają nie gorsze niż my pojęcie, do czego służy gitara elektryczna. 

(W NaTemat: 6 stycznia 2014)

Dopóki śpiewa Nohavica – Jaromir Nohavica, Letni Ogród Teatralny, Katowice, 4 sierpnia 2013

Ilu artystów doczekało się (za życia, dodajmy) wystaw muzealnych inspirowanych ich twórczością? Ba, jedną tylko piosenką – i cóż z tego, że wystawy kameralnej, może przez to jeszcze piękniejszej, ilustrowanej fotografiami w sepii i przedmiotami, które już dawno wyszły z użycia.

[more]

Jak się wzruszać piosenką Těšínská i tym, co było „před sto lety”, to tylko w Cieszynie, gdzie w tamtejszym muzeum otworzono wystawę pod tytułem

Gdybym się urodził przed stu laty – Kdybych se narodil před sto lety”.

Gdy koncert w ramach Letniego Ogrodu Teatralnego otworzyła właśnie ta melodia, poczułam, że warto było odstać swoje w bardzo długiej, ale, przyznaję, niezwykle kulturalnej kolejce, drżąc z niepewności: „wejdę-nie wejdę”. Warto było, zwłaszcza że artysta niebylejaki, sam Jaromir Nohavica wpisał się do programu tej imprezy.

Pojawił się na scenie w odświętnej, niedzielnej białej koszuli (wzorem, jak wspomniał, swoich wiejskich przodków), wraz z muzykiem, który brał udział w nagraniu jego ostatniej płyty, Robertem Kuśmierskim. I był to znakomity wybór. W stronę wypełnionej do granic możliwości widowni popłynęły dźwięki gitary, akordeonów, klawiszy… (W tym miejscu podziękowania dla organizatorów – panowali nad sytuacją do końca, uspokajali co bardziej zdenerwowanych perspektywą odejścia z kwitkiem, upychali wzorcowo zagorzałych fanów – nigdy nie widziałam w podcieniach katowickiego Centrum Kultury takich tłumów).

widziałem kometę
chciałem jej zaśpiewać

To był nasz trzeci koncert JN – i od razu zdobył pierwsze miejsce w moim rankingu. Artysta był w świetnej formie wokalnej, muzycznej, a przede wszystkim życiowej. Mimo że zastrzegł, iż szkoda mu czasu na mówienie – tyle chciałby zaśpiewać katowickiej publiczności – raz po raz zagadywał, a czynił to z wdziękiem i humorem, jeszcze raz przekonując, że wiele nas, Czechów i Polaków, łączy.

Miejsce było niecodzienne – schody gmachu pamiętającego czasy partyjnych kacyków, a mimo to wyczuwało się dobre fluidy wokół. Publiczność przyjmowała go jak dawno niewidzianego, bardzo dobrego znajomego, a on zmieniał nastroje, tak jak muzyk zmienia instrumenty.

o zdradzie miłości o świecie
o ludziach żyjących na naszej planecie

Było i nostalgicznie, i dowcipnie, a nawet trochę rubasznie. Jak to u Czechów bywa, gdzie spotyka się refleksja (nieśmiertelna Kometa, przepięknie zaaranżowany Mikymauz) z biesiadą (Pijte vodu), miłość (Sarajevo) z samotnością (Pane prezidente), przeszłość (goszcząca wiele tygodni na trójkowej liście przebojów Minulost) ze współczesnością (nowa Aksamitna marynarka – Sako ze sametu o rozczarowaniu rzeczywistością postkomunistyczną), folklor (Ostravo) z nowymi technologiami (http://www.idnes).

Nohavica dostosowuje język utworów do ich bogatej tematyki (mimo bariery językowej wiele można zrozumieć) – pisze poetycko o miłości (zabrakło mojego ulubionego Zatímco se koupeš), naśladuje mowę potoczną, żargon, nie stroni od wulgaryzmów.

Tylko raz zapanowała cisza pełna konsternacji – gdy przed „futbolową” piosenką o drużynie Banika z Ostrawy zapytał, ile punktów ma nasza GieKSa po dwóch kolejkach… Nie ten target. Całe szczęście, ktoś wiedział…

Sporą część koncertu zajęły utwory z płyty „Tak mě tu máš”. Wiele było jego evergreenów, kilka piosenek nowych bądź mniej znanych. Jest w czym wybierać, bo

dokąd się śpiewa – jeszcze się żyje i trwa.

Muzyka (a można to zdanie z dużym prawdopodobieństwem rozszerzyć na inne dziedziny sztuki) jest sposobem na przetrwanie człowieka, który nie ma co nie ma jak dlaczego ani dokąd, nie ma z kim nie ma o czym i jest sam ze sobą*. Na zdziwienie, zachwyt, a czasem rozczarowanie światem. Na zderzenie tego, co wysokie, wzniosłe i szlachetne, z tym, co małe, poślednie i czasem podłe.

Panie Jaromirze, niech Pan nam śpiewa jak najdłużej.

*fragmenty tłumaczeń ze strony: http://www.nohavica.cz

 

Nogawica lepsza niż całe spodnie – Jaromir Nohavica, Tak mě tu máš , 2012

Z Nohavicą zetknąłem się pierwszy raz przy okazji filmu Rok diabła (2002) Petra Zelenki. Do dawnej fascynacji filmami Menzla i Formana oraz powieściami Kundery dołożyły się nowe pozytywne emocje związane ze sztuką ostatnich lat naszych południowych sąsiadów, niekoniecznie tą wysoką: powieściami Michala Viewegha oraz filmami, przede wszystkim Zelenki właśnie.

[more]

Trudno było nie zainteresować się pierwszoplanową postacią tego paradokumentu, choć dotarcie do jej nagrań proste nie było i nadal nie jest. W ogóle – docieranie do płyt wykonawców, zarówno tych sprzed lat, jak i współczesnych, z byłych demoludów jest o wiele trudniejsze niż  anglosaskich. Nie znam więc i dziś wszystkich dokonań Pana Jarka, ale coś na półkach mam, a i na dwóch koncertach też byłem – bardzo dobrym w Górnośląskim Centrum Kultury w 2008 roku i słabszym późniejszym w chorzowskim Teatrze Rozrywki.

Nohavica to taki

czeski ekstrakt Dylana i Cohena.

Serwuje literackie teksty, ale jak komuś nie starcza cierpliwości, może oddać się smakowaniu wyłącznie warstwy muzycznej – a tu mamy i barda z gitarą akustyczną, i frontmena zdrowo łojącej kapeli (choć nie na tej akurat płycie). Barda, od razu zaznaczę, który nie śpiewa krwią, czego osobiście nie trawię, ale sercem. Zresztą, po co ja to mówię – czy wyobrażacie sobie, dajmy na to, Szwejka z kuflem piwa w ręce śpiewającego Wysockiego? Jeśli przyjmiemy, że istnieje coś takiego jak charakter narodowy, to Czech kładący się pod radziecki czołg jest zupełnym wyjątkiem, a nie wyobrażeniem sceny zbiorowego samobójstwa z filmu jakiegoś ichniego Poręby.

Nohavica nie jest już artystą młodym, urodził się w 1953 roku, własnych nagrań dokonuje od 1982 roku. O swym najnowszym albumie mówił niedawno na antenie Trójki, że to

jego najlepsze dzieło.

Znamy takie deklaracje artystów i wiemy, iż zwykle najbardziej kochają najmłodsze dziecko. Tyle że, po wielokrotnym już przesłuchaniu materiału, świetnie artystę rozumiem. Wstrzymując się – wobec faktu nieznajomości całej dyskografii – od ostatecznych opinii, stwierdzam, że płyta jest znakomita. I w dodatku bardzo piękna.

Milunost, która podbiła listę przebojów wspomnianej rozgłośni, jest chyba nieźle znana tzw. szerszemu ogółowi. Ale takich wielkiej urody lirycznych piosenek jest na tym krążku więcej – i nie będę ich wymieniał, bo to, lekko licząc, pół płyty. A reszta jest równie dobra.

I znów zazdrościmy Czechom,

że mają coś, czego my nie mamy – Nohavicę. Człowieka, który swoim przekazem dociera zarówno do miłośników klasycznej piosenki, jak i fanów rocka, poruszając się niedaleko wspomnianego Dylana czy Joni Mitchell. I grzejemy się trochę w jego cieple, bo facet jest takim dziwnym Czechem, który lubi Polaków, bardzo dobrze mówi po polsku, ma tu wielu przyjaciół, przyjeżdża i koncertuje po tej stronie Beskidów dość często.

A do tego jeszcze na omawianym krążku na akordeonie gra nasz rodak Robert Kuśmierski. Gra niesamowicie, wpisując się swym udziałem w powstaniu już tylko tej jednej płyty do grona najwybitniejszych akordeonistów, a przecież ten absolwent Akademii Muzycznej w Warszawie ma już na swoim koncie wiele znaczących osiągnięć. Ten instrument doczekał się w ostatnich latach nobilitacji, ale w moich uszach nigdy jeszcze nie brzmiał tak wspaniale jak w najnowszych piosenkach Nohavicy.