
Pewien poeta powiedział kiedyś, że aby łapać za pióro po Homerze i Mickiewiczu, trzeba mieć w sobie sporą dozę bezczelności. Gdy patrzyłem wczoraj na Tomasza Organka, nie takiego już przecież pierwszego młodziaka, pomyślałem, że po tych wszystkich Hendriksach, Morrisonach i Kriegerach trzeba mieć w sobie mnóstwo brawury, aby grać taką muzykę.
[more]
Jednak brawura, uzupełniona imponującą grzywą, byłaby tylko wabikiem dla panienek i niczym więcej, gdyby nie – bagatela – solidny warsztat nie tylko lidera, ale całego kwartetu, kultura muzyczna wsparta latami studiów w pobliskiej Akademii Muzycznej, świadomość tradycji muzycznej, głównie rockowej, ale przecież nie tylko, błogosławiony dystans do siebie objawiający się dowcipnymi zapowiedziami i komentarzami pomiędzy utworami. A do tych wszystkich talentów dopisać należy jeszcze, last but not least, pisanie niebylejakich tekstów: kłania się duch Torunia i nieodżałowanej pamięci Grzegorz Ciechowski.
Tradycja muzyczna,
do której odwołuje się TO, jest mi szczególnie bliska. Można oczywiście odnajdować tropy świeższej daty: Jack White, The Black Keys, Lenny Kravitz (niech będzie, zacznę wyliczankę: Stay), a z domowego podwórka Kim Novak (Nazywam się Organek albo Kate Moss) albo, nie tylko z racji personalnych koneksji, Atrakcyjny Kazimierz i Cyganie (knajpiany Italiano), ale to odbywałoby się trochę na podobnej zasadzie, jak w sztuce czerpano z Michała Anioła, a on sam inspirował się sztuką starożytnej Grecji i Rzymu. Organek ma za sobą wielokrotne lektury Doors, Led Zeppelin i całej reszty klasyków z przełomu lat 60. i 70. – i nie ma tu żadnego znaczenia, że ci z kolei czerpali z dorobku szczerbatych Murzynów.
Terminu „brawura” używam już po raz trzeci i nieprzypadkowo. Bo z tradycji można czerpać na wiele sposobów, ale trzeba naprawdę wielkiego talentu, by czynić to właśnie tak.
Bezczelnie mieszać riffy
i faktury, nuty i zagrywki – i robić to na przemian lekko, piosenkowo, dotykając na przykład najlepszych patentów Doors z Light My Fire, Love Her Madly czy Hyacinth House – choćby w Nie lubię, zapuszczać się w okolice korzennego bluesa rodem z akustycznego setu Led Zeppelin z trzeciej płyty (O, matko i Głupi ja) zaaranżowane w stylu Bron-Y-aur Stomp czy Hats Off To (Roy) Harper) albo ciężkich basów z pierwszego albumu, można też podjąć próbę przekroczenia drzwi percepcji w King of The Parasites, gdy melodyjność Light My Fire powoli przeistacza się w oniryczną psychodelię The End, i testować jednocześnie gitarę na wzór i podobieństwo niejakiego Jimiego H. Trzeba naprawdę wielkiego talentu, by ze starych i wciąż rozlicznie stosowanych składników uzyskać nową wartość – błyskotliwą raz po raz świeżość, najlepiej pojętą przebojowość melodii, no i mieć jeszcze to „coś”, by na żywo, przed publicznością, odjechać czasem dość daleko od płytowych wersji.
Scena Rialta została wczoraj zalana rockową energią. Koncert sprawił mi wyjątkowo wiele frajdy – a nie byłem sam z takimi odczuciami. I od razu też pojawia się niepokój o to,
co będzie dalej.
Organkowi udała się wielka sztuka: stylistycznie odbiegł daleko od macierzystej Sofy i zaproponował świetny, mainstreamowy rock. Zyskał zasłużone uznanie i zainteresowanie. Jednakże publiczność w naszym kraju bardzo chętnie pochyla się nad nowościami: nowymi nazwiskami, nazwami – nad debiutami. Pojawia się nowa jakość: głos, brzmienie, piosenki. Ale potem jest już różnie, nawet jeśli wykonawcy udaje się – co jest warunkiem niezbędnym – trzymać artystyczny poziom. Mija rok, dwa lata, pojawia się następna płyta, ale przecież zwykle o znanych już cechach. Posmak nowości uleciał, a tymczasem na ryneczku lidla lśnią kolejne gwiazdy i gwiazdeczki. Oby patronat Trójki był silną tarczą, choć – co oczywiste – nie daje on pełnej gwarancji zachowania popularności. Organek to dziś artysta gotowy – co będzie miał do zaproponowania za, powiedzmy, pięć lat?
(Organek, Kinoteatr Rialto, Katowice, 9 czerwca 2015)
[W NaTemat: 10 czerwca 2015]














