Panie Prezydencie i wy, wszyscy święci

ziyo

To, co w takich przypadkach po latach zaskakuje czasem najbardziej, to informacja, że zespół działa nadal.

[more]

*

New, czy – jeszcze lepiej pasująca do realiów nazwa nurtu muzycznego – cold wave znakomicie wpisywała się w klimat Polski lat 80., tej po stanie wojennym a przed 1988-89 rokiem. Jeśli punk, ze swej istoty hałaśliwy, nie mógł liczyć na przychylność tzw. czynników, a tym samym na mocne zaistnienie na antenie radiowej, o tyle naśladowcy Joy Division czy Bauhausu, jeśli tylko nie darli kotów z cenzurą, zaanektowali całkiem sporą część rodzimego rynku muzycznego. Co oczywiście nie zmienia faktu, że z nagraniami – radiowymi czy płytowymi – wciąż łatwo nie było.

Dla tarnowskiego Ziyo wszystko co najlepsze wydarzyło się w kilku pierwszych latach działalności. Za oficjalny początek uznaje się rok 1986. To wtedy zadebiutowali na scenie, na festiwalu w Jarocinie, i zdobyli wyróżnienie. Sześć miesięcy później, w studiu bodaj najważniejszej wtedy postaci, gdy chodzi o kształt nowej sceny rockowej, Waltera Chełstowskiego oraz wspominanego przeze mnie niedawno (przy okazji tekstu o formacji Aya RL) Igora Czerniawskiego nagrali dwa utwory: Panie Prezydencie oraz Pod jednym niebem. Ten drugi znalazł się w 1988 roku na składance Tonpressu.

W 1989 roku ukazał się debiutancki album wydany przez Wifon, na który złożyły się nagrania radiowe zespołu – i w sporej mierze też pierwsze, niemałe przeboje, poza wymienionymi wyżej Idziemy wytrwale czy Graffitti. Krążek sprzedał się w nakładzie stu osiemdziesięciu tysięcy egzemplarzy. 

To był czas, gdy kapelę Jerzego Durała, autora tekstów, wokalisty i basisty zespołu miałem okazję parokrotnie widzieć w katowickim Spodku (ach, ileż wtedy było takich rockowych spędów, na których występowało po kilka, kilkanaście rodzimych zespołów!) i za każdym razem robili na mnie dobre wrażenie.

Zaraz potem jednak pojawiły się pierwsze oznaki dryfowania w niewłaściwym kierunku, zwłaszcza gdy mowa o kapeli z pewnym już dorobkiem i niezłą pozycją. Durał dopatrzył się w sobie podobieństwa do Bono, najpierw chyba fizycznego, a zaraz potem także w zakresie warunków głosowych. Co można by wybaczyć nastoletniemu debiutantowi, było kiepsko strawne w przypadku dwudziestoparoletniego artysty. Wokalista w piosenkach z drugiej płyty (pod pretensjonalnym tytułem Witajcie w teatrze cieni) zaczął zdradzać nadmierną fascynację postacią frontana U2, a już zupełnie karykaturalną formę przybrało to przy powstawaniu materiału na krążek Tetris (1994). By dopełnić nieszczęścia, brzmieniowo Ziyo z zimnofalowego zespołu przeistoczyło się w kopię Irlandczyków.

Udało się co prawda na tym koniu zajechać dość wysoko, bo wylansować największy przebój – Magiczne słowa – który bardzo długo znajdował się w czołówce zestawienia radiowej Trójki, ale niezbyt daleko. Jeszcze w 1995 roku Ziyo jest ciągle atrakcją – Durał i Klich pojawiają się na scenie Spodka w koncercie ku pamięci Ryszarda Riedla „List do R. na 12 głosów” (utwory Boże daj dom i Wokół sami lunatycy znalazły się na pierwszej płycie trzyczęściowego wydawnictwa), ale popularność zaczyna przygasać. Cztery długie lata, aż do 1998 roku, kapela każe czekać na swój nowy materiał. Za długo – znika bowiem niemal zupełnie z pola widzenia.

Tym, co zwykle w takich przypadkach zadziwia najbardziej, jest informacja, że zespół działa nadal. Zapomniany od mediów i zdecydowanej większości niegdysiejszych fanów, w składzie nie do zliczenia ile razy zmienianym, odcina ostatnie kupony od dawnej popularności.

[W NaTemat: 24 maja 2015]

U2 w krainie utraconej niewinności

U2_songs

I co mam zrobić z tą płytą, którą mam na myśli? Doprawdy, nie wiem. Wszystko byłoby dobrze, no, niech tam – nieźle, gdyby to nie było wydawnictwo sygnowane nazwą U2. Zespół o każdej innej nazwie, a już na pewno debiutujący, kazałby światu pochylić się nad jedenastoma utworami zasadniczej płyty.

[more]

Problem jednak w tym, że mamy do czynienia z jedną z ikon popkultury, której droga na szczyt wiodła przecież od strony surowych i ostrych dźwięków gitar. To, że U2 jest dziś

innym zespołem

niż trzydzieści lat temu, nie jest niczym dziwnym. Natomiast jest jakiś paradoks w tym, że kwartet, który w latach 80. przeprowadził rockowe granie przez mielizny pierwszej na taką skalę inwazji popeliny, który był jednym z tych, co pozwolił ocalić gitary od zagłady ze strony syntezatorów, dziś proponuje muzykę boleśnie gładką i homogenizowaną. Wypolerowaną tak bardzo, że problemem jest znaleźć w niej jakiś punkt zaczepienia, coś, co pozwoli zadumać się na chwilę, zawiesić w codziennych czynnościach, a może nawet – bo właściwie czemu nie? – zachwycić.

Mogę tylko przypuszczać, że gitara, bas i bębny wciąż przykrywane inżynierską, studyjną robotą, wydostaną się na przód sceny w trakcie koncertów. Że pojawi się wtedy w tych kawałkach trochę mocy i ognia. Nie za duża to jednak pociecha, gdy na co dzień przychodzi co najwyżej wkładać płytę – a nawet dwie płyty – do odtwarzacza. Gdy w parę, paręnaście dni po zakupie wciąż towarzyszy mi natrętne pytanie: czy coś z tego materiału zostanie za parę lat, jeśli już teraz tak bardzo rozczarowuje?

Mija pięć lat od wydania No Line On The Horizon. Otrzymujemy jedenaście nowych numerów, co daje przeciętnie niewiele ponad dwa utwory na rok. Jeśli „pieśni syna niewinności” wyglądają w ten sposób, oznacza to, że Edge’a, Bono i kolegów dopadła potężna niemoc twórcza. Że w ich głowach niemal zupełnie przestały się rodzić frapujące pomysły i melodie wyrastające ponad wszechogarniającą konfekcję. Smutne to, bo mamy swoistą powtórkę z rozrywki – już przed laty zespół odszedł od mocniejszych dźwięków i rozczarował sympatyków, w dodatku dwukrotnie: na albumach Pop i Zooropa, kiedy wdał się w nieudany artystycznie romans z elektroniką. 

Teraz rodzi się pytanie, czy irlandzki kwartet, wciąż wielka gwiazda, ma jeszcze coś istotnego do powiedzenia, czy też może powoli, ale ruchem stałym obsuwał się będzie coraz bardziej na

margines muzyki rockowej?

Starsi w zaokrągleniu o dwadzieścia lat The Rolling Stones też wpadali w różne dołki, nigdy jednak nie zdradzili istoty tego, z czego się poczęli – rokendrola. I, jak widać, dobrze na tym wychodzą. A może też, zwyczajnie, są znacznie bardziej od Irlandczyków utalentowani? Cała ta rozmyta w czasie oraz formach nośnika promocja nowego albumu U2 pozbawiona byłaby większego znaczenia, jeśli otrzymalibyśmy dobry, bardzo dobry krążek. Kiedy jednak taki sposób promocji odnosi się do tworu o zaledwie przeciętnym poziomie artystycznym, pozostaje tylko stwierdzić za klasykiem: tyle hałasu o nic.

A przecież chodzi o muzykę – i to nie tę szczególnie skomplikowaną; chodzi o pozytywne wrażenia, jakich kolejną porcję chciałbym jako stary fan otrzymać. Słucham, słucham, próbuję dosłuchać się dźwięków ponadprzeciętnych, takich, na których dłużej można zawiesić ucho. Może pierwszy numer, The Miracle (of Joey Ramone), w sumie przecież jest w nim mocna gitara? Hm, tak, jest nieźle. Ale potem ześlizgujemy się po gładkich, banalnych refrenach.

Mocniejsze riffy dopadają nas także w Cedarwood Road, ale żeby zachwycały, to bym nie powiedział. W muzyczną paranoję wpadam przy skądinąd poprawnym dziewiątym tracku, Sleep Like A Baby Tonight, gdzie tyle jest brzmień lat 80., które młodzi wtedy Irlandczycy nokautowali strunami swoich gitar. A teraz proszę, grają coś, co charakterystyczne było dla ich popowo-syntezatorowej konkurencji. Błahość Iris (Hold Me Close) oraz This Is Where You Can Reach Me Now obezwładnia mnie zupełnie. Takie numerki powinny ujrzeć światło dzienne ewentualnie za dwadzieścia lat, w nowym wydaniu starego albumu, jako odpady z sesji nagraniowej.

Na kłopoty Lykke Li,

trzeba by powiedzieć. Dopiero ostatni numer, z gościnnym udziałem szwedzkiej wokalistki – The Troubles – wybija się zdecydowanie ponad szarość tej płyty. Dowodząc przy okazji, że nie o moc gitar jedynie tu chodzi, a o szlachetny zapis nutowy i takąż jego realizację. Ale jedna pieśń to stanowczo za mało, by uratować całość.

I jeszcze, na koniec, słowo o okładce. Niech się członkowie, pardon, panowie z U2 cieszą, że wywodzą się z zielonej wyspy, a nie z nadwiślańskiego kraju. Bo jestem pewien, że starsi i młodsi dżendermeni z mojej ulubionej PUPY, czyli Parlamentarnego Ugrupowania Prawdziwych Polaków, domagaliby się zwołania komisji śledczej i nie tylko od Larry’ego Mullena Jra oczekiwaliby szczegółowych wyjaśnień.

(U2, Son gs of Innocence, 2014)

[W NaTemat: 26 października 2014]

Greg Lake i U2 – I Believe In Father Christmas

Okres świąt to – niestety – także czas muzycznej konfekcji. Karmienia nas przez cały grudzień z różnej maści głośników staropolskimi „Jingle Bells” albo „White Christmas”. Mam w domu kilkanaście wydawnictw z kolędami i – basta. Starczy, bo i tak zaraz uciekam w stronę tego, czego najchętniej słucham przez cały rok.

[more]

Greg Lake przed laty dał artystyczny upust niechęci do komercjalizacji świąt. Zrobił to na tyle dobrze, że jego utwór, opublikowany na [i]Works Volume 2[/i] (1977) tria Emerson, Lake & Palmer, stał się sporym przebojem i do dziś powraca, choć na szczęście rzadziej, w okolicach końca roku. Na szczęście, bo w ten sposób nie został zajechany do imentu. Mimo iż też doczekał się niejednej interpretacji.

Ponieważ przed rokiem w podobnych dekoracjach zamieściłem pierwotną wersję, dziś pozwolę sobie zaprezentować inne wykonanie, w którym Lake’a wspomaga na flecie sam Ian Anderson, lider Jethro Tull.

A z zestawu kolejnych interpretacji proponuję U2 z 2008 roku, która pojawiła się przy okazji kampanii – firmowanej przez Bono – związanej z walką z AIDS w Afryce.

[W NaTemat: 25 grudnia 2013]

Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan – do starych i nowych fanów?

Ujrzał światło dzienne kawałek – Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan – pilotujący nową płytę Heya, która w sprzedaży ma się pojawić 6 listopada. 

[more]

Skojarzenia z Queen i U2 byłyby o tyle krzywdzące, że kolaboracja tamtych gitarowych zespołów z elektroniką zakończyła się – w moim odczuciu – artystyczną porażką i, na szczęście, powrotem do korzeni. Ostatnia póki co płyta Heya oraz zapowiedź najnowszego krążka to z jednej strony zupełny odwrót od ostrego grania, ale jednocześnie – zdecydowanie trzymanie wysokiego poziomu artystycznego. Toteż zastanawiam się, czy w związku z tym możemy mieć jeszcze nadzieję, że gitara Marcina Żabiełowicza zabrzmi kiedyś pełną mocą. Choćby na koncertach

Jeśli mi czegoś żal, to – mimo wszystko – utraty współistnienia dwóch dobrych, bardzo dobrych jakości: rokendrolowego zespołu i elektronicznej Katarzyny Nosowskiej na rzecz zlewających się coraz bardziej w jedno działań grupy i kariery solowej frontmenki.


Ty też wpadniesz w irlandzkie sieci – U2, Under A Blood Red Sky, 1983

Z U2 intensywniej zetknąłem się w 1983 roku, przy okazji albumu War, z którego utwory obficie były grane w trójkowych audycjach, zwłaszcza tych prowadzonych przez Leszka Adamczyka. Ale, widać, to ciągle nie był ten moment.

[more]

Iluminacja

dopadła mnie dwa lata później, gdy Wieczorze płytowym Tomasz Beksiński zapuścił Under A Blood Red Sky. Muzyka z tego de facto minialbumu (trzydzieści pięć minut z sekundami) wbiła mnie w domowy fotel. Rokendrol jeszcze raz zarzucił na mnie swoje sieci – bezkompromisowa i bardzo gitarowa jazda do przodu zachwyciła od pierwszego słuchania. W jeden wieczór stałem się wielkim wyznawcą U2, którym – mimo ciężkich prób w postaci Zooropy i Popu –  jestem do dziś.

Irlandzki kwartet

to moje roczniki. Wtedy, w 1983 roku, byli ledwie chłopakami tuż po dwudziestce, ale już po trzech płytach studyjnych, z których ostatnia wyniosła ich do roli gwiazd. Już po przejściach, bo ocalili skład kapeli rodem jeszcze ze szkoły kosztem niepodpisania pierwszego kontraktu płytowego (firma fonograficzna chciała, by zmienili perkusistę – skądś to starsi spośród nas znają, prawda?). Z dzisiejszej perspektywy widać, że warto było. Czy ktoś słyszał, by z obozu U2 docierały jakieś informacje o kłótniach?

Trzy albumy studyjne surowe, oszczędne w dozowaniu przystawek gitarowych (wyraźne skojarzenia z odrobinę późniejszymi dokonaniami The Smiths) zaledwie zwiastowały to, co słyszymy na pierwszym krążku koncertowym. Tu dopiero widać siłę grupy, potęgę niewybitnego skądinąd gitarzysty, jakim jest The Edge, wspaniale wspieranego przez coraz lepszego basistę, jakim stawał się Adam Clayton.

Osiem utworów zyskało

na żywo

siłę wręcz nieprawdopodobną. Ściana dźwięku i świetna forma wokalna Bono robią olbrzymie wrażenie. I to bez retuszu: pozostawiono nawet potknięcia Edge’a w Party Girl. Który, co z każdą kolejną płytą widoczne było coraz wyraźniej, nie jest wybitnym technikiem, za to świetnym inżynierem dźwięku. I ma to coś, co przynależne jest tylko najwybitniejszym – wymyślił do bólu prosty sposób gry na gitarze, polegający na upartym budowaniu piosenek na jednym riffie, ale do dziś czyni to w absolutnie genialny sposób. Co z kolei sprawia, że U2 są rozpoznawalni już po paru sekundach.

Moich faworytów

jeśli chodzi o muzykę lat 80. miałem szczęście widzieć na żywo dwukrotnie: w 2005 i 2009 roku na Stadionie Śląskim. Niezapomniane. Za pierwszym razem, gdy – umówieni na forach internetowych – w trakcie odgrywania przez zespół New Year’s Day, fani wyciągnęli coś białego (na trybunach) i czerwonego (na płycie), tworząc wielką biało-czerwoną flagę, Bono zaniemówił. Ukłonił się głęboko, po czym zdjął swoją skórzaną kurtkę i wywrócił ją na lewą stronę z czerwoną podszewką. A potem taką założył i pozostał w ten sposób ubrany do końca koncertu. Cztery lata później historia się powtórzyła, ale, siłą rzeczy, nie zrobiła już takiego wrażenia. Za to muzyka w obu przypadkach – zdecydowanie tak.

A wracając do płyty –  która gra mi teraz, gdy piszę te słowa, w słuchawkach - lata lecą, włosy wypadają, a młodzieńcze zdziwienie nad mocą tej prostej muzyki, jaką jest rock’n’roll, wciąż pozostaje niezmienne. Rewelacyjny krążek.


Placebo, Coke Live Music Festival, Kraków, 12 sierpnia

Długo nie umiałem przekonać się do Placebo, mimo iż Paweł Kostrzewa w swoich Trójkowych programach w końcu lat 90. nie ustawał w wysiłkach. Oświeciło mnie, dopiero gdy w odtwarzaczu moich synów regularnie zaczęły lądować płyty zespołu. Cóż, jeszcze jeden dowód na to, że czasem trzeba kilku podejść.
Jeśli występ Petera Gabriela pozostanie dla mnie na długo koncertem symfonicznym nr 1, jeśli Joe Bonamassa dał znakomity set akustyczny, to największą muzyczną, w pełni elektryczną radość bieżącego roku dane mi było przeżyć w nocy z niedzieli na poniedziałek.

[more]

Żeby nie narażać ani kręgosłupa, zwłaszcza jego części lędźwiowej, ani uszu nadmiarem dźwięków jednego dnia – wraz z większą częścią swojej rodziny stawiłem się pod krakowską sceną tylko w tym jednym jedynym celu.

Koncert zaczął się punktualnie o 23.00, wieńcząc dwudniową imprezę. Był krótki, bo z czterema bisami trwał osiemdziesiąt pięć minut, co w warunkach dużego festiwalu jest, jak sądzę, absolutnie dopuszczalne. Spełnił natomiast moje artystyczne oczekiwania, co uważam za najcenniejsze.

Jest parę kapel w historii muzyki, o których mówię, że cały czas grają jeden utwór. Proszę to jednak wziąć w wielki cudzysłów, bo już wymieniam tych, których mam na myśli: Jethro Tull, Rush i Placebo właśnie. Z pozoru dość trudno odróżnić poszczególne numery, z których wiele rozwija się w podobnym tempie, w podobnych schematach konstrukcyjnych. A jednak jest w tym kawał muzyki.

Słuchając kolejnych utworów, zastanawiałem się, w czym tkwi siła Placebo. I, przynajmniej na własny użytek, udało mi się, mam nadzieję, uchwycić jej źródło.

Rock’n’roll. Te utwory są proste do bólu: gitarowe intro, gdzieś między piętnastą a trzydziestą sekundą wchodzi wokal, ściana gitar – i tak do samego końca. Co w tym szczególnego? Po pierwsze – piosenki, bo to piosenki przecież, o wielkiej urody melodiach. Po drugie – wyśpiewywane (a nie wykrzykiwane) przez faceta o charyzmatycznym głosie, natychmiast rozpoznawalnym i nie do pomylenia z nikim. Po trzecie –  tej prostocie trudno postawić zarzut niedostatków warsztatowych.

Dziś sporo jest takiego grania, gdzie wokalista wchodzi w piątej sekundzie i kończy w ostatniej. Nie dając pograć instrumentalistom, którzy – najwyraźniej – tego nie potrzebują, bo nie potrafią – już, jeszcze albo w ogóle. Przykłady? Genesis z Collinsem po 1981 roku, a z nowych zespołów cenionych przez wielu, a mnie nieprzekonujących – The National czy Arcade Fire.

Z Placebo jest inaczej, trochę może jak z U2. Trudno mówić o szczególnej wybitności w używaniu strun gitary, może raczej  o porządnym rzemiośle i inżynierii dźwięku w najlepszym tego słowa znaczeniu. The Edge nie jest przecież wielkim gitarzystą, a jednak wypracował własny, łatwo rozpoznawalny styl. Panowie z Placebo poszli podobną drogą. To, co stanowi o ich wielkości, o tym, że trzymają poziom już tyle lat, nazywa się po prostu talentem. Bo są cholernie utalentowani, mają łatwość wymyślania chwytliwych melodii – chwytliwych, dodajmy, nie w rozumieniu knajpianym czy dyskotekowym. I opracowywania ich w bezkompromisowy, gitarowy sposób.

Wszystkie te atuty ujawniły się tej nocy. Dwie gitary, bas, pudło, klawisze, bębny – to po męskiej stronie – oraz klawisze, skrzypce i wokal w chórkach – jeśli chodzi o damski rodzynek. Gęsta faktura gitar wspierana brzmieniem instrumentów klawiszowych, bardzo dobra forma wokalna Briana Molko, mocna perkusja. Taka bezustanna rock’n’rollowa jazda do przodu, którą uwielbiam, a która na dobrych koncertach zawsze brzmi ostrzej niż w studiu.

Jeśli chodzi o playlistę*, to zabrakło przede wszystkim Without You I’m Nothing. A czego nie zabrakło? Zaczęli od Kitty Litter, potem usłyszeliśmy m.in. Every You Every Me, Black-Eyed, Special Needs, Slave to The Wage, Meds i na koniec The Bitter End. Bisy zaczęli od coveru kawałka Kate Bush, Running Up That Hill, zaś tym czwartym, kończącym występ, był Infra-Red.

Było pięknie. Kolejny koncert, który zapamiętam na długo. A do stolicy Małopolski z Katowic jest tak blisko, że będę – po U.K. i teraz Placebo – zerkał, kto i kiedy ma zamiar zawitać do grodu Kraka.

____________

* Bez Maćka, mojego syna, raczej nie dałbym rady. Dzięki!