Epitafium na dworze karmazynowego króla

king_crimson_1

Jeśli przed laty jakaś grupa szczególnie wymykała się z szuflady z napisem „rock symfoniczny” czy też „progresywny”, do której zwyczajowo ją wkładano, z pewnością chodzi o King Crimson.

[more]

Niespokojny duch, kameleon,

gitarzysta, lider tej kapeli, Robert Fripp, szukał bezustannie. Składy więc ciągle się zmieniały, zmieniało się instrumentarium, zmieniali się wokaliści. Zakres stylistyczny, w jakim poruszał się zespół, też był wyjątkowo szeroki – od hard rocka, poprzez patenty progresywne, aż po rozwiązania charakterystyczne dla muzyki poważnej czy jazzu. No i ten kompletny odjazd w 1981 roku, gdy KC w jedyny w swoim rodzaju sposób (na [i]Discipline[/i]) wyprzedzili o parę lat wszystko, co działo się w rocku. 

Ten 

rozrzut stylistyczny

dotyczy już debiutanckiego krążka – In The Court of The Crimson King – wydanego w 1969 roku. Otwierający płytę 21st Century Schizoid Man to znakomity, oparty na hardrockowym riffie kawałek wzbogacony partią instrumentów dętych. Najdelikatniej jak można sobie wyobrazić tkane są balladowe i zarazem psychodeliczne I Talk To The Wind oraz Moonchild. Tyle że, bagatela, w tym drugim utworze wszystko się rozjeżdża: raz w stronę freejazzowych improwizacji, a w innym miejscu (tu sięgam do „Rock encyklopedii” Wiesława Weissa) Weberowskiego punktualizmu. No i wreszcie mamy klasykę rocka symfonicznego, dwie pozycje nawiązujące do muzyki symfonicznej z XIX stulecia, w których dominują partie melotronu: tytułowa oraz Epitaph.

Najcelniej zdefiniował muzykę zespołu sam Fripp: „Podstawą twórczości King Crimson jest zorganizowana anarchia: wyzwalanie potężnych sił chaosu, a następnie szukanie dróg powrotu do stanu równowagi”. 

Na tym arcydzielnym bez wątpienia albumie po raz pierwszy pojawia się też jeden z moich szczególnie ulubionych głosów – 

Greg Lake.

Tu jeszcze jako pełnoprawny członek zespołu, rok później, na bliźniaczym albumie In The Wake of Poseidon, już jako gość. Bo po drodze zdążył stać się członkiem supertria Emerson, Lake & Palmer.

(King Crimson, In The Court of The Crimson King, 1969)

[W NaTemat:   lutego 2014]

Wyrwane z kontekstu (3): King Crimson, Cadence and Cascade

W 1970 roku, w parę miesięcy po wydaniu debiutanckiego In The Court of The Crimson King, zespół Roberta Frippa miał już gotowy drugi album – In The Wake Of Poseidon. Śpiewał na nim, tak jak na pierwszym, Greg Lake. Z tą różnicą, że tym razem już tylko gościnnie, bo w międzyczasie stał się członkiem supertria Emerson, Lake & Palmer.

[more]

I z jednym wyjątkiem – właśnie wywołanym do tablicy utworem, w którym wokalnie udziela się trudno rozpoznawalny dziś Gordon Haskell. Ten pan, po wielu, wielu latach, miał swoje pięć minut przy okazji wydania albumu Harry’s Bar i piosenki How Wonderful You Are.

Współpraca Frippa z Haskellem nie trwała długo. Nawet po wielu latach ten drugi mówi o tym z żalem – że za swój udział w powstaniu utworu nie ujrzał ani funta itp. Nie wiem, co mówił na ten temat Fripp. Dla nas, fanów, nie to jest najistotniejsze. Haskell odszedł z zespołu zaraz po nagraniu kolejnej płyty, Lizard, jeszcze w tym samym, 1970 roku.

Nad Cadence and Cascade warto się pochylić. Jest przecudnej urody.

Polska – Grecja, czyli Rain and Tears

Słuchanie muzyki dostarcza jednak o wiele zdrowszych emocji niż oglądanie meczów piłkarskich, zwłaszcza tych z udziałem polskich piłkarzy. Stary już jestem, wiele widziałem i przeżyłem, a ciągle się łudzę, że stanie się cud. A po ostatnim gwizdku pozostaje tylko modlitwa o cud niepamięci. Bardzo chciałbym się mylić, ale zdaje się, że jesteśmy – który to już raz? – po pierwszym akcie Sienkiewiczowskiej trylogii. W ostatnim usłyszymy znów: „Pułkowniku Wołodyjowski, Rzeczpospolita w potrzebie!…”. Co prawda poległa, ale, jak zawsze, z honorem. O tym, że poległa, dowie się cały świat, zaś o tym, że z honorem, będą wiedzieć tylko rodacy. Powtarzam, obym się mylił, ale coś czuję, że będzie jak zwykle.

[more]

*

Przed laty, w 1968 roku, greccy emigranci we Francji, m. in. Vangelis i Roussos, założyli zespół Aphrodite’s Child. Bodaj ich największym przebojem była rzewna piosenka Rain and Tears. Dziś rain w Warszawie mieliśmy przed meczem, a tears w drugiej połowie.

 *

Ze słuchaniem muzyki jest przyjemniej. Z domowego zestawu, w którym szczęśliwie niewiele jest chybionych zakupów, mogę wybrać coś, na co w danej chwili mam ochotę. Po raz piąty, pięćdziesiąty czy dwusetny. Meczu oglądać drugi raz zwykle nie mam zamiaru, a przy pierwszym – nie mam wyboru i nie wiem, co mnie czeka. Po meczu z udziałem naszych piłkarzy – zwykle nie jestem szczęsny.

 *

Od lat zastanawiam się nad pewną sprzecznością, którą noszę w sobie. Otóż nie lubię angielskiej piłki, w reprezentacyjnym wydaniu w szczególności. Jestem zdania, że nigdy nie powtórzą sukcesu, w dodatku osiągniętego przy wydatnej pomocy panów z gwizdkiem, z 1966 roku.

Uwielbiam natomiast angielską muzykę. Z wielkim oddaniem fana myślę o wielu wspaniałych zespołach, instrumentalistach i wokalistach. A sporo z nich to też przecież kibice piłkarscy.

I tak żyję, w tej dychotomii, od wielu, wielu już lat.

 *

Niewykorzystane sytuacje, wyborne pozycje niedostrzeżone przez partnerów z drużyny. Transfery, które nie doszły do skutku, a mogły dać nieoczekiwane, wspaniałe efekty. Choćby raz. Na jednej płycie.

Na początku lat 70. członkowie zespołu Yes złożyli propozycję Robertowi Frippowi, by ten stał się członkiem ich grupy. Było to, jeśli dobrze pamiętam, po nagraniu In the Wake Of Poseidon. Fripp odmówił w obawie, że nie będzie mógł realizować swych pomysłów. A muzycy Yes chcieli, do czego przyznali się później, by pokierował ich zespołem.

Muzyczny strach pomyśleć, ilu znakomitych płyt by nie było – zarówno King Crimson, jak i Yes. A jakie byłyby zamiast tych, które się ukazały?

I, na odmianę, transfer dokonany. Byli kumpel Emersona z The Nice, Brian Davison i Lee Jackson, w 1973 roku utworzyli wspólnie ze szwajcarskim multiinstrumentalistą Partickiem Morazem formację Refugee. Po nagraniu pierwszej, bardzo dobrej płyty Moraz odszedł do Yes, zajmując tam miejsce zwolnione przez Ricka Wakemana. Refugee przestali istnieć, a o Davisonie i Jacksonie słuch zaginął.