Pieśni tęsknie wystrugane – Adam Strug Kompania, Ogrody Dźwięków, Katowice, 30 czerwca 2013

Adam Strug to postać szerszemu ogółowi nieznana, a zasłużona w penetrowaniu nie tylko polskiego folkloru, odnajdywaniu i ocalaniu pieśni gdzieś z muzycznych skansenów, sprzed dziesiątków i setek lat. Ale też pochylona w stronę poezji, jej liryczno-miłosnego oblicza (Leśmian, Zegadłowicz). I to zderzenie ludowości z wierszami – z pozoru niebezpieczne i podejrzane – daje nieoczekiwanie dobre rezultaty. A jeśli tak się dzieje, musi to być efektem świadomości i kultury muzycznej wykonawców.

[more]

Skoro na estradzie pojawiają się

muzycy związani ze sceną jazzową

– niedawno oglądani przeze mnie w składzie Tie Breaku Marcin Pospieszalski i Frank Parker (a to dopiero – Murzyn grający na bębnach do słów Leśmiana!) oraz Szczepan Pospieszalski, Michał Żak i Janusz Prusinowski, to o poziom artystyczny możemy być spokojni. Jeśli jeszcze na początku miałem pewne wątpliwości co do głosu lidera, z czasem zostały one rozwiane. Skala może nieduża, ale dobra dykcja i błogosławiony dystans do siebie i własnej roboty czyniły z jego występu kawał sztuki.

I co ciekawe, gdy – mniej więcej – od dwudziestej minuty zrobiło się 

delikatnie i subtelnie

– nie popadliśmy w ckliwość i duszną monotonię. Cóż, wielu wykonawców i zwykle też, za przeproszeniem, jednocześnie autorów z popowej części rodzimej sceny powinno pochylić się nad takim materiałem muzycznym oraz sposobem jego prezentacji. I wziąć sobie to i owo do serca (dosłownie). Ale to takie wołanie na pustyni, mniejsza – o co.

Więc o miłości, intymności można dziś mówić nadal. Używając do tego słów poetów, nie zaś własnych koślawych rymów, ilustrując te strofy muzyką pozornie starą i niemodną, szeroko rozumianym folklorem. Jeśli jednak podchodzi się do tego profesjonalnie, z porządnym warsztatem muzycznym, i jednocześnie lekko, bez tej napuszoności poezji śpiewanej, z radością i zabawą – może być pięknie.

Ta właśnie cecha –

element zabawy,

zarówno na scenie, jak i na widowni, pełne sprzężenie zwrotne między muzykami a słuchaczami – była stale obecna podczas festiwalu „Ogrody dźwięku”. Muzyka powinna sprawiać radość – tym, co grają, i tym, co słuchają. I panowie z Kompanii Adama Struga cały czas to czują, cały czas o tym pamiętają.

A ja – zachwycony kolejnym koncertem – zamyślam się na chwilę nad tym, jak niewielki ułamek dociera do mnie z tego, co dzieje się w muzyce w Polsce i na świecie. Jak – chcąc, nie chcąc – punktem odniesienia pozostają popelinowe wydarzenia w stylu festiwalu opolskiego czy inne wiekopomne nagrody stacji radiowej czy telewizyjnej jakiejśtam, a prawdziwi artyści funkcjonują z dala od mediów, na obrzeżach, grając „za dwa pomidory, pół kilo gruszek”.

Jak dobrze, że jeszcze są

organizatorzy takich imprez,

którzy zadają sobie trud wyłowienia muzyków i postawienia ich na scenie za trochę uczciwsze, mam nadzieję, pieniądze. By się ogrzali choć trochę kilkusetosobową publicznością (taką, która też ma dość konfekcji na co dzień), by nabrali sił do dalszych zmagań o przetrwanie i zachowanie poczucia sensu tego, co robią. Trzeba zabić tę miłość? Nie, zupełnie na odwrót – trzeba ocalić tę wrażliwość.

A tych, których zaintrygują dołączone nagrania, odsyłam do – jedynej w ćwierćwieczu artystycznych poszukiwań Adama Struga – wydanej w ubiegłym roku płyty Adieu.

 

Tie Break & Michał Urbaniak, JazzArt Festival Katowice, Rialto, 26 kwietnia 2013

Świnoujska FAMA w 1983 roku. Z głośników rozwieszonych na latarniach wokół pola namiotowego codziennie słychać było nagrania The Police z Synchronicity oraz Lady Pank z ich pierwszego albumu. Ze scen festiwalowych w różnych częściach miasta atakował punk rock na czele z jedną z legend tej muzyki w Polsce, Śmiercią Kliniczną, oraz nowa siła w polskim jazzie – Pick Up Formation, New Coast i ci, którzy podobali mi się najbardziej, Tie Break.

[more]

Najbardziej, bo ich formuła balansowała gdzieś

między jazzem a rockiem,

w składzie mieli fantastycznego gitarzystę, Janusza (jeszcze wtedy nie Yaninę) Iwańskiego, który grał bardziej w stylu mistrzów bluesa i rocka niż jazzu, oraz frontmena, jakiego od czasów Niemena z przełomu lat 60. i 70. w Polsce nie było – Jorgosa Skoliasa.

Tak się porobiło, że ten ostatni, niestety, niczego specjalnego nie zwojował (fani Dżemu mogą go usłyszeć w trzech utworach na pierwszej płycie, gdzie robi chórki). Tie Breakowi, mimo iż uderzenie young power mocno zamieszało w rodzimym jazzie, też zabrakło szczęścia, ze szczególnym uwzględnieniem życzliwych ludzi w Pagarcie i PSJ. To spowodowało, że były problemy z nagraniem płyty (stało się to dopiero w 1988 roku) oraz wyjazdami zagranicznymi. W ten sposób zespół nie odegrał tak znaczącej roli, jaką mógł, jak obwieszczały to w pierwszych latach 80. wszystkie jaskółki – po zwycięstwie w Jazz Juniors w Krakowie i nagrodzie w Jazzie nad Odrą we Wrocławiu – w obu przypadkach w 1980 roku.

Dziś muzycy zbierają się od czasu do czasu, ale każdy z obecnych członków zespołu (Iwański, „Ziut” Gralak, Mateusz i Marcin Pospieszalscy plus czarnoskóry bębniarz Frank Parker) zajęty jest innymi projektami. A jednak występ w Katowicach, tym atrakcyjniejszy, że z gościnnym udziałem legendy polskiego jazzu, Michała Urbaniaka, zgromadził sporą grupę słuchaczy, także tych, którzy pamiętają zespół z dawnych lat.

I było pięknie, mocno, energetycznie, z pomieszaniem wielu stylów muzycznych.

Nic dla ortodoksów,

którzy chcieliby czystości gatunkowej, prostego przypisania tego, co słyszą, do konkretnej muzycznej szuflady.

Zaczęło się funkująco, potem na scenie pojawił się – w nie najlepszej formie fizycznej – Urbaniak i zabawie nie było końca. Mieliśmy, a jakże, wokalne łobi-jabi, przecież Pospieszalski i Gralak to uwielbiają, ale pozostali dwaj panowie także podchodzili do mikrofonów, bo grano również utwory z tekstem, były gwałtowne jazzowe odloty, było też delikatniej i z melodią. Urbaniak grał na elektrycznych skrzypcach, tylko w jednym z bisów nastąpiła „nieoczekiwana” zamiana miejsc, gdy wziął do ręki saksofon, Gralak zagrał na basie, a Mateusz P. przesiadł się do instrumentu barytonowego.

Dwie godziny bardzo dobrego grania.

O warsztacie muzyków trudno dyskutować, zwłaszcza Iwański i Mateusz Pospieszalski dali się poznać szerszej, rockowej i popowej publiczności – pierwszy współpracował m.in. z Sojką i Maanamem, drugi jest członkiem VooVoo i twórcą repertuaru Zakopower. W przypadku Tie Breaku najprawdopodobniej już nic szczególnego się nie wydarzy, zespół nie podbije żadnego rynku muzycznego. A jednocześnie – jest w tej muzyce to, co najpiękniejsze. Że faceci potrafią bardzo dużo, jest jasne, natomiast to, że im się ciągle chce, że granie sprawia im olbrzymią radość – już takie oczywiste nie jest. A tak było w piątkowy wieczór. I w pełni usatysfakcjonowana publiczność doceniła to wielokrotnie bardzo długimi brawami.