Długo nie umiałem przekonać się do Placebo, mimo iż Paweł Kostrzewa w swoich Trójkowych programach w końcu lat 90. nie ustawał w wysiłkach. Oświeciło mnie, dopiero gdy w odtwarzaczu moich synów regularnie zaczęły lądować płyty zespołu. Cóż, jeszcze jeden dowód na to, że czasem trzeba kilku podejść.
Jeśli występ Petera Gabriela pozostanie dla mnie na długo koncertem symfonicznym nr 1, jeśli Joe Bonamassa dał znakomity set akustyczny, to największą muzyczną, w pełni elektryczną radość bieżącego roku dane mi było przeżyć w nocy z niedzieli na poniedziałek.

[more]
Żeby nie narażać ani kręgosłupa, zwłaszcza jego części lędźwiowej, ani uszu nadmiarem dźwięków jednego dnia – wraz z większą częścią swojej rodziny stawiłem się pod krakowską sceną tylko w tym jednym jedynym celu.
Koncert zaczął się punktualnie o 23.00, wieńcząc dwudniową imprezę. Był krótki, bo z czterema bisami trwał osiemdziesiąt pięć minut, co w warunkach dużego festiwalu jest, jak sądzę, absolutnie dopuszczalne. Spełnił natomiast moje artystyczne oczekiwania, co uważam za najcenniejsze.
Jest parę kapel w historii muzyki, o których mówię, że cały czas grają jeden utwór. Proszę to jednak wziąć w wielki cudzysłów, bo już wymieniam tych, których mam na myśli: Jethro Tull, Rush i Placebo właśnie. Z pozoru dość trudno odróżnić poszczególne numery, z których wiele rozwija się w podobnym tempie, w podobnych schematach konstrukcyjnych. A jednak jest w tym kawał muzyki.
Słuchając kolejnych utworów, zastanawiałem się, w czym tkwi siła Placebo. I, przynajmniej na własny użytek, udało mi się, mam nadzieję, uchwycić jej źródło.
Rock’n’roll. Te utwory są proste do bólu: gitarowe intro, gdzieś między piętnastą a trzydziestą sekundą wchodzi wokal, ściana gitar – i tak do samego końca. Co w tym szczególnego? Po pierwsze – piosenki, bo to piosenki przecież, o wielkiej urody melodiach. Po drugie – wyśpiewywane (a nie wykrzykiwane) przez faceta o charyzmatycznym głosie, natychmiast rozpoznawalnym i nie do pomylenia z nikim. Po trzecie – tej prostocie trudno postawić zarzut niedostatków warsztatowych.
Dziś sporo jest takiego grania, gdzie wokalista wchodzi w piątej sekundzie i kończy w ostatniej. Nie dając pograć instrumentalistom, którzy – najwyraźniej – tego nie potrzebują, bo nie potrafią – już, jeszcze albo w ogóle. Przykłady? Genesis z Collinsem po 1981 roku, a z nowych zespołów cenionych przez wielu, a mnie nieprzekonujących – The National czy Arcade Fire.
Z Placebo jest inaczej, trochę może jak z U2. Trudno mówić o szczególnej wybitności w używaniu strun gitary, może raczej o porządnym rzemiośle i inżynierii dźwięku w najlepszym tego słowa znaczeniu. The Edge nie jest przecież wielkim gitarzystą, a jednak wypracował własny, łatwo rozpoznawalny styl. Panowie z Placebo poszli podobną drogą. To, co stanowi o ich wielkości, o tym, że trzymają poziom już tyle lat, nazywa się po prostu talentem. Bo są cholernie utalentowani, mają łatwość wymyślania chwytliwych melodii – chwytliwych, dodajmy, nie w rozumieniu knajpianym czy dyskotekowym. I opracowywania ich w bezkompromisowy, gitarowy sposób.
Wszystkie te atuty ujawniły się tej nocy. Dwie gitary, bas, pudło, klawisze, bębny – to po męskiej stronie – oraz klawisze, skrzypce i wokal w chórkach – jeśli chodzi o damski rodzynek. Gęsta faktura gitar wspierana brzmieniem instrumentów klawiszowych, bardzo dobra forma wokalna Briana Molko, mocna perkusja. Taka bezustanna rock’n’rollowa jazda do przodu, którą uwielbiam, a która na dobrych koncertach zawsze brzmi ostrzej niż w studiu.
Jeśli chodzi o playlistę*, to zabrakło przede wszystkim Without You I’m Nothing. A czego nie zabrakło? Zaczęli od Kitty Litter, potem usłyszeliśmy m.in. Every You Every Me, Black-Eyed, Special Needs, Slave to The Wage, Meds i na koniec The Bitter End. Bisy zaczęli od coveru kawałka Kate Bush, Running Up That Hill, zaś tym czwartym, kończącym występ, był Infra-Red.
Było pięknie. Kolejny koncert, który zapamiętam na długo. A do stolicy Małopolski z Katowic jest tak blisko, że będę – po U.K. i teraz Placebo – zerkał, kto i kiedy ma zamiar zawitać do grodu Kraka.
____________
* Bez Maćka, mojego syna, raczej nie dałbym rady. Dzięki!
