Wyrwane z kontekstu: Rush, Closer To The Heart

Zimą 1978 roku Piotr Kaczkowski prezentował w czterech kolejnych, półgodzinnych „Minimaksach” koncertowy Second’s Out Genesis. Zostawało mu około pięć minut, by przedstawić coś jeszcze. I to wtedy, chyba pierwszy raz na antenie polskiego radia, został odtworzony utwór najsłynniejszej – jak się miało wkrótce okazać – kanadyjskiej grupy rockowej, Rush. Był to pochodzący z szóstego albumu A Farewell To Kings (1977), niespełna trzyminutowy Closer To The Heart.

[more]

Trudno było nie zakochać się od pierwszego słuchania. Chwytliwy riff i refren, ostry, wysoki głos Geddy’ego Lee. Tak to się zaczęło – chyba nie tylko w moim przypadku. A sen o koncercie Rush w Polsce nie może się ziścić od wielu już lat. Dopiero co grali w Berlinie, szkoda.

Zespół to może nie z tych największych, ale warsztat muzyczny tria jest naprawdę imponujący. No i – jest w tych męskich, wysokorejestrowych głosach coś niesamowitego, prawda? Wystarczy tylko wspomnieć Planta, Andersona z Yes czy Stinga. A także Lee – mającego u boku Aleksa Lifesona i Neila Pearta. Czyli Aleksę Životića i Nikolę Petrovića.

 

Rush, Moving Pictures, 1981

Zimą 1978 roku Piotr Kaczkowski prezentował w czterech kolejnych „Minimaksach” Second’s Out, dwupłytowy, koncertowy album Genesis. W półgodzinnych wówczas audycjach zostawało parę minut na inną muzykę. I to wtedy po raz pierwszy usłyszeliśmy o kanadyjskim zespole Rush. Czasu starczylo na największy hicior Closer To The Heart i fragment Bastille Day. Chyba rok później, w tym samym programie, usłyszałem Hemispheres.

[more]

Po latach dokonania tria budzą we mnie mieszane uczucia. Pierwsze płyty, z rozbudowanymi nad miarę utworami robią dość pokraczne wrażenie, nawet jeśli w tych przydługich kompozycjach trafiają się niezłe pomysły. Ciekawiej sprawy się mają w przypadku prostych, rockowych piosenek, jak choćby dwóch wymienionych wyżej. Okołozeppelinowskie brzmienia lepiej znoszą upływ czasu niż już wtedy wątpliwe klimaty progresywne.

Punktem granicznym

jest album Hemispheres (1978), z suitą tytułową, wyraźnie nawiązującą do poprzedniego okresu działalności grupy, oraz krótszymi utworami. Ostatni z nich, znakomity La Villa Strangiato, bogato zaaranżowany, mieniący się wieloma pomysłami i wirtuozowsko zagrany, sygnalizuje nową – i najlepszą – jakość spod znaku Rush.

Trzy lata później ukazuje się Moving Pictures – album, na którym grupa definitywnie rozstaje się z długimi formami muzycznymi, serwując

siedem porywających utworów.

Przez kolejne trzy dekady Kanadyjczycy wciąż – w bardziej lub mniej udany sposób – nawiązują do patentów tego krążka.

„Trio to taki układ, który od każdego ogniwa wymaga ciągle idealnego funkcjonowania i wpasowania się. W innym przypadku cały układ zaczyna się sypać” – mniej więcej coś takiego powiedzieli Geddy Lee, Alex Lifeson i Neil Peart. Rush nigdy nie popychali świata naprzód, ale do dziś robią spore wrażenie – na wielu pośród tych, którzy lubią słuchać, ale też, co znamienne, na tych, którzy sami próbują uprawiać muzyczną grządkę.

Warsztat

bowiem, jakim dysponują ci trzej panowie, budzi najwyższe uznanie – to po prostu wściekły profesjonalizm. W połączeniu z najlepszymi momentami twórczymi, a do takich należy płyta z 1981 roku, przynoszący efekty, które opierają się upływowi czasu.

Siedem kawałków brawurowo zaaranżowanych i wykonanych, zręcznie – gdy chodzi o stylistykę – balansujących między hard i progressive rockiem, a czasem wręcz popem. Trudno wskazywać na tej znakomitej płycie utwory najlepsze. Nie wiem, czy należy do nich słynny Tom Sawyer, szalony instrumental Yyz, rozbudowany The Camera Eye czy przebojowe Limelight albo rushowe reggae Vital Signs. Czego jeszcze nie wymieniłem? Najlepiej więc sięgnąć po cały materiał.


Placebo, Coke Live Music Festival, Kraków, 12 sierpnia

Długo nie umiałem przekonać się do Placebo, mimo iż Paweł Kostrzewa w swoich Trójkowych programach w końcu lat 90. nie ustawał w wysiłkach. Oświeciło mnie, dopiero gdy w odtwarzaczu moich synów regularnie zaczęły lądować płyty zespołu. Cóż, jeszcze jeden dowód na to, że czasem trzeba kilku podejść.
Jeśli występ Petera Gabriela pozostanie dla mnie na długo koncertem symfonicznym nr 1, jeśli Joe Bonamassa dał znakomity set akustyczny, to największą muzyczną, w pełni elektryczną radość bieżącego roku dane mi było przeżyć w nocy z niedzieli na poniedziałek.

[more]

Żeby nie narażać ani kręgosłupa, zwłaszcza jego części lędźwiowej, ani uszu nadmiarem dźwięków jednego dnia – wraz z większą częścią swojej rodziny stawiłem się pod krakowską sceną tylko w tym jednym jedynym celu.

Koncert zaczął się punktualnie o 23.00, wieńcząc dwudniową imprezę. Był krótki, bo z czterema bisami trwał osiemdziesiąt pięć minut, co w warunkach dużego festiwalu jest, jak sądzę, absolutnie dopuszczalne. Spełnił natomiast moje artystyczne oczekiwania, co uważam za najcenniejsze.

Jest parę kapel w historii muzyki, o których mówię, że cały czas grają jeden utwór. Proszę to jednak wziąć w wielki cudzysłów, bo już wymieniam tych, których mam na myśli: Jethro Tull, Rush i Placebo właśnie. Z pozoru dość trudno odróżnić poszczególne numery, z których wiele rozwija się w podobnym tempie, w podobnych schematach konstrukcyjnych. A jednak jest w tym kawał muzyki.

Słuchając kolejnych utworów, zastanawiałem się, w czym tkwi siła Placebo. I, przynajmniej na własny użytek, udało mi się, mam nadzieję, uchwycić jej źródło.

Rock’n’roll. Te utwory są proste do bólu: gitarowe intro, gdzieś między piętnastą a trzydziestą sekundą wchodzi wokal, ściana gitar – i tak do samego końca. Co w tym szczególnego? Po pierwsze – piosenki, bo to piosenki przecież, o wielkiej urody melodiach. Po drugie – wyśpiewywane (a nie wykrzykiwane) przez faceta o charyzmatycznym głosie, natychmiast rozpoznawalnym i nie do pomylenia z nikim. Po trzecie –  tej prostocie trudno postawić zarzut niedostatków warsztatowych.

Dziś sporo jest takiego grania, gdzie wokalista wchodzi w piątej sekundzie i kończy w ostatniej. Nie dając pograć instrumentalistom, którzy – najwyraźniej – tego nie potrzebują, bo nie potrafią – już, jeszcze albo w ogóle. Przykłady? Genesis z Collinsem po 1981 roku, a z nowych zespołów cenionych przez wielu, a mnie nieprzekonujących – The National czy Arcade Fire.

Z Placebo jest inaczej, trochę może jak z U2. Trudno mówić o szczególnej wybitności w używaniu strun gitary, może raczej  o porządnym rzemiośle i inżynierii dźwięku w najlepszym tego słowa znaczeniu. The Edge nie jest przecież wielkim gitarzystą, a jednak wypracował własny, łatwo rozpoznawalny styl. Panowie z Placebo poszli podobną drogą. To, co stanowi o ich wielkości, o tym, że trzymają poziom już tyle lat, nazywa się po prostu talentem. Bo są cholernie utalentowani, mają łatwość wymyślania chwytliwych melodii – chwytliwych, dodajmy, nie w rozumieniu knajpianym czy dyskotekowym. I opracowywania ich w bezkompromisowy, gitarowy sposób.

Wszystkie te atuty ujawniły się tej nocy. Dwie gitary, bas, pudło, klawisze, bębny – to po męskiej stronie – oraz klawisze, skrzypce i wokal w chórkach – jeśli chodzi o damski rodzynek. Gęsta faktura gitar wspierana brzmieniem instrumentów klawiszowych, bardzo dobra forma wokalna Briana Molko, mocna perkusja. Taka bezustanna rock’n’rollowa jazda do przodu, którą uwielbiam, a która na dobrych koncertach zawsze brzmi ostrzej niż w studiu.

Jeśli chodzi o playlistę*, to zabrakło przede wszystkim Without You I’m Nothing. A czego nie zabrakło? Zaczęli od Kitty Litter, potem usłyszeliśmy m.in. Every You Every Me, Black-Eyed, Special Needs, Slave to The Wage, Meds i na koniec The Bitter End. Bisy zaczęli od coveru kawałka Kate Bush, Running Up That Hill, zaś tym czwartym, kończącym występ, był Infra-Red.

Było pięknie. Kolejny koncert, który zapamiętam na długo. A do stolicy Małopolski z Katowic jest tak blisko, że będę – po U.K. i teraz Placebo – zerkał, kto i kiedy ma zamiar zawitać do grodu Kraka.

____________

* Bez Maćka, mojego syna, raczej nie dałbym rady. Dzięki!