„Moja muzyka jest niemodna, więc nigdy z mody nie wyjdzie”

dire_straits_brothers

Słowa, które posłużyły za tytuł tego wpisu, wypowiedział kiedyś Mark Knopfler. Tak samo jak zdanie „Żadnego seksu, żadnych prochów, tylko rock’n’roll”.

[more]

Z niejakim przerażeniem konstatuję, że od wydania Brothers In Arms mija dwadzieścia dziewięć lat. Szmat czasu. Wśród nowości w 1985 roku ten album, obok The Dream of The Blue Turtles Stinga, wydał mi się najlepszy. Mimo iż wyżej cenię sobie dwie pierwsze płyty Dire Straits, w przypadku tego krążka, podobnie jak Love Over Gold, nie sposób nie dostrzec rozmachu aranżacyjnego – i to w najlepszym tego słowa rozumieniu.

Nigdy nie przepadałem za największymi przebojami – Money For Nothing oraz Walk of Life, które jawią mi się jako dość błahe. Tytułową kompozycję, od lat bijącą się o palmę pierwszeństwa ze Stairway To Heaven Led Zeppelin w „Topie wszechczasów” radiowej Trójki, doceniam, bo to świetny numer, ale uczestnictwo w finałowej rozgrywce traktuję raczej jako wyraz uwielbienia fanów dla całego dorobku kapeli niż szczególne wyróżnienie tego akurat numeru.

Od zawsze natomiast szczególną atencją darzę Why Worry oraz Ride Across The River – dwie fenomenalne, perfekcyjne pod każdym względem piosenki. Pierwsza to – cóż za banał – miłosne wyznanie. Oprawione jednak w przepiękną melodię i mistrzowskie uderzenia lidera kapeli w struny gitary. Taki „snuj”, który właściwie mógłby nigdy się nie kończyć.

Druga nie ma już tak jasnego i optymistycznego przesłania:

 

Nothing gonna stop them as the day follows the night

Right becomes wrong, the left becomes the right

And they sing as they march with their flags unfurled

Today in the mountains, tomorrow the world

(Nic ich nie zatrzyma, tak jak dnia, który nastąpi po nocy

Czerń jest bielą, racja kłamstwem

Śpiewają pod rozpostartymi sztandarami 

Dzisiaj te szczyty, jutro cały świat).

Zdecydowanie nie jestem miłośnikiem reggae, ale na bazie takich rytmów powstało wiele znakomitych numerów rockowych. Ride Across The River to bez wątpienia jeden z nich.

[W NaTemat: 26 stycznia 2014]

Powrót marnotrawnego – Sting, The Last Ship, 2013

Jak po odwołanym koncercie Erika Claptona w Spodku (bagatela, 1979 rok) długo miałem uraz do tego artysty, tak to, co zrobił Sting z kolegami Policjantami w 2008 roku na Stadionie Śląskim wbiło, zdawało mi się, ostatni gwóźdź do trumny fana.

[more]

Mój ukochany muzyk lat 80.,

autor wspaniałych pierwszych solowych płyt, w ostatnich latach dość rozpaczliwymi metodami walczył o utrzymanie popularności i regularne wpływy na konto. Zastanawiałem się, jak można tak nisko upaść. Na przykład grać za kasę dla dyktatora. Albo mieć za nic wielotysięczną publiczność i schodzić ze sceny po sześćdziesięciu pięciu minutach, a wszystko to wskutek niechęci do starych kumpli z zespołu, która mimo upływu wielu lat tak łatwo uaktywniła się w czasie zaledwie paru tygodni światowego tournee.

Pora chyba jednak zrewidować opinię, przynajmniej w kwestii najbardziej merytorycznej: muzyki. Sting po słabych i słabszych latach złapał wyraźnie

drugi oddech.

Świeży i zdecydowanie przypominający, że jest artystą z najwyższej półki.

W 1997 roku Paul Simon wydał płytę Songs From The Capeman z piosenkami skomponowanymi do broadwayowskiego musicalu. Była to kompletna klapa – tak dla propozycji scenicznej, jak dla albumu i samego Simona. Jest to dla mnie zupełnie niepojęte – płytę mam i wciąż słucham jej z ogromną przyjemnością.

Nie wiem, jaki los spotka musicalową odsłonę The Last Ship (premiera przewidziana jest na przyszły rok). I niespecjalnie mnie to zajmuje. Musical jest mi formą zdecydowanie obcą – liczy się tylko materiał muzyczny, a ten albo się broni, albo nie.

Nowa płyta jest po prostu bardzo udana. Sting napisał jedenaście dobrych, bardzo dobrych i znakomitych piosenek, z których kilka pewnie znajdzie miejsce pośród najpiękniejszych i najlepszych w jego karierze. Które dokładnie, chyba za wcześnie mówić. W tej chwili, na gorąco, poza dobrze już znanymi tytułową i Practical Arrangement, moją uwagę zwracają August Winds, Language Of Birds czy I Love Her But She Loves Someone Else. Ale całość to czterdzieści pięć minut

kojących dźwięków

nadających się na początek lub zakończenie dnia, na każdą inną porę, by móc się wyciszyć. Nie przeszkadzają mi zastosowane tu i ówdzie musicalowe patenty, natomiast irlandzkie rytmy w What Have We Got? dodają tylko urody albumowi.

Głos Stingowi z biegiem lat się zmienił. Z wysokich rejestrów niewiele dziś zostało. Barwa zmatowiała, ale mocy nie utraciła. Dzięki tej szorstkości klkakrotnie znajdujemy się jeszcze bliżej wybranego przez artystę tematu – upadku stoczni w Newcastle.

Jako zdradzony fan już pewnie nigdy nie dam się bez reszty pochłonąć muzyce Gordona Matthew Sumnera. Ale, ledwie od paru dni smakując jego nowe piosenki, chciałbym, by utrzymał ten poziom w następnych latach.

Marnotrawny przez około dekadę artysta wraca do wielkiej formy. Marnotrawny fan znów melduje się w gronie sympatyków.

Wyrwane z kontekstu: The Police, Bring On The Night

Tylko krowa nie zmienia poglądów. Kto wie, czy – gdy cała nowa płyta Stinga będzie równie dobra jak pilotujący ją utwór, nie polubię tego pana ponownie. Nie zmienia to jednak faktu, że przed pięciu laty, wraz z kumplami ze starego zespołu, podpadł mi na Stadionie Śląskim do tego stopnia, że przestałem słuchać jego płyt*. A trochę ich w domu mam, w końcu w latach 80. należał do grona szczególnie przeze mnie ulubionych artystów.

[more]

Regatta de Blanc (1979) to jeden z najwcześniejszych moich kompaktowych zakupów. Przypominam sobie pierwsze wrzucenie do szufladki – i zdziwienie: czyżbym nie znał każdej nuty na tej płycie? Po chwili zorientowałem się, że w pudełku z okładką Police, na płycie także w ten sposób opisanej znalazły się piosenki… Barry’ego White’a. Dzień później dokonałem wymiany na inny, właściwy już egzemplarz.

Album, którego słucham właśnie po długiej przerwie, brzmi świetnie. I swego rodzaju chirurgicznym zabiegiem jest wyłuskiwanie z niego jednego utworu. Wśród wielu znakomitości wskazuję ten, który powalił mnie wtedy, w 1991 roku, w wersji kompaktowej, szczególnie i trzyma do dziś.

Sting, Copeland i Summers potężnie narozrabiali w muzyce końca lat 70. i początku 80. Stary rock niedomagał coraz bardziej, niektórzy analitycy zjawiska zwanego punkiem też dzielą go na prawdziwie artystyczny początek i późniejsze odcinanie kuponów. A ci trzej faceci stworzyli odrębną jakość. Biegłość instrumentalistów, surowe brzmienie, piękne melodie, reggae i zadziwiająca barwa głosu Gordona Matthew Sumnera – to wszystko na krążku z 1979 roku broni się znakomicie.

Bring On The Night stał się też tytułowym utworem pierwszego wydawnictwa koncertowego Stinga – z 1986 roku.

* tupisałem o tym.

The Police, Chorzów, Stadion Śląski, 26 czerwca 2008; The Rolling Stones, Shine A Light, 2008

Wciąż żywe wspomnienie sprzed trzech lat*. Bodaj przedostatni koncert na trasie specjalnie reaktywowanego The Police. Płyty Stinga sprzedawały się coraz słabiej, forma artystyczna też coraz gorsza. Police na Stadionie Śląskim? Oczywiście – mimo różnych „ale”, trzeba iść.

[more]

Po około dziesięciu minutach stwierdziłem, że brzmią lepiej niż wszystkie trzy kapele, które grały w tym miejscu rok wcześniej (czyli Pearl Jam, Genesis i Red Hot Chili Peppers). Gitara Summersa, wówczas – nie wypominając – pana już sześćdziesięciodwuletniego, brzmiała rewelacyjnie. Brak mi przygotowania muzycznego, by docenić grę Copelanda (Antoni Piekut wciąż powtarza, że wymyślił on nowy sposób gry na perkusji), frontman brzmiał przyzwoicie zarówno wokalnie, jak i jako basista. I wszystko byłoby O.K., gdyby nie to, że po sześćdziesięciu pięciu minutach  trio zeszło ze sceny. Cóż, panowie wyraźnie, mimo wielu lat odpoczynku od siebie, już po kilkudziesięciu dniach tournee mieli się serdecznie dość nawzajem. To było widać – zero kontaktu między sobą. Czułem się, jakby ktoś dał mi po gębie. Sześćdziesiąt pięć minut? W Polsce, w 2008 roku? Tu, gdzie sprzedają się ich płyty? Gdzie starsi od nich grali ponaddwugodzinne koncerty?! Kpiny z ludzi. Miałem dość, spodziewałem się, że każdy kawałek na bis może być tym ostatnim, co zupełnie odebrało mi radość słuchania. No i, gdzieś po kolejnych dwudziestu minutach, definitywnie zeszli ze sceny.

Zlekceważony, po pewnym czasie znalazłem się w samochodzie i włączyłem radio. A tam – w Trójce – ludzie dzwonią do Piotra Kaczkowskiego (prowadzącego Minimax) i z zachwytem opowiadają, na jakim wspaniałym koncercie byli. Nic z tego nie rozumiałem – czyżbym ja był gdzie indziej, gdzieś, gdzie grali inni Policjanci? Próbowałem się, bodaj pierwszy raz w życiu, dodzwonić do radia, ale bezskutecznie.

Wszystko ułożyło się w mojej głowie w całość – wcale niewybitny koncert przed laty w Spodku, niemoc kompozytorska Stinga w ostatnim czasie, która zresztą trwa do dziś, czego efektem jest nużąca płyta zimowo-świąteczna, krążek z filharmonikami berlińskimi (stary towar w nowym opakowaniu), wreszcie teraz osobisty jego wybór dwudziestu pięciu utworów z całego solowego dorobku (jw.). Po drodze jakieś dziwne koncerty,  np. dla prezydenta Uzbekistanu, despotycznego władcy, za ciężkie pieniądze. Fuj. Nie mogę tego pana – znaczy Stinga – słuchać od tamtej pory. Już mu chyba nigdy nie uwierzę.

 *

Minęło parę dni od tego koncertu i poszliśmy z żoną na Shine A Light. Nie do multipleksu, gdzie jakość obrazu i dźwięku byłaby bez zarzutu, a do Rialta, gdzie akurat puszczano ten film. Jakość dźwięku kiepska, sprzęt się sypał, emisję  dwukrotnie przerywano. Ale co z tego!

Podobno panowie Jagger i Richards ostatnio nie darzą siebie zbytnią sympatią, ale wtedy, kilka lat wcześniej, wyglądało to chyba inaczej. Ciasna scena teatru, na niej kilkanaście osób, które bez przerwy uśmiechają się do siebie, poszturchują jak nastoletnie chłopaki, Buddy Guy i Jack White jako goście (wydzierająca się Aguilera to akurat jedyne nieporozumienie tego koncertu), Satisfaction grane nie wiadomo po raz który – 3000-, 5000-tysięczny? – zabrzmiało tak, jakby jutro miał skończyć się świat, a przynajmniej Stonesi nigdy już mieli nie wyjść przed publiczność.

Pomyślałem sobie: O, cholera, ci faceci są o – z grubsza biorąc – dychę starsi od The Police – a grają tak, ze serce rośnie.

To właśnie jest subtelna różnica między kapelą wielką, jaką jest The Rolling Stones, a kapelą taką sobie, czyli The Police. Oczywiście, nie tyle chodzi tu o względy historyczne – bo Policjanci są ważną grupą w dziejach rocka – ale, po latach, podejście do tego, co się robi i jak traktuje się publiczność. Jedni kochają swoją robotę, inni – przynajmniej w tym składzie osobowym – nie cierpią.

Cóż, kasa nigdy nie śmierdziała, nie śmierdzi i śmierdzieć nie będzie. A niechęć niektórych osób do siebie nawzajem nie przemija. A mówi się, że ludzie łagodnieją z wiekiem. Nie wszyscy i nie zawsze. Jako fan czuję się bardzo oszukany. Bardzo lubiłem kiedyś Police, w latach 80. Sting, obok U2, był moim ukochanym wykonawcą. Był po prostu wielki, a to powinno zobowiązywać.

* tekst napisałem latem 2011