McCartney i rząd jego dusz w muzycznym niebie

mcca4

 

Wyszedł do nas nie jak gwiazdor, syty i pełen pychy, lecz niczym przyjaciel, stary znajomy, kumpel, niemal brat-łata, który swoimi piosenkami leczy od lat skołatane serca i myśli

[more]

*

O mniej więcej 20.30 rozległ się gitarowy gong rozpoczynający A Hard Day’s Night i cały koncert, I w ten sposób cały mój

muzyczny bagaż

– cała walizka, której zawartość zaczęli w latach 60. układać starsi bracia, potem radiowa Trójka, a resztę wypełniłem już sam, otwarła się lekko, bez żadnego oporu, ukazując zawartość w stanie nienaruszonym i kolorach, które nie wypłowiały przez pół wieku.

Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się niczego innego, zwłaszcza że to otwarcie nastąpiło drugi już raz, a za pierwszym podejściem, na Stadionie Narodowym w stolicy przed pięciu laty, mimo niedomagań akustycznych obiektu, było pięknie i wzruszająco. Jednakże czas biegnie nieubłaganie, Sir Paul ma już siedemdziesiąt sześć lat, i zawsze istnieje ryzyko, iż trasa koncertowa dla niemłodego organizmu w pewnym momencie może okazać się zbyt forsowna.
Właśnie: doskonale nie było, bo na przykład głos mistrza, głos wielkiego Beatlesa nigdy wielkim – obiektywnie rzecz biorąc – nie był. Teraz ma już poważne trudności z pokonywaniem gór, co słychać było zwłaszcza wtedy, gdy umilkły chórki, a z instrumentów pozostał tylko akompaniament gitary akustycznej: w Blackbird i Here Today. Doskonale nie było, co w niczym nie zmienia faktu, że po prostu fantastycznie. Bo ta muzyka, w odróżnieniu od wykonywanej na co dzień w filharmoniach, chwyta za serce niekoniecznie perfekcyjnością wykonania, lecz żywiołowością –

prawdą czasu i sceny.

Rock (mniejsza tu o definicję) – upierać się będę – jest muzyką oryginału, szorstki i tu albo ówdzie zarysowany jest zwykle prawdziwszy od najgładszych i nabożnych podejść do zapisu nutowego pierwowzoru.

Muzyka, która w sporej mierze zapisała się na moim osobistym twardym dysku, wówczas gdy jeszcze swobodnie mieściłem się pod stołem, której wielkości i ponadczasowości zaprzeczyłem na krótko, w latach 70., w której zakochałem się na nowo w 1979 roku, gdy Tonpress opublikował pierwsze polskie wydawnictwo The Beatles (siedem nagrań na dwóch małych płytach), którą kocham od tamtej pory, dziś miłością starzejącego się mężczyzny – zabrzmiała wczoraj w krakowskiej Tauron Arenie na żywo, zagrana przez najbardziej do tego uprawnionego faceta – człowieka, który jest największym kompozytorem pop music drugiej połowy XX wieku. Znów wyszedł do nas nie jak gwiazdor, syty i pełen pychy, lecz niczym przyjaciel,

stary znajomy, kumpel, 

niemal brat-łata, co to swoimi piosenkami leczy od lat skołatane serca i myśli. Nawet te kilka minut w czasie bisu, gdy (jak kiedyś z darami dla władców) dopuszczono do niego najpierw dziewczynę z Suwałk, a następnie słowacką parę, by publicznie dokonały się – przyjęte – oświadczyny, nie miały nic z koturnowej operetki, bo ci ludzie byli po prostu szczęśliwi, że mogli chwilę pobyć obok Mistrza i wyściskać się z nim.

*

McCa mógłby, co oczywiste, ułożyć ze swoich piosenek z dziesięć programów koncertowych. Wczoraj zagrał całe mnóstwo – setlista obejmuje prawie czterdzieści pozycji – sięgając po materiał najstarszy,  sygnowany jeszcze nazwą The Quarrymen, From Me To You czy Can’t Buy Me Love, ale też całkiem świeży, z dopiero co wydanej płyty Egypt Station. Te ostatnie zaprezentowane na żywo potwierdziły tylko swe walory, bez zarzutu wpisując się w ciąg  przebojów, które wyszły spod ręki PMcC. Żałuję trochę, że były to trzy chyba najbardziej skoczne numery z krążka, a nie któryś z tych o trochę bardziej skomplikowanej fakturze. Przeplatał kawałki wielkiej czwórki piosenkami z repertuaru The Wings oraz kilkoma innymi, widownia jednak, co zrozumiałe, te pierwsze oklaskiwała szczególnie długo i gorąco. Od tego już 

nie da się uciec

– i McCartney wcale nie zamierza, zwłaszcza na tym etapie życia, tego robić. Pojawiły się więc utwory dedykowane George’owi Martinowi, Lennonowi oraz Harrisonowi. Te wszystkie animozje towarzyszące rozpadowi zespołu, które jak echo pamiętam z dzieciństwa, te niedobre słowa, jakimi obdzielili się zwłaszcza John z Paulem, to już zamierzchła przeszłość, to grzechy dawno odpuszczone przez Boga i zainteresowanych sobie nawzajem. Są czymś mało istotnym w zestawieniu z miarą wspólnego dorobku, lat, które spędzili razem i które zaowocowały w sposób niebywały. Wzruszenie ogarniało raz po raz, gdy na telebimach, jako ilustracje do kolejnych piosenek, pojawiały się stare wspólne zdjęcia czy filmy kwartetu z Liverpoolu, na których widać, jak uśmiechają się do siebie i jak wielka jest między nimi chemia.

Dostałem to, czego chciałem. Usłyszałem numer, który w całym dorobku Beatlesów postrzegam jako coś szczególnie wyjątkowego: Strawberry Fields Forever. Cóż, wykonanie mnie nie uwiodło, bo zastąpienie smyczków klawiszami zawsze pozostawi uczucie niedosytu. Natomiast obecność trzyosobowej sekcji dętej (nieoczekiwanie prezentującej się po raz pierwszy w Letting Go nie na scenie, a wysoko z boku, między sektorami) dodała ognia innym numerom, jak choćby Lady Madonnie, która zawsze już będzie dla mnie wspomnieniem dzieciństwa i ery pocztówek dźwiękowych.

Finałów, jak się mogło wydawać, było kilka – i Let It Be, i Live And Let Die, uroczy w swych wystrzało-wybuchach i sztucznych ogniach, kiczowatych jak cała seria filmów o 007. Ten prawdziwy nastąpił jednak w wymarzony sposób: Hey Jude, bodaj pierwszy hymn w dziejach rocka, narastający i z obsesyjnie powtarzanym, nieprawdopodobnym refrenem, który można by 

grać i śpiewać bez końca,

wybrzmiał jednak do ostatniej nuty i zamknął zasadniczą część koncertu. Pozostawiając – czy tylko mnie? – ze spływającą po policzku łzą i ściśniętym gardłem. To są takie magiczne chwile, kiedy nie masz wątpliwości, że warto żyć, i nie zastanawiasz się, jak bardzo drogie były bilety, tylko chłoniesz całym sobą każdą nutę, każdy dźwięk płynący ze sceny. A takich chwil było wczoraj szczególnie wiele.

Muzycy, w sumie ośmiu, wszyscy świetni (gitarzyści z fryzurami prosto z „Dynastii”) zniknęli ze sceny, ale wiadomo było, że jest jeszcze na co czekać.

*

Bis, w całości złożony z 

beatlesowskich klasyków,

dopieścił i uszczęśliwił chyba każdego. Po Birthday i przerwie na wspomniane „hołdy”, nastąpił jeszcze jeden mocny fragment. Po  rozgrzewającym początku i podobnym zakończeniu części zasadniczej, McCa kolejny raz pokazał rokendrolowy pazur, serwując Sierżanta Pieprza, a po nim mój naj wśród ostrych numerów The Beatles, Helter Skelter, dociskając przy tym wokalnie i zdecydowanie dając radę. Na sam koniec dostaliśmy deser rodem z Abbey Road: Golden Slumbers-Carry That Weight-The End.

Nic tylko palce lizać, pomlaskiwać z radością i cmokać z ukontentowania. Mr. Music, sam bardzo wyraźnie zadowolony i szczęśliwy, zabrał nas wczoraj na dwie godziny i czterdzieści pięć minut do muzycznego nieba.

(Paul McCartney, Freshen Up, Tauron Arena Kraków, 3 grudnia)

Setlista:

https://www.setlist.fm/setlist/paul-mccartney/2018/tauron-arena-krakow-poland-5b977754.html

Park Jurajski (po raz kolejny i nie ostatni)

pobrane25

Profesor Tadeusz Sławek powiedział niedawno, iż bardzo żałuje, że nie udało mu się – jako rektorowi Uniwersytetu Śląskiego – zrealizować pomysłu przyznania doktoratu honoris causa Mickowi Jaggerowi.

[more]

Chyba wszyscy słuchający tego fani zarówno profesora, jak i rocka uśmiechnęli się, ja też. Choć od razu pomyślałem, czemu nie Paulowi McCartneyowi, skoro Beatlesi są zespołem bliższym Sławkowi niż Stonesi. No tak, ale Lennon, bardziej uwodzący swymi niekonwencjonalnymi wypowiedziami i zachowaniami, nie żyje, a McCartney to nie całkiem ten typ osobowości. Więc Jagger, jako frontman największej kapeli świata – jest oczywistym wyborem.

The Beatles i The Rolling Stones.

Ostatnie publikacje tych drugich, zwłaszcza zaś album On Air, wciąż dowodzą silnych związków obu zespołów oraz – po kilku dekadach – przypominają pierwsze lata działalności, czasy Sierżanta Pieprza i Their Satanic Majesties Request, ciągłego zerkania na siebie nawzajem – ze wskazaniem jednak na częstsze podpatrywanie kolegów przez Toczące Się Kamienie. I teraz jest podobnie: kilka lat temu wyciągnięto z archiwów radiowe, dokonane dla BBC, nagrania The Beatles, więc teraz światło dzienne ujrzały podobne rejestracje The Stones. Powiem od razu: dla mnie o wiele ciekawsze, starannie wyselekcjonowane, ograniczone do muzyki, pięknie oczyszczone. W oryginalnym składzie, bez Micka Taylora czy Rona Wooda, za to z Brianem Jonesem i Billem Wymanem.

TRS najpierw, przy okazji wydania Grrr!, zadeklarowali odwieszenie instrumentów na kołki, a zaraz potem dostali kolejnego, potężnego

wiatru w żagle.

W krótkich odstępach czasu fani otrzymali rejestrację koncertu w Hyde Parku (Sweet Summer Sun), znakomity film Olé  Olé  Olé! o trasie po Ameryce Południowej, nowy, bardzo dobry album z zestawem pierwszych inspiracji – Blue and Lonesome i teraz wzruszający On Air. Częstotliwość zawrotna, przypominająca tę z lat 60. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Stonesi wpisują się w tę mało liczną grupę starych gwiazd, które jakby czując kurczenie się czasu, stają się jeszcze bardziej aktywne. (Nawet jeśli wziąć poprawkę na to, że ostatnie publikacje to głównie nagrania na żywo).

Jak ich kumpel Bob Dylan, który rozkręcił się ostatnio do tego stopnia, że w ubiegłym roku wydał album aż trzypłytowy, Triplicate, trzeci już z piosenkami z okolic American Songbook. Nie ustępuje mu Van Morrison, który w 2017 w odstępie trzech miesięcy opublikował dwie nowe płyty. O Neilu Youngu też nie sposób nie wspomnieć, choć on od wielu już lat prawie nie wychodzi ze studiów nagraniowych albo innych „budek telefonicznych” i wydaje swoje kolejne płyty w ilościach niemal hurtowych.

No i dobrze, 

no i na zdrowie.

Bo kto i czego im dzisiaj zabroni? Dawno temu pasja stała się ich robotą, czego można tylko pozazdrościć, gdyż to dane jest nielicznym. A jeśli wziąć pod uwagę miarę talentu, którego starczyło nie na rok i nie na pięć lat, a całe pół wieku, na to, by łączyć radość z muzykowania z radością dawaną innym swoimi nagraniami – trzeba się tylko nisko pokłonić. Tak dochodzę kolejny raz do niezbyt odkrywczej konstatacji, że nic tak dobrze nie konserwuje jak ulubiona forma aktywności. Oraz drugiej: że sztuka jest górą – nad polityką, gorzałą, dragami, seksem i czym tam jeszcze.

Do wymienionych nazw i nazwisk dodać jeszcze trzeba paru innych (choć boję się, że kogoś tu pominę) – tych, co nagrywają nieco rzadziej albo bardzo rzadko – jak Paul Simon – ale wciąż trzymają poziom: Eric Clapton, Paul McCartney, Robert Plant,  Elton John (ten zapowiedział koniec – trasą koncertową, bagatela, trzyletnią), Carlos Santana czy Mark Knopfler.

Moje 

muzyczne puzzle

wysypały się z pudełka w latach 60. Do dziś próbuję je jakoś poskładać. Wciąż z nieskrywaną ochotą na rzeczy tzw. stare, na płyty z czasów, gdy w rocku wszystko działo się pierwszy, a nie setny raz. I wybaczam sobie, że w tej puzzlowej układance tak niewiele jest miejsca na rzeczy nowsze i całkiem nowe, że coraz częściej zbywam je wzruszeniem ramion. Stosując jeszcze jedno porównanie: moja studnia jest już prawie pełna, ciężko dolać do niej choćby szklankę. Zwłaszcza czegoś, co średnio komponuje się z dotychczasową zawartością. Bo coraz trudniej zachwycać się czymś niedawno powstałym, gdy tyle się już słyszało. Gdy serce wyłożone jest dźwiękami z lat 50. – 70. I co z tego, że ubiegłego stulecia?

[W NATemat: 25 lutego 2018]

Królowe Kamiennego Zachodu albo szwarccharaktery

pobrane12

Warto było czekać. Bardzo warto. A byłbym zawiedziony, rozczarowany, gdyby nie. Gdyby się okazało, że wielka forma z „…Like Clockwork” (2013) oraz „Post Pop Depression” (2016) nagle gdzieś umknęła.

[more]

Nie umknęła. I jestem szczęśliwy, bo gdy emocje związane z Pearl Jam przestały już być tymi z gatunku najmocniejszych, zastanawiałem się wielokrotnie, czy w rocku doczekam kiedyś jeszcze – po domknięciu piątego krzyżyka – wykonawcy, który zdoła mnie poruszyć, uruchomić tę kruchą nić zachwytu zastrzeżoną dla szczególnie mocnych doznań.

Do Josha Homme’a i jego QOTSA podchodziłem z poślizgiem i z niejakimi oporami. Uparte lektury wcześniejszych płyt doprowadziły mnie jednak  do zachwytu nad poprzednim albumem zespołu. Zachwytu, dodam, dawno w takiej mierze nieodnajdywanego podczas słuchania płyt. Wydawnictwo firmowane nazwiskiem Iggy’ego Popa tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że Homme robi teraz rzeczy w rocku najlepsze.

*

I oto wreszcie jest 

upragniony nowy krążek.

W tle mamy zamachy – ten w Paryżu w listopadzie 2015, zwłaszcza  w klubie Bataclan podczas koncertu Eagles of Death Metal, czyli kumpli JH. Oraz ten tegoroczny, majowy po koncercie Ariany Grande w Manchesterze. Poruszony lider QOTSA mówi, że z niczym nie należy zwlekać, bo będzie się tego żałować. Trzeba działać natychmiast – jeśli chce się coś zrobić, należy to robić niezwłocznie. 

Dużo przy okazji Villains mówi się też o Marku Ronsonie, producencie znanym dotąd raczej ze współpracy z wykonawcami  lżejszej muzyki. Osobiście nie przeceniałbym jego roli. W ostatnich dniach w domowej szufladce wylądowały też wcześniejsze krążki Queens i, najzwyczajniej, dostrzegam na nich klawiszowo-komputerowo-syntezatorowe patenty bliźniaczo podobne do tych najnowszych. Zresztą sam Homme stwierdził, że przy powstawaniu nowego materiału najpierw był pomysł na pewne rozwiązania brzmieniowe, a dopiero potem koncept, by Ronson, notabene wielki fan QOTSA, został producentem całości. Josh H. jest po prostu artystą tej miary, że płyty, w których zanurzy swoje wszystkie dziesięć palców, będą bardziej jego niż jakiegokolwiek producenta.

On robi swoje. Gra 

ostro, ostrzej

niż na poprzedniej płycie. Chwilami, jak dawniej, z wielotonowym ładunkiem, ciężko. A czasem wręcz punkowo, jak w Head Like A Haunted House. Tyle tylko, że ostro gra się od ponad czterdziestu lat. Ostro – może być na kształt Deep Purple, z mocnym, często na pograniczu krzyku, pełnym ekspresji wokalem, ale może też być na podobieństwo The Cream, gdzie ani Clapton, ani wykonujący lwią część partii wokalnych Bruce nie forsowali swoich głosów. Ba! Bruce miał jeszcze swoją wartość dodaną w postaci falsetów. Homme został przez naturę wyposażony w niemal identyczny sposób: śpiewa więc lekko, zdecydowanie łagodząc barwą swego gardła to, co wydobywa się z instrumentów. Gdyby do tych ostrych gitar dołożyć głos w stylu nieodżałowanej pamięci Chrisa Cornella, otrzymalibyśmy zupełnie inną jakość. Zdecydowanie – jestem przekonany – mniej interesującą i statystycznie znacznie częściej jako produkt finalny występującą. W jakiś sposób: wyeksploatowaną, czasem wręcz zajechaną jak łysa rokendrolowa kobyła. Cóż, śpiew Homme’a zdecydowanie bardziej odwołuje się do 

tradycji bluesowej

niż rockowej.

Jednakże jego wokal to jeszcze nie wszystko. Bo do  charakterystycznego stylu Dżej Ejcza należy przecież granie na gitarze – w sposób w wielu momentach oldskulowy, tak jak grało się w latach 60. albo wręcz 50.: szarpany, akordowy. Zamiast ściany dźwięku – znów dość typowej, najczęściej stosowanej przez rockowych wykonawców, otrzymujemy krótkie, urywane dźwięki – coś, co pozwala natychmiast rozpoznać Queens w tłumie. Jeśli grzebać w historii, próbujac znaleźć jakieś odniesienia, do głowy przychodzi mi Marc Bolan i T. Rex.
No i, last but not least, do tego wszystkiego dodać należy jeszcze jeden, niebagatelny i nieodzowny warunek – proste, a jednocześnie zgrabne,

fantastyczne piosenki.

Obok tych zbudowanych na mocnych riffach – łagodniejsze, czerpiące z tradycji  beatlesowskiej, choćby w kończącym całość Villains of Circumstance czy w partii smyków w Un-Reborn Again. Reasumując: takiej muzyki nie da się wykoncypować na zimno jako przepisu na popularność i wielomilionową sprzedaż (spotkałem się z taką opinią wygłoszoną przez osobę z okolic tzw. branży). Do tworzenia takich dźwięków potrzeba artysty świadomego historii pop music i potrafiącego z niej czerpać oraz twórczo przetwarzać. Trzeba człowieka o talencie miary niepospolitej, największej.

Villains to znakomita płyta. Wszystko mi mówi, że – choć  właśnie ukazał się krążek Gizmodrome, a w październiku pojawi się nowy Robert Plant – moja płyta roku.

(Queens of The Stone Age, Vallains, 2017)

[W NaTemat: 17 września 2016]

The Rolling Stones Olé Olé Olé!

pobrane4

– Ile lat nie było prezydenta USA na Kubie? – pyta w rozmowie telefonicznej Mick Jagger. – Nie wiem, chyba jakieś osiemdziesiąt – pada odpowiedź. – I ma przyjechać właśnie teraz, gdy my chcemy zagrać koncert?!

[more]

*

W katowickim „Rialcie”, w czasie niedawnych obchodów siedemdziesięciolecia urodzin Tadeusza Sławka, profesora i rektora Uniwersytetu Śląskiego, jubilat z renesansową jak zawsze brawurą skojarzeń porównał dyskusje między miłośnikami psów i kotów do zagorzałych przed paroma dziesiątkami lat sporów między fanami The Beatles i Rolling Stones (o domniemaną wyższość jednych nad drugimi lub odwrotnie).

Wychowany zostałem, jeszcze w okresie przedszkolnym, w miłości do obu zespołów. Przez kolejne pół wieku to bardzo nieletnie uczucie przekształcało się w coś dozgonnego i nie do ruszenia. Pozostaje mi poczynić tylko jedno, oczywiste, rozróżnienie. The Beatles to od 1970 roku historia, tym boleśniejsza, że nie ma już wśród żywych Johna Lennona i George’a Harrisona, a The Stones, jak gdyby nigdy nic, górę swej legendy usypują wciąż wyższą i wyższą. Patrząc w poniedziałkowy wieczór na te cztery – chyba nie tylko moje? –

najukochańsze gęby

rokendrola, na te twarze bezlitośnie poorane nie wyłącznie upływem czasu, w oczy nadal gotowych na szaloną zabawę nastolatków, pomyślałem sobie: „O rany, ledwie wyskoczyłem z pieluch, gdy w moim domu zaczęła rozbrzmiewać ich muzyka, poszedłem do szkół, wkroczyłem w tzw. dorosłość, ożeniłem się, urodzili się moi synowie – dziś już dorosłe chłopy, zacząłem się starzeć, siwieć i łysieć, a oni ciągle grają!”. Przyszło mi do głowy, że ja będę umierał, a oni szykować się będą do następnej trasy koncertowej.

Właśnie: film jest swego rodzaju impresją dotyczącą ostatniej, wiosennej trasy kapeli, tym razem po Ameryce Południowej, którą zwieńczył mozolnie przygotowywany występ w Hawanie. Widzimy wariujących na punkcie muzyki TRS ludzi kilku pokoleń, w Santiago de Chile, Montevideo, Limie czy Meksyku. Oglądamy szczególnie obszerny fragment dotyczący Argentyny i Buenos Aires (to zdecydowanie temat na oddzielny film). 

Dowiadujemy się lub przypominamy sobie o tym, że w wielu krajach Ameryki Łacińskiej, targanych nie tylko gospodarczymi problemami, rządzonych w sposób dyktatorski – muzyka rockowa była zakazana (tu, w europejskich demoludach, żadna władza nie odważyła się posunąć tak daleko), że w Argentynie Stonesi stali się symbolem tego muzycznego i kulturowego „ruchu oporu” młodych, zwanego rollingas.

Otrzymujemy migawki z pobytu członków zespołu w kolejnych stolicach, z ich spotkań z miejscowymi muzykami. Wreszcie, co oczywiste, wypowiedzi samych muzyków – dotyczące zarówno zespołu, jego historii, jak i passusy o nieustannej, wielkiej ochocie, by karmić się nowymi wrażeniami, by poznawać świat i ludzi, inne kultury.

To wszystko przetykane jest fragmentami występów. Słychać, że ciągle znakomitych. Widać powtarzające się

obrazki oszalałych ze szczęścia,

roześmianych lub płaczących ze wzruszenia fanów wypełniających szczelnie kolejne stadiony i nie mniej szczęśliwych muzyków, którzy doładowują swoje – i tak nie do zdarcia – akumulatory gorącą reakcją widowni, wniebowziętych, że wciąż mogą robić to, co kochają w życiu najbardziej, dając jednocześnie radość milionom ludzi na świecie.

Widać też przez cały film to, co zostaje na samym jego końcu zwerbalizowane. Pamiętamy, że w kapeli działo się różnie, Richards w opublikowanej nie tak dawno, bo w 2011 roku biografii pisał z nutą goryczy, iż w garderobie Jaggera nie był od dwudziestu lat. Jak w małżeństwie z długoletnim stażem, bywały okresy lepsze i gorsze. Dziś te relacje są znów wspaniałe, starsi panowie wciąż, na scenie i poza nią, poszturchują się jak sztubaki, uśmiechają się raz po raz do siebie wyraźnie zadowoleni z faktu, że wciąż są razem, podczas każdego kolejnego koncertu przywracając pełny blask dawnym kompozycjom, pieczętując po raz enty przyjaźń między sobą – to niesamowite, wykraczające daleko poza scenę rokendrolowe braterstwo krwi i potu.

Jest taki fragment filmu, gdy Glimmer Twins wspominają, jak w 1968 roku urwali się w czwórkę, z Marianne Faithfull i Anitą Pallenberg, do Rio de Janeiro i jak tam właśnie narodził się jeden z największych przebojów, Honky Tonky Women. I zaraz potem nastolatkowie po siedemdziesiątce, jeden z gitarą, grają ten numer w jakiejś garderobie. Radość patrzeć, radość słuchać. Richards zresztą pięknie mówi w innym miejscu o tym wyjątkowym instrumencie, jakim jest dla niego gitara: „Gdy zaczynałem, nie wiem, czy to ja grałem na niej, czy ona na mnie”.

Motywem przewodnim filmu 

jest organizacja – darmowego – koncertu zespołu w Hawanie, długie miesiące przygotowań, dogadywania się w tej sprawie z komunistyczną władzą na Kubie. Gdy okazuje się, że z pierwotnie ustalonym terminem ma zbiec się  pierwsza od lat wizyta prezydenta USA na wyspie, że miałoby to nastąpić na dwanaście godzin przed przybyciem Obamy, Jagger odbywa rozmowę telefoniczną z jedną z menedżerek. Pyta:

– Ile lat nie było prezydenta USA na Kubie?- Nie wiem, chyba jakieś osiemdziesiąt – pada odpowiedź.- I ma przyjechać właśnie teraz, gdy my chcemy zagrać koncert?!

Data zostaje przesunięta o prawie dwa tygodnie, okazuje się, że to Wielki Piątek i tym razem papież Franciszek apeluje o zmianę terminu. Ekipa jest już jednak tak zmęczona i zdesperowana, że postanawia nie ulec tym naciskom. Koncert dochodzi do skutku.

Nie wiem, czy Stonesi są na Kubie bardziej popularni od Chrystusa (pół wieku temu takim stwierdzeniem o Beatlesach zbulwersował świat Lennon), ale wierzę, że jeśli Bóg jest, wybaczył to nałożenie się dat. Bo ta trasa koncertowa przypomniała o czymś bardzo ważnym: 

o ładunku społecznym i kulturowym,

jaki niósł ze sobą rokendrol w latach sześćdziesiątych, ze swoimi anarchistycznymi i pacyfistycznymi przesłaniami. Wpadając na chwilę w patos: być może ten występ był najpiękniejszym nabożeństwem wielkopiątkowym, jakie mogło w bieżącym roku przydarzyć się wyspie panów Castro. Wydarzeniem przywracającym tamtejszym ludziom godność, przypominającym o wartości największej – wolności. Każdy, kto – tak jak ja – pamięta czasy    PRL-u, rok 1980 i potem 1989, nie może nie dostrzec tych analogii. Rokendrol to wyzwolenie, widziany z perspektywy innej niż europejska czy północnoamerykańska, jest wciąż bombą o wielkim ładunku. Zwłaszcza gdy jest tak znakomicie podawany, grany na najwyższym mimo upływu lat poziomie. Przecież tych czterech panów uosabia wolność i anarchię jak mało kto.

Rok 2016 w dziejach rocka będzie datą bardzo znaczącą: z jednej strony z powodu śmierci wyjątkowo wielu wybitnych jego przedstawicieli, a z drugiej – za sprawą Nagrody Nobla dla Boba Dylana i wielce symbolicznego koncertu The Rolling Stones w Hawanie.

(The Rolling Stones Olé Olé Olé!, reż Paul Dugdale, 2016)

[W NaTemat: 29 grudnia 2016]

Jazzowe bramy i furtki

img268

Ze sterty wakacyjnych zakupów, płyt całkiem nowych i bardzo już starych, wybieram dziś, na jesienne przełamanie oporu elektronicznej materii, fragmenty krążka Kurta Ellinga – wokalisty jazzowego urodzonego w 1967 roku w Chicago, a mającego holenderskie korzenie. Wybieram – przede wszystkim – interpretacje piosenek King Crimson i The Beatles.

[more]

*

Lwią część wydawnictwa The Gate (2011) stanowią covery, między innymi Milesa Davisa (Blue In Green), Joego Jacksona, Herbiego Hancocka, Earth, Wind & Fire czy Steviego Wondera. W zestawie moją szczególną uwagę zwróciły dwie pieśni – pochodzące z repertuaru wykonawców szczególnie przeze mnie ulubionych.

Najpierw Matte Kudasai. Gdy w 1981 roku kwartet w składzie Fripp, Bruford, Levin i Belew zdecydował się na powtórne przywołanie do rzeczywistości nazwy King Crimson, z górki nie było. Bo Robert Fripp uparł się, że nie będzie powrotu do starego materiału, którego pragnęła publiczność. Natomiast w zamian zaproponował taki odlot, że chyba nie tylko ja, wówczas jako dziewiętnastolatek, nie byłem na coś podobnego przygotowany. 

Płytę zaprezentował w Trójce Piotr Kaczkowski, a ja skwapliwie zarejestrowałem ją na swym wysłużonym ZK. Ale dopiero parę lat później, gdy Tomasz Beksiński w stereofonicznej Dwójce przypomniał trzy albumy reaktywowanego KC – poza Discipline jeszcze Beat (1982) i Three As A Perfect Pair (1984) – zwariowałem. Uświadomiłem sobie, jak bardzo – który to już raz? – profesor Fripp popchnął muzykę do przodu, jak bardzo na początku lat osiemdziesiątych urwał się peletonowi. Trudno się dziwić, że stylowy śpiewak jazzowy, pokorny uczeń Ala Jarreau, jakim jest Elling, sięgnął po utwór znajdujący się na pierwszej z wymienionych płyt.

Klasyk Norwegian Wood (This Bird Has Flown) Lennona i McCartneya pochodzi z 1965 roku, z płyty Rubber Soul. W wersji Ellinga piękne solo na gitarze należy do Johna McLeana – tego samego, który współpracował m.in. z Grażyną Auguścik.

*

A na koniec perełka podpisana przez Marca Johnsona i samego Ellinga: Samurai Cowboy. Na płycie jest wyraźnym ukłonem w stronę Bobby’ego McFerrina. W przywołanym tutaj wykonaniu na żywo – fantastycznym, kameralnym opracowaniem na głos, gitarę wspomnianego McLeana i robiące także za instrument perkusyjny pianino.

[W NaTemat: 6 września 2015]

Trupa Trupa: niezwyczajny ból głowy

trupa_trupa_headache

Karmią nas bólem głowy. Ale nie jakimś tam prostackim napieprzaniem łba, nie arystokratyczną migreną, lecz opętańczym, obsesyjnym rozsadzaniem czaszki aż po przekraczanie granic tego, co powszechnie uznaje się za normalność.

[more]

*

Gdyby w latach sześćdziesiątych dysponowano takimi jak dziś możliwościami w studiach nagraniowych, otrzymywalibyśmy między innymi takie realizacje, jak w przypadku trójmiejskiej Trupy Trupa. Podziało się tak, że musiało minąć niemal pół wieku: „Syn – minie pismo, lecz ty spomnisz, wnuku”, chciałoby się powtórzyć za Norwidem – by to granie wróciło do łask i – w najlepszych przypadkach – zalśniło pełnym blaskiem.

Jeśli Trupa Trupa coś „straciła”, to na samym początku, decydując się na granie prawie zupełnie nieobecne w mediach, z góry odpuszczając ewentualny szum wielkich radiostacji i zaistnienie na ich playlistach. A teraz, na trzecim dużym krążku, wściekle dojrzale i w sposób dowodzący całkowitej pewności tego, co i jak, proponuje jeszcze bardziej zakręconą podróż przez muzyczne lądy.

Próbując pisać o tej muzyce, zamieniam się w bezradnego dzieciaka. Bo przemieliło się już tego w życiu co niemiara, wszystko coś przypomina, wszystko gdzieś już kiedyś zostało zagrane. A przecież czasem (bardzo, bardzo rzadko, coraz rzadziej) nowych kilkadziesiąt minut daje niczym nieskażoną frajdę słuchania. Choć niekoniecznie – tak jak w przypadku płyt TT, jest to podróż do krainy łagodności. Oj, zdecydowanie nie. 

Karmią nas bowiem bólem głowy. Ale nie jakimś tam dostępnym pospólstwu, prostackim napieprzaniem łba, nie arystokratyczną migreną, lecz zaraźliwym, obsesyjnym rozsadzaniem czaszki aż po przekraczanie granic tego, co powszechnie uznaje się za normalność.

Z tym już zostaniemy: najważniejsze, najdojrzalsze w rocku wydarzyło się gdzieś między 1967 a 1975 rokiem – i wszystko (no, prawie), co ważnego powstawało później i powstaje dzisiaj, odnosić się będzie mniej lub bardziej do tamtego okresu. 

Można żonglować tropami (bo ta szafa nie jest muzycznym demobilem, a to, co z niej wypada, trupem), szukać nazwisk i nazw, z którymi kojarzą się docierające do uszu dźwięki. Dosłuchać się – znów, jak na poprzednim krążku – wczesnego Pink Floyd i matowych falsetów w stylu Gilmoura, na przykład w Sacrifice czy Unbelievable. Dostrzec klimat dojrzałych The Beatles w Rise And Fall, a gęstą fakturę wielu utworów nieodmiennie kojarzyć z Velvet Underground. 

Nade wszystko jednak odnajduję „zorganizowaną anarchię” King Crimson – głównie z okresu Frippowsko-Wettonowskiego – jak w fantastycznym Wasteland, ale także Discipline – co wyraźnie słychać w Getting Older oraz w początkowych i końcowych fragmentach utworu tytułowego. W nim nie ma żartów w szczególny sposób: atmosfera gęsta i duszna od pierwszych dźwięków narasta i potężnieje z każdą minutą niczym w The End Doors, a głos Wojciecha Juchniewicza (drugiego, obok Grzegorza Kwiatkowskiego, wokalisty) brnie w rozwibrowane, szaleńcze rejony spod znaku Jima Morrisona. Zespół nie odpuszcza do samego końca. Progi szpitala psychiatrycznego przekraczamy raz jeszcze w industrialnym Picture Yourself.

Od wydania płyty – tym razem przez brytyjskiego wydawcę, Blue Tapes And X-Ray Records, mijają prawie dwa miesiące. Po okresie ostrego aplikowania, a następnie odstawieniu tej muzyki na pewien czas i – teraz – powrotu do niej mogę wreszcie powiedzieć, że poznałem ten materiał, oswoiłem się z nim. Ale nie wiem, czy o psychodelicznym pokoju, w którym czasem brakuje klamek, mogę powiedzieć, że pokochałem.

Świetna płyta.

(Trupa Trupa: Headache, 2015)

[W NaTemat: 26 kwietnia 2015]

Giganci tańczą: Van Morrison

vm_duets

Rok 2015 jeszcze młody, a ja chyba mam już swoją płytę aktualnych dwunastu miesięcy. Van Morrison zaprosił plejadę gwiazd i zrealizował blisko osiemdziesięciominutowy materiał. Cudownie lekki i jednocześnie dopracowany w najmniejszych szczegółach.

[more]

*

Rok 2015 jeszcze młody, a ja chyba mam już swoją płytę aktualnych dwunastu miesięcy. Ci, co zaglądają tu częściej, wiedzą, że nie stronię od gitarowego hałasu, a jednak – z biegiem lat i dni – coraz bardziej chwytają mnie za serce brzmienia piękne w sposób nie całkiem oczywisty. Jako dwudziestolatek zwiewałem od takich rytmów czym prędzej i daleko, a  dziś darzę je atencją szczególną.

Van Morrison (urodzony w 1945 roku w Belfaście) z muzycznymi scenami związany jest od końca lat 50. Między 1963 a 1966 rokiem stał na czele formacji

Them.

Tej, która „zasłużyła na opinię jednej z najlepszych grup połowy lat 60”. Która „repertuar aranżowała bardziej pomysłowo niż konkurencyjne zespoły rhytm’n’bluesowe, nie wyłączając The Rolling Stones i The Animals. Nie zdobyła wszakże takiej popularności, na jaką zasługiwała. W czerwcu 1966 zniechęcony Morrison wybrał karierę solisty”*. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Dlaczego Them nie stanęli w jednym szeregu z wymienionymi TRS, Who czy Beatlesami, czego zabrakło, a czego było za dużo – nie sposób już chyba dociec. Podobnie jak tego, że Morrison jest bezustannie artystą bardzo cenionym, ale jeśli wielbionym i kochanym, to przez nieoszałamiające swą liczbą grono.

Korzyść z zajmowanego przez niego w szołbiznesie miejsca jest taka, że może „bezkarnie” sięgnąć do swego repertuaru i raz jeszcze nagrać niektóre numery. A wyobrażacie sobie coś podobnego w odniesieniu do Stonesów, którzy wydaliby krążek z nowymi studyjnymi wersjami własnych utworów sprzed kilkunastu czy kilkudziesięciu lat albo McCartneya z Ringo Starrem sięgających – nie daj, Boże – po piosenki Beatles?! Najprawdopodobniej rozpętałaby się burza: że bezczeszczą świętości, że starymi palcami dotykają sacrum. Albo co najmniej, że robią coś niepotrzebnego, zbytecznego. 

Lecz mogę się mylić w swych przypuszczeniach – w końcu Van Morrison też nie sięgnął po Glorię czy Brown Eyed Girl. Z pewnością natomiast zaprosił 

plejadę gwiazd

(bo jest jednym z tych, którym się nie odmawia, z którymi zagrać to zaszczyt) i zrealizował blisko osiemdziesięciominutowy materiał. Stary – nowy. Cudownie lekki, swingujący – i jednocześnie dopracowany w najmniejszych szczegółach.

Irlandczyk od zawsze tworzył gdzieś na styku bluesa, rhytm and bluesa, soulu, a także jazzu. Jego twórczość, nasączona tak bardzo amerykańskimi wpływami, przywodzi na myśl innego hołubionego przeze mnie wykonawcę: The Band. Jak to się stało, jak to możliwe, że ich drogi nigdy nie zeszły się na dłużej, na jedną całą płytę przynajmniej? Bob Dylan & The Band – jasne, wiemy, znamy. Ale czemu skład Van Morrison & The Band to dwa fragmenty z The Last Waltz (skądinąd chyba najpiękniejszego pożegnania, jakie może sobie wyobrazić nie tylko rockowy wykonawca) oraz nieliczne inne zderzenia w czasie i przestrzeni? Ale odkładam już na bok osobiste muzyczne marzenia.

Bo przecież, jak wspomniałem, zestaw muzyków na 

Duets

jest doprawdy imponujący. Płyta, w odróżnieniu od bardzo wielu dzisiaj wydawanych w rozmiarze pojedynczego winylu, jest bardzo długa, ale słucham jej z zapartym tchem do samego końca. Pierwszy numer na płycie VM zdążył zaśpiewać z Bobbym Womackiem, który zmarł w czerwcu 2014 roku. A potem są jeszcze m.in. George Benson, PJ Proby, Georgie Fame, Steve Winwood, Mark Knopfler, Taj Mahal, Chris Farlowe, Natalie Cole, Michael Bublé i Mick Hucknall. No i Don Was oraz Bob Rock jako współproducenci.

 

Jedna pieśń piękniejsza od drugiej, maestria tym większa, że zupełnie niewymuszona. Zastanawiam się tylko, a mogę mówić jedynie we własnym imieniu, czy aby docenić urodę tego wyjątkowego dzieła, szczyt góry trzeba już mieć za sobą – i zsuwać się nieuchronnie w cień i mrok.

(Van Morrison, Duets. Re-working The Catalogue, 2015)

________________

* Wiesław Weiss: Rock. Encyklopedia. Warszawa 1991.

[W NaTemat: 12 kwietnia 2015]

(The) Who Are You

who_odds

Jak to się stało, że kwartet nigdy nie zaistniał w szerszej świadomości rockfanów nad Wisłą? The Who przecież byli tam, gdzie działy się wielkie rzeczy – w 1967 roku na Monterey Pop Festival, dwa lata później wystąpili w Woodstock. Wystawili także dwie znaczące rockopery.

[more]

*

Przez całe dziesięciolecia muzyka przedostawała się

z Zachodu nad Wisłę

w bardzo skromnym wymiarze. Poza wybrańcami losu mającymi z tych czy innych względów dostęp do wydawnictw zza żelaznej kurtyny, gardło to bardzo długo było wąskie jak Program III Polskiego Radia, jego ramówka reglamentująca audycje muzyczne – i w końcu upodobania redaktorów je prowadzących.

Co mi, rocznikowi 1962, zostało w pamięci? „Muzyczne Poczty UKF” – Witolda Pogranicznego z muzyką polską („Co mam zrobić, jeśli Państwo ciągle proszą o Czerwone Gitary, Marylę Rodowicz i Czesława Niemena?”), Dariusza Michalskiego z graniem z demoludów i, jak przyszło co do czego, nowymi nagraniami SBB, Marka Gaszyńskiego z ostrzejszą odmianą rocka, ale zbyt często gitarową popeliną w stylu Sweet, Slade czy Suzi Quatro. 

Długo okrętami flagowymi rozgłośni były środowe „Poczty” i „Tonacje” oraz zmieniający swoje miejsce – raz we wtorki, raz w czwartki – „Minimax” Piotra Kaczkowskiego. Był oczywiście jeszcze „Bielszy odcień bluesa” Wojciecha Manna i Jana Chojnackiego, ale skupiony, jak podpowiada sama nazwa, na bluesie, był Janusz Kosiński z „Odkurzonymi przebojami” (bajko ty moja, w 1978 na przykład odkurzał Cream albo Free, czyli utwory okołodziesięcioletnie zaledwie), trochę później pojawił się Marek Wiernik serwujący nowe gitarowe brzmienia. Był – niestety sporadycznie – Jerzy Janiszewski. Zmierzam do tego, że nieuchronne filtrowanie i tak niewielkiej rzeczki zamiast oceanu muzyki przez gusta kilku – kilkunastu radiowców powodowało, że pewne nazwy – nawet z tych największych – nie były darzone szczególną atencją, a ich nagrania stanowczo zbyt rzadko pojawiały się na antenie.

Z pierwszego pokolenia brytyjskich rokendrolowców – nawet jeśli weźmiemy poprawkę na, generalnie, tendencję spadkową w latach 70. – nie dano polskim fanom zapomnieć o Stonesach. Beatles, choć prawdziwy renesans zaczęli przeżywać dopiero od następnej dekady, zawsze mogli liczyć na łaskawość i przychylność. Ale, przejdę do konkretów, The Kinks czy The Who już niekoniecznie.

*

W 1986 roku wraz z rodzicami, na pokładzie FSO 1500 (już nie Fiata 125p, bo zirytowani jakością produktu Włosi odebrali nam licencję) udawałem się na dwa tygodnie do Grecji. Tuż po przekroczeniu granicy w Cieszynie, w jego czeskiej części namierzyłem sklep z płytami, a na wystawie The Best of The Who, wydany przez Supraphon na licencji Polydoru. Wtedy takie wydawnictwa były rzadkością i

rozpalały wyobraźnię…

Wracaliśmy tą samą drogą (ja z pieczołowicie chronioną L.A. Woman Doorsów), zatrzymaliśmy się tuż przed przekroczeniem ostatniej granicy. Uprosiłem tatę, by odpalił mi odpowiednią ilość koron. Wszedłem do sklepu. I zupełnie nie pamiętałem w tym momencie, że płyta to po czesku deska.- The Who…- Dehu? – zażywna, trzymająca skrupulatnie knedlikową dietę pani za ladą bez cienia uśmiechu wyraziła swe niezrozumienie tematu. – Jaku dehu?! – No, The Who… – Dehu? – spytała raz jeszcze, nie kryjąc niechęci. Nie umiejąc się porozumieć, wskazałem odpowiednią okładkę z witryny. – Aaa, Dehuvku…

*

W 2010 roku rzuciłem się na zremasterowane wersje płyt The Beatles, w tym samym czasie w domowym zbiorze pojawiły się upragnione Get Yer Ya Ya’s Out i Let It Bleed Rolling Stones (dziś można już upolować większość płyt The Glimmer Twins z lat 60.). I chyba wtedy też zakupiłem My Generation – The Very Best of – w końcu coś The Who na CD.

Ale dopiero w ostatnich kilku miesiącach nabyłem wreszcie – bo wreszcie dostępnych w Polsce – osiem katalogowych płyt zespołu. Co nie bez znaczenia – w cenie 19,99 zł za sztukę. I właśnie teraz mam taki okres, że domięśniowo i dożylnie aplikuję sobie, bez jakiegokolwiek znieczulenia, nagrania kwartetu. Wspaniałe są takie korepetycje – jeśli nie dane mi było poznać tych płyt wcześniej (poza Who’s Next), tym świeższym uchem docierają one do mnie teraz.

Jest bosko. Genialność Who’s Next doceniłem już dawniej. Live At Leeds powala swoją mocą, żywiołowością wykonań na żywo. Sell Out to klasyka – ten wyjątkowy 1967 rok! Odds & Sods to potężna, blisko osiemdziesięciominutowa w wersji kompaktowej dawka rarytasów. By Numbers zadziwiająco pięknie nawiązuje do brzmień z poprzedniej dekady, a i na Who Are You, wydanej tuż przed śmiercią bębniarza, Keitha Moona, jest wiele dobrych momentów.

*

The Who zaczynali jako naśladowcy Beatlesów i Stonesów, by błyskawicznie stać się w

trzecią siłą brytyjskiego rocka.

I wciąż czerpiąc z pionierskich lat rokendrola, przeistoczyli się w rasowy i nowoczesny band gitarowy w końcu lat 60. Rozwalali instrumenty na zakończenie swych występów, ale – co bez porównania istotniejsze, tak jak Rolling Stones – mieli uszy i oczy otwarte na wszystko to, co działo się u schyłku dekady. Psychodelia czy hard rock spod znaku Cream i Led Zeppelin – to wszystko umiejętnie przeszczepili na swój grunt. Nie atakując nadmiarem przystawek (co słychać w Live At Leeds), potrafili powalić mocą brzmienia. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że kwartet nigdy nie zaistniał w szerszej świadomości rockfanów nad Wisłą. The Who przecież byli tam, gdzie działy się wielkie rzeczy – w 1967 roku na Monterey Pop Festival, dwa lata później wystąpili w Woodstock. Wystawili dwie znaczące rockopery: Tommy’ego w 1969 roku i Quadrophenię w 1973.

Po przedwczesnej śmierci Keitha Moona w 1978 roku Pete Townshend, Roger Daltrey i John Entwistle nie bardzo wiedzieli, co dalej ze sobą począć. Pierwszy z nich zastanawiał się, czy nie należałoby zatrudnić dwóch perkusistów, częściej jednak dominowała myśl o rozwiązaniu zespołu – jak w przypadku Led Zeppelin po śmierci Bonhama. Stało się to w 1982 roku, po nagraniu jeszcze dwóch albumów z Kenneyem Jonesem na perkusji. Jednak kolejne trzy lata później zameldowali się na Live Aid i ostatecznie dali spokój z deklaracjami o zawieszeniu instrumentów na kołkach – czyli występowali nadal. Nawet śmierć basisty Johna Entwistle’a w 2002 roku nie odwiodła ich od tego. Ich – już tylko dwóch oryginalnych członków bandu. 

W 2013 roku kolejny raz wystawili w Londynie Quadrophenię, a jej zapis można na różnych nośnikach nabyć także w polskich sklepach. W ubiegłym roku w sieci pojawił się nowy kawałek kapeli – Be Lucky. Wyraźnie dowodzi to, że Townshend i Daltrey, wbrew młodzieńczej deklaracji wokalisty w słynnym numerze My Generation z 1965 roku, że chciałby umrzeć, nim się zestarzeje, mają zamiar grać póki sił im starczy.

Ufam, że przyjdzie niebawem pora, by zatrzymać się na dłużej przy jednym czy drugim albumie The Who.

[W NaTemat:25 stycznia 2015]

The One and Only – Mr. Joe Cocker

cocker_live

„Please, give a very warm welcome: to the One… and Only – Mr. Joe Cocker!” – tak 5 października 1989 roku w Memorial Auditorium w Lowell w stanie Massachusetts konferansjer wywołał na scenę gwiazdę wieczoru.

[more]

Album zawierający trzynaście utworów zarejestrowanych podczas tego koncertu oraz dwie premierowe piosenki ukazał się w maju następnego roku i szybko został zaprezentowany w Polskim Radiu.

Zwariowałem – materiał mnie zachwycił. Drugi raz zwariowałem, gdy zorientowałem się, że podczas nagrywania mój magnetofon kasetowy odmówił posłuszeństwa. Wysiadł, jeśli dobrze pamiętam, wałek napędu, co powodowało raz po raz wolniejszy od przewidzianego przesuw taśmy. Wściekły, obiecałem sobie wtedy, że gdy odtwarzacz płyt kompaktowych pojawi się w domu, jednym z pierwszych zakupów CD będzie właśnie ten krążek.

Stało się to pół roku później. Pierwszym kompaktem była Pearl Janis Joplin, zaś drugim – właśnie album Live JC. Kilka miesięcy potem napisałem kilka zdań, zaś kartkę z nimi wsunąłem do książeczki:

*

Joe Cocker należy do bardzo rzadkiego w przyrodzie, a dziś prawie wymarłego gatunku śpiewaków o białym kolorze skóry, czarnym głosie i rock’n’rollowym sercu. Słychać to przede wszystkim w jego nagraniach koncertowych, kiedy, wraz z towarzyszącymi muzykami, daje z siebie absolutnie wszystko. Cocker powala siłą i autentyzmem swego głosu.

Jak to dobrze, że ktoś taki odnalazł się, wrócił, znów nagrywa i koncertuje ku radości milionów. Jak wspaniale, że ukazuje sie takie cacko jak album Live, który sumuje dokonania artysty od chwili powrotu, a jednocześnie wprost przenosi nas w złote lata rocka za sprawą With A Little Help From My Friends – czy trzeba dodawać, że w porywającej wersji?

Właśnie, Cocker mało komponuje, śpiewa zwykle utwory cudze, bywa że znane z innych, wielkich wykonań (jak wspomniany wyżej). Sądzę jednak, że nawet gdyby wziął na tapetę jakąś arię Verdiego, to byłby to bardziej Joe niż Giuseppe.

Na deser mamy na płycie dwa nowe, studyjne utwory. Też dobre, ale jakże skromnie brzmiące w porównaniu z „wykopującą’ resztą. Oto Cocker właśnie.

*

Wtedy, przed laty, na gorąco, moimi faworytami były dynamiczne Shelter Me, When The Night Comes oraz rewelacyjne wykonanie With A Little Help From My Friends. Dziś wskazywałbym, obok – bezdyskusyjnie – klasyka Lennona i McCartneya może raczej takie numery jak Hitchcock Railway czy High Time We Went, pod którym podpisany jest – rzadkość! – sam Cocker wraz ze swoim wiernym kompanem Chrisem Staintonem (nb. tą pieśnią w ostatnim okresie kończy swe występy Eric Clapton). Może po latach płyta nie wyzwala we mnie emocji największych, ale dowodzi wielkiej formy mistrza i całego zespołu.

*

Joe Cocker zmarł dwa dni przed Wigilią 2014 roku, w wieku siedemdziesięciu lat. Nie wejdzie już do studia, by nagrać kolejnych kilka czy kilkanaście piosenek, nie zagra koncertu. Nie zobaczymy go, jak w bardzo charakterystyczny sposób – rokendrolowo, a trochę dragowo i delirycznie – kiwa się przed mikrofonem. I znów zrobiło się smutniej, znów tak bardzo żal…

[W NaTemat: 14 stycznia 2015]

Muchy latają wysoko jak nigdy

muchy_karma

„Karma Market” to krążek, którym Muchy przebijają się do ścisłej już czołówki rodzimych wykonawców. Ten album powinien stać się tym, czym dla Myslovitz była i jest „Miłość w czasach popkultury”.

[more]

*

W poniedziałkowe popołudnie kupiłem nowy album U2 – i byłem przekonany, że to o nim będzie dzisiejszy wpis. Tymczasem, w ramach jesiennego wysypu płyt, następnego dnia w sprzedaży pojawił się czwarty krążek poznańskich Much. Który dystansuje wydawnictwo skądinąd ulubionych przeze mnie Irlandczyków o jakieś, z lekka licząc, dwie długości. Który jest najdojrzalszym – co niespecjalnie powinno zaskakiwać – ale i, co istotniejsze, najlepszym dokonaniem Michała Wiraszki i jego aktualnych kolegów. Krążek, którego zawartość powoduje, iż obecność Much w czołówce krajowej ekstraklasy nie podlega żadnej dyskusji. Lecz po kolei.

Zestawienie 

Son gs of Innocence i Karma Market

jest tyleż przypadkowe (z racji zbieżności dat wydania), jak i najbardziej uzasadnione, a to z tego powodu, iż Muchy – z zachowaniem odpowiedniej skali – podążają podobną drogą do U2. Zaczynały mianowicie od surowego gitarowego grania, które dominowało na dwóch pierwszych płytach. Trzecia, do której przyłożył rękę Marcin Bors, nasączona została sporą porcją elektroniki, ale jednocześnie zachowała najważniejsze cechy wypracowanego wcześniej stylu grupy.

Obecność Borsa na nowej płycie specjalnie nie zaskakuje, choć w trakcie pierwszego odsłuchania płyty pojawił się we mnie cały szereg wątpliwości. Czy oto, w ślad za Heyem, Muchy nie stają się kolejną formacją zdradzającą struny gitar na rzecz elektroniki? Jednak samochodowy odtwarzacz ma to do siebie, że natychmiast po ostatnim utworze (płyta jest zwarta, trwa niecałe trzydzieści osiem minut), przechodzi znowu do pierwszego. I przy tym drugim słuchaniu zacząłem wyłapywać te pierwsze „cosie”, które szczególnie przyjemnie podziałały na mój zmysł słuchu. Zaś od trzeciego razu rozpoczęła się 

prawdziwa uczta.

Początek – kawałek Odkąd – jest ostry, gwałtowny, atakuje elektroniką. Czyżby to Prodigy? Klawisze i komputery dominują też w kolejnym numerze, Tak jak dziś, tyle że jest on zdecydowanie łagodniejszy, a na plan pierwszy, co prawda na kilka tylko sekund,  za to parokrotnie, przedostaje się gitara akustyczna – zapowiedź tego, co wydarzy się dalej.

W krainę stricte rockowej łagodności zabiera nas trzeci w zestawieniu Queen of The Day – trzy utwory śpiewane po angielsku to jedna z nowych jakości w twórczości Much. Utwór, przy którym wyraźnie słychać, o ileż ciekawszy jest nowy materiał poznaniaków w porównaniu z tym dublińczyków. Najprostszymi środkami osiągają to, co w rocku uwielbiam: ucieczkę od banalnych rozwiązań popowych, stworzenie frapującego, trochę niepokojącego klimatu.

Nic się nie stało to wielki ukłon w stronę Klausa Mitffocha. Linia basu i gitary wyraźnie przypominają Strzeż się tych miejsc.

Przyjdą poniedziałki

Wtorków prawie nie ma

Środy, czyli prawie czwartki

Może piątek coś pozmienia

Sto burz przeszło bokiem

Żaden zły nie zapukał do drzwi

To wciąż tylko trochę

A jednak nadal więcej niż my.

 

Świetny utwór.

A dalej jest jeszcze lepiej. Muchy zaczynały od inspiracji gitarowym graniem lat 80., spod znaku m.in. The Smiths. Biały walc to, przynajmniej póki co, jeden z dwóch moich faworytów tej płyty i jednocześnie wyraźny sygnał, iż muzycy zanurzyli się 

jeszcze głębiej w przeszłości. 

Nerwowe riffy charakterystyczne zwłaszcza dla dwóch pierwszych albumów coraz częściej ustępują pola mainstreamowym, z pozoru tylko prostszym rozwiązaniom brzmieniowym. Zespół serwuje faktycznie lekko walcującą melodię, a przy tym iście Page’owskie połączenie delikatnych dźwięków gitary elektrycznej i akustycznej. Do tego znów mocne linijki – wyznanie frontmana rockowej kapeli:

Zostań na dzień

Bo trudno tak

Ciągle w połowach dróg (…)

Biały walc – panie proszą

a ja tylko z Tobą mam parę

Zawsze mi będzie brakować dni

których nie zmarnowałem.

W klasycznych klimatach pozostajemy przy drugim anglojęzycznym numerze, A Place. Znakomicie prezentują się nawiązania do wyciszonych – ponownie – Led Zeppelin, a w drugiej części do The Beatles – w partii gitary oraz chórkach. 

Kolej na Bliżej, singlowy utwór znany już z radia, który jednak zdecydowanie lepiej brzmi na płycie. Mocny fragment z nieco funkującą gitarą, w którym komputery dominują ostatni raz. Between The Lines zaczyna się rytmicznie, by po minucie, w refrenie, ponownie przenieść słuchacza w świat The Beatles, w głębokie Lennonowskie wokale i znowu świetne chórki. 

I wreszcie wieńczący całość, rewelacyjny numer Idą święta. Raz jeszcze niepokojąca gitara oraz nostalgia, a może wręcz szczypta psychodelii. Jednocześnie wyczuwam w nim ducha nagrań Janerki (może kiedyś zagrają ten kawałek razem?).

Album dowodzi, że nonszalancja i błazenada przynależna dwudziestolatkom to dla Much już przeszłość. Coraz więcej w tych piosenkach

gorzkiej refleksji,

charakterystycznej dla trzydziestolatków. Podobnie jak wielokrotnie na Karma Market przejawiającej się dojrzałości artystycznej. Ten album powinien stać się tym, czym dla Myslovitz była Miłość w czasach popkultury. Pytanie tylko, czy zupełnie odmienna sytuacja rynkowa po piętnastu latach, jakie dzieli daty wydania tych płyt,  nie stanie temu na przeszkodzie.

Ostatnio tak wiele frajdy miałem przy słuchaniu nowych nagrań znanego sobie zespołu, gdy w szufladce buszował …Like Clockwork Queens of The Stone Age. Niełatwo będzie poznańskiemu zespołowi przebić walory swojego czwartego krążka w przyszłości, ale to problem za kolejnych kilka – kilkanaście miesięcy. I, jestem przekonany, że zdecydowanie do przeskoczenia. A póki co, ponieważ katowicki Muchowiec położony jest niedaleko mojego domu, więc lecę dalej uganiać się za nutami tych dziewięciu bardzo dobrych i znakomitych utworów. Do czego i Was gorąco zachęcam.

(Muchy, Karma Market, 2014)

{W NaTemat: 19 października 2014]