Jest taka grupa, której cztery pierwsze płyty stanowią kanon. Chodzi oczywiście o Led Zeppelin i hard rocka. A w moim domu, dawno, dawno temu, podobny ślad zostawili dwaj polscy wykonawcy: Czesław Niemen i Skaldowie. I on, i oni nagrali znacznie więcej, ale – w obu przypadkach – te pierwsze cztery albumy ukształtowały w sporej mierze kręgosłupy muzyczne moich braci i mój.

[more]
Kochałem je miłością cielęcą, kilkuletniego dzieciaka, kocham te piosenki i dziś. Z jednej strony zakichana to przewaga, że tyle widzę, patrząc wstecz, wciąż bardziej przerażony, że aż tyle i ciągle więcej. A z drugiej – sporo świeżych, dziecięcych i młodzieńczych fascynacji przerodziło się w dojrzałe uczucie. Bardzo przyjemne, bo perspektywa się wydłuża, kontekstów przybywa, a pewne stare płyty smakują jak wina z dobrych roczników.
Skaldowie uosabiają to, co
najszlachetniejsze w polskiej muzyce rozrywkowej,
i to nie tylko przełomu 60. i 70. lat, ale pojmowanej szerzej. Teksty pisali dla nich nawet nie tyle dobrzy tekściarze, co po prostu poeci: Leszek Aleksander Moczulski, Agnieszka Osiecka czy Wojciech Młynarski. To wartość trudna do przebicia przez jakiegokolwiek innego wykonawcę. To jest po prostu literatura.
Gdy myślę o warstwie muzycznej – drugi raz gnę się w pół pełen uznania. Wykształcenie muzyczne braci Zielińskich od początku przekładało się na dużą, coraz większą kulturę muzyczną. Krakowowi szczególnie blisko jest do Tatr, więc tej góralszczyzny nie brakowało w ich kompozycjach. Ale było to wyważone, nieepatujące folklorem i jego rytmami, a umiejętnie wplecione w całość.
Jeśli natomiast szukać anglosaskich tropów, to nasuwają mi się dwa. Przede wszystkim The Beatles. Bezczelna świadomość i pewność, że w piosence można zawrzeć znacznie więcej, niż wydawało się dotąd. Że to, choć forma zaledwie trzy-czterominutowa, mogą być kunsztowne skonstruowane dzieła, pięknie oszlifowane diamenty. No i – chórki oraz obfite korzystanie ze smyków.
Drugi – to Jethro Tull, pochylenie nad klasyką, bogactwo aranżacji, włożenie do jednego utworu tego, co słabsi rozłożyliby na dwie, trzy piosenki.
Wreszcie – nie wolno nie wspomnieć o backing vocals – nikt nie robił tego z takim bezpretensjonalnym i dziewczęcym wdziękiem, jak Alibabki. Trudno więc się dziwić, że na rewersie okładki drugiej płyty znalazł się tekst także i o nich (były to takie czasy, w których wydawca sądził, iż wypuszczenie na rynek krążka w okładce bez artykułu o wykonawcy będzie edytorskim niedopatrzeniem).
Skaldowie, z dłuższą przerwą, funkcjonują do dzisiaj, wciąż jeszcze realizują nowe nagrania, ale recepcja przeciętnego słuchacza urywa się gdzieś na latach siedemdziesiątych. Nieszczęsne pomylenie pierwszego z przywołanych wyżej poetów z liderem podziemnej Konfederacji Polski Niepodległej, które sprawiło, że zespół zniknął z mediów, zbiegło się w czasie z wyraźną obniżką formy artystycznej. Zespół wciąż bardziej i bardziej oddalał się od poziomu prezentowanego w pierwszych latach działalności.
Skaldowie powstali w 1965 roku, dwa lata później ukazał się ich
debiutancki album
(z piosenkami Uciekaj, uciekaj, Nocne tramwaje, Zabrońcie kwitnąć kwiatom). Wygrywali wtedy przeróżne przeglądy, plebiscyty, przebijając w nich nawet Czerwone Gitary, grające przecież znacznie prostszą muzykę. Propozycje krakowian były sporym wyzwaniem dla ówczesnej młodzieży.
Jak wielki dokonał się postęp, widać po materiale składającym się na drugą płytę Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał (1968). Na szybko kilka tytułów: Nie całuj mnie pierwsza, Będzie kolęda, Sady w obłokach, Dwudzieste szóste marzenie. W Śpiewam, bo muszę mamy co prawda deklarację literacką, pióra Agnieszki Osieckiej, ale pewnie nieźle obrazującą status materialny ówczesnych artystów: „Za dwa pomidory, za pół kilo gruszek – śpiewam, bo muszę”. Odkuć się nieco pozwoliły dopiero znaczone sukcesami wojaże po Związku Radzieckim, Węgrzech i NRD.
Ledwie co polskim nastolatkom dane było zachłysnąć się gitarami podłączonymi do wzmacniaczy, a już pojawili się ci, którzy, wzorem najzdolniejszych wykonawców zachodnich, zaczęli tę konwencję rozsadzać. Andrzej Zieliński, kompozytor i aranżer większości utworów, nie obawiał się niczego. Cytaty na pograniczu plagiatu – Zapomniany młyn czerpiący ze Still I’m Sad The Yardbirds – zdarzają się w dorobku grupy niezmiernie rzadko.
U Skaldów
nie ma ostrych gitar,
jest sięganie do tradycji piosenki z czasów przedrokendrolowych, odważne stosowanie orkiestry. Kolejne utwory olśniewają urodą, pięknymi i jednocześnie niebanalnymi melodiami i – o czym już wspomniałem – świetnymi tekstami. Wygrywali plebiscyty na najlepszą grupę bigbitową miesiąca czy roku, a wciąż wymykali się rockowi (w wąskim rozumieniu tego zjawiska). Jak w ich piosence z trzeciej płyty, Króliczku – nie chodziło o to, by znaleźć formułę, ale by jej ciągle szukać. I to zespołowi w pierwszych latach, na pierwszych płytach znakomicie się udawało.
Trzeci album Cała jesteś w skowronkach (1969) to szczytowe osiągnięcie grupy. Patrzę na tytuły – perła za perłą, jedenaście znakomitych piosenek. Tytułowa, Prześliczna wiolonczelistka, Medytacje wiejskiego listonosza, Wieczór na dworcu w Kansas City. 20 sierpnia 1968 roku autobus, którym jechał zespół, uczestniczył w poważnym wypadku. Andrzej Zieliński tak wspominał swoje szpitalne myśli: „Że trzeba walczyć do ostatniej szansy, do ostatniego tchu. Że jeszcze w życiu wszystkiego nie powiedziałem. Że życie jest piękne…”. Również z takich doświadczeń zrodziły się te znakomite kompozycje.
W 1970 roku wyszła czwarta płyta Od wschodu do zachodu słońca. Mocniejsza, rockowa. Z pobytu zespołu w USA lider przywiózł organy Hammonda – i to one zdominowały brzmienie. Najlepiej znany kawałek to Mateusz IV, dedykowany Niemenowi. Wtedy wydawało się, że materiał zawarty na tym krążku jest bardzo nowoczesny, nadążający za obowiązującymi trendami. Dziś widać, że zespół rzeczywiście bardziej zanurzył się w rocku, ale na kolejnych albumach z coraz słabszym artystycznie skutkiem.
Tu urywam tę i tak już długą opowieść. Historia zespołu toczyła się dalej, ale te cztery pierwsze płyty są najlepsze, kanoniczne. Nie zapominajmy o nich. I nie zapominajmy o Skaldach, bo to był w tamtym czasie znakomity zespół. I jeśli wracamy do jego dokonań, to przede wszystkim właśnie tych z pierwszych płyt.














