PSYCHOrganek

organek_gupi

Pewien poeta powiedział kiedyś, że aby łapać za pióro po Homerze i Mickiewiczu, trzeba mieć w sobie sporą dozę bezczelności. Gdy patrzyłem wczoraj na Tomasza Organka, nie takiego już przecież pierwszego młodziaka, pomyślałem, że po tych wszystkich Hendriksach, Morrisonach i Kriegerach trzeba mieć w sobie mnóstwo brawury, aby grać taką muzykę.

[more]

Jednak brawura, uzupełniona imponującą grzywą, byłaby tylko wabikiem dla panienek i niczym więcej, gdyby nie – bagatela – solidny warsztat nie tylko lidera, ale całego kwartetu, kultura muzyczna wsparta latami studiów w pobliskiej Akademii Muzycznej, świadomość tradycji muzycznej, głównie rockowej, ale przecież nie tylko, błogosławiony dystans do siebie objawiający się dowcipnymi zapowiedziami i komentarzami pomiędzy utworami. A do tych wszystkich talentów dopisać należy jeszcze, last but not least, pisanie niebylejakich tekstów: kłania się duch Torunia i nieodżałowanej pamięci Grzegorz Ciechowski.

Tradycja muzyczna,

do której odwołuje się TO, jest mi szczególnie bliska. Można oczywiście odnajdować tropy świeższej daty: Jack White, The Black Keys, Lenny Kravitz (niech będzie, zacznę wyliczankę: Stay), a z domowego podwórka Kim Novak (Nazywam się Organek albo Kate Moss) albo, nie tylko z racji personalnych koneksji, Atrakcyjny Kazimierz i Cyganie (knajpiany Italiano), ale to odbywałoby się trochę na podobnej zasadzie, jak w sztuce czerpano z Michała Anioła, a on sam inspirował się sztuką starożytnej Grecji i Rzymu. Organek ma za sobą wielokrotne lektury Doors, Led Zeppelin i całej reszty klasyków z przełomu lat 60. i 70. – i nie ma tu żadnego znaczenia, że ci z kolei czerpali z dorobku szczerbatych Murzynów.

Terminu „brawura” używam już po raz trzeci i nieprzypadkowo. Bo z tradycji można czerpać na wiele sposobów, ale trzeba naprawdę wielkiego talentu, by czynić to właśnie tak. 

Bezczelnie mieszać riffy

i faktury, nuty i zagrywki – i robić to na przemian lekko, piosenkowo, dotykając na przykład najlepszych patentów Doors z Light My Fire, Love Her Madly czy Hyacinth House – choćby w Nie lubię, zapuszczać się w okolice korzennego bluesa rodem z akustycznego setu Led Zeppelin z trzeciej płyty (O, matko i Głupi ja) zaaranżowane w stylu Bron-Y-aur Stomp czy Hats Off To (Roy) Harper) albo ciężkich basów z pierwszego albumu, można też podjąć próbę przekroczenia drzwi percepcji w King of The Parasites, gdy melodyjność Light My Fire powoli przeistacza się w oniryczną psychodelię The End, i testować jednocześnie gitarę na wzór i podobieństwo niejakiego Jimiego H. Trzeba naprawdę wielkiego talentu, by ze starych i wciąż rozlicznie stosowanych składników uzyskać nową wartość – błyskotliwą raz po raz świeżość, najlepiej pojętą przebojowość melodii, no i mieć jeszcze to „coś”, by na żywo, przed publicznością, odjechać czasem dość daleko od płytowych wersji.

Scena Rialta została wczoraj zalana rockową energią. Koncert sprawił mi wyjątkowo wiele frajdy – a nie byłem sam z takimi odczuciami. I od razu też pojawia się niepokój o to, 

co będzie dalej.

Organkowi udała się wielka sztuka: stylistycznie odbiegł daleko od macierzystej Sofy i zaproponował świetny, mainstreamowy rock. Zyskał zasłużone uznanie i zainteresowanie. Jednakże publiczność w naszym kraju bardzo chętnie pochyla się nad nowościami: nowymi nazwiskami, nazwami – nad debiutami. Pojawia się nowa jakość: głos, brzmienie, piosenki. Ale potem jest już różnie, nawet jeśli wykonawcy udaje się – co jest warunkiem niezbędnym – trzymać artystyczny poziom. Mija rok, dwa lata, pojawia się następna płyta, ale przecież zwykle o znanych już cechach. Posmak nowości uleciał, a tymczasem na ryneczku lidla lśnią kolejne gwiazdy i gwiazdeczki. Oby patronat Trójki był silną tarczą, choć – co oczywiste – nie daje on pełnej gwarancji zachowania popularności. Organek to dziś artysta gotowy – co będzie miał do zaproponowania za, powiedzmy, pięć lat? 

(Organek, Kinoteatr Rialto, Katowice, 9 czerwca 2015)

[W NaTemat: 10 czerwca 2015]

Trupa Trupa: niezwyczajny ból głowy

trupa_trupa_headache

Karmią nas bólem głowy. Ale nie jakimś tam prostackim napieprzaniem łba, nie arystokratyczną migreną, lecz opętańczym, obsesyjnym rozsadzaniem czaszki aż po przekraczanie granic tego, co powszechnie uznaje się za normalność.

[more]

*

Gdyby w latach sześćdziesiątych dysponowano takimi jak dziś możliwościami w studiach nagraniowych, otrzymywalibyśmy między innymi takie realizacje, jak w przypadku trójmiejskiej Trupy Trupa. Podziało się tak, że musiało minąć niemal pół wieku: „Syn – minie pismo, lecz ty spomnisz, wnuku”, chciałoby się powtórzyć za Norwidem – by to granie wróciło do łask i – w najlepszych przypadkach – zalśniło pełnym blaskiem.

Jeśli Trupa Trupa coś „straciła”, to na samym początku, decydując się na granie prawie zupełnie nieobecne w mediach, z góry odpuszczając ewentualny szum wielkich radiostacji i zaistnienie na ich playlistach. A teraz, na trzecim dużym krążku, wściekle dojrzale i w sposób dowodzący całkowitej pewności tego, co i jak, proponuje jeszcze bardziej zakręconą podróż przez muzyczne lądy.

Próbując pisać o tej muzyce, zamieniam się w bezradnego dzieciaka. Bo przemieliło się już tego w życiu co niemiara, wszystko coś przypomina, wszystko gdzieś już kiedyś zostało zagrane. A przecież czasem (bardzo, bardzo rzadko, coraz rzadziej) nowych kilkadziesiąt minut daje niczym nieskażoną frajdę słuchania. Choć niekoniecznie – tak jak w przypadku płyt TT, jest to podróż do krainy łagodności. Oj, zdecydowanie nie. 

Karmią nas bowiem bólem głowy. Ale nie jakimś tam dostępnym pospólstwu, prostackim napieprzaniem łba, nie arystokratyczną migreną, lecz zaraźliwym, obsesyjnym rozsadzaniem czaszki aż po przekraczanie granic tego, co powszechnie uznaje się za normalność.

Z tym już zostaniemy: najważniejsze, najdojrzalsze w rocku wydarzyło się gdzieś między 1967 a 1975 rokiem – i wszystko (no, prawie), co ważnego powstawało później i powstaje dzisiaj, odnosić się będzie mniej lub bardziej do tamtego okresu. 

Można żonglować tropami (bo ta szafa nie jest muzycznym demobilem, a to, co z niej wypada, trupem), szukać nazwisk i nazw, z którymi kojarzą się docierające do uszu dźwięki. Dosłuchać się – znów, jak na poprzednim krążku – wczesnego Pink Floyd i matowych falsetów w stylu Gilmoura, na przykład w Sacrifice czy Unbelievable. Dostrzec klimat dojrzałych The Beatles w Rise And Fall, a gęstą fakturę wielu utworów nieodmiennie kojarzyć z Velvet Underground. 

Nade wszystko jednak odnajduję „zorganizowaną anarchię” King Crimson – głównie z okresu Frippowsko-Wettonowskiego – jak w fantastycznym Wasteland, ale także Discipline – co wyraźnie słychać w Getting Older oraz w początkowych i końcowych fragmentach utworu tytułowego. W nim nie ma żartów w szczególny sposób: atmosfera gęsta i duszna od pierwszych dźwięków narasta i potężnieje z każdą minutą niczym w The End Doors, a głos Wojciecha Juchniewicza (drugiego, obok Grzegorza Kwiatkowskiego, wokalisty) brnie w rozwibrowane, szaleńcze rejony spod znaku Jima Morrisona. Zespół nie odpuszcza do samego końca. Progi szpitala psychiatrycznego przekraczamy raz jeszcze w industrialnym Picture Yourself.

Od wydania płyty – tym razem przez brytyjskiego wydawcę, Blue Tapes And X-Ray Records, mijają prawie dwa miesiące. Po okresie ostrego aplikowania, a następnie odstawieniu tej muzyki na pewien czas i – teraz – powrotu do niej mogę wreszcie powiedzieć, że poznałem ten materiał, oswoiłem się z nim. Ale nie wiem, czy o psychodelicznym pokoju, w którym czasem brakuje klamek, mogę powiedzieć, że pokochałem.

Świetna płyta.

(Trupa Trupa: Headache, 2015)

[W NaTemat: 26 kwietnia 2015]

Elbow: rozpychanie się łokciami niekonieczne

elbow

Czasem jest tak, iż mimo pewności, że propozycje jakiegoś wykonawcy nie posuwają historii rocka do przodu, sprawiają niemało frajdy przy słuchaniu.

[more]

*

Wielokrotnie dawałem znać o swej niechęci wobec 

produkcji tzw. progresywnych,

które uparcie czerpią wprost ze źródeł, z dokonań najważniejszych skądinąd kapel tego nurtu. Jak długo jeszcze można posługiwać się w skali jeden do jednego patentami wyeksploatowanymi w tamtym czasie i zajechanymi w kolejnych niezbyt świeżych realizacjach? Przy słuchaniu na przykład takich kapel jak Pineapple Thief niejednokrotnie zapala mi się żółte, a czasami po prostu czerwone światło.

Czasem jednak – dodam od razu, że znacznie rzadziej – jest tak, iż mimo pewności, że propozycje jakiegoś wykonawcy nie posuwają historii rocka do przodu, sprawiają niemało frajdy przy słuchaniu.

Nagrania 

brytyjskiego kwintetu

Elbow są mi znane o tyle, o ile. Nie jest on szczególnie popularny w Polsce, trudno usłyszeć go w radiu – i tym mniej miałem  okazji, by go polubić. Ale gdy kilkanaście dni temu w sklepie na S natknąłem się na krążek Dead In The Boot za całe dwanaście złotych, po szybkim przesłuchaniu trzech fragmentów pobiegłem z nim do kasy.

Kiedyś, przy okazji dzielenia się wrażeniami z koncertu rodzimej formacji Saintbox, pisałem, że jeśli chcę jeszcze słuchać progresji, to właśnie takiej. Dominujące w instrumentarium klawisze, łagodniejsze i płynące wolniej nuty niekoniecznie muszą od pierwszej chwili wprowadzać podniosły, niebezpiecznie zahaczający o patos nastrój: wyciskającą łzy gitarę, monumentalne klawisze i perkusję akcentującą powagę przekazu.

W przypadku Elbow, już za sprawą barwy głosu Guya Garveya skojarzenia z Peterem Gabrielem są nieuchronne. Ale, po pierwsze, solowy 

Gabriel

nie jest wcale taki progresywny, a – po drugie – słychać w muzyce zespołu także zupełnie inne wpływy. Co też zdecydowanie przydaje walorów całości.

Bo to raczej Gabriel właśnie niż – skądinąd – stare, dobre (i bardzo przeze mnie cenione) pięcio- i czteroosobowe Genesis, do tego coś z klimatu najlepszego Talk Talk – z okresu Colour of Spring. Ale kłaniają się też wpływy trip hopu (McGreggor), jak i klasycznego rocka. Już w utworze otwierającym płytę, Whisper Grass, mamy sporo gwałtownych przesterów, które nieodparcie przywodzą na myśl psychodelię à la Doors. Ciepłe uczucia wyzwala swingująca gitara akustyczna w chyba najlepszym na płycie, pulsującym The Long War Shuffle. Wielkiej urody jest trzeci kawałek –Lay Down Your Cross – kolejny dowód na to, jak wdzięczną materią dla rockmanów potrafi być walc. 

Całość robi bardzo przyjemne wrażenie: koi, a przy tym bynajmniej nie nudzi. Jak wspomniałem, trudno w tym graniu odnaleźć jakieś szczególnie oryginalne rysy, a jednak 

poczucia smaku

i kultury muzycznej odmówić mu nie sposób. A to przecież „zaledwie” płyta stworzona ze stron B singli. 

Może nie jest to najbardziej zmysłowa* muzyka, jaką znamy czy możemy sobie wyobrazić, ale z pewnością mogąca dostarczyć wielu miłych doznań w czasie słuchania. A to przecież niemało.

_________________________

* Podaję za wikipedią: nazwa zespołu pochodzi z nadawanego przez BBC serialu „Śpiewający detektyw”, w którym główny bohater – Philip Marlowe – stwierdza, że słowo „elbow” (ang. „łokieć”) jest najbardziej zmysłowym słowem w języku angielskim, nie ze względu na znaczenie, a uczucie towarzyszące jego wypowiadaniu.

(Na talerzu lub w szufladce: Elbow, Dead In The Boot, 2012)

[W NaTemat: 15 lutego 2015]

Żar uczuć nie stygnie

light_my_fire

1967 rok, debiutancka płyta Doors, która ukazała się równo czterdzieści siedem lat temu i uczyniła z zespołu gwiazdę pierwszej wielkości. Całość wieńczy „The End”, natomiast na końcu pierwszej strony analogowego wydawnictwa pojawił się „Light My Fire”.

[more]

Znakomity numer napisany przez Robby’ego Kriegera, z organowym intro Raya Manzarka. Trzydzieste piąte miejsce wśród pięciuset najlepszych utworów w historii według magazynu „Rolling Stone”. Znany z kilku innych jeszcze, koncertowych wersji The Doors oraz wielu coverów, z których najsłynniejszym jest ten z 1968 roku, Josego Feliciano. Niewidomy muzyk rodem z Portoryko otrzymał rok później dwie nagrody Grammy, w tym za najlepszą piosenkę roku.

We wrześniu 1967 roku The Doors pojawili się w bardzo popularnym, realizowanym na żywo telewizyjnym programie Eda Sullivana. Prowadzący zażyczył sobie, by wers we couldn’t get much higher zamienić na we couldn’t get much better, by nie drażnić konserwatywnej części widowni. Morrison zignorował te sugestie i zaśpiewał swoje. Wściekłemu Sullivanowi, który powiedział, że zespół nigdy więcej u niego nie wystąpi, odparł, że „my przecież właśnie zrobiliśmy Ed Sullivan’ Show”.

Eliane Elias, brazylijska piosenkarka od lat mieszkająca w Nowym Jorku, nagrywała z wieloma z grona najlepszych – Herbiem Hanckockiem czy Randym Breckerem*. Nieuchronna w przypadku takich korzeni bossa nova przeplata się więc z jazzem, dając bardzo szlachetną mieszankę. Wykonanie Elias pochodzi z 2011 roku, z albumu pod tytułem… Light My Fire.

__

* Prywatnie jej mężem, kiedyś członkiem  Blood, Sweet & Tears, trębaczem, który – wspólnie z Włodkiem Pawlikiem oraz Filharmonią Kaliską – za płytę Night In Calisia – otrzymał właśnie nominację do Grammy).

(W NaTemat: 4 stycznia 2014)

Cover to Cover: Them i The Doors, Gloria

A Irlandia jest taka zielona… Przed U2 byli Thin Lizzy, a przed Thin Lizzy – Them*. Przed Jimem Morrisonem był van Morrison.

Z jednej strony decydując się spośród wielu na cover Doorsów, idę po linii najmniejszego oporu. A z drugiej – czy ten wybór trzeba jakoś szczególnie uzasadniać?!

[more]

1964 rok. Jeden z najwspanialszych singli w historii rocka: na stronie A – Baby, Please Don’t Go, na stronie B – właśnie Gloria. Jezus Maria, jeśli się zastanowić, co robili wtedy Beatles, Rolling Stones, Kinks i Who, to kawałek Them powoduje jeszcze większe dreszcze, jeszcze większe uznanie. Atak wokalny van Morrisona to ówczesna ekstraklasa, a natarcie gitar, aranżacja tego utworu, wszystko, co dzieje się w środku – to powiew rockowego geniuszu. Ten utwór nic a nic się nie zestarzał.

The Doors – pozornie – podeszli do tematu na miarę swoich czasów: podręcznikowo odegrali oryginalną wersję. Jednak jak chwilę pomyśleć – to po jakie licho jedna rockowa kapela ma majstrować przy fantastycznym numerze innej rockowej kapeli? Czy nie wystarczy, jeśli zagra go równie świetnie? Zdecydowanie wystarczy. Jak jeszcze dosypie – bagatela! – tyle mocy, psychodelii i wyuzdania.  Po prostu – znowu – geniuszu. Jednocześnie też – zamykając drogę innym chętnym, by po takich tuzach zrobić to kolejny raz w podobny sposób.

Na rejestrację płytową wersji Doorsów czekaliśmy długo, bo do 1983 roku. Wtedy ukazał się koncertowy Alive She Cried. Z taśm w paru przypadkach wydawałoby się, że nie do odratowania, w cyfrowej obróbce wyciśnięto pełen blask mistrzowskich wykonań. Gloria (zapis z próby przed występem) w tym zestawie lśni blaskiem największym…

_____

 * Z jednym istotnym zastrzeżeniem: podziału tego kraju i faktu, że dwa pierwsze wymienione zespoły wywodzą się z Dublina, a Them z Belfastu.

Miejsce, w którym zakrzywia się czas

Każda doba ma dwadzieścia cztery godziny, każdy rok dwanaście miesięcy. A jednak, mimo tej bezwzględnej i upiornie działającej matematyki, pewne rachunki i wyliczenia – dokonywane na własny użytek – czasem (nomen omen) zadziwiają.

[more]

I tak oto konstatuję, że pierwszy zakup płytowy, jakiego dokonałem, od pierwszego nabytku CD (Pearl Janis Joplin) dzieli raptem trzynaście lat – 1977 i 1990. Od tamtej pory mijają dwadzieścia trzy lata i może tylko obecność w domu dwóch facetów wyższych ode mnie o pół głowy dowodzi poważnych zmian, jakie w tym okresie się dokonały. Jak to zdążyłem, za przeproszeniem, się posunąć.

W 1977 nie byłem nawet absolwentem szkoły podstawowej, zaś w 1990 żonatym od trzech lat facetem, z żoną w mnogiej ciąży. Za sobą miałem trzy szkoły, dwie zmiany adresu i pierwsze rozczarowania dorosłego człowieka. Cały ogrom zdarzeń.

Z jednej strony pojawienie się dziecka, a cóż dopiero dwojga naraz, wywraca świat do góry nogami, a z drugiej – właściwie nie dzieje się już w życiu nic, co mogłoby się równać siłą doznań z okresem dzieciństwa i młodości.

Więc niby jest bardziej liniowo, a jednocześnie – w tej liniowości – czas zdaje się poruszać ruchem jednostajnie przyspieszonym. Dni, tygodnie i lata pędzą coraz bardziej naprzód, zupełnie oszalałe. Na łeb, na szyję, na złamanie karku. Szum w głowie wciąż się wzmaga, spraw wszelakich co dzień sporo, ale tych istotnych niewiele. Zupełnie na odwrót niż dawniej, kiedy było ich mało, a wszystkie wagi niezmiernej. Nowych książek regały pełne, ale jakby treść ich bez znaczenia w większości, płyt ilość nie do ogarnięcia, ale gdzież im do tych z lat 60. czy 70.

Tyle że świat się skurczył, przybliżył, a i my – nareszcie – do świata także. Więc niech tam, niech będzie, niech strzyka w kościach, jeśli musi. Narodzin wokół coraz mniej, pogrzebów coraz więcej.

Pamięć szczęśliwie ciągle dopisuje (to i owo). Na przykład ze studenckich czasów pierwsze lub jedne z pierwszych tomiki poetyckie ludzi parę lat ode mnie, od nas starszych. Przewidujące Wszyscy podpiszemy nasze spuszczone oczy Włodzimierza Dulemby. Pogodzone Jeszcze żyjemy Aleksandra Rybczyńskiego. Najnowszy testament Dariusza T. Lebiody. Albo Strefę skażeń Piotra Bratkowskiego. Strefa się zmieniła, skażenia pozostały. A może – strefa pozostała ta sama, a skażenia się zmieniły?

           *

     kiedy wejdą tu do nas

     uchylą drzwi

     zrobią ostre światło

     i rentgeny języków

 

     co zrobimy wtedy z oczami

     gdzie schowamy ręce

     gdzie podziejemy nasze kroki

 

Blues molowy o „Klubie 27”

Klub powstał dawno temu, ma otwartą formułę i doczekał się nawet własnego artykułu w Wikipedii. Kilkoro jego członków wywarło wielki wpływ na muzykę rockową. Wpływ zdecydowanie artystyczny, aczkolwiek niehigieniczny tryb życia i przedwczesna śmierć stanowią nierozerwalną część ich legendy.

[more]

Bezmyślność i okrucieństwo losu zawsze towarzyszyło ludzkiemu istnieniu. Zawsze też informacje o śmierci ludzi znanych, popularnych, lubianych rozpalały głowy i prowokowały do dyskusji. Chcesz stać się legendą? Umrzyj, najlepiej młodo.

Na jedyny taki w historii,

rokendrolowy ferment

– końca lat 60. i początku 70. – złożyło się parę czynników. Pokoleniowy – wejście w czas dorosłości ludzi niepamiętających drugiej wojny światowej. Polityczny – konflikt w Wietnamie, w który zaangażowane były USA i Wielka Brytania. W pierwszym przypadku skutkowało to tysięcznymi powołaniami do armii, wyjazdem na azjatycki front i, w stanowczo zbyt wielu przypadkach, powrotem do ojczyzny w trumnie lub na wózku inwalidzkim.

Kulturowy, artystyczny – rokendrol osiągnął dojrzałość. Do lamusa odchodziły dwuipółminutowe piosenki o miłości chłopca do dziewczyny zilustrowane dość nieporadnym, amatorskim potraktowaniem instrumentów. Wokół tej niewiarygodnie szybko dojrzewającej muzyki skupiło się mnóstwo zjawisk. Rock stał się

sposobem na życie.

Dla wybranych na scenie, dla większości – wokół niej. Dla wszystkich – sposobem na ucieczkę. Od nudy, norm społecznych, zastanego porządku. Sposobem na odreagowanie. Także – za sprawą używek. Najwyższe wzloty artystyczne przeplatały się więc z ludzkimi upadkami.

Aż wreszcie w sidła śmierci, co było nieuchronne, zaczęli wpadać ci najwięksi. Oklaskiwani przez miliony, kochani, uwielbiani. Tak się złożyło, że w ciągu trzydziestu dwóch dni 1970 roku pożegnało się z tym jedynym znanym nam światem trzech znakomitych wykonawców, rok z niewielkim okładem wcześniej zmarł członek jednej z najsłynniejszych grup nie tylko tamtych czasów, a w lipcu 1971 przez „drzwi percepcji” przeszedł kolejny z największych.

Alan „Blind Owl” Wilson, współzałożyciel Canned Heat, przedawkował 3 września, Jimi Hendrix – 18 września, Janis Joplin – 4 października 1970 roku. 4 lipca 1969 wyciągnięto z jego prywatnego basenu martwego Briana Jonesa, dopiero co wyrzuconego z The Rolling Stones. Niemal równo dwa lata później, 3 lipca 1971 w Paryżu, znaleziono w wannie nieżywego Jima Morrisona. Dwa lata, pięć trupów z najwyższej rokendrolowej półki. Wystarczy?

Bluesowo-rokendrolowy pokój w „Klubie 27”

otwarł jednak wiele lat wcześniej, bo w 1938 roku, uważany za pioniera współczesnego łojenia Robert Johnson. Genialny Murzyn, na którego wciąż powołują się najwięksi z największych gitarzystów.

„Klub 27” to umowne i bardzo pojemne hasło. Miejsce, do którego w ostatnim dwudziestoleciu wejściówki otrzymali Kurt Cobain i Amy Winehouse. Lecz przecież śmierć zagościła wśród rokendrolowców tak samo, jak w każdym innym środowisku. A właściwie zdecydowanie wyraźniej, bo ludzie związani z tą muzyką – jak to zwykle z niepokornymi artystami bywa – byli i są bardziej skłonni niż przeciętni śmiertelnicy smakować życie we wszelkich jego przejawach. Także takich, kiedy bezustanne balansowanie na cienkiej i kruchej granicy kończy się jego – życia – utratą.

Nick Cave & The Bad Seeds: Push The Sky Away, 2013

Ta płyta to bardzo dobry powód, by uświadomić kolejny raz – przede wszystkim sobie, ale i Wam, że na co dzień zajmuję się innymi sprawami, że muzyka to „tylko” pasja. A co za tym idzie, nie mam poczucia, że muszę co najmniej nieźle orientować się we wszystkich, najlepiej, gatunkach muzyki pop. Otóż nie orientuję się i nie chcę orientować. Nie mam potrzeby bezustannego trzymania ręki na pulsie, obserwowania wszelkich zjawisk muzycznych.

[more]

Natomiast nie ukrywam, że wiele neofickiej radości sprawia mi zarówno poznawanie nowej muzyki, jak i wciąganie na listę obserwowanych tych wykonawców, którzy wcześniej mnie nie interesowali – szczególnie albo wcale. I oto, za sprawą jakiejś płyty, niekoniecznie nowej, stwierdzam, że moje ucho przyswaja zawarte na niej dźwięki bez szczególnej trudności, a wręcz z dużą radością.

Niech mi więc wybaczą ci, którzy są wielbicielami talentu Cave’a od lat. Nie będąc w stanie wypowiadać się na temat wcześniejszych jego dokonań, świeżą i – powtórzę – neoficką głową wyrażę swój

zachwyt nad tegorocznym albumem

i rzucę parę skojarzeń.

Pozostanę wpierw na Antypodach: Michael Hutchence, nieżyjący już pierwszy frontman INXS. Coś podobnego słyszę w obu głosach. Gdy natomiast chodzi o nastrój, myślę o Peterze Gabrielu: tak samo niespieszne nuty, wyciszenie, smutek i nostalgia. I zaraz van Morrison: niby piosenki, a przecież smaku i klasy w nich tak wiele.

Robię skok przez Atlantyk, by śpiewanie Cave’a, momentami bliskie melorecytacji, przyrównać do tego, co robi Lou Reed. I by wreszcie dojść  do sedna, czyli

Jima Morrisona i The Doors.

Tu już klimat muzyki i barwa głosu budzą ewidentne skojarzenia. Można sobie nawet bez większego trudu wyobrazić, że – tak samo jak van Morrison – Jim, gdyby żył, mógłby przejść podobną drogę: od buntu, gwałtowności rokendrola, krzyku i hałasu gitar do goryczy wyśpiewywanej i zagranej przy użyciu, pozornie, minimum środków. Pozornie, bo w tej oszczędności kryje się wielki kunszt i wyrafinowanie.

Z biegiem lat rock zdaje się zagarniać coraz więcej zupełnie nie-rollowej przestrzeni. Już Beatlesi uświadomili światu, że formuła tej muzyki będzie znacznie szersza, niż się początkowo zdawało, i wcale nie taka powstająca w oderwaniu od wielowiekowej tradycji muzyki tzw. poważnej, a jeszcze bardziej

piosenki.

I właśnie przy okazji tej ostatniej niniejsza refleksja: kto z niemłodych fanów szarpidructwa wychowanych na wzmacniaczach mocy, kto z tych, co toczyli codzienne boje z pokoleniami rodziców i dziadków o wartość rokendrola – przy stole, przy uchylonych drzwiach do swego pokoju i już samym tylko spojrzeniu na przykład ojca mówiącym: „Czego ty, u licha, słuchasz? Przycisz to!”, więc kto z nas dziś niemłodych pomyślał przed laty, że  mistrzowie rocka nagrywać będą takie płyty – jak van Morrison właśnie, jak McCartney w ubiegłym czy Clapton w tym roku? I że, o zgrozo!, będziemy je kupować, słuchać ich, wieloma z nich się zachwycać? Że takie granie pozostanie w obszarze zainteresowań miłośników rokendrola zdecydowanie bardziej niż wyznawców piosenki francuskiej czy wloskiego belcanta? I że Nick Cave jeśli pojawi się w Polsce na festiwalu, będzie to nie Sopot, lecz gdyński Open’er.

Push The Sky Away to dziewięć niezwykłej urody pieśni. Powtórzę: niespiesznych, wyciszonych, subtelnie zaaranżowanych, pięknie zagranych i zaśpiewanych. Któryż to już raz w ostatnim czasie doceniam czterdziestoparominutowy

rozmiar M płyty!

Łatwiej to ogarnąć, docenić, że z sesji nagraniowej pozostał tylko crème de la crème. Płyta się kończy, a ja, zasłuchany i oczarowany, mam ochotę znów wcisnąć „play”.

Nad poszczególnymi numerami zatrzymywać się nie będę. Z jednym wyjątkiem – czwartego na płycie Jubilee Street. To on, w sposób szczególny, kojarzy mi się z The End Doorsów, jest taką jakby późniejszą jego wersją – łagodniejszą, stonowaną. Ten właśnie utwór uruchomił we mnie szukanie tropów. One są, ale pośród tych najlepszych. Bo nowy album Nicka Cave’a też do najlepszych – i kto wie, czy tylko w tym roku – zaliczyć należy.

 

Jeźdźcy burzy odchodzą

Zawsze kiedy umierają ludzie znani, lubiani przez nas, cenieni – świat robi się mniejszy i smutniejszy. Gdy te śmierci dopadają nas w odstępie kilku dni – ból jest jeszcze większy. I świadomość, że skoro odchodzą, to i my, ich wielbiciele sprzed wielu już lat, też młodzi nie jesteśmy. Nasze autorytety i nasi idole w coraz większej grupie są już „tam”. Biologia jest bezwzględna i nieubłagana.

[more]

Dopiero co mieliśmy możliwość obejrzeć w sobotnie wieczory w TVP Kultura historię powstania pierwszego, a potem ostatniego albumu The Doors – L.A. Woman – wydanych za życia Jima Morrisona. Wielki zespół, dwie najlepsze płyty w jego dorobku. Wspaniałe opowieści całej trójki: Raya Manzarka, Robbiego Kriegera i Johna Densmore’a.

I kolejny raz rodzi się pytanie, ile trzeba, by przejść do historii? I drugie, jakiż ta historia przybierze ostatecznie kształt? Tych czterech starannie wyedukowanych młodych ludzi intensywnie działało ledwie parę lat. Wszystkie ważne nagrania powstały w okresie 1967-1970. To, co po śmierci Morrisona zrobili trzej panowie, nie może się już równać skalą dokonań z twórczością The Doors. No i druga kwestia – co zostanie z rokendrola za kolejnych pięćdziesiąt lat? Wydaje się, że wiele z tego, co dzisiaj, ale czy na pewno? Jeśli Chuck Berry, Beatles, Rolling Stones, Dylan czy Doors przetrwali próbę ponad lub niemal półwiecza, to może ostaną się także w przyszłości jako ci z grona najważniejszych?

Ray Manzarek, wnuk polskich emigrantów urodzony w 1939 roku, zmarł wczoraj w Niemczech. Każdy, kto miał okazję popatrzeć na zapisy z koncertów słynnego kwartetu, musiał zapamiętać jego charakterystyczną sylwetkę. Kwadratowa szczęka, okulary, spokój – intelektualista przy klawiaturze. I ten klawiszowy bas, który obsługiwał jedną dłonią, drugą wyczyniając niezłe hołubce na organach. W pięknym Hyacinth House przypomniał o swych korzeniach, cytując Chopina.

– Hej, staruchu!

– Hej, Ray, jak się masz?

– Świetnie. Myślałem, że pojechałeś do Nowego Jorku.

– Nie, zostałem tu (…). Piszę…

– Piszesz? A co piszesz?

– O, nic takiego. Po prostu piosenki.

– Piosenki? – ucieszył się Ray. – Zaśpiewaj mi jakąś.

Jim usiadł na piasku. Ray ukląkł naprzeciw niego. Jim zaczął się kołysać, wyciągając ręce na boki i przesypując piasek między palcami. Przymknął oczy. Wybrał pierwsze wersy Moonlight Drive. Słowa popłynęły powoli i wyraźnie:

 

 Popłyńmy do księżyca / ooch

 W górę, po fali przypływu

 Zanurzmy się w wieczorze, tam

 Gdzie we śnie kryje się miasto…

 

Kiedy skończył, Ray wykrzyknął:

– To najlepsze cholerne teksty, jakie słyszałem! Chodź, założymy zespół rockandrollowy i zarobimy milion dolarów!

– Otóż to – odpowiedział Jim. – Właśnie o tym myślę przez cały czas.*

 

Czy są już po pierwszej od lat próbie? I jaką tym razem piosenkę Jim zaśpiewał Rayowi?

 

_____________________

* Fragment książki Nikt nie wyjdzie stąd żywy Jerry’ego Hopkinsa i Danny’ego Sugermana. Polskie wydanie w przekładzie G. Grątkowskiego. Britannica Press & Education 1992.

Wyrwane z kontekstu (2): Iron Butterfly, In-A-Gadda-Da-Vida

1968 rok. Rockmani zachłystują się odkryciem, że ich ukochana muzyka nie ma żadnych granic. Może poza tą, że strona analogowego longplaya nie jest w stanie pomieścić więcej niż trochę ponad dwadzieścia minut. Dla nielicznych wybranych otwierają się olbrzymie, nieznane dotąd możliwości. Dla innych stanowi to śmiertelną pułapkę.

[more]

Żelazny Motyl, w co trudno uwierzyć, działa do dzisiaj (mam nieodparte skojarzenia z Uriah Heep). Wyliczanka kolejnych składów zajmuje sporą część artykułu o zespole w Wikipedii. Ale do historii przeszli za sprawą tego jednego, monumentalnego utworu.

Który na myśl przywodzi najpierw The Doors. Rozmiary dzieła przypominają The End oraz When The Music’s Over. Klawisze ewidentnie w stylu Raya Manzarka. Natomiast gitara jest już zdecydowanie hardrockowa, spod znaku Hendriksa, Claptona czy Page’a. Do tego, tak lubiane do dziś przez klasyków gatunku, eksplorowanie orientalnych rytmów.

Esencja tamtego grania. Ileż da się zbudować na jednym riffie. Ale jakim!