Czas przeszły: John Wetton

images1

John Wetton, basista i wokalista takich m.in. zespołów, jak King Crimson, United Kingdom, Asia, zmarł na raka 31 stycznia.

[more]

*

Z każdą taką śmiercią czuję, że jest mnie mniej. Świat, w którym rozglądałem się z ciekawością jako młody człowiek, którego częścią pragnąłem się stać, odchodzi w przeszłość. Jest coraz mniejszym światem. Coraz mniejszą cząstką tego wielkiego, który nieszczególnie mnie interesuje, coraz bardziej irytuje i niepokoi. Którego coraz bardziej nie rozumiem. To taka typowa refleksja związana ze starzeniem się.

Facetowi po pięćdziesiątce niewiele i niewielu może już zaimponować, nastolatkowi – imponuje prawie wszystko. Mimo świadomości, iż coraz mocniej skręcam w park jurajski, w skansen dla bezzębnych, więc niegroźnych dinozaurów – poczynię jedno zastrzeżenie: moi muzyczni idole, rockmani z lat 60. i 70., wytyczali  muzyczne szlaki, stworzyli kanon tej muzyki. I właściwie wszystko, co później jeszcze udało się w tej materii powiedzieć znaczącego, czerpie z ich dokonań.

John Wetton zmarł 31 stycznia, mając sześćdziesiąt siedem lat. Muzycznie do końca aktywny, nie dał rady rakowi. Występował i nagrywał jako solista, współpracował z połową muzyków Roxy Music, słychać go na płytach Uriah Heep czy Wishbone Ash, a największy komercyjny sukces odniósł z zespołem o nazwie Asia – złożonym z wybitnych muzyków wybitnych formacji (m.in. Yes i Emerson, Lake & Palmer), ale grającym bardzo niewybitną muzykę. Z perspektywy lat nie ma to – pewnie nie tylko dla mnie – większego znaczenia. Nie liczą się bowiem rzeczy mało istotne, gdy mamy do czynienia z sytuacją, w której po przesianiu zostają na sicie perły: 

muzyka najznakomitszej próby. 

Czyli pięć studyjnych albumów nagranych w latach 1973-79 – trzy King Crimson i dwa United Kingdom.

Wetton pojawił się w składzie King Crimson w 1972 roku, jako dwudziestotrzylatek, został nowym wokalistą i basistą zespołu.  Jak wiele wniósł do formacji dowodzonej przez Roberta Frippa, nie trzeba nikogo znającego jej dyskografię przekonywać. Po latach, z uwzględnieniem późniejszych o parę lat krążków U.K., widać i słychać to jeszcze wyraźniej. Nie odważę się swoim blogerskim uchem oceniać, która z trzech ówczesnych odsłon KC jest najlepsza, nie o to zresztą chyba chodzi. Wydaje mi się jednak, że okres 1972-74 jest najbardziej zwarty, jednorodny stylistycznie, wspaniale łączący rocka progresywnego z mocnym, niemal hardrockowym graniem, mimo iż rozlicznych odjazdów w niezbadane rejony – a jakże – nie brakuje. Wetton dał kapeli matowy, ale bardzo mocny wokal oraz potężne brzmienie gitary basowej.

Larks’ Tongues In Aspic

(1973) jest ze mną od zawsze. Nie mam dystansu do tej płyty, pokochałem ją jako nastolatek, a po upływie może dwóch dekad zaliczyłem do najważniejszych płyt rockowych wszechczasów i tej opinii nic już nie zmieni.  Spina ją dwuczęściowa, szalona i olśniewająca pomysłami kompozycja tytułowa, a cała reszta jest nie mniej frapująca. Po latach do koncertowego repertuaru KC wrócił numer Easy Money. Na kolejnym krążku, Starless And Bible Black (1974), nie ma utworów, które weszły do kanonu grupy, co w niczym nie umniejsza jej wartości. Znakomity jest już otwierający krążek The Great Deceiver. Słuchając całości mam przekonanie, że płyta musiała wielkie wrażenie wywrzeć na muzykach SBB, stała się inspiracją do dalszych i jeszcze odważniejszych poszukiwań trójki muzyków ze Śląska. Natomiast ostatni studyjny album przed rozpadem zespołu, Red (1974), to najostrzej brzmiący krążek w całej dyskografii. Czadu i brawury jest w nim mnóstwo – to rzeczywiście materiał, którego wykonywanie na żywo mogło przenieść się z hal na wielkie stadiony. 

Nazwisko Wettona jako 

współautora

pojawia się pod większością utworów umieszczonych na tych trzech płytach. Muzyk w późniejszych latach wielokrotnie wracał podczas swych występów do olśniewającej urodą kompozycji Starless (nawiązującej do monumentalnych kompozycji z początku działalności grupy, takich jak Epitaph czy In The Court of The Crimson King), a także do podobnej w klimacie, choć kameralnej Book of Saturday, prezentując swe bardziej liryczne oblicze.

Fripp w 1974 roku zaskoczył wszystkich informacją o rozwiązaniu zespołu. Wetton nie krył rozgoryczenia jego decyzją, był bowiem przekonany, że z KC mógłby grać kolejne ćwierć wieku. Twierdził, że Fripp bał się uczynienia z KC gwiazdy pierwszej wielkości.

Jak bardzo wyobraźnia muzyczna kilku ludzi może się „zunifikować”, jak wielkie muzyczne porozumienie mogą osiągnąć wybitne osobowości, widać trzy lata później, gdy trzej panowie z ekipy Roberta F. – Wetton, perkusista Bill Bruford (znany też z Yes) oraz skrzypek i klawiszowiec Eddie Jobson (jego partie zarejestrowane w studiu dograno do koncertowego materiału wydanego na dwupłytowym analogowym albumie USA, 1975) powołali do życia grupę

U.K.

Skład uzupełnił zdradzający jazzowe inklinacje gitarzysta Allan Holdsworth. Jak mocne musiało być pragnienie, by kontynuować wypracowaną na wspomnianych trzech płytach formułę King Crimson! Artystycznie jest bez zarzutu, muzyka kipi od pomysłów. Słuchając United Kingdom (1978) i Danger Money (1979) aż trudno uwierzyć, że rock progresywny dogorywa, że to ostatnie jego wybitne przejawy. 

Zespołowi nie udaje się zyskać należnej popularności. Holdsworth i Bruford odchodzą już po nagraniu pierwszej płyty, a na miejsce tego drugiego ściągnięty zostaje kumpel Jobsona z zespołu Franka Zappy, Terry Bozzio. W tym trzyosobowym składzie nagrywają jeszcze tylko dwie płyty, wspomnianą Danger Money i koncertową, dokumentującą występy w Japonii, Night After Night (1979).

Danger Money to jedna z moich ukochanych płyt. To z niej pochodzi chyba ostatnie progresywne cudeńko, Rendezvous 6’02. Poza nim – brawurowo wykonany Caesar’s Palace Blues, najsłabszy, zapowiadający produkcje Asii Nothing To Lose oraz trzy rozbudowane kompozycje: tytułowa, The Only Thing She Needs i mój wielki faworyt, Carrying No Cross – utwór, który należałoby umieścić w żelaznym zestawie progresywnego grania. Jest w nim wszystko: andante i largo, liryczność i gwałtowność – to muzyka na miarę najlepszego King Crimson, a i cytatów z Emersona też nietrudno się dosłuchać. Palce lizać. 

To pewnie przypadek, że Starless jest ostatnim utworem na ostatniej studyjnej płycie tamtego KC, a Carrying No Cross ostatnim na ostatniej – zaledwie drugiej – płycie z premierowym materiałem U.K. Cóż, jeśli już nie mogło być nic więcej, to przynajmniej kończą się obie te historie w najpiękniejszy z możliwych sposobów.

Po latach, w 2012 roku, pełen obaw wybrałem się do krakowskiego „Studia” na koncert reaktywowanego United Kingdom. To był mój jedyny raz, gdy zobaczyłem Johna Wettona w akcji, a odwiedzał nasz kraj wielokrotnie. Był, zresztą tak jak i Eddie Jobson, w świetnej formie. Koncert dali znakomity.

Dziś niestety wiadomo, że – najpewniej – United Kingdom już nie zagrają. A marzenie, by Wetton zaśpiewał kiedyś jeszcze z King Crimson, też się nie spełni…

[W NaTemat: 12 lutego 2017]

Wyrwane z kontekstu: U.K., Rendezvous 6:02

Rok 1979. Dogorywanie rocka symfonicznego w – dla mnie jedynym szlachetnym – pierwszym okresie, w pierwszym pokoleniu tego typu wykonawców. Na finiszu wśród najlepszych byli SBB z Welcome (1979) i Mementem z banalnym tryptykiem (1980), Yes z albumem Drama (1980) i właśnie United Kingdom.

[more]

Supergrupa powstała na bazie rozwiązanej w 1974 roku formacji King Crimson, dowodzona była przez Johna Wettona i Eddiego Jobsona. Kapela, która jak meteor przemknęła przez rynek muzyczny: trzy płyty, dwie studyjne oraz rejestracja występów w Japonii i – tyle. Wetton zaraz potem znalazł się, na krótko, w Wishbone Ash, a następnie w składzie pod nazwą Asia – tyleż znakomitym, jeśli chodzi o nazwiska, co koszmarnym, gdy wspomnieć repertuar.

Co innego jednak U.K. Dwa albumy studyjne bronią się po latach znakomicie, a zawartością przywodzą na myśl tak wspaniałe płyty King Crimson, jak Larks’ Tongues In Aspic (1973) czy Red (1974).

Na płycie Danger Money, którą Piotr Kaczkowski uznał za najlepszą w 1979 roku, jest utwór trochę wyłamujący się z konwencji rocka progresywnego. Trochę, bo zbudowany jest z trzech części – takich samych początkowej i końcowej, pięknych, pełnych nostalgii i smutku, oraz – jednak – z symforockowego odlotu w części środkowej.

Trzeba będzie kiedyś wrócić do tego brawurowo zagranego materiału, natomiast teraz – jako swoista zapowiedź – Randka.

SBB, Welcome, 1979

Album Welcome został nagrany w październiku 1978 roku w studiu Polskiego Radia w Opolu. Pink Floyd rok wcześniej wydali Animals, a The Wall miał się ukazać pod koniec 1979 roku. We wrześniu 1978 roku wyszedł krążek Tormato Yes, kolejny – Drama – w 1980. Emerson, Lake and Palmer dogorywali po słabiutkiej Love Beach (listopad 1978), Genesis właśnie wkroczyli na popową drogę, wydając …and Then There Were Three…. Intensywnie funkcjonuje w tamtym czasie jedynie formacja U.K., która na przestrzeni dwóch lat wydaje trzy albumy. Zarówno na tym tle, jak i całkiem obiektywnie rzecz biorąc, płyta SBB opublikowana w 1979 roku jest po prostu rewelacyjna.

[more]

Gdy zimą 1979 roku Dariusz Michalski zaprezentował w Muzycznej Poczcie UKF jeszcze ciepły materiał przygotowany na drugą RFN-owską płytę zespołu, jako miłośnik takich dźwięków poczułem się znokautowany, a jako Polak i Ślązak – spuchłem z dumy.

Skrzek jako kompozytor uciekał ciągle w stronę długich, rozbudowanych form muzycznych. Na tym albumie natomiast mamy pierwotnie siedem utworów (w wersji CD doszedł jeszcze odrzucony wcześniej Rain). Otrzymaliśmy więc utwory krótsze, w których skondensowane zostało wszystko co najlepsze spod znaku SBB. Welcome to, nie waham się użyć tego określenia, arcydzieło, jedna z najwybitniejszych płyt w historii polskiego rocka, ale także płyta, której nie powstydziłaby się żadna z progrockowych kapel zachodnich.

Zaczyna się znakomicie: instrumentalny Walking Around The Stormy Bay to najlepszy utwór z całego dorobku grupy, porywające połączenie klimatów progressive i hard rocka. Co może się jeszcze wydarzyć po takim początku? Bez obaw, zespół znajduje się w szczytowej formie. Raz jest spokojniej, lirycznie – jak w piosence tytułowej – a czasem bardzo dynamicznie (Rain), zwykle jednak te nastroje bezustannie się mieszają, by doprowadzić nas do fantastycznej solówki Lakisa w finale kończącej płytę minisuity Last Man At The Station.

To, w jakie rejony zawędrowali Skrzek, Anthimos i Piotrowski, do dziś budzi najwyższe uznanie. Trzech wirtuozów stworzyło taki materiał muzyczny, że nawet kiepska angielszczyzna lidera jest zdecydowanie do zaakceptowania – tym bardziej, że siły głosowi Skrzeka bynajmniej nie brakuje. Tym albumem bezdyskusyjnie udowodnili, że należą do światowej czołówki, co nie raz w tamtym czasie sygnalizowali dziennikarze zachodni, którzy mieli okazję usłyszeć polskie trio.

Niestety, wkrótce potem okazało się, że muzycy nie dają rady żyć i pracować w tym tempie. Walka o pozycję na europejskich rynkach, wielomiesięczne trasy koncertowe, problemy Lakisa powodujące, że wielokrotnie Skrzek i Piotrowski musieli grać tylko w dwójkę – to wszystko sprawiło, że w listopadzie 1980 roku powiedzieli „Dość, jesteśmy zmęczeni, musimy odpocząć”.

Dla fanów była to straszna wiadomość, „pośmiertnie” wydane w 1981 roku Memento z banalnym tryptykiem było kolejnym znakomitym krążkiem i raz jeszcze dowodziło wielkiego potencjału twórczego i wykonawczego, ale rozpad zespołu stał się faktem. Miało to miejsce w bardzo znaczącym dla całego rocka symfonicznego czasie, jakim był przełom lat 70. i 80. (piszę o tym w majowym tekście 1980: koniec SBB i rocka progresywnego).

Wiem skądinąd, że nawet dla moich rówieśników – wielbicieli art rocka z lat 70. – twórczość SBB jest często ziemią nieznaną. Zespół zbyt uciekał, zwłaszcza na koncertach, w stronę jazz rocka? Trzy pierwsze albumy były zbyt surowe? Tak trudno było niektórym uwierzyć, że u nas, w Polsce, ktoś może grać na światowym poziomie? Cudze chwalicie, swego nie znacie?

Jeśli miałbym kogoś dziś skłonić do pierwszej próby kontaktu z muzyką SBB – zdecydowanie proponuję Welcome. Obiektywnie, powtarzam, płyty znakomitej. Zaś dla mnie osobiście, w mojej trwającej nieustannie przygodzie z muzyką – zajmującej absolutnie wyjątkowe miejsce.

U.K., Klub „Studio” Kraków, 30 maja

U.K. – ostatnia legenda wielkiego rocka progresywnego, czyli tego z lat 70. Informacja o koncercie zupełnie niespodziewana, nieoczekiwana. Jak odpuścić sobie takie granie w nieodległym od Katowic Krakowie, skoro na scenie znów, po latach, mają stanąć obok siebie John Wetton i Eddie Jobson?

[more]

Zaledwie trzy płyty, w tym dwie studyjne, ale zespół utworzony przez byłych członków King Crimson znacząco zapisał się w historii muzyki rockowej. Jak to  wszystko zabrzmi po latach, w jakiej formie będą dwaj niemłodzi już liderzy?

Problemy techniczne sprawiły, że występ rozpoczął się dopiero o 20.40, czterdzieści minut po planowanym czasie. I niemal natychmiast irytacja związana z przedłużającym się oczekiwaniem minęła. Pierwsze dźwięki Alaski porwały widownię, a gdy muzycy płynnie przeszli do In the Dead of Night i kolejnych części trylogii otwierającej pierwszy album – wehikuł czasu przeniósł nas w lata siedemdziesiąte. Potężne brawa, owacja na stojąco  – dla takich chwil warto żyć, tak spełniają się muzyczne marzenia.

Pozostajemy przy pierwszym krążku – Thirty Years. Do świetnej od początku gry całej czwórki coraz pełniej dołącza głos Wettona, mimo upływu lat brzmiący wciąż mocno i nie do pomylenia z żadnym innym. A potem – potem rozbrzmiały pierwsze dźwięki jednego z najpiękniejszych rockowych utworów wszechczasów: Starless. Wspaniale zabrzmiał zarówno powłóczysty początek, jak i rozimprowizowany, szalony finał. Rewelacja!

Kiedy w następnej kolejności zagrali Carrying No Cross, mój najukochańszy, monumentalny kawałek U.K., byłem już tego wieczoru spełniony. A przecież muzyczna uczta trwała dalej. Na scenie został sam Jobson, najpierw przy klawiszach, grając fragmenty solowej Theme of Secrects, a potem wziął do rąk podświetlane skrzypce. Widzieliśmy skrzypce, a słyszeliśmy solo Hendriksa. Zmiana i na scenie staje Wetton z gitarą akustyczną, by zagrać jeszcze jeden klasyk King Crimson, Book of Saturday.

Powracamy do repertuaru United Kingom, by pod koniec koncertu usłyszeć jeszcze m. in. Danger Money i Nevermore.

Po półtorej godziny kwartet schodzi ze sceny, ale nie na długo. Doskonale zorientowana w twórczości zespołu publika – w większości faceci po pięćdziesiątce – wie, na co czeka. Na pierwszy bis znakomity, rokendrolowy Caesar’s Palace Blues z popisową partią skrzypiec. Palce lizać. I kiedy wszyscy czekają na randkę – niespodzianka: jeszcze jeden „długas”, The Only Thing She Needs. Na koniec na scenie zostają tylko Wetton i Jobson. Wjeżdża dodatkowa klawiatura i wiadomo, że usłyszymy wyklaskaną i wyskandowaną Rendezvous 6.02. W kameralnej wersji, tylko na głos i klawisze.

Jeszcze jedno, ostatnie już standing ovation – długie, długie, w pełni zasłużone brawa – i ruszamy do wyjścia. Było naprawdę pięknie. Żadnych dróg na skróty: pełne, bogate, oryginalne wersje utworów odegrane z maestrią, młodzieńczą energią i świeżością. Stara muzyka trzyma się mocno, ale też jest to stara muzyka w swych najpiękniejszych przejawach. Starszym panom dwóm też niczego nie brakuje – głos Wettona ciągle mocny, a umiejętności instrumentalnych wciąż można tylko pozazdrościć. Warto w tym miejscu dodać, że młoda siła – Alex Machacek na gitarze i Gary Husband na bębnach – świetnie wkomponowała się w całość.

U.K. znowu grają, to był ich ostatni koncert na europejskiej trasie. Nie są to już wielkie hale, a zaledwie kluby na kilkaset miejsc. Ale muzyka nadal najwyższej próby.