Dżem bez Riedla

Dżem bez Ryszarda Riedla? Dla wielu było to nie do przyjęcia, a jednak zespół grał dalej. Ja natomiast poczułem wielką ulgę – i radość. Nie chciałem, by tu, na Śląsku, powtórzył się kolejny raz scenariusz, że rozpada się świetna kapela, a jej członkowie zaczynają robić jakieś mało istotne rzeczy – myślę tu o SBB i Krzaku. (W sumie najlepiej przez pewien czas spisywał się Jerzy Piotrowski, bo bębnił u Dudka i parę lat w Dżemie właśnie).

[more]

Dewódzki był inny. Tak pewnie miało być, na zasadzie kontrastu. Dżem na żywo dalej był potęgą, ale gdy chodzi o płyty studyjne – wpadł w artystyczny dołek. Słabsza jest zwłaszcza Albo być, albo mieć. Nie ma na niej, jako jedynej, żadnego utworu, który z czystym sumieniem umieściłbym na Dżemowym The Best of.

Zdziwiłem się, gdy wyczytałem, że Maciej Balcar został nowym wokalistą zespołu. I bardzo ucieszyłem, bo pamiętałem, jak świetnie przed laty zaśpiewał w Opolu Dziwny jest ten świat (próbuje wielu, a powinno tylko kilku). Bo już wiadomość, że jest w Harlemie, była bardzo dobra – to było miejsce dla takiego głosu. A przejście do Dżemu okazało się strzałem w dziesiątkę – dla obu stron. Dla Balcara nie ma lepszego miejsca na polskiej scenie muzycznej, dla Dżemu nie widzę lepszego wokalisty. Feeling, swingowanie – dla mnie rewelacja. Do tego bardzo dobra dykcja. I kultura osobista – nigdy z jego ust, ze sceny, nie padły jakieś dziwne czy niecenzuralne słowa. Z całą sympatią dla Jacka D., z którym chyba Dżemy mają dobre relacje, bo pojawia się na tych najważniejszych koncertach (i płytach), Pan Maciek bije go na głowę.

Zespół gra do dziś. Siłę Bena Otręby jako kompozytora wspierają pozostali członkowie grupy, raz ci, raz inni. 2004 zawiera kilka absolutnie fantastycznych numerów (jeszcze do tego wrócę), zaś Muzę uważam za najlepszy album grupy w czasach „poriedlowych”. A koncertowy Pamięci Pawła Bergera za jeśli nie najlepszy, to jeden z najlepszych koncertowych albumów w historii polskiej fonografii. I gdy ktoś mi mówi (ktoś, kto od wielu lat nie był na ich koncercie i nie posłuchał sobie parę razy uważnie ich ostatnich płyt), że czas Dżemu minął, to moje muzyczne serce na takie opinie strasznie się oburza.

(pisane jesienią 2011)


Urodziny Miasta – Kocham Katowice, 6-9 września 2012 (The Saintbox, Kari Amirian)

Moja pierwsza, osobista żona od paru lat przed koncertami rozgląda się po widowni. Czasem – tak też było wczoraj – mówi z wielkim niepokojem: Jesteśmy tu najstarsi… Mnie to nigdy szczególnie nie przerażało. Mogę oczywiście zazdrościć innym młodości, ale mam też pewną przewagę – moja perspektywa muzyczna jest zupełnie inna niż u dwudziestolatków. A małżonce odpowiedziałem: W razie czego powiedz, że jesteś tutaj z ojcem.

[more]

The Saintbox

Pychota, palce lizać. The Saintbox to projekt Macieja Szupicy (Dick4Dick, Gypsy Pill), do którego zaprosił jazzowego kontrabasistę Ola Walickiego (m. in. Łoskot) oraz Gabę Kulkę, chyba najlepszą polską wokalistkę ostatnich lat.
Stary rock progresywny umarł. Te wszystkie Marilliony i Pendragony to dla mnie nieporozumienie, gonienie własnego, albo – co znacznie gorsze – cudzego ogona. Ale termin rock progresywny w nieco innym znaczeniu pojawił się w mojej głowie, gdy w 1997 roku posłuchałem O.K. Computer Radiohead. Takie rozwiązania harmoniczne nie odeszły, jak widać, do lamusa, mogą wręcz lśnić pełnym blaskiem. Pod warunkiem jednak, że podejdzie się do nich w zupełnie inny, a nie zgrany do imentu przed laty sposób.
Na scenie mieliśmy czworo ludzi, sporo różnych instrumentów, a wszystko zbudowane wokół fenomenalnego głosu Kulki i basu Walickiego. Cała gama kolorów: melancholia, liryzm, delikatność na jednym końcu, totalny jazzrockowy odjazd spod znaku King Crimson i SBB z drugiej. Gdzieś tam pobrzmiewały mi też klimaty Możdżerowo-Danielssonowo-Frescowe. Jakie to wszystko świeże, dopiero co przyrządzone, a mamy przecież rok 2012! Ta godzina wczoraj to kolejne moje wspaniałe zdziwienie słuchacza, że w Polsce mamy tak znakomitych muzyków i utalentowanych kompozytorów. W ten sposób doświadczyłem jeszcze jednego muzycznego odlotu, dźwięków dla moich uszu z gatunku tych najwspanialszych, najukochańszych.
Tym piękniejszych, że zupełnie nieoczekiwanych. Bo, wstyd przyznać, o Saintbox nic wcześniej nie wiedziałem, a płytę wydaną 19 marca tego roku nabyłem drogą kupna dopiero wczoraj. Ale natychmiast po koncercie, bo była taka możliwość.

Kari Amirian

Młoda wokalistka miała tego wieczoru bardzo trudne zadanie. Przynajmniej dorównać poprzednikom na scenie w hali starego dworca kolejowego w Katowicach oraz udowodnić, że materiał z bardzo dobrej płyty broni się także na żywo.
Bardzo trudne. Stary dworzec w stolicy Śląska to jedna z secesyjnych pereł architektonicznych. Pozostający ciągle w rękach PKP obiekt przedstawia jednak coraz bardziej żałosny widok, gdyż czułej ręki konserwatora i budowlańca  dotąd nie doświadczył. Kubatura w środku, jak na potrzeby koncertów rockowych, dość spora – hala jest wysoka, w dodatku na podłodze, zamiast najbardziej wskazanego parkietu, położone są ciągle, skądinąd bardzo niebrzydkie, płyty. Pogłos więc spory, ciężka robota dla akustyka. The Saintbox poradzili sobie z tym bardzo dobrze, zespół Kari trochę gorzej.
Materiał zabrzmiał znacznie dynamiczniej niż na CD. Sporo bębnów i gitary basowej, momentami nieco to, niestety, dudniło. Muzycznie – w tych dynamicznych fragmentach – znacznie bliżej było do Petera Gabriela niż klimatów skandynawskich. Ale to absolutnie nie zarzut – trochę bardziej popowo, ale w dalszym ciągu szlachetnie.
Głos urodziwej frontmenki bez zarzutu – czysty, mocny, pozostała piątka muzyków na scenie też powyżej średniej krajowej. Muzyka zdecydowanie się broni, jestem przekonany, że w lepszej sali może zabrzmieć równie urzekająco jak na krążku. Bez ochów i achów, lecz była to godzinna porcja bardzo porządnego grania, w starej szkolnej skali od 2 do 5 – na czwórkę. 

*

Na koniec jeszcze uwaga nieco szerszej natury. Jak dobrze, że przygotowywanie imprez muzycznych oddano w ręce ludzi, którzy mają pojęcie o tym, co dzieje się w tej branży. Jeszcze dwa lata temu po kasę rękę wyciągała np. Kate Ryan, „flamandzka artystka muzyki pop and dance” czy, z całym szacunkiem, Maryla Rodowicz.
Promowanie  rodzimej muzyki w wydaniu niekoniecznie festiwalowym ma w moim odczuciu znacznie więcej sensu. Ze starych wyjadaczy – Armia, Kobranocka, Róże Europy, z grona młodszych – Mika Urbaniak, Mitch & Mitch, Sofa, Pinnawela. Dla miłośników czerpania z folkloru –  Żywiołak.
Ale i tak znajdą się niezadowoleni, którzy woleliby pogibać się przy piosenkach artysty Rynkowskiego,  celebrytki Kukulskiej albo autorki nowej aranżacji hymnu narodowego Górniak.


Na śniadanie, obiad i kolację – Dżem

Dżem. Rodzaj słabości. Powrót do arkadii. Miałem niespełna trzy miesiące, gdy 20 października 1962 roku, w urodziny jednego z moich braci, przeprowadzaliśmy się do Tychów. Spędziłem w tym mieście prawie piętnaście lat, tych pierwszych, w pewien sposób – najważniejszych.

[more]

Jakieś mgliste wspomnienia: tuż obok szeregowców, gdzie mieszkaliśmy, miał swoją siedzibę Górniczy Klub Technika. W soboty wieczorem nieźle tam czasem dawali „po garach”. Nigdy nie byłem w środku, byłem za młody, ale w tym miejscu chyba też grywali ludzie, którzy później utworzyli ten zespół.

Rok 1981. Ukazuje się pierwszy singiel. Strasznie grafomańskie teksty (albo coś w tym rodzaju), powiedział jeden z braci po tym, jak zaprezentowałem mu świeżo nabytą płytkę. Bardzo stylowy wokalista (albo coś podobnego), powiedział drugi, gdy puściłem mu te dwa nagrania. Obaj mieli rację. Ja sam byłem nieco zawiedziony regałowym obliczem zespołu, ale cieszyłem się, że jest – płyta zespołu z „moich” Tychów.

W 1985 roku ukazał się pierwszy duży krążek. I znów niedosyt. Najlepsi w Polsce nagrywali już pod okiem panów Przybylskiego i Regulskiego – pierwszych facetów, którzy między Bugiem a Odrą mieli pojęcie, jak nagrywa się kapele rokendrolowe. Po nich zresztą szybko pojawili się następni. A tymczasem Dżem nagrał płytę pod okiem starych polskonagraniowych repów – i to, niestety, było słychać. Nagraniom brakowało dynamiki, szerokiego pasma – tonów wysokich i niskich. Brzmienie grupy było z poprzedniej epoki: płaskie. Ale – była płyta! Kto żył w tamtych czasach, słuchał rocka, ten wie, o czym mówię. Płyty nie czekały na swych nabywców, trzeba je było zdobywać, polować na nie.

Ten LP był wyraźnym sygnałem, że Dżem jest zespołem koncertowym, przy której to opinii wielu trwa do dziś, że płyty za dobrze im nie wychodzą. Po pierwsze: fakt, że świetnie wypada się na koncertach, może tylko dobrze świadczyć o umiejętnościach członków grupy. A to, że pierwsza płyta Dżemu, dodajmy – w wersji analogowej – brzmi blado, jest robotą realizatorów nagrań. (Gdy po latach kupiłem ten krążek na CD, z radością skonstatowałem, że poszczególne ślady zmiksowano powtórnie, co bardzo poprawiło końcowy efekt).

Nie pamiętam, kiedy ujrzałem zespół na żywo po raz pierwszy, ale było to jeszcze grubo przed wydaniem pierwszej dużej płyty. Przypominam sobie, jak zaczynali ogrywać dopiero Cegłę, która przecież otwiera krążek. Grali dobrze, ale moja głowa wychowana na SBB, urzeczona płytami tria nagrywanymi przez C. Plancka w RFN i samego Skrzeka w Opolu, na pierwszym Krzaku (fantastyczny koncert w Teatrze Młodego Widza w Katowicach, jeszcze z Błędowskim, a już z Lakisem), nie była skłonna tak bezkrytycznie zachwycić się tyszanami.

Aż wreszcie zdarzyło mi się być – razem z moją przyszłą żoną – na pierwszej Rawie Blues organizowanej w Spodku. Byli wszyscy liczący się w polskim bluesie, a pod koniec – Jakubowicz, Dżem, Nalepa i Dudek. Porywające. Dżem w tym czasie przeistaczał się z zespołu dobrych, bardzo dobrych rzemieślników w artystów. Doprowadzili pełną widownię do takiego wrzenia, że ani tato Tadzio (choć bardzo dobry), ani Dudek (choć w swej szczytowej formie, z okresu No. 1) nie dali rady utrzymać tej temperatury. Stało się wtedy jasne, kto po bluesowo-rockowej stronie polskiej sceny rozdaje karty. Nastawała era Dżemu, który zaczynał swe niepodzielne królowanie.

*

W kolejnych latach Rawę kończył Dżem. Było to oczywiste, wszyscy na nich czekali. Pamiętam kuriozalny bodaj 1990 rok. Z niezrozumiałych powodów organizatorzy festiwalu ustalili z dyrekcją Spodka, że impreza musi się skończyć o 21.00. A Dżem wyszedł na scenę o 20.40… Zagrali cztery kawałki z przygotowywanego do wydania Detoksu – i rzeczywiście zeszli ze sceny. Uczucie niedosytu było ogromne. Jak to, jak tak można?! Ale miłość do kapeli po takim krótkim secie była jeszcze większa. Byli po prostu rewelacyjni, absolutnie pewni tego, co i jak robią.

W dorobku zespołu jest przecież sporo kawałków takich sobie, ledwie średnich. Takich, jak Mała aleja róż, które w oryginalnej, studyjnej wersji brzmią wręcz koszmarnie. A jednak na żywo ci faceci robią z takiego przeciętnego numeru absolutną perłę, wyciskając z niego to, czego tam pierwotnie właściwie nie było. Niesamowite. To umiejętność przynależna tylko największym.

Jan Chojnacki, który wielokrotnie zapowiadał występy grupy, powiedział kiedyś, że to jedyny taki ansambl w Europie. Nie mam takiej wiedzy muzycznej jak on, ale jestem pewien, że gdyby Dżemianie urodzili się w Kalifornii, byliby dziś większą gwiazdą niż Lynyrd Skynyrd. Byliby sławni i kochani przez ludzi na całym świecie. Ale… byliby wtedy kapelą amerykańską, która być może (tak jak LS) nigdy nie odwiedziłaby Polski. A tak – mamy ich tu blisko i możemy smakować po łyżeczce lub całymi słoikami. A że to się nie nudzi, świadczą pełne widownie w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu na koncercie poświęconym pamięci Pawła Bergera i w Spodku na trzydziestolecie grupy. W obu przypadkach ponad cztery godziny grania. Zastanawiam się, ilu jest polskich wykonawców, których chciałbym słuchać równie długo. Do głowy przychodzi mi tylko Hey – ten gitarowy, niezmiękczony klawiszami. I chyba tyle.

SBB, Kinoteatr „Rialto” Katowice, 29 marca 2012

Na czwartkowy koncert SBB w katowickim Rialcie bałem się iść. Zderzenie legendy z rzeczywistością, choć nie pierwsze, zawsze może okazać się katastrofą, a już bardzo prawdopodobne, że rozczarowaniem.
Pierwsza dobra wiadomość, że zagrają jednak w trójkę, z Ireneuszem Głykiem na bębnach (najnowszą płytę, dopiero co wydaną, nagrali tylko w duecie, co też budziło moje obawy). Pomyślałem jednak, że nawet jeśli nie będzie za dobrze, to warto pójść, by posłuchać gry Lakisa.

[more]

W kinoteatrze poczułem się, nie ukrywam, wspaniale. Jako prawie pięćdziesięciolatek należałem, poza nielicznymi reprezentantami pokolenia synów fanów sprzed lat, do najmłodszych. A jednocześnie złączony z innymi wspólną intencją.

Zaczęli już pięć minut po 20.00. Materiał z ostatniej płyty, instrumentalny, niezły, ale nieznany, nie rzucał na kolana, choć warsztat tria wciąż imponuje. Gdy Skrzek „przesiadł się” na gitarę basową i rozbrzmiały pierwsze nuty Odlotu, publiczność wyraźnie się ożywiła. Utwór rozwijał się niesamowicie, duch nagrania ze Stodoły z 1974 roku unosił się w powietrzu, a temperatura sali osiągnęła wrzenie. Gdy skończyli po kilkunastu minutach, owacjom nie było końca. To był naprawdę fantastyczny kawał muzyki.

Później jeszcze, znana z wcześniejszych koncertów, skrócona wersja Mementa z banalnym tryptykiem, która kończy się – moim zdaniem – najpiękniejszą solówką gitarową w historii polskiego rocka (to nieważne, że inspirowaną Gilmourowskim popisem w Pigs (Three Different Ones)). W tej wersji koncertowej Apostolis odtworzył ją bardzo wiernie, choć bez tego rockowego dynamitu. W ogóle – ani razu nie „dosypał do pieca”, ale grał tak niewiarygodnie kunsztownie, że wciąż jawi mi się jako najwybitniejszy gitarzysta między Odrą a Bugiem, a cyrkowe popisy panów Satrianiego czy Vai to zaledwie szkoła średnia przy jego profesurze.

Potem jeszcze żelazny punkt koncertu, czyli sola perkusyjne, z których po kilkunastu minutach wykluwa się mój absolutnie ukochany Walking Around the Stormy Bay. I wciąż czekam, kiedy zamiast walić w bębny, Lakis zagra w tym numerze na gitarze, wzmacniając w ekstatycznym finale brzmienie syntezatorów. Bez gitary temu znakomitemu utworowi zdecydowanie brakuje siły. Po wielominutowych oklaskach, bez schodzenia ze sceny, muzycy grają jeden kawałek na bis i definitywnie kończą występ. Ale jest już prawie 22.20, więc nikt nie może mówić o niedosycie.

To, co zawsze było dyskusyjne – śpiewanie Skrzeka – takim, oczywiście, pozostało. Choć, podobnie jak na koncercie SBB  w 2009 roku na festiwalu „Ku przestrodze”, byłem bardzo pozytywnie zaskoczony siłą głosu niemłodego już przecież człowieka. Gdyby tak jeszcze zechciał wziąć parę lekcji śpiewu i dykcji… Ale to chyba dziś – jeszcze bardziej niż w latach 70. – nierealne, więc pozostajemy w klimatach naturszczykowskich, śląsko-angielskich. Jednak wybaczam niedomagania wokalne, bo całość – koncert, zespół, muzyka – mimo upływu lat się broni. Na szczęście – i dobrze, bo odcinanie artystycznych kuponów od dawnej sławy i pozycji niekwestionowanego lidera na polskim rynku muzycznym lat 70. byłoby dla starych fanów nie do zniesienia.

Skrzek mówił wyjątkowo niewiele, ale radośnie przywitał się z publicznością, nim rozbrzmiały pierwsze dźwięki:

– Pytają nas, czy to ostatnia płyta SBB. Bo tako ciemno, czorno…

Po tym, co usłyszałem w czwartkowy wieczór, wierzę, że SBB nie jest jeszcze zamkniętym rozdziałem. Choćby tylko dla tych, co już – trochę albo bardzo – posiwieli, wyłysiali i zapuścili brzuchy. Ale głowy wciąż mają pełne muzyki.

31 marca 2012


Moje From The Begining. Część trzecia i ostatnia

13. Babe Ruth. Pół ich pierwszej płyty nagranej z Minimaksu. Zupełnie dziś zapomniany zespół, a był to kawał solidnego grania z damskim wokalem – Janity Haan. Do niniejszego wyboru dołączam pierwszy na krążku ostry, gitarowy Wells Fargo.
Płyty zespołu, przynajmniej w polskich sklepach, nie do zdobycia.

[more]

14. Emerson, Lake & Palmer – jak mi się zdaje, uznawany przez braci za najwyższy stopień muzycznego wtajemniczenia. Pierwsze płyty tria – brawurowo zagrane, rozbudowane aranżacyjnie utwory, robiły  wielkie wrażenie. Po latach nie wszystko się broni, ale np. ballady Lake’a brzmią wciąż wspaniale. Wybieram jednak Lucky Man, utwór kończący pierwszą płytę, z fantastycznym syntezatorowym solem w finale.
Miłość do ELP wzmocniła jeszcze „trylogia” Polskich Nagrań, które w 1975 lub 1976 roku wydały trzy licencyjne krążki: Keith Emerson & The Nice (nr katalogowy SX 1235), Atomic Rooster (SX 1236), gdzie w paru kawałkach bębnił Carl Palmer, i Rare Bird (SX 1237).

15. Właśnie – Rare Bird. Hej, bracia moi, pamiętacie Rebeth? Kaczkowski już rzadziej literował nazwy zespołów, wiedzieliście tylko, że to „z pewnością zapisuje się inaczej”.
Na wspomnianej wyżej płycie jest kilka znakomitych utworów z pierwszego okresu działalności – Sympathy czy Down On The Floor. Wybieram jednak Hey Man, fragment z Epic Forest, płyty nagranej na szpuli najpierw przez braci, a po latach, w 1980 roku, także przeze mnie, zaś od pewnego czasu posiadanej w wersji CD. Wciąż wspaniałe muzyczne doznania.

16. Focus, Hokus Pokus. Na przełomie lat 60. i 70. w Holandii działo się sporo. To tam właśnie jeździli Breakout i potem Budka Suflera. Focus i Ekseption sytuowali się w pobliżu ELP – tak samo obficie czerpiąc z muzyki klasycznej.

17. Sabbath Bloody Sabbath we fragmentach nagrana na szpuli. Najlżejsza w dorobku, wirtuozowska płyta, szczyt artystycznych możliwości grupy. Krążek w dyskografii Black Sabbath absolutnie wyjątkowy, inny niż pozostałe. Mój typ to Sabbra Cadabra.

18. Larks’ Tongues In Aspic. Pychota, ciary na plecach. Robert Fripp – geniusz, kameleon, anarchista, wieczny poszukiwacz. Tyle wcieleń grupy o jednej nazwie – i wszystko co najmniej bardzo dobre. King Crimson, w gronie grup tzw. symforockowych, są moim zdaniem zdecydowanie najlepsi. Do niniejszego zestawu wybieram nieco przewrotnie maleńki, ale genialny fragment kończący część pierwszą tytułowego nagrania (gdzieś od jedenastej minuty i dwudziestej sekundy).

19. Czym zakończyć, gdzie urwać tę muzyczną opowieść? Gdzie jest mój ostatni kamień milowy, ostatnia wielka młodzieńcza fascynacja, ciągnąca się za mną do dziś? I znów, wbrew wszystkiemu, wybór jest jednak dość oczywisty – SBB. Na moich oczach – uszach ich muzyka rozkwitała, sięgając apogeum na Welcome w 1979 roku.
Wybieram Walking Around The Stormy Bay – instrumentalne arcydzieło, ekstrakt symphonic i hard rocka. Wielki popis całego tria.

Jeszcze można by ciągnąć dalej. Z taśm braci i moich pierwszych odnotować Close To The Edge Yesów, płyty Weather Report czy Fleetwood Mac. Zatrzymać się nad znakomitymi utworami czy całymi płytami z czasów dawnych i bardzo dawnych, a poznanymi później. Ale to były już „tylko” brakujące puzzle w układance, której ramy wyznaczyły opisane krótko wyżej zespoły i nagrania. Siła, z jaką wdarły się do mojej głowy, nuta po nucie utrwalone poprzez wielokrotne słuchanie – nieporównywalna jest z niczym. Dziś, jak każdy człowiek zajęty nie tylko wrzucaniem kolejnych krążków do odtwarzacza, nie jestem już w stanie tak mocno wgryźć się w jakąkolwiek nowo nabytą płytę.

1980: koniec SBB i rocka progresywnego

W środę, 19 listopada 1980 roku, w ‘Muzycznej poczcie UKF’ (od 17.05, po wiadomościach, do 17.40) Piotr Kaczkowski podał wiadomość o takiej mniej więcej treści: „Dziś na Okęciu wylądowała grupa SBB, powracająca z kolejnej trasy koncertowej w Europie Zachodniej. Muzycy oświadczyli, że są zmęczeni, mają dość tak intensywnego życia zawodowego – i grupa przestaje istnieć”. Jakby ktoś wbił nóż w moje osiemnastoletnie serce. Jak to, dlaczego, jak można, teraz – gdy wreszcie płyty brzmią fenomenalnie, gdy grupa jest u szczytu swych możliwości twórczych i wykonawczych?!

[more]

Z perspektywy lat widać w tym znak czasu, chichot muzycznej historii. Tak naprawdę żadna znacząca symforockowa grupa nie przetrwała do lat 80. King Crimson dali sobie spokój w 1974 (ich genialny powrót w 1980 to była zupełnie nowa jakość muzyczna), Emerson, Lake & Palmer rozpadli się w 1978 roku (powrócili co prawda w 1985, ale nigdy nie odzyskali dawnej pozycji). Yes zmieniali wielokrotnie skład. Drama z 1980 roku nagrana została bez Andersona, a 90125 to było już coś zupełnie innego, popowego. Podobnie Genesis, którzy weszli na popową drogę w 1978 roku. U.K. – ostatni wielcy – okazali się efemerydą i przestali istnieć w 1979 roku. Pink Floyd po nagraniu The Wall nigdy już nie byli tą grupą – ani gdy chodzi o skład, ani jakość proponowanej muzyki – okropne, nadęte i operowe The Final Cut definitywnie zakończyło czas Watersa. Asia była artystyczną porażką, zresztą też zdecydowanie popową, Marillion, jako kalka starego Genesis, nigdy mnie nie zainteresowali i nie rozumiem, skąd ten (polski) szum wokół nich przez tyle lat.

Śmiem twierdzić, że to, co Skrzek robił z kolegami, sytuowało ich pośród najwybitniejszych wykonawców tego nurtu w owym czasie. Arcydzieło, jakim dla mnie jest Welcome, z genialnym Walking Around The Stormy Bay jako intro, oraz, już „pośmiertnie” wydane, znakomite Memento z banalnym tryptykiem z fenomenalnym  finałem tytułowego utworu, chyba najlepszą gitarową solówką – Lakisa – w dziejach polskiego rocka, dowodziły ogromnego talentu kompozytorskiego Skrzeka oraz mistrzowskiego aparatu wykonawczego całej grupy. Nawet pozostawiający wiele do życzenia głos lidera, jego śląski akcent i słaba angielszczyzna, nie są w stanie obniżyć oceny całości. Trzymany w ryzach przez Conny’ego Planka przy nagrywaniu Welcome – wokal Skrzeka wypada bardzo, bardzo przyzwoicie, a w Last Man At The Station – wręcz bardzo dobrze (Dariusz Michalski słusznie dopatrzył się tutaj i w Rainbow Man chrypy a la Paul McCartney).

Tak więc SBB też nie przetrwali 1980 roku, podobnie jak słynne zachodnie kapele tego nurtu. Nie przetrwali, by – wraz z pierwszym wybuchem wolności w Polsce – zrobić miejsce nieco młodszym od siebie, zrobić miejsce dla gitarowego rocka, który eksplodował wtedy w naszym kraju. Wydaje mi się wielką niesprawiedliwością, że zarówno  radio, jak i świadomość większości słuchaczy, wciąż sięga (jak najbardziej zasłużenie) pierwszych nagrań  Perfectu, Maanamu, Republiki, a zupełnie zostało wyparte z pamięci to, co powstało w latach 70. Było tego serdecznie mało – i tym bardziej trudno zrozumieć, że nie pamięta się o tak znakomitej kapeli jak SBB. A przecież nie wszystkie jej utwory są zbyt długie w odniesieniu do dzisiejszych wymagań stacji radiowych.

Po latach, w nieco innym składzie, zespół wznowił działalność. Sporo koncertuje, wydaje płyty. Płyty całkiem niezłe, zawodowo zagrane i nagrane, z przyzwoitym materiałem muzycznym. Ale dziś, po latach, są to już obrzeża rynku muzycznego, bez szans na zaistnienie w świadomości przeciętnego zjadacza muzyki. Ale też nie o to już chodzi. Starych fanów ciągle jeszcze jest całkiem sporo.

6.01.2012

Myslovitz bez Rojka

Z obozu Myslovitz już dawno dobiegały niepokojące wieści. Dla mnie, miłośnika muzyki ze Śląska, tym bardziej przykre. Wciąż mam w pamięci przypadek SBB, kiedy po rozwiązaniu zespołu nastąpił wieloletni regres.

[more]

Lakis gdzieś przepadł, Piotrowski, o zgrozo, pojawił się w Kombi – na szczęście zaraz potem w najlepszym składzie Dudka, a następnie w Dżemie. Skrzek co prawda szybko wydał kilka płyt: „Ojca chrzestnego Dominika” (choć to realizacja równoległa do „Mementa z banalnym tryptykiem”), „Józefinę”, „Ambitus Extended” razem z Tomaszem Szukalskim – i do tego momentu było całkiem nieźle. Ale zaraz potem koszmarna, nudna „Podróż w krainę wyobraźni” (już sam tytuł kiczowaty). W świadomości, nawet radiowego, „trójkowego” konsumenta muzyki, czyli takiego, który o nowościach płytowych dowiaduje się raczej z radia niż z internetu, przestali właściwie istnieć.

To samo z Krzakiem. Już rozstanie Windera z Błędowskim było artystycznym nieszczęściem, potem pozostało tylko plątanie się po klubach typu ‘Leśniczówka’ w Chorzowie.

I – dla przeciwwagi – Dżem. Zespół, którego życie potraktowało najdotkliwiej. Najpierw śmierć Ryszarda Riedla, charyzmatycznego wokalisty, po jedenastu latach wypadek samochodowy i odejście Pawła Bergera. Dwa momenty zwrotne, w których kariera grupy mogła się załamać.

Pojawienie się Jacka Dewódzkiego dla ortodoksów było nie do przyjęcia. Jeśli Dżem, to tylko z Riedlem. Odmawianie innym ludziom prawa do robienia w życiu tego, co potrafią najlepiej, czyli do grania, choćby w  innym składzie. A ja jestem przekonany, że ani bracia Otrębowie, mimo iż Beno dostarcza na kolejne płyty najwięcej kompozycji, ani tym bardziej Jerzy Styczyński, nie mówiąc o reszcie, nie poradziliby sobie w odmiennych konfiguracjach personalnych. Siła tkwi w tym, że są razem, że każdy coś od siebie dorzuca. Dla mnie to jest magia – wirtuozeria instrumentalistów i mnóstwo znakomitych utworów. Tę magię czułem np. na koncercie w Bielsku Białej pod szpitalem, bodaj w 1998 roku, kiedy po raz pierwszy na Dżemie byłem ze swoimi, wówczas siedmioletnimi, synami bliźniakami, tę magię czuję do dziś. Tym bardziej, że zmiana Dewódzkiego na Balcara była, z całą sympatią dla tego pierwszego – potężnym jakościowo krokiem naprzód. Balcar zawsze jawił mi się jako stylowy wokalista (pamiętam, jak znakomicie zaśpiewał przed laty w Opolu „‘Dziwny jest ten świat”), do tego bardzo świadomy, gdy chodzi o materiał, na którym pracuje, czyli język – bardzo dobra dykcja, która nigdy nie pozwoliła mu zaśpiewać „włanczam silnik”, co zdarzało się Riedlowi. Nigdy nie użył też ze sceny przekleństwa (Sebastianowi Riedlowi, w którym wielu upatrywało następcę Ryszarda, to się zdarza, występ na piętnastolecie Cree zaczął nawet od słów: „Wzmacniacz nam się spier…”).

Bałem się, że Myslovitz się rozpadnie, a w zamian nie dostaniemy nic choćby zbliżonego poziomem do dokonań grupy. Myślałem sobie: „Wadzą się, nie lubią? Cóż, niech nie niszczą instytucji, jaką stał się zespół”. No i grali. Nagrali przecież w ubiegłym roku bardzo dobrą płytę. „I tak trzymać!”.

Ostatecznie jednak stało się inaczej. Ale też, na szczęście (wierzę w to mocno, że na szczęście!) inaczej, niż myśleliśmy. Zespół pozostał, odszedł Artur Rojek. Ufam, że siły artystycznej w braciach Kuderskich, Powadze i Myszorze jest dostatecznie wiele, by sobie poradzić (przykład Heya po odejściu pierwszego lidera, Piotra Banacha, jest bardzo budujący). Nowy wokalista, Michał Kowalonek, na ile jestem w stanie to na gorąco ocenić, ma sporo z barwy Rojka, a jednocześnie, po prostu, znacznie mocniejszy i do tego lekko chropowaty głos. Powinno być więc – od strony brzmieniowej – bardzo dobrze. Kompozytorsko – czas pokaże. Wierzę w to, że chłopakom się uda.

A co do Artura Rojka – też mam nadzieję, że będzie się realizował nie tylko jako dyrektor OFF Festivalu, ale dostaniemy czasem od niego, jego nowych kolegów, także porcję wielkiej muzyki. Takiej jak Lenny Valentino.

I wtedy naprawdę będzie pięknie. Bo chodzi przecież o muzykę, o nowe nagrania. O koncerty. O dawanie wzruszeń słuchaczom.

A ortodoksów nie lubię, bo są nieprzejednani w swych poglądach. I uparci, czasami głupio uparci. A wtedy – niebezpieczni. Pink Floyd bez Barretta, Rolling Stones bez Jonesa – to chyba dwa najlepsze przykłady.

3 maja 2012