Ogród kłujących dźwięków

sg_down

Koncertowe żniwa przed nami. Wszystko zdaje się kumulować w najbliższych mniej więcej dziesięciu tygodniach. Jako mieszkaniec Śląska zazdrośnie popatruję od lat na Open’era (w tym roku – znów – Pearl Jam), coraz zazdrośniej na Dolinę Charlotty koło Słupska (Bob Dylan i Jethro Tull). W stolicy w czerwcu Orange Warsaw Festival z Queens of The Stone Age, Pixies i Kings of Leon. W Łodzi już dziś Peter Gabriel, a za miesiąc Black Sabbath i Aerosmith.

[more]

Na wybrzeże daleko, więc spoglądam też na południe. Ściślej – na Ostrawę. Kilka lat temu tam właśnie obejrzałem występ Boba Dylana, we wtorek mam nadzieję dotrzeć na koncert byłego frontmana Genesis, a zerkam jeszcze na kolejną edycję Colours of Ostrava, na której ma pojawić się Robert Plant. Tuż obok mnie – bo tak należy potraktować odległość czterdziestu kilometrów dzielących Katowice od Oświęcimia – pod koniec czerwca będzie miała miejsce kolejna edycja Life Festivalu. A w niej, na zakończenie, zagra Eric Clapton (w sobotę, 28 czerwca), zaś dzień wcześniej – Soundgarden. Do pełni szczęścia brakuje wymienionego wyżej Pearl Jam, drugiej kapeli, w której bębni Matt Cameron, ale nie bądźmy zbyt pazerni.

*

Muzyka Soundgarden nigdy mi ani uszu, ani żadnej innej części ciała nie urywała. Jak na moje upodobania za dużo było i jest w niej metalu i hałasu. Z tej prostej przyczyny najchętniej pochylam się nad dwoma ostatnimi albumami wydanymi przed rozpadem grupy. Oprócz stałych elementów w klimacie Black Sabbath sporo tam cytatów z Led-Zeppelin i te proporcje są znacznie bliższe mojemu sercu. Bez szczególnego rozwodzenia się nad całą zawartością kładę dziś przed Wami mój ukochany Like Suicide z krążka Superunknown (1994) oraz Dusty, pod którym mogliby podpisać się Jimmy Page z Robertem Plantem, i Overfloater z Down On The Upside (1996).

.

Z uśmiechem starzejącego się faceta odnotowuję jeszcze jedno zejście się panów, którzy rozstali się kiedyś w stanie wojny. Czas nas uczy pogody. Nie zawsze, o czym świadczą przypadki Watersa i Blackmore’a, ale wielokrotnie. Ciśnienie w żyłach spada, a pozostaje świadomość, że w tym właśnie a nie innym składzie zrobiliśmy najlepsze rzeczy w swoim życiu. Chyba nie jesteśmy jeszcze tacy starzy, by nie spróbować ponownie. Najwyraźniej panowie Cornell, Cameron, Thayil i Shepherd w 2010 roku, po trzynastu latach rozłąki, doszli do takiego właśnie wniosku. Efektów można posłuchać na King Animal. Mam wielką nadzieję, że po ich secie ten uśmiech nie zniknie mi z twarzy.

[W NaTemat: 12 maja 2014]

Soundgarden: legenda grunge na Life Festivalu w Oświęcimiu

LF_20141

Przykłady Doliny Charlotty niedaleko Słupska oraz Oświęcimia dowodzą, że dzięki wariatom, zapaleńcom można stworzyć właściwie coś z niczego. Life Festival dzięki Dariuszowi Maciborkowi z RMF-u i władzom miasta rozrasta się z roku na rok, tym razem stając się już imprezą pełną gębą, będącą w stanie przyciągnąć wielu wykonawców, a wśród nich gwiazdy największe. Piątkowy wieczór zwieńczył występ legendy muzyki grunge – kwartetu Soundgarden.

[more]

Choć ekipa Chrisa Cornella, podobnie jak Alice In Chains, nigdy nie dorównywała Nirvanie i Pearl Jam, należała w ostatniej dekadzie XX wieku do

czołówki mocnego grania.

Gdy pod koniec ubiegłego roku dowiedziałem się, że przyjedzie do Oświęcimia, nie miałem wątpliwości, że trzeba tam być. Bilety od pół roku cierpliwie czekały na swój moment.

Po dousznym harakiri, jakiego doświadczyłem dwa tygodnie temu na Orange Warsaw, bardzo pragnąłem, by wreszcie muzyka skatowała mnie w sposób, który lubię. Panowie z Seattle nie całkiem się do tego nadawali, nigdy nie byłem ich zaprzysięgłym fanem, nie miałem złudzeń, że repertuar koncertu to będzie w całości moja lista marzeń.

Stanęliśmy z żoną na wprost sceny, tuż przed namiotem ze stołami realizatorów koncertu. Już pierwsze uderzenia stopy Matta Chamberlaina (zastępującego w tej trasie Matta Camerona) i basu Bena Shepherda sprawiły, że zastanawiałem się, czy ktoś przypadkiem nie robi mi sztucznego oddychania, mocno napierając na moją klatkę piersiową, prawie ją miażdżąc. Jak dołożyć do tego przestery Kima Thayila, możecie sobie wyobrazić, że żartów nie było –

spusty surówki

z hutniczego wielkiego pieca dokonywały się raz po raz. Z lękiem popatrywałem na moją połowicę, czy daje radę – najciężej było, gdy przez oświęcimski stadion MOSiR-u przetoczył się transporter opancerzony o nazwie Jesus Christ Pose – wersja studyjna to drobiazg w porównaniu z wykonaniem tego numeru na żywo.

Występ zaczął się punktualnie o 21.30, od numeru pochodzącego z albumu Badmotorfinger ((1991) – Searching With My Good Eye Closed. I przez godzinę i czterdzieści pięć minut bezustannie balansowaliśmy na granicy hard rocka i metalu. Można się zastanawiać, dlaczego gitara raz po raz przykrywała wokal, zwłaszcza że trudno było podejrzewać wczoraj Cornella o jakąkolwiek niedyspozycję – od początku do końca nie miał żadnych problemów ani z charakterystycznymi dla siebie dołami w stylu Coverdale’a, ani z plantowskimi górami. Widać tak to miało być, tak ustawiono to na mikserskiej konsolecie: nad wszystkim panować ma potężny i niski dźwięk gitary (lub gitar, bo w części materiału tradycyjnie panowie grali na dwa takie instrumenty).

Soundgarden nie ma w swoim repertuarze

przebojów

w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Jedyny hit, Black Hole Sun, pojawił się bardzo szybko, jako piąty numer i, też w pełni świadomie, został odarty z cech pościelówy – płynność i łagodność melodii naruszało kąśliwe brzmienie gitary Thayila. Z Trójkowej listy przebojów pamiętamy też o Been Away Too Long z ostatniego albumu, który zabrzmiał zaraz po sabbathowskim  Blood On The Valley Floor.

Utwory, które w moim odczuciu, niosły ten koncert, zaczęły się od pozycji nr 10 na setliście – znakomitego My Wave. Potem zagrali Superunknown i znów rewelacyjne – Blow Up The Outside World i nieco zeppellinowski Burden In My Hand. To były naprawdę porywające momenty występu zespołu. Koncert zakończył się pieśnią 4th of July, a na bis zabrzmiały jeszcze Let Me Drown i pochodzący z pierwszego albumu Beyond The Wheel.

Czego mi zabrakło?

Na przykład wszystkich trzech kawałków, o których pisałem, zapowiadając jakiś czas temu w blogu ten koncert: Like Suicide, Dusty i Overfloater. Ale tak jest prawie zawsze, występ tej czy innej kapeli to nie koncert życzeń. Generalnie jednak było bardzo, bardzo O.K. Mój osobisty dowód na to, że spędziłem czas w bardzo miły sposób, jest prosty: nazajutrz z radością sięgam do płyt dopiero co usłyszanego na żywo wykonawcy. A tak jest także i dzisiaj.

Jeszcze cieszę ucho nagraniami SG i czy prędzej spisuję na gorąco swe wrażenia, bo już za parę godzin na tej samej scenie mam nadzieję zobaczyć niejakiego E.C.

P.S. Skoro „NaTemat” do jutra jest nieczynny, relację z koncertu SG zamieszczam w starym miejscu. MG

Powrót do ogrodu dźwięków – Soundgarden, King Animal, 2012

Czwórgłowe bóstwo – zwane nie Światowidem, a grunge’em – po latach podnosi swoją trzecią głowę. A właściwie podniosło dwa lata temu, a teraz raczy nas nową, pierwszą od szesnastu lat studyjną płytą. Soundgarden to powrót pełnoprawny, w oryginalnym składzie i – o ile można tak po latach powiedzieć – w starym brzmieniu.

[more]

Przyznam, że ten zespół kręcił mnie mniej niż Pearl Jam, Nirvana czy Alice In Chains. Za mało w jego graniu było rokendrolowej finezji spod znaku Led Zeppelin, za mało swingu, za dużo dość płaskiego metalowego łomotu. To sprawiało, że smakowite w moim odczuciu kąski musiałem wyławiać z całości.

W przypadku nowej płyty nie jest inaczej. Ale – co istotne – nie jest gorzej.

Nie ma mowy o odgrzewanych kotletach.

Otrzymaliśmy materiał w pełni porównywalny z tym dawnym, z jego zaletami i słabościami. Ilekroć chłopaki zwalniają, Chris Cornell schodzi z wysokiego „C” – jest interesująco i przyjemnie.

Krążek zaczyna się od singlowego przeboju – Been Away Too Long, bardzo zdrowej porcji łojenia, potem są dwa typowe dla SG mocniejsze numery, by w czwartym, A Thousand Days Before, przenieść słuchacza w okolice klimatów zeppelinowsko-orientalnych. Następny utwór jest z kolei zdecydowanie sabbathowski – gdyby tak podłożyć głos Osbourne’a, moglibyśmy dać się zwieść…

Bones of Birds przywodzi na myśl Black Hole Sun. Nie jest jednak tak monumentalny, a – odwrotnie – poza refrenem wręcz wyciszony. Chyba będzie zyskiwać przy kolejnych przesłuchaniach. Wyeksponowany bas przy wybrzmiewającej gitarze mile łechce uszy.

Później wchodzimy, aż do dziesiątej pozycji, w stany średnie, w takie granie, które niczym szczególnym się nie wyróżnia w morzu gitarowej konfekcji, a już z pewnością średniej ogrodowej.

Ciekawiej robi się na koniec.

Ostatnie trzy numery zdecydowanie pracują na poziom całej płyty. Tempo zwalnia, mniej gitarowych nakładek, więcej tu muzyki do autentycznego smakowania. Świetnie brzmi misternie zbudowany, do samego mocnego finału, Eyelid’s Mouth z gościnnym udziałem Mike’a McCready’ego (gitarzysty Pearl Jam). Cóż, to kompozycja Matta Camerona, który bębni teraz i w PJ, i w SG. Czy może być jeszcze lepiej? Okazuje się, że tak. Album kończy znakomity numer Cornella – Rowing.

Podsumowując – po takim finale nie mam więcej pytań. Rokendrolowe arcydzieła powstają dziś niezwykle rzadko. Jeśli dostajemy do rąk krążek, który w całości jest zdecydowanie do słuchania, jeśli w kilku utworach zespół wznosi się – nie waham się tego napisać – na swój najwyższy poziom, to czego więcej chcieć?

Czego? By Cameron wziął kumpli z obu zespołów i zagrał z nimi we Wrocławiu, jak się już o tym tu i ówdzie mówi. Jeśli tak się stanie, wybiorę się na taki koncert na pewno.

Dżem babci Pearl

To już dwadzieścia jeden mija od ich debiutu płytowego. Sporo, patrzę choćby na moich synów, właśnie dwudziestojednoletnich. A jednak – muzycznie – jest to dla mnie coś „po”. Co jeszcze chłonąłem absolutnie na świeżo, jako młody człowiek? Szybko teraz myślę, co stanowi w moim życiu tę cezurę? Studia i U2? Chyba tak.

[more]

Na grunge nie załapałem się z powodu pieluch i całego tego zamieszania. Pearl Jam, mój absolutnie

ukochany zespół końca XX i początku XXI wieku,

poznawałem trochę ex post, dopiero od Yield. Ale tego, co działo się na koncercie w Spodku w czerwcu 2000 roku, nigdy nie zapomnę. Grali rewelacyjnie, a polska młodzież – studenci i licealiści – śpiewała z Vedderem wszystkie kawałki od początku do końca. Tego nie mogło być na Page’u i Plancie ani na Deep Purple… Absolutnie fantastyczne doświadczenie. Ci z mojego pokolenia i starsi rozumieją, o czym mówię. Młodsi nie muszą, oni przecież śpiewali.

Tych emocji nie udało się, niestety, powtórzyć po paru latach na Stadionie Śląskim, w czerwcu 2007 roku. Właściwie wszystko było O.K. Ci faceci nie grają złych koncertów. Tyle że – dwa razy sypał się sprzęt, a zespół nie zagrał ani minuty ponad półtorej godziny, bo miał obstalowany samolot do następnej stacji na trasie. Tak się nie robi tym, którzy jeździli za kapelą po świecie z transparentami „You forget Poland”.

Ale i tak jest dla mnie PJ wspaniałą kontynuacją Led Zeppelin. A butelka wina w rękach Edka wyglądała niewinnie w porównaniu z tym, co zrobił „Bonzo” Bonham.

Gitarowe granie ma się nieźle, choć od

grunge’u

nie pojawiła się właściwie żadna nowa jakość w okolicach mainstreamowego grania. Ten cudowny splot bezczelnej anarchii przynależnej młodości, umiejętności wymyślania pięknych melodii, powrót do prostego, prymitywnego rock’n’rolla i gwałtowności punka, nawiązanie do najlepszych tradycji z Led Zeppelin i Black Sabbath na czele –  udało się osiągnąć w jednym czasie, na początku lat 90. kilku kapelom współistniejącym po sąsiedzku, w okolicach Seattle – obok PJ jeszcze, przede wszystkim, Nirvanie, Alice In Chains i Soundgarden.

Trzy lata temu, po ukazaniu się Backspacer, dałem sobie w żyły całą dawkę studyjnego Perłowego Dżemu. Bo

Backspacer

zdecydowanie przypomniał najlepsze, pierwsze lata grupy. I doszedłem wtedy do mało odkrywczego wniosku, że ta kapela ma może w dorobku albumy słabsze, lecz na pewno nie słabe. Poziom, z jakiego wystartowała, był niemożliwy do utrzymania. Jednak w kolejnych słoikach – czy to Yield, Binaural czy Riot Act – nigdy nie było zgniłych owoców. Może mniej tych najsmaczniejszych, wygrzanych w słońcu i skropionych poranną rosą, ale to wciąż był pułap trudno dostępny dla większości wykonawców.

Bardzo jestem ciekaw, co też następnego wysmażą nam Vedder i spółka. Dziś już klasycy gatunku, a przecież – gdy porównać ich z Dylanem czy Stonesami – ciągle młodziaki. No i coś przebąkuje się o ich występie jesienią 2013 we Wrocławiu…

P.S. Fani PJ wiedzą, ale inni niekoniecznie – Pearl, babcia Eddiego Veddera, słynęła z dżemów własnej roboty. To o wiele milsze przejście do historii niż inne, które dokonało się za sprawą członków zespołu Lynyrd Skynyrd. Swoją nazwą uwiecznili znienawidzonego nauczyciela, Leonarda Skinnera.