Stadion Śląski Reaktywacja

stadion

Jako mieszkaniec Śląska do tego obiektu zawsze będę miał stosunek daleki od obojętnego, zwłaszcza że w młodości byłem zapalonym kibicem, natomiast muzyka nawet z łysiejącej głowy nie chce mi wywietrzeć.

[more]

*

Radiowa Trójka zjechała 26 października na Śląsk i z niegdysiejszego „kotła czarownic” nadawała swoje audycje. Słuchając rano wspomnień redaktorów oraz słuchaczy, pomyślałem sobie, że też mam co nieco, i to bynajmniej nie małe, do opowiedzenia.

*

Jako mieszkaniec Śląska, a od 1977 roku Katowic, do tego obiektu zawsze będę miał stosunek daleki od obojętnego, zwłaszcza że w młodości byłem zapalonym 

kibicem,

natomiast muzyka nawet z łysiejącej i siwiejącej głowy nie chce mi wywietrzeć. A – jak powszechnie wiadomo – meczów i koncertów odbyło się trochę na chorzowskim gigancie. W głowie mam strzępy szczenięcych wspomnień dotyczących potyczek Górnika Zabrze z AS Roma, Manchesterem City czy Dynamem Kijów. Znacznie więcej niż strzępy to rok 1973 i zwycięskie mecze kadry Kazimierza Górskiego z Anglią i Walią. Do końca życia nie zapomnę czterdziestej siódmej minuty, gdy Włodek (jak mówiła cała Polska) Lubański odebrał piłkę Moore’owi i pognał na bramkę rywali, kończąc rajd wspaniałym strzałem i podwyższając prowadzenie na 2-0. Nie zapomnę też, gdy jakiś czas później, poturbowany przez McFarlanda, opuszczał boisko na noszach, co radykalnie miało odmienić oblicze reprezentacji.

*

Nie dojdę już dziś do tego, czy 10 września 1975 roku to była moja pierwsza wizyta na Śląskim. Polska była wtedy trzecią drużyną świata, a w eliminacjach do ME 1976 przyszło naszym orłom bić się z Holendrami, czyli wicemistrzami świata. To był, ośmielę się powiedzieć, ostatni naprawdę wielki mecz kadry Górskiego, która w proch i pył rozniosła rywali 4-1. Trzynastoletnie gardło zdarłem tak, że następnego dnia w ogóle nie mogłem mówić, za to byłem bohaterem nie tylko w swojej klasie i nie tylko na swoim podwórku.

(W dołączonym filmie słychać głos Jana Ciszewskiego, nieodżałowanej pamięci komentatora i świadka największych triumfów polskiej piłki. Dzisiaj, 12 listopada, mija ćwierć wieku od jego śmierci). W Chorzowie zaliczyłem też między innymi jeden z finałów MŚ na żużlu, a także ostatni występ Lubańskiego w reprezentacji – przeciwko Czechosłowacji. W latach 80., a jeszcze bardziej później, motywacja do tego, by bywać na Śląskim, spadła tak samo jak miejsce futbolistów we wszelkich europejskich czy światowych rankingach.

*

Ktoś mądry jednak doszedł do wniosku, że ten stadion to dobre miejsce do organizowania koncertów. 

Występu AC/DC wraz z supportującymi Aerosmith i Metallicą „wysłuchałem” latem 1991 przez uchylone okna mieszkania, bowiem czteromiesięczne wtedy bliźniaki nie miały żadnej konkurencji, gdy chodziło o spędzanie tzw. czasu wolnego. Pierwszym obejrzanym koncertem był więc dopiero siedem lat później ten, który pozostanie jednym z najważniejszych w moim życiu: 

The Rolling Stones.

Dożyć chwili, gdy ukochana kapela wybiega na scenę przy riffach Satisfaction – bezcenne! Tym bardziej, że koncert był po prostu rewelacyjny, nawet bez You Can’t Always Get What You Want na bis (granego w wielu innych miejscach podczas tamtej trasy – było to po wydaniu Bridges to Babylon).

W 2005 roku spełniło się moje kolejne muzyczne marzenie: by zobaczyć w akcji 

U2. 

Było tak pięknie, że nie było mowy, by cztery lata później tego nie powtórzyć, choć bilety sprzedawano przez internet i, pamiętam, można było dostać zawału. Żonie udało się je zabukować o jakiejś absurdalnej, wczesnoporannej porze, przed wyjściem do pracy. Przy New Year’s Day widownia utworzyła jedną wielką biało-czerwoną flagę, wprawiając w osłupienie Bono i jego kumpli. Ukłonił się głęboko, wywrócił swoją kurtkę na lewą stronę (była w czerwieni) i tak pozostał do końca występu.

Gdzieś po drodze, bardziej jako bodyguard (za przeproszeniem mojej wagi lekkopółśmiesznej) niż sympatyk, trafiłem z nieletnimi jeszcze wtedy synami na koncerty Iron Maiden i Metalliki. Nikt i nic – niech fani wybaczą – nie skłoni mnie do słuchania, jak kolorowy rokendrol przechodzi na czarną stronę metalu. Próbowałem parokrotnie, w różnych życia okresach, ale nie – i koniec.

2007 to trzy koncerty: 

Pearl Jam 

z Linkin Park jako supportem. W sumie zawód, zwłaszcza że osiem lat wcześniej w Spodku było fantastycznie. Tym razem dwukrotnie chrzanił się sprzęt, a panowie zeszli ze sceny po półtorej godzinie, ponieważ mieli obstalowany samolot do następnego miejsca na trasie. Oj, tak się nie robi tym, którzy tyle lat czekali, a nawet jeździli po obcych landach z transparentami „You Forgot Poland”. 

Prawdziwą miazgą był jednak występ 

Red Hot Chilli Peppers. 

Popelina sączyła się z głośników aż miło, tyle że nie dla mnie. Byłem tak rozczarowany, że już bodaj następnego dnia zakupiłem Mother’s Milk, by posłuchać, jak RHCP gra bezkompromisowego rokendrola.

Na 

Genesis

– w parę lat po koncercie w Spodku z Wilsonem jako wokalistą – szedłem z pełnym przekonaniem, że chciałbym usłyszeć zupełnie inny materiał, a otrzymam coś, na co czekają tysiące ludzi. Ten zespół skończył się dla mnie na Second’s Out, a już na pewno na Duke’u – czyli tam, gdzie dla wielu dopiero zaczął. Sceneria grozy – gwałtowna ulewa i burza z wściekle walącymi piorunami – dodały jednak niesamowitego smaku temu koncertowi. Szkoda tylko, że Mama i inne takie to nie moja bajka.

Rok później zaliczyłem ostatni, póki co, koncert na Stadionie Śląskim – 

Police.

Pisałem nawet o nim w blogu. Znakomite brzmienie, lepsze niż trzech kapel rok wcześniej, ale zejście po sześćdziesięciu pięciu minutach ze sceny było jak obicie mnie po gębie. Panowie po miesiącu wspólnego grania, po ćwierćwiecznej – dodajmy – przerwie, mieli siebie tak dość, że nawet nie potrafili spojrzeć od czasu do czasu w swoją stronę. Tak się nie traktuje ludzi, którzy zapłacili za bilet, kupowali i kupują płyty. Dla mnie był to fragment większej całości pt. Sting.

*

Wychodzi na to, że starego zgreda trudno zadowolić. Cóż, tak już mam, trochę w życiu widziałem i posłuchałem i byle czym smarowana kanapka mi nie smakuje. Lecz ufam, że jeszcze na tym samym, aczkolwiek zupełnie innym stadionie, czekają mnie wrażenia wielkie i piękne. Co prawda dwa hasła – Van Morrison i Dave Matthew Band – na które czekam najbardziej, stadionu u nas, w Polsce, nie wypełnią, ale parę innych – kto wie?

Jak w starym serialu: J-23 znowu nadaje. W innej rzeczywistości, wśród paru innych pięknych, ale „tylko” piłkarskich obiektów, w tym z koszmarnym akustycznie, nie do nagłośnienia Stadionem Narodowym w stolicy. Pierwsze imprezy sportowe w Chorzowie  już zapowiedziane, inne planowane. Pora zabrać się za kawałki muzycznego tortu.

P.S. Właśnie ogłoszono, że koncertową inauguracją będzie występ Guns’N’Roses. Mam wątpliwości, czy gwiazdorzy sprzed lat zdołają wypełnić chorzowski stadion. I czekam na kolejne zapowiedzi.

[W NaTemat; 12 listopada 2017]

Marcin Wasilewski Trio – żar uczuć i delikatność brzmienia

mwt_spark

Ponad siedemdziesiąt minut muzyki rozpisanej, jak zwykle w przypadku MWT, na fortepian, kontrabas i perkusję – w kilku numerach wzbogaconych o saksofon Joakima Mildera. Właściwie nic, co miałoby w porównaniu z wcześniejszymi dokonaniami formacji zaskoczyć, ale przecież album znów dostarcza sporej dawki muzyki pełnej łagodności i ukojenia.

[more]

*

O występie Marka Bałaty w pachnącym nowością gmachu NOSPR w Katowicach pewnie bym się nie zająknął, bo przyjemniej jest się zachwycać, chwalić – niż kręcić nosem z niezadowoleniem czy wręcz niesmakiem. Pewnie bym się nie zająknął, gdyby nie nowy album tria Marcina Wasilewskiego, który właśnie pojawił się w sprzedaży. 

Pewien redaktor nazwał 

premierowy materiał

MWT  „muzyką do windy”. Skłamałbym, mówiąc, że zupełnie tego nie rozumiem, ale w windzie, jeśli już coś ma mi grać, niech będą to raczej Wasilewski z Kurkiewiczem i Miśkiewiczem albo Dire Straits. Jeśli MWT to tylko stan lekkopółśredni (choć mam świadomość, że nad stanem ludzkich emocji, jakie wyzwolić może muzyka, dyskutować nie sposób), to co powiedzieć o Marku Bałacie?!

Być może gdybym systematycznie i od lat penetrował jazz, miałbym inne spojrzenie, inną wrażliwość i może w ogóle byłbym innym człowiekiem. Być może. Wychowałem się jednak na rokendrolu i pewnie przy nim już zostanę do końca swoich dni. Co nie uniemożliwia mi od czasu do czasu podróży w stronę jazzu właśnie lub muzyki poważnej, odchodzenia od ostrych gitar elektrycznych w krainę łagodnych dźwięków gitary akustycznej albo fortepianu.

Spark of Life

to ponad siedemdziesiąt minut muzyki rozpisanej, jak zwykle w przypadku MWT, na fortepian, kontrabas i perkusję – w kilku numerach wzbogaconych o saksofon Joakima Mildera. Właściwie nic, co miałoby w porównaniu z wcześniejszymi dokonaniami formacji zaskoczyć, ale przecież album znów dostarcza sporej dawki muzyki pełnej 

łagodności i ukojenia.

Obok autorskiego materiału znalazły się na krążku covery. Żadne to dziś odkrycie, że jazzmani popatrują na rockowe poletko. Mamy więc opracowania Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan Heya oraz Message In The Bottle Police, co jakoś kojarzyć się może na przykład ze Smells Like Teen Spirit w wersji Możdżera, Danielssona i Fresco. Ponadto Actual Proof Herbiego Hancocka i – zawsze obarczona pewnym ryzykiem – próba zmierzenia się z klasykiem Sleep Safe And Warm Komedy, czyli słynną Rosemary’s Lullaby z filmu Romana Polańskiego (próba zresztą kolejna tego zespołu, bo wcześniejsza miała miejsce jeszcze pod szyldem Simple Acoustic Trio). Wreszcie wycieczka w klimaty poważne, czyli Largo Grażyny Bacewicz.

I mimo iż tych „obcych” kompozycji jest całkiem sporo – duch tria, dobrze już znany klimat wciąż niespiesznie i pewny swych atutów roztacza się nad całą płytą. Na dodatek Joakim Milder, szwedzki saksofonista, wprowadza w ten porządek pewną 

wartość dodaną.

Instrument, na którym gra, tak chętnie anektowany przez rock i pop music, ma przez to chyba szczególnie trudne zadanie, by uciec od zgranych przez lata dźwięków. Wrażliwość Mildera bliska jest jednak temu, co robi polska formacja (stąd przecież wziął się pomysł współpracy) – gra oszczędnie, bez gwałtowności.

Wracam do pojawiających się tu i ówdzie zarzutów: jeśli muzyka często towarzyszy nam w czynnościach dnia codziennego, trudno potępiać Marcina Wasilewskiego i kolegów, że tworzą tło smakowite i wyjatkowej urody. Natomiast jeśli już dane nam jest uwolnić się od krzątaniny i poświęcić tylko słuchaniu – utwory MWT z płyt czy na żywo brzmią jeszcze szlachetniej. A że po dwóch dekadach istnienia składu trudno mówić o efekcie nowości czy zaskoczenia, to jasne. Z trzymaniem poziomu przez starych wyjadaczy bywa różnie (ostatni przykład: U2), więc cieszy mnie niepomiernie, iż bez niepokoju mogę wkładać kolejne krążki tria do odtwarzacza.

Zresztą kogo i o czym chcę tu przekonywać – w końcu o jakiej półce muzycznej mowa? Ci trzej panowie nagrywają dla wytwórni ECM, a chce ich słuchać publiczność pod wszelkimi szerokościami geograficznymi – ostatnio byli w Argentynie i Chile. Czyżbyśmy postępowali trochę w myśl Jachowiczowskiego „Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie” – ?

(Marcin Wasilewski Trio w/ Joakim Milder, Spark of Life, 2014)

[W NaTemat: 30 listopada 2014]

Wyrwane z kontekstu: The Police, Bring On The Night

Tylko krowa nie zmienia poglądów. Kto wie, czy – gdy cała nowa płyta Stinga będzie równie dobra jak pilotujący ją utwór, nie polubię tego pana ponownie. Nie zmienia to jednak faktu, że przed pięciu laty, wraz z kumplami ze starego zespołu, podpadł mi na Stadionie Śląskim do tego stopnia, że przestałem słuchać jego płyt*. A trochę ich w domu mam, w końcu w latach 80. należał do grona szczególnie przeze mnie ulubionych artystów.

[more]

Regatta de Blanc (1979) to jeden z najwcześniejszych moich kompaktowych zakupów. Przypominam sobie pierwsze wrzucenie do szufladki – i zdziwienie: czyżbym nie znał każdej nuty na tej płycie? Po chwili zorientowałem się, że w pudełku z okładką Police, na płycie także w ten sposób opisanej znalazły się piosenki… Barry’ego White’a. Dzień później dokonałem wymiany na inny, właściwy już egzemplarz.

Album, którego słucham właśnie po długiej przerwie, brzmi świetnie. I swego rodzaju chirurgicznym zabiegiem jest wyłuskiwanie z niego jednego utworu. Wśród wielu znakomitości wskazuję ten, który powalił mnie wtedy, w 1991 roku, w wersji kompaktowej, szczególnie i trzyma do dziś.

Sting, Copeland i Summers potężnie narozrabiali w muzyce końca lat 70. i początku 80. Stary rock niedomagał coraz bardziej, niektórzy analitycy zjawiska zwanego punkiem też dzielą go na prawdziwie artystyczny początek i późniejsze odcinanie kuponów. A ci trzej faceci stworzyli odrębną jakość. Biegłość instrumentalistów, surowe brzmienie, piękne melodie, reggae i zadziwiająca barwa głosu Gordona Matthew Sumnera – to wszystko na krążku z 1979 roku broni się znakomicie.

Bring On The Night stał się też tytułowym utworem pierwszego wydawnictwa koncertowego Stinga – z 1986 roku.

* tupisałem o tym.

The Police, Chorzów, Stadion Śląski, 26 czerwca 2008; The Rolling Stones, Shine A Light, 2008

Wciąż żywe wspomnienie sprzed trzech lat*. Bodaj przedostatni koncert na trasie specjalnie reaktywowanego The Police. Płyty Stinga sprzedawały się coraz słabiej, forma artystyczna też coraz gorsza. Police na Stadionie Śląskim? Oczywiście – mimo różnych „ale”, trzeba iść.

[more]

Po około dziesięciu minutach stwierdziłem, że brzmią lepiej niż wszystkie trzy kapele, które grały w tym miejscu rok wcześniej (czyli Pearl Jam, Genesis i Red Hot Chili Peppers). Gitara Summersa, wówczas – nie wypominając – pana już sześćdziesięciodwuletniego, brzmiała rewelacyjnie. Brak mi przygotowania muzycznego, by docenić grę Copelanda (Antoni Piekut wciąż powtarza, że wymyślił on nowy sposób gry na perkusji), frontman brzmiał przyzwoicie zarówno wokalnie, jak i jako basista. I wszystko byłoby O.K., gdyby nie to, że po sześćdziesięciu pięciu minutach  trio zeszło ze sceny. Cóż, panowie wyraźnie, mimo wielu lat odpoczynku od siebie, już po kilkudziesięciu dniach tournee mieli się serdecznie dość nawzajem. To było widać – zero kontaktu między sobą. Czułem się, jakby ktoś dał mi po gębie. Sześćdziesiąt pięć minut? W Polsce, w 2008 roku? Tu, gdzie sprzedają się ich płyty? Gdzie starsi od nich grali ponaddwugodzinne koncerty?! Kpiny z ludzi. Miałem dość, spodziewałem się, że każdy kawałek na bis może być tym ostatnim, co zupełnie odebrało mi radość słuchania. No i, gdzieś po kolejnych dwudziestu minutach, definitywnie zeszli ze sceny.

Zlekceważony, po pewnym czasie znalazłem się w samochodzie i włączyłem radio. A tam – w Trójce – ludzie dzwonią do Piotra Kaczkowskiego (prowadzącego Minimax) i z zachwytem opowiadają, na jakim wspaniałym koncercie byli. Nic z tego nie rozumiałem – czyżbym ja był gdzie indziej, gdzieś, gdzie grali inni Policjanci? Próbowałem się, bodaj pierwszy raz w życiu, dodzwonić do radia, ale bezskutecznie.

Wszystko ułożyło się w mojej głowie w całość – wcale niewybitny koncert przed laty w Spodku, niemoc kompozytorska Stinga w ostatnim czasie, która zresztą trwa do dziś, czego efektem jest nużąca płyta zimowo-świąteczna, krążek z filharmonikami berlińskimi (stary towar w nowym opakowaniu), wreszcie teraz osobisty jego wybór dwudziestu pięciu utworów z całego solowego dorobku (jw.). Po drodze jakieś dziwne koncerty,  np. dla prezydenta Uzbekistanu, despotycznego władcy, za ciężkie pieniądze. Fuj. Nie mogę tego pana – znaczy Stinga – słuchać od tamtej pory. Już mu chyba nigdy nie uwierzę.

 *

Minęło parę dni od tego koncertu i poszliśmy z żoną na Shine A Light. Nie do multipleksu, gdzie jakość obrazu i dźwięku byłaby bez zarzutu, a do Rialta, gdzie akurat puszczano ten film. Jakość dźwięku kiepska, sprzęt się sypał, emisję  dwukrotnie przerywano. Ale co z tego!

Podobno panowie Jagger i Richards ostatnio nie darzą siebie zbytnią sympatią, ale wtedy, kilka lat wcześniej, wyglądało to chyba inaczej. Ciasna scena teatru, na niej kilkanaście osób, które bez przerwy uśmiechają się do siebie, poszturchują jak nastoletnie chłopaki, Buddy Guy i Jack White jako goście (wydzierająca się Aguilera to akurat jedyne nieporozumienie tego koncertu), Satisfaction grane nie wiadomo po raz który – 3000-, 5000-tysięczny? – zabrzmiało tak, jakby jutro miał skończyć się świat, a przynajmniej Stonesi nigdy już mieli nie wyjść przed publiczność.

Pomyślałem sobie: O, cholera, ci faceci są o – z grubsza biorąc – dychę starsi od The Police – a grają tak, ze serce rośnie.

To właśnie jest subtelna różnica między kapelą wielką, jaką jest The Rolling Stones, a kapelą taką sobie, czyli The Police. Oczywiście, nie tyle chodzi tu o względy historyczne – bo Policjanci są ważną grupą w dziejach rocka – ale, po latach, podejście do tego, co się robi i jak traktuje się publiczność. Jedni kochają swoją robotę, inni – przynajmniej w tym składzie osobowym – nie cierpią.

Cóż, kasa nigdy nie śmierdziała, nie śmierdzi i śmierdzieć nie będzie. A niechęć niektórych osób do siebie nawzajem nie przemija. A mówi się, że ludzie łagodnieją z wiekiem. Nie wszyscy i nie zawsze. Jako fan czuję się bardzo oszukany. Bardzo lubiłem kiedyś Police, w latach 80. Sting, obok U2, był moim ukochanym wykonawcą. Był po prostu wielki, a to powinno zobowiązywać.

* tekst napisałem latem 2011